W pokoju zapadła cisza, a Snape wpatrywał się w Hermionę przez długą chwilę w całkowitym milczeniu. Czarne oczy obserwowały jej nerwowe ruchy... te wiedzące, oceniające oczy... dłużej nie mogła już tego znieść. – Skąd wiedziałeś?

Usiadł z satysfakcją wymalowaną na twarzy. – Tak jak myślałem. Gdzie one są? – Nie odpowiedziała, więc zmarszczył brwi. – Książki, Hermiono. Zakładam, że Krum przysłał ci coś... powiedzmy, lekkiego do poczytania? Nigdzie indziej nie mogłabyś ich zdobyć... Kiedy zacząłem tu uczyć, przeczesałem bibliotekę i usunąłem te tomy, które opisywały ofensywne, ciemne zaklęcia.

Wpatrując się w swoje ręce zauważyła szczątki kubka na podłodze. Wyciągnęła różdżkę, potrząsnęła głową i wyszeptała. – Reparo! – Schyliła się i podniosła przywrócone do dawnego kształtu naczynie. – Tak. Wiktor przysłał mi książki – rzekła.

- Rozumiem. – Upił łyk herbaty. Jeżeli ktoś by ich obserwował, wywnioskowałby z jego zachowania, że omawiają jakiś błahy temat... na przykład pogodę. – Gdzie one są? Muszę wiedzieć, co czytałaś, Hermiono.

- Są... są w kufrze, w sypialni. I...

- Tak?

Nie była pewna, czy odpowiedzieć... jak by zareagował? Wtedy przypomniała sobie uczucie, które owładnęło nią poprzedniego dnia, gdy zdała sobie sprawę, że książki... przyciągały ją. A te tomy były niczym w porównaniu z jednym, wciąż ukrytym w jej pokoju... Przełknęła ciężko i spojrzała na niego. – Jest... jest jeszcze jedna. To... z nią coś jest... Tak naprawdę nawet jej nie dotykałam. Przysłał mi ją kilka dni po innych. Pewnie nadal leży tam, gdzie ją schowałam, w pokoju Prefekt Naczelnej.

- Co to za książka? – zapytał niecierpliwie, odkładając filiżankę, choć twarz miał nieprzeniknioną.

- Nie jestem całkiem pewna... Raz ją otworzyłam, ale... poczułam coś złego... Potem ją zamknęłam i ukryłam. Nie zaglądałam do niej od tamtej pory – odpowiedziała, drżąc lekko i unikając jego intensywnego wzroku. – Wydaje mi się, że ona jest... bardziej zaawansowana, niż reszta książek, przysłanych przez Wiktora. Nie wiem... Chyba była napisana krwią. – Z powrotem na niego spojrzała, bo usłyszała ledwie dosłyszalne westchnienie, ale jego twarz nadal nic nie wyrażała. – W każdym bądź razie, pomyślałam, że powinnam przeczytać... prostsze teksty, a bardziej, um... zaawansowane zaklęcia zostawić na spotkanie z Wiktorem.

- Logiczne – powiedział Snape, nadal z neutralnym wyrazem twarzy. Nagle jego oczy się zwęziły. – Będziesz mi musiała później pokazać te książki. Wszystkie. – Przytaknęła cicho. – A teraz, pytam ponownie. Jak daleko zaszłaś w uczeniu się?

- Nie za daleko, tylko czytałam. To znaczy, nie ćwiczyłam żadnych zaklęć, czy inkantacji... nawet ruchów różdżki. Nie ośmieliłam się. – Szczerze mówiąc, była zbyt przerażona praktyką. Zważywszy na to, że pomyłka w prostym uroku mogła najwyżej doprowadzić do widowiskowego wybuchu, pomyłka w jednej z ciemnych klątw... mimowolnie zadrżała. Nie, nie chciała ryzykować. To był jeden z powodów, dla których chciała spotkać się z Wiktorem, który mógłby ją uczyć... nie wszystko było na tyle bezpieczne, by uczyć się tego samodzielnie, bez mentora.

Ścieżka, którą chcesz pójść... nie da ci tego, czego szukasz.

- Rozumiem. – Nadal bacznie ją obserwował. – Czy zauważyłaś jakieś dziwne... efekty uboczne? Mdłości? Choroba?

Potrząsnęła głową, szczerze zdziwiona. – Nie. Dlaczego-

- Muszę wiedzieć, gdyby coś takiego miało miejsce – zażądał. Niepewnie przytaknęła. – To dla ciebie ogromne niebezpieczeństwo, Hermiono.

- Wiem... pamiętam o tym, co mówiłeś poprzednio. Niczego nie ćwiczyłam, naprawdę. Tylko czytałam... to chyba jest wystarczająco bezpieczne, bo przecież nikt nie mógłby uczyć Obrony przed Czarną Magią, prawda? – Obserwował ją w ciszy, jego oczy ciemniały, sprawiając, że zaczęła się denerwować. – Profesorze... Severusie, to źle? Przecież, na przykład, profesor Lupin musiał uczyć się Czarnej Magii, chociaż czytać zaklęcia, by móc uczyć, a nie jest czarnoksiężnikiem, prawda?

Potrząsnął głową, uśmiechając się gorzko. – Niestety, w tym przypadku twoja logika cię zawiodła, Hermiono. Tak, Lupin się tego uczył. W zasadzie przez lata, jak każdy dobry Mistrz Obrony przed Czarną Magią. I nie był kuszony. – Ponownie zapatrzył się w płomienie tańczące na kominku.

Hermiona niechętnie przerwała jego rozmyślania. – Dlaczego nie był kuszony?

Odwrócił wzrok od płomieni i spojrzał na nią zmęczonymi oczyma. – Zamiar, Hermiono. Zamiar – Podniósł widelec i zaczął się nim bawić. – Twoim zamiarem było użycie tych zaklęć... Ciemność – wyczuwa twoje zamiary. Z kolei Lupin nie chciał używać tych uroków, tylko nauczyć się przed nimi bronić.

Hermiona otworzyła ze zdziwienia usta. – Ciemność... wyczuwa? To nie ma sensu. – W zasadzie, to było szaleństwo. Severus jednak potrząsnął przecząco głową, powodując, że czarne, wiotkie włosy opadły mu na policzki. Szybkim ruchem odgarnął je do tyłu.

- Nie, nie wyczuwa... To nie do końca poprawne określenie. Ma wolę i coś jeszcze. Więcej woli, niż zwykła magia. To przejaw pragnień, złości, strachu... – Odetchnął zirytowany, widząc jej zdziwioną minę. – Hermiono, czarodziejscy filozofowie kłócą się o to od tysięcy lat. W wielu tomach debatuje się nad jej naturą. Osobiście nigdy nie czytałem książki, w której odkryto by naprawdę naturę Ciemności. Tak naprawdę ona nie czuje, ale ma energię, wolę... Kiedy mówiłem, że jest kusząca... kuszony nie jest tylko umysł. Całkiem istotny jest tu Zew Krwi.

- Co?

Przeszył ją ostrym wzrokiem i żeby go wytrzymać, musiała się wyprostować. – To prawdziwe niebezpieczeństwo studiowania Czarnej Magii. Rzadko się o tym mówi. Niewielu ludzi spoza kręgu zwolenników Czarnej Magii wie o nim. Użytkownicy... którzy jej się uczyli dogłębnie, którzy mieli zamiar używać zaklęć, którzy czytali jedną z Ksiąg Krwi – Ciężko odetchnęła, sprowadzając na siebie jego wzrok – zostaną z pewnością opętani przez Zew Krwi.

Jej twarz zbladła. Zew Krwi... czy to czuła dzień wcześniej, gdy książki ją wzywały... gdy bezwiednie odpowiedziała? Ale te książki nie były Księgami Krwi... jedna, w jej pokoju. Oh, Bogowie... Wiktor przysłał mi Księgę Krwi? Więc była napisana krwią... W co ja się wpakowałam?

- Hermiono – słyszała jego głos, jakby był daleko stąd, zmagając się ze strachem. Trochę głośniej. – Hermiono – Nadal gapiła się w stół, zaciskając pięści na podołku. W końcu zawołał głosem używanym na lekcjach. – PANNO GRANGER!

Siedmioletnie przyzwyczajenie sprawiło, że szybko odpowiedziała. – Przepraszam, profesorze.

- Spokojnie. Nie wierzę, by Zew zdołał cię opętać, ale dobrze robisz, obawiając się go – spojrzał na nią poważnie. – Choroba zwykle utrzymuje się tydzień, zanim ustąpi... zanim- zamilkł nagle.

- Zanim co, Severusie? – spytała miękko.

Zamiast jej odpowiedzieć, rozsiadł się w swoim fotelu, uniósł dłonie i skrzyżował palce, obserwując ją sponad nich zwężonymi oczyma. – Zew Krwi, Hermiono, to prawdziwe zagrożenie płynące z Czarnej Magii. Natura większości ludzi nie akceptuje go, ciało... dusza stara się go odrzucić, oczyścić ciało z tej obrzydliwości. Dlatego się choruje. Niekontrolowane nudności i wymioty, których nie można wyleczyć w żaden magiczny sposób. Naprawdę jest niewielu ludzi, którzy rodzą się z tym, jako częścią ich natury – lub raczej, powinienem powiedzieć, rodzą się zdolni zaakceptować to, jako część ich natury. Ta garstka nie będzie chorowała. – Zamilkł na dłużej, przyglądając się jej w ciszy.

Obserwowała go z gorliwą ciekawością – może w końcu dowie się, co było tak niebezpiecznego w Czarnej Magii... pomysł, że powinna unikać całych fragmentów magicznej teorii – zabronionej, czy nie - był dla niej niedorzeczny.

- Zapewniam panią, panno Granger, że to nie jest częścią pani natury. Miałaby pani objawy choroby, gdyby Zew panią zawładnął.

- Więc... choroba... gdy się objawi, jest już za późno?

Skinął jej z aprobatą. – Doskonałe pytanie. Nie – choroba to ostrzeżenie. Jeżeli będzie się potem kontynuowało naukę, jeżeli będzie się brnęło dalej... Zew stanie się częścią natury. Choroba jest sygnałem, że balansuje się na krawędzi przepaści... sygnałem, by zaprzestać nauki, zanim to stanie się częścią ciebie. Zaufaj mi, panno Granger, nie chcesz, by Zew był częścią ciebie.

- Czy ty... chorowałeś? – zapytała.

- Tak.

- Wciąż chorujesz?

- Nie.

- Więc... to jest teraz częścią ciebie – powiedziała zamyślona. Pamiętała, co powiedział jej tej decydującej nocy, w jego biurze... jak jego ojciec zmuszał go do uczenia się Czarnej Magii w tak młodym wieku. Potem przypomniała sobie głos Syriusza – Gdy Snape przybył do Hogwartu, znał więcej złowrogich klątw, niż połowa siódmorocznych...

- Tak – odparł.

- Jak... chcę zapytać, czy wiedziałeś, gdy byłeś młody, skąd wzięła się choroba? – zapytała, patrząc na niego.

Wstał i zaczął chodzić po pokoju, unikając jej wzroku. – Nie – westchnął i odwrócił się do niej. – Moi rodzice uznali to za zwykłą, dziecięcą chorobę. I – rzekł, śmiejąc się głucho. – Muszę przyznać, że dla mojej rodziny to JEST zwykła choroba dziecięca. Czarna Magia była praktykowana od początku istnienia rodu. Wszyscy męscy potomkowie mieli ulec Zewowi.

- Ale... ty się odwróciłeś – Snape skinął niepewnie. – Jak?

Posłał jej ostre spojrzenie, zanim odparł. – Odwróciłem się, ale nie za bardzo. Wciąż trudno mi się kontrolować. Hermiono, to stało się częścią mojej natury i tego już nie zmienię. – Ponownie odwrócił wzrok.

- Czujesz to, nawet teraz, prawda?

- Tak, ale mogę się powstrzymać. W większości przypadków. Kiedy jednak emocje biorą górę... – Przeczesał ręką włosy. – Ja... trudno mi to opisać, Hermiono. To... pragnienie, potrzeba... zmuszająca cię, żądająca, byś ją zaspokoił, nie dając prawie nic w zamian.

- Prawie nic? – zapytała dosadnie.

Uśmiechnął się słabo, patrząc na nią. – Powinienem być bardziej ostrożny w dobieraniu słów przy tobie. Ale tak – prawie nic.

Zmarszczyła brwi. – Widzę, że chcesz mnie zmusić do pytań – co daje w zamian? Musi być jakaś forma zapłaty za... wyświadczone usługi – sarknęła. Zadrżał na to stwierdzenie, zaskakując ją. Profesor Snape drży? Drogi Merlinie...

Każdy krok wydaje się mały.

- Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego te trzy – Imperio, Crucio i Avada Kedavra – dlaczego właśnie one, a nie inne czarno magiczne klątwy zostały uznane za Niewybaczalne? – spytał. Zastanawiając się, dokąd zmierza, zmarszczyła brwi. – Zew daje... jakiegoś rodzaju ochronę przed nimi trzema.

- Co masz na myśli? – zaciekawiła się.

- Rzucanie Niewybaczalnych przeciwko osobie, bez właściwej ochrony, odrywa część duszy, Hermiono. Zew daje właśnie taką ochronę. Dlatego nazwano je Niewybaczalnymi, a nie, na przykład, klątwę gotującą krew.

Z trudem złapała oddech. – Ale... ale Harry rzucił – zamilkła nagle, widząc szyderczy uśmiech Severusa.

- Jak zawsze masz za długi język. Ale nie martw się, Hermiono, wiem o ataku Pottera na Bellatrix w Departamencie Tajemnic. Podsumowała to z rozbawieniem, iż chłopak nie potrafił przywołać wystarczająco woli, chęci, by rzucić je poprawnie – Posłał jej uśmieszek, zanim kontynuował. – Ale nawet jeśli – odpowiadając na twoje niezadane jeszcze pytanie – tak, wyrządziło to szkodę panu Potterowi. Jedynym powodem, dla którego nie odnotowano żadnych oznak, była jego... emocjonalna reakcja na odejście Blacka.

Poczuła uderzenie gorąca na twarzy. Jak śmie szydzić z reakcji Harry'ego na śmierć Syriusza? Zacisnęła mocno pięści. – Emocjonalna reakcja... oczywiście, że zareagował emocjonalnie! Syriusz był jego ostatnim połączeniem z rodzicami, ostatnim połączeniem z ojcem-

- Oszczędź mi swojej histerii, Hermiono. Słyszałem już to tyle razy od Albusa, że nie umiem zliczyć – rzekł, strzepując palcami. – Ważne jest, że jeśli chłopiec nie byłby tak głupi, by chcieć rzucić Niewybaczalne, które dosłownie oderwało kawałek jego samego, śmierć Blacka nie dotknęłaby go tak bardzo – rzekł zimno.

Hermiona otwierała i zamykała usta. Przyznała w ciszy, że żal Harry'ego był zbyt... ogromny, szczególnie tyle miesięcy po jego śmierci. Na początku reagował dobrze, w granicach rozsądku, ale potem... Nikt nie mógł nawet wspomnieć imienia jego ojca chrzestnego, aż do końca szóstej klasy – prawie rok po tym, jak stracił Syriusza.

Wszystko, co mógł powiedzieć, to to, że wydawało mu się, jakby brakowało mu części siebie... Zdruzgotana, osunęła się na swoje krzesło. Części rzeczywiście brakowało i to nie była tylko obecność Syriusza.

I kiedy Ron umarł... zaledwie tydzień temu, reakcja Harry'ego była inna. Chciał o nim mówić, wspominać ich dobre czasy, płakać rzewnymi łzami, gdy przejmowała go żałość... Myślała wtedy, że Harry przyzwyczaił się do uczucia straty, że wydoroślał... może jednak było tak, jak mówił Severus... rzucenie Niewybaczalnego zrobiło różnicę.

Siedziała przez moment w ciszy, przetrawiając wszystko, co powiedział jej do tej pory. Coś wydawało się jej jednak dziwne – jak puzel, który nie pasuje. – Czy nie powinno cię zaniepokoić to, gdy zidentyfikowano Croucha Juniora? To znaczy, nie rzucał Cruciatusa albo Avady Kedavry na ludzi, ale rzucał Imperiusa na uczniów.

Uśmiechnął się drwiąco. – Zapewne tak inteligentna i logicznie myśląca osoba, jak ty, sama może się tego domyślić, Hermiono.

Jego uśmieszek urósł, gdy zmieszała się jeszcze bardziej. W końcu powiedziała. – Moody... Zew jest częścią jego natury?

- Bardzo dobrze, panno Granger. Gdybyś wciąż była moją uczennicą, Gryffindor otrzymałby punkty. Niestety, już nie jesteś – rzekł nieszczerze. Poczuła nagłą ochotę, by pokazać mu język. – Tak, Alastor Moody jest jedną z trzech żyjących osób, które zdołały odwrócić się od Zewu Krwi. A przynajmniej jedną z trzech, o których wie Dumbledore. Może jest ich więcej.

- Więc ty, pan Moody i kto jeszcze?

- To nie twoja sprawa, Hermiono – odrzekł szorstko. Przytaknęła, ponieważ i tak nie oczekiwała odpowiedzi.

Przypomniała sobie coś jeszcze o czym mówił. – Więc, gdy mówiłeś, że Zew musi być nakarmiony... co... karmi się go krwią? To znaczy, Crucio tak naprawdę nie wytwarza krwawienia... – Jej ciało przebiegł niechciany dreszcz.

Odwrócił się i ponownie zaczął chodzić po pokoju. – Krew nie jest wymagana, jako tako. Oczywiście, najlepiej zaspokoić Zew krwią, jednakże... jest usatysfakcjonowany innymi rzeczami – strachem, cierpieniem... nawet odebraniem niewinności.

Zmarszczyła brwi. - Odebraniem niewinności?

Zerknął na nią. – Odebraniem dziewictwa, Hermiono. Miedzy innymi.

- Oh – Gapiła się na niego. – Nawet tak bardzo nie krwawiłam z Ronem – zamyśliła się i skrzywiła, zdając sobie sprawę, że powiedziała to na głos.

Zatrzymał się, ale nie spojrzał w jej kierunku. – Ten... incydent, był jedynym?

Zaczerwieniła się i wybąkała nerwowo – Tak.

- Merlinie... – westchnął, ale nie była pewna, czy dobrze usłyszała, więc wolała się nie odzywać.

W końcu odwrócił się, głośno wzdychając. – Zew karmi się wieloma rzeczami. Wściekłością, nienawiścią, wpajanym strachem. Odbieranie niewinności - dziewictwa, czy też nie - nakarmi go... to akt rozwiązłości, rozumiesz. Zbrukanie czegoś... niekoniecznie czystego, ale wystarczy, że pozostawisz po sobie coś, co nie jest tak czyste, jak kiedyś. - Zamilkł na moment, a ona zmarszczyła brwi, niepewna, co konkretnie miał na myśli. Jakkolwiek nie czuła się na tyle odważna, by go o to zapytać.

- Ciemność tak naprawdę nigdy cię nie opuszcza – ciągnął dziwnym głosem. – Jest częścią ciebie. Możesz opanować Zew, ale nie przez cały czas. Nawet ci, którzy się odwrócili... wciąż jesteśmy zmuszeni zaspokajać go, trzymać w uśpieniu.

- Dlatego jesteś taki na lekcjach – powiedziała. To miało sens, kiedy teraz o tym pomyślała. – Wzbudzasz strach, złość-

Posłał jej ostre spojrzenie. – Zachowuję się tak, ponieważ taki jestem, Hermiono. Nie powiedziałbym, że to część Zewu.

- Ale powiedziałeś, że Zew jest częścią twojej natury... skąd wiesz, że to nie jest po prostu... bardziej niewinna droga do zaspokojenia go? – zapytała mocnym głosem.

Nie odpowiedział, tylko zapatrzył się w płomienie. Mogła widzieć wściekłość, która trawiła jego ciało – stał naprężony, z napiętymi mięśniami.

- To ma sens, Severusie, musisz to przyznać – upierała się. Przez chwilę milczał z nadal naprężonymi mięśniami. Jej wzrok spoczął na jego sylwetce, przypatrując się jej uważnie. Naprawdę ma ładne ciało, przyznała w myślach. Smukłe, umięśnione, bez zbędnych wypukłości...

- Podziwia pani widok, panno Granger? – szydził, sprawiając, że zamarła.

Oblała się rumieńcem, nie mogąc z oburzenia złapać oddechu. Mając na względzie jego komentarz na temat jej niekontrolowanego języka, powstrzymała się chwilę przed odpowiedzią. Pomyśl, Hermiono... dlaczego to powiedział? Nie robi nic bez powodu... Nagle coś sobie uświadomiła.

Próbował ją rozproszyć!

Chciał wytrącić ją z równowagi; chciał odzyskać kontrolę nad rozmową. Jej spostrzeżenia co do Zewu były właściwe – lub bliskie prawdzie. Próbował ją rozzłościć, odwrócić od niewygodnego tematu. Więc teraz czas wytrącić pana, Profesorze, z równowagi.

Z szydzącym wzrokiem odwrócił się, uznając jej milczenie za poniesienie klęski, więc był widocznie zaskoczony, gdy wykrzywiła się do niego szelmowsko. – Ma pan rację, profesorze, podziwiam.

Zdziwił się jeszcze bardziej słysząc jej słowa, poczuła więc falę rosnącego podniecenia zwycięstwem. Uśmiech na jej twarzy znacznie urósł. – Teraz, Severusie – mówimy sobie po imieniu, mam nadzieję, że pamiętasz – zanim próbowałeś zmienić temat zawstydzając mnie, czekałam na twoją odpowiedź – Czekała na jakiś szyderczy komentarz, przed którym znowu musiałaby się bronić. Nie wierzyła, by pozwolił jej wygrać... ale tymczasem była to słodka chwila.

Podskoczyła zszokowana, kiedy zaczął się śmiać. Nie szyderczym, zimnym śmiechem... tylko głębokim, bogatym i pełnym... i musiała przyznać, że był to piękny dźwięk. Z zastanowieniem przyglądała się zmianom, jakie zaszły przez to na jego twarzy. Wciąż chichotając, usiadł na fotelu naprzeciw niej, kłaniając się jej, zanim usiadł.

- Przepraszam, Hermiono. Oczywiście masz rację co do mojej próby zmiany tematu. Bardzo dobrze. – Patrzył na nią tym dziwnym, oceniającym spojrzeniem. – Chyba jesteś bliska prawdy, tak sądzę. Oczywiście, trudno to stwierdzić – Zew jest częścią mnie od wielu lat, odkąd byłem małym chłopcem. I będąc z tobą szczerym, wyznam ci całą prawdę, żebyś nie myślała o mnie, jako o jakimś romantycznym, niezrozumianym, bohaterskim typie. – Zaśmiała się głośno, słysząc to, na co on posłał jej swój uśmieszek – Lubię przerażać pozbawionych silnej woli uczniów i biadolące bachory, włóczące się po korytarzach. Więc jeżeli będąc takim mogę trzymać Zew w uśpieniu, osiągam dwa cele – zaspokajam Zew i moją własną potrzebę rozrywki.

Uśmiechnęła się do niego, zdumiona jego otwartością i szczerością. Jego oczy wciąż lśniły rozbawieniem i poczuła, że się w nich gubi... czysta czerń, nie dająca rozróżnić gdzie kończy się tęczówka, a zaczyna źrenica. Zastanawiała się, skąd pochodzą jego przodkowie – z wyglądu jego nosa wywnioskowała, że musi mieć włoskie korzenie, ale prawdopodobnie także hiszpańskie. Jego pieczęć nie dawała jej żadnych wskazówek. Gdy siedziała przy jego biurku poprzedniego dnia, dokładnie ją zbadała – smok owinięty wokół sztyletu i zawiły, okrągły wzór otaczający symbole. Wydawało jej się, że musiała to być rodzinna pieczęć. Jej rozmyślania zostały przerwane przez trzask.

- Severus? Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam prośbę do panny Granger – usłyszała głos Albusa Dumbledore'a dochodzący z kominka.

Spojrzała pytająco na Severusa, zanim odwróciła się w kierunku dyrektora. – Tak, proszę pana?

- Ah, panna Granger – mam nadzieję, że miała pani spokojną noc. Rozmawiałem z panem Potterem dziś rano o pani... sytuacji i, jak zapewne rozumiesz, ma obawy co do pani bezpieczeństwa. – Przeklęła pod nosem, a Dumbledore udawał, że tego nie słyszy. – Chciałby z panią pomówić, jeżeli to pani odpowiada.

- Um, muszę się tylko ubrać... gdzie powinn-

- Spotka się pani z nim w pokoju Prefekt Naczelnej. I niech się pani upewni, że to pan Potter puka do drzwi, zanim je pani otworzy – rzekł Dumbledore, przerywając jej. – Panno Granger, to wszystko dla pani bezpieczeństwa. Wolałbym wysłać pana Pottera na dół, do lochów- Na to stwierdzenie usłyszeli głośne prychnięcie z miejsca, gdzie siedział Snape- ale chyba wie pani, dlaczego tego nie zrobiłem – zakończył dyrektor z błyszczącymi oczyma.

Hermiona uśmiechnęła się i przytaknęła. – Już tam idę, dyrektorze. Harry widział mnie już w szlafroku, więc od razu tam zafiukam... – Jej głos zamarł.

Dumbledore skinął z uśmiechem – Tak, moja droga, tak chyba będzie dobrze. Możesz się spodziewać pana Pottera... oh, w zasadzie to już – rzekł, i życząc im obojgu dobrego dnia, zniknął. Hermiona odwróciła się do Severusa.

- Więc idź, Hermiono. Nie pozwól czekać Potterowi – rzekł z szyderczym uśmiechem. W odpowiedzi zmarszczyła brwi.

- Chciałam tylko zapytać, czy gdy będę wracać, powinnam przynieść ze sobą książki – powiedziała, dumna, że jej głos nie zadrżał. Uważnie się jej przypatrując pokręcił głową.

- Nie. Lepiej, żebyś już więcej jej nie dotykała. Jak skończysz z Potterem, wrócę z tobą, by ją wyciągnąć. Jeżeli jest taka, jak ją opisałaś... – zamilkł na chwilę, zanim dokończył nieobecnym głosem. – Będziemy mieć dużo do omówienia, panno Granger.

Przytaknęła i wziąwszy z gzymsu trochę proszku, zafiukała do pokoju Prefekt Naczelnej.

Wyszedłszy z paleniska, oczyściła się z pyłu i usłyszała pukanie Harry'ego. Podeszła do drzwi i pamiętając o ostrzeżeniu Dumbledore'a, rzuciła zaklęcie ujawniające. Zdecydowanie Harry, pomyślała, uśmiechając się na widok zielonookiego chłopca i otworzyła drzwi.

- Hermiona... oh, Merlinie, tak mi przykro – zaczął Harry, natychmiast ją przytulając. – To moja wina...

Zacisnęła ramiona wokół niego, zanim się cofnęła. – Harry... niby jak może to być twoja wina?

Obrzucił ją zmęczonym wzrokiem. – Gdybyście się ze mną nie przyjaźnili, żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła. Twoi rodzice, Ron... Snape.

- Nie bądź idiotą, Harry – rzekła, zmuszając go, by usiadł na jednym z foteli przy kominku, a sama zajęła drugi. – Po pierwsze, moi rodzice i tak zostaliby... zostaliby zamordowani. Lucjusz chciał ich śmierci, bo byli przeciwni Małżeńskiemu Prawu. To nie miało z tobą nic wspólnego. A Ron... – Głos ją zawiódł i musiała na chwilę przestać. – Ron... to była moja wina – ciągnęła cicho. – To, co się stało, było moją winą. Powinnam była przewidzieć...

Zapłacą. Sprawię, że zapłacą.

Harry potrząsnął głową. – Nie, Hermiono. Kto mógłby przypuszczać, że... to się stanie? On – Harry miał także trudności z mówieniem, więc czekała cierpliwie ze łzami w oczach. – Poprosił mnie, żebym z nim poszedł do Hogsmeade... ale nie zrobiłem tego... Teraz nie pamiętam nawet, dlaczego. Zapamiętywałem taktykę w quidditchu, czy coś tak samo głupiego... Jeżeli bym z nim poszedł... Ale pomyślałem, że sam powinien wybrać twój pierścionek. – Harry umilkł nagle, nie patrząc jej w oczy. Poczuła się, jakby ktoś pchnął ją nożem prosto w serce.

- Pierścionek? On... dlatego chciał pójść do Hogsmeade? Sam? – Łzy zaszkliły się jej w oczach i ze złością je przełknęła, potrząsając głową. – Mówiłam, że nie... że nie chcę...

- Wiem, Miona, wiem. – Harry wstał i przysunął się do jej fotela, otaczając ją ramieniem. – To wszystko jest tak pokręcone. A teraz musisz wyjść za Snape'a. Cholera, Hermiono... kiedy to wszystko się popsuło? Czy nie siedzieliśmy dopiero co na Ceremonii Przydziału? Nie ważyliśmy nielegalnego eliksiru Wielosokowego; nie broniliśmy wilkołaka i jego przyjaciela we Wrzeszczącej Chacie? Kiedy to się zmieniło? Kiedy przestało być grą? Od kiedy rzeczą, o którą najbardziej się martwię, nie jest dostanie szlabanu, a uchronienie moich przyjaciół przed śmiercią? Kiedy to zaczęło być tym? – Hermiona mocno przytuliła Harry'ego, jej ramiona drżały od płaczu.

- Nie wiem, Harry, nie wiem – wyszeptała drżącym głosem w okolicach jego barku. – Może... myślę, że to się zaczęło, gdy Voldemort wrócił. Lub, gdy Pettigrew wrócił. Albo... kiedy wypuścili z więzienia Lucjusza Malfoy'a, bo udawał szpiega Ministerstwa.

Wtedy Harry wyswobodził się z jej uścisku, z gorzkim wyrazem twarzy. – Musieliśmy także ochraniać Snape'a za wszelką cenę i dlatego Dumbledore nie mógł tego zwalczyć.

Hermiona zmarszczyła brwi. – Harry, Sev-Snape robi wiele dla Zakonu, dla Jasnej strony... nawet nie wyobrażasz sobie, co on... – Chłopak potrząsnął głową, odwracając od niej twarz. – Harry, on nie chce tego tak samo, jak ja. Ale zrobi to, by mnie chronić. Kiedy robił coś innego, niż nas chronił?

- A kiedy naśmiewał się z twoich zębów? – zapytał, nadal na nią nie patrząc.

Wpatrywała się w niego bezmyślnie, ocierając policzki. Zgarbił się, zaciskając szczękę w zbyt dobrze znanym wyrazie. Wzdychając rzekła. – Harry, naprawdę uważasz, że teraz ma to jakieś znaczenie? Naraża swoje życie, cały czas, by chronić ludzi, których nawet nie lubi. Włączając ciebie. To chyba coś o nim świadczy?

- No. Chyba ma za co odpokutowywać – rzekł zimno chłopak, zanim na nią spojrzał. – Hermiono, słuchaj – doceniam to, co dla ciebie robi. Ale... nie mogę pomóc, a jednak czuję, że on coś z tego ma, jeżeli wiesz, co mam na myśli. Ja tylko... nie uważam, że robi to wszystko z dobroci serca. – Jego usta skrzywiły się, gdy mówił ostatnie słowa.

Z poczuciem klęski potrząsnęła głową i zapadła się w fotel. – Czy to ważne? Dopóki końcowy rezultat będzie ten sam – czy to w ogóle ma znaczenie?

- Nie mam pojęcia.

Zagubieni w swoich myślach, przez kilka minut milczeli. W końcu Harry odezwał się znowu. – Ja... wolałbym, żebym to mógł być ja, zamiast niego. Chciałbym być tym, który mógłby to zrobić, by cię chronić. Jesteś moją ostatnią... moją prawdziwą rodziną, Hermiono. Jak siostra i to... trudno mi powierzyć cię najbardziej znienawidzonemu profesorowi. To wszystko. Wiem, że jest godny zaufania, że obroni cię, ale... – Zamilkł na chwilę, szukając odpowiednich słów. Dziewczyna spojrzała na niego smutno. – Chcę także, żebyś była szczęśliwa – nie tylko bezpieczna. Tak szczęśliwa, jak tylko w tym wypadku możesz.

Hermiona wstała i podeszła do miejsca, gdzie stał, kładąc ręce na jego ramionach. – Harry, wydaje mi się... wydaje mi się, że będę. On... nie jest taki zły, jak myślisz, naprawdę.

- Jasne.

- Nie, Harry, naprawdę – upierała się. – To raczej... przyjemne, serio. Stara się, jak może.

Chłopak spojrzał na nią. – Hermiono, zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała z nim sypiać?

Nie mogła powstrzymać rumieńca, więc odwróciła wzrok od jego zielonych oczu. – Wiem, Harry. Chyba... myślę, że nie będzie z tym problemu – powiedziała, a jej policzki zaczerwieniły się jeszcze bardziej.

- Nie będzie problemu? Miona, gadamy o Snape'ie!

Nerwowy uśmiech wypłynął na jej niemal purpurową twarz. – Wiem.

Patrzył na nią, niedowierzając, zanim wybuchnął. – Ty, ty... Oh, Bogowie, nie wierzę! On ci się podoba? – Wzruszyła ramionami, na co wybałuszył oczy. – Czyś ty kompletnie zgłupiała?

Ponownie wzruszyła ramionami, unikając jego wzroku. - Nie wiem, Harry. Nigdy wcześniej nie myślałam o nim w ten sposób, ale... to znaczy, nie jest przystojny, ale ma coś takiego... jest po prostu sexy. – Harry wydał jakiś zdławiony odgłos, gapiąc się na nią, jakby wyrosły jej trzy głowy. – Naprawdę jest! – broniła się. – Pamiętasz, gdy Lavender i Parvati mówiły o tym, jak się porusza- Harry wydał kolejny dziwny odgłos- a bez szat – miały rację. Ma niezłe ciało.

- CO? – krzyknął. – Co masz na myśli, mówiąc bez szat? Co on ci robił?

Hermiona uniosła ręce, śmiejąc się. – Spokojnie, Harry. Nic nie zrobił. Przecież nie chodzi po swoim mieszkaniu w pełnych szatach, tak samo, jak ty teraz w mundurku! Nosi spodnie i koszulę. – Chłopak widocznie odprężył się na to wyznanie. Zdecydowała więc nie wspominać, jak dobrze wygląda bez koszuli. – Zresztą co by to znaczyło? Niedługo będziemy małżeństwem. Chyba mogę się do tego przyzwyczajać, nie?

- Chciałbym, żeby było inne wyjście, Hermiono – westchnął Harry, patrząc gdzieś ponad nią. – Chciałbym, żeby to cholerne prawo nigdy nie przeszło – Jego głowa opadła, gdy rzekł. – Chciałbym, żeby Ron nadal żył.

- Ja też, Harry. Ja też.