Betowała Jasmin Kain.

Rozdział 7

Domowe zacisze jest dla każdego ostoją. We własnych czterech ścianach nie trzeba uciekać od myśli, których uporczywość nie daje spokoju czy od wydarzeń, będących numerem jeden w magicznym świecie.
Jaskrawe światła wypełniły duży, przestronny salon o wściekle fioletowych ścianach. Bogate wyposażenie podkreślało finansowy status jego mieszkańców. Czarodziejów próżnych i zadufanych w sobie, na każdym kroku pyszniących się arystokratycznym pochodzeniem i posiadanym bogactwem. Z wyraźnym zwróceniem uwagi na to pierwsze. Szlachetne urodzenie to jedno, jednak byłoby niczym, gdyby nie ich czysta krew. Tak, to było najważniejsze. Bycie członkiem tej rodziny dawało ci w oczach innych niemal status półboga.
Elegancka kobieta, o bladej twarzy i długich do ramion blond włosach, siedziała w obitym skórą czarnym fotelu i znudzona bawiła się różdżką.
Światła w salonie raz gasły, pogrążając go w mroku, a raz płonęły wściekle, podobnie jak jego właścicielka. Kobieta trzymała w jednej dłoni kieliszek z długą szyjką napełniony winem i intensywnie nad czymś myślała. Nie były to z pewnością przyjemne rozważania, o czym świadczyły jej ściągnięte brwi i zaciśnięte usta. Ubrana była w długą, szytą na miarę czarną suknię, a szyję zdobił duży, złoty wisior. Okrągła zawieszka przedstawiała spłaszczony pysk węża.
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna. Był bardzo blady, miał długie blond włosy, a spojrzenie szarych oczu przeszywało na wylot.
— Narcyzo — spokojnie wymówił jej imię. — Znowu się izolujesz? I co to za nachmurzona mina? Powiedz, co cię dręczy. Nawet jeśli to nie jest nic dobrego.
— Cóż za pełna poświęcenia troska — prychnęła czarownica, spoglądając chłodno na męża. — Co mnie dręczy, Lucjuszu? Konsekwencje czynu, którego dopuścił się twój brat. Gdyby wywiązał się solidnie z pewnego zadania dwanaście lat temu, odrzuciwszy na bok paranoję mojej ciotki, dziś nie musiałabym czytać tego wszystkiego…
— Co masz na myśli? — Malfoy zbliżył się powoli do swojej żony, splatając dłonie z tyłu.
— To! – syknęła kobieta, machnąwszy różdżką w kierunku egzemplarza „Proroka", który wzbił się w powietrze ze wspaniałego dywanu i poszybował w kierunku gospodarza domu. — Nie podali do publicznej wiadomości jej nazwiska, ale z opowieści naszego syna wiem, że chodzi o tę małą szkaradę!
Lucjusz ujął gazetę w jedną dłoń i rzucił szybko okiem na pierwszą stronę:

Podwójne uderzenie Syriusza Blacka
Ostatnie wydarzenia nasuwają zapewne każdemu rodzicowi to samo pytanie. Czy moje dziecko ma prawo czuć się bezpiecznie w szkole, której władze powinny zapewnić mu bezwzględną ochronę?
Cała czarodziejska społeczność wyraziła swój niepokój w sprawie głośnego ataku na uczennice Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Dwie trzynastoletnie Gryfonki padły ofiarą wściekłości szaleńca, za którego głowę Ministerstwo Magii wyznaczyło nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy galeonów. Tak, mowa tutaj o zbiegłym skazańcu, Syriuszu Blacku, który zaatakował wspomniane wyżej uczennice - jedną dotkliwie poturbował, a drugą brutalnie zamordował.
Minister Magii, Korneliusz Knot, zwołał w tej sprawie specjalnie zebranie, a w komentarzu dla prasy oznajmił, że są bliżsi schwytania mordercy niż kiedykolwiek. Odmówił jednak sprecyzowania swojej wypowiedzi.

Lucjusz przerwał czytanie, po czym, nadal trzymając „Proroka", zapytał ironicznie:
— Co ty masz do tego tekstu, moja droga? Nie odpowiada ci jego styl językowy? Za bardzo ubogi, za mało konkretny?
— Śmiej się – warknęła Narcyza, po czym cisnęła kieliszkiem w buchający ogień. — Jeśli jego następną ofiarą będzie nasz syn to dopiero będziesz miał powód do śmiechu.
Malfoy nagle spoważniał. Stanął naprzeciwko żony i pochylił się nad nią.
— Draconowi nic nie grozi – powiedział cicho. — Celem twojego drogiego kuzyna jest Potter. Nikt więcej…
— Nie tylko Potter – syknęła Narcyza, zaciskając zęby. — Uważasz, że on zignorowałby fakt, że do Hogwartu uczęszcza również jego siostrzenica? Przeklęta skaza na moim rodzie?
— Do tej pory pamiętam zachwyt twojej ciotki nad tą małą — Lucjusz wyprostował się i uśmiechnął złośliwie. — Była prawie pewna, że dzieciak trafi pod jej makabryczne skrzydła i że wychowa go na wzór prawdziwego Blacka! Jednak twoja siostra…
— Nie bluźnij mi tutaj — czarownica zacisnęła dłoń na swojej różdżce. — Nie chcę słyszeć jej plugawego imienia!
— Twoja siostra pokrzyżowała plany kochanej cioci Walburgi — kontynuował beztrosko Malfoy, przechadzając się po eleganckim dywanie. — I wtedy ta poczciwa kobieta wydziedziczyła swoją jedyną wnuczkę i zapisała swoje finansowe dobra naszemu synowi!
— Mój kuzyn w rzeczywistości to ogromne rozczarowanie, jeśli chodzi o ród Blacków — mruknęła blondynka, skubiąc wolną dłonią rękaw swojej sukni. — Jednak nie ukrywam, że byłabym mu wdzięczna, gdyby pozbył się tej dziewczyny. Szkoda, że to nie ona zginęła…
– I ty wzbraniałaś się przed tym, aby zostać śmierciożerczynią — Lucjusz uśmiechnął się czule do żony. — Byłabyś nieoceniona dla Czarnego Pana! Zimna, bezwzględna i skuteczna!
— Bardziej niż twój brat — warknęła Narcyza, wstając. — Gdyby nie twoje argumenty, by oszczędzić dzieciaka dla starej Walburgi, nie musiałabym się codziennie rano budzić ze świadomością, że on żyje! Druzus miał nie mieć litości zarówno dla matki, jak i dla tej małej!
— Cóż, twoja kuzynka zapłaciła wysoką cenę za twoje życzenie — skwitował zimno Malfoy, mrużąc oczy. — Wszyscy do tej pory pamiętają jej zmasakrowane ciało. Ale żeby życzyć podobnego losu niewinnemu niemowlęciu…
— Zapomniałeś, jakie zadanie otrzymał tatuś tego uroczego brzdąca? — zakpiła kobieta, podchodząc do męża i zbliżając swoją twarz do jego. — Ethan Durance miał za zadanie schwytać ciebie oraz twojego brata! A znając skuteczność tej rodziny, zwłaszcza jego ojca, to obaj szybko byście wpadli!
— Dlatego o to zadbałem — syknął Lucjusz, odpychając ją lekko. – Do trumny włożono jedynie jego stopę i kawałek skalpu z włosami. Reszty ciała nigdy nie odnaleziono. Za to będę już zawsze wdzięczny twojej siostrze. Ojciec szczeniaka miał za to więcej szczęścia i przynajmniej jego pogrzeb zasiliło całe ciało…
Narcyza odeszła od męża i stanęła przy dużym, łukowatym oknie, znajdującym się na lewo od kominka. Skupiła wzrok na zewnętrznej części swoich wspaniałych włości i powiedziała:
— Draco nic nie wie o Savannah Durance. Nie ma pojęcia, kim dla niego jest ta dziewczyna. Masz jakiś pomysł, jeśli zacznie zadawać pytania?
— Oczywiście — odparł Lucjusz, podchodząc do żony i delikatnie głaszcząc jej plecy. — Powiemy mu prawdę.
Narcyza odwróciła się gwałtownie i spojrzała na męża z nieukrywaną wściekłością.
— Chcesz, aby dowiedział się, że ta mała szkarada jest jego kuzynką? — syknęła. — Wypłyń proszę, na powierzchnię, bo od czasu śmierci Czarnego Pana nie myślisz jasno, mój drogi!
—Kto ci pozwolił — warknął Lucjusz, chwytając żonę za nadgarstek. — Tak się do mnie odzywać?! Czy wiesz, jakie masz szczęście, że jeszcze żyjesz?!
Czarownica syknęła, a Malfoy zwiększył uścisk. Narcyza krzyknęła, a wtedy mąż złapał ją za szyję. Nie dusił jej jednak - jego długie palce spoczęły na gładkiej skórze, kiedy stanął twarzą w twarz ze swoją połowicą.
— Wyjaśnię ci wszystko po kolei — wycedził, a spojrzenie szarych oczu przeszyło kobietę. — To że jeszcze cię nie zabiłem, świadczy tylko o tym, że pasuje mi to twoje cholerne partnerstwo. Twój umysł jest równie zatruty, co i mój. A to mi bardzo odpowiada.
Na potwierdzenie ostatniego zdania złapał ją brutalnie za pierś. Kobieta jęknęła, a z jej oczu popłynęły łzy.
— Po drugie — syknął, gładząc drugą dłonią jej gładką szyję. — Nasz syn jest na tyle bystry, że sam by do tego doszedł. W końcu gdzieś na strychu spoczywa duplikat rodowego drzewa twojej rodziny, prawda, kochanie?
Narcyza wpatrywała się przerażona w swojego męża, który nagle zacisnął swoje palce, domagając się odpowiedzi. Kobieta zaczęła się krztusić, a wtedy mężczyzna cofnął rękę.
— Nie słyszę? — zapytał zimno Lucjusz, a czarownica pokiwała szybko głową.
— Widzisz, to takie proste — wyszeptał czule, po czym chwycił żonę za ramię i pchnął na ścianę. Stanął naprzeciwko kobiety i zbliżył swoją twarz do jej własnej.
— Draco, znając tożsamość Savannah Durance, otrzyma pretekst jak na tacy — syknął jadowicie. — Zapewne od razu zechce pokazać jej, gdzie znajduje się miejsce dla tych z gorszego sortu… Proste, prawda, Cyziu?
Czarownica skinęła głową, a wtedy mąż nachylił się i wyszeptał jej do ucha:
— Partnerzy w życiu oraz partnerzy w zbrodni… Zapamiętaj to raz na zawsze!
Po tych słowach spojrzał na nią znacząco i ucałował kobietę w policzek. Narcyza odwróciła wzrok, na co Lucjusz zaśmiał się ironicznie i klasnąwszy w dłonie, ruszył w kierunku drzwi. Nim jednak opuścił salon, zatrzymał się w progu i po raz ostatni skupił swoją uwagę na żonie.
— Nie waż się nikomu poskarżyć — wycedził. — Jeśli ktokolwiek się dowie, mój odwet będzie dla ciebie tragiczny w skutkach. Szkoda, by nasz syn dowiedział się z gazety, że jego mamusi przydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Być półsierotą to tragedia dla dorastającego chłopca, nieprawdaż? Zwłaszcza dla takiego, który uwielbia swoją rodzicielkę.
Narcyza odwróciła wzrok, modląc się w duchu, by już sobie poszedł. Gdy drzwi zamknęły się głucho za Lucjuszem, kobieta drżącą dłonią dotknęła swojej szyi. Nadal odczuwała skutki mocnego uścisku swojego męża, jednak co innego zaprzątało jej myśli. Groźby tego człowieka zawsze się sprawdzały, a ich sprawca pozostawał bezkarny. Czy powinna obawiać się o własne życie?

Październik 1977 roku, Grimmauld Place 12, Islington, Londyn, Anglia.
Dom Oriona i Walburgi Blacków nie był pożądanym miejscem do spotkań czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej. Tak naprawdę to każdy uciekał od możliwej ewentualności przekroczenia jego progu, gdzie panowała sztywna i grobowa atmosfera.
Narcyza nie przepadała za odwiedzinami u wujostwa. Musiała jednak „na siłę" towarzyszyć swoim rodzicom i dwóm starszym siostrom w tradycyjnych, rodzinnych spotkaniach, na których najczęściej debatowano o aktualnych wydarzeniach w czarodziejskiej społeczności oraz omawiano najświeższe ploteczki.
Ciotka Walburga, kobieta odziana zawsze w nieśmiertelną czerń, była osobą o wybuchowym i nieprzewidywalnym charakterze. To ona rządziła w tym małżeństwie, choć wujowi Orionowi nie można była odmówić podobnej porywczości. Skutki zachowania obojga rodziców odczuwał najdotkliwiej jeszcze do niedawna ich najstarszy potomek Syriusz. Jednak rok temu, wskutek karczemnej, rodzinnej awantury, butny nastolatek spakował najpotrzebniejsze rzeczy i cichaczem opuścił rezydencję.

Narcyza wygładziła dłońmi fałdy na swojej odświętnej, zielonej sukni. Siedziała na długiej, twardej kanapie i jak zawsze oddawała się ckliwym rozmyślaniom. Była to jedyna rzecz, która umożliwiała skuteczne zatracenie się w czasie i przyspieszała koniec znienawidzonej wizyty. Jednak czasy, kiedy miała przy sobie Bellatriks oraz Andromedę, minęły bezpowrotnie. Obie były już zamężne, z tymże wyjątkiem, że ta druga pogwałciła rodzinnymi wartościami i związała się z mugolem. Miała z nim także dziecko, o którego istnieniu ona, Narcyza, nie chciała nawet słyszeć.
Młoda kobieta zaczęła nerwowo skubać skórkę przy paznokciu. Owszem, wywodziła się z Blacków, ale teraz jej przyszłość mogła być już tylko lepsza. Od ponad trzech lat była panią Malfoy i czuła się dumna z powodu przynależności do rodziny męża.
Jej wizyta w tym domu nie była przypadkowa. Wujostwo kładło silny nacisk na zachowanie tradycji i właśnie dziś mieli przyjrzeć się niezwykle korzystnej - według nich - ofercie. Dotyczyć miała ona przyszłości ich jedynej córki - Shelly Black.
Narcyza podniosła wzrok i przebiegła nim po salonie. Był to wysoki i długi pokój, znajdujący się na pierwszym piętrze. Ściany miały zielono - oliwkową barwę i pokryte były staromodnymi gobelinami. W oknach wisiały długie, ciężkie, aksamitne zasłony, zaś podłogę pokrywał wspaniały dywan. Po obu stronach kominkach stały oszklone serwantki, pełne wielu drogocennych przedmiotów, zaś w rogu pomieszczenia znajdował się stary sekretarzyk. Obok kanapy, na której siedziała Narcyza Malfoy, ustawiono elegancki fotel, będący ulubionym miejscem Oriona Blacka.
Nieprzyjemne wnętrze, pomyślała młoda kobieta i utkwiła wzrok w jednym z dużych okien. Jasne światło dnia dawało przynajmniej jakieś pocieszenie i wpuszczało trochę życia do pomieszczenia. Nagle klamka w drzwiach poruszyła się i czarownica odwróciła się gwałtownie.
Rozległo się ciche skrzypienie i do środka prawie bezszelestnie weszła czarnowłosa dziewczyna. Była średniego wzrostu, miała na sobie prostą, jasną sukienkę na ramiączkach, sięgającą kolan. Przerażała bladością, nawet przy odrobinie różu na policzkach.
Narcyza wyprostowała się z godnością i wbiła w nastolatkę ostre spojrzenie.
— Co się stało, Shelly? — spytała drwiąco. — Czyżby Poncjusz Nott nie był godny nieskalanej Gryfonki?
Brunetka zmrużyła szare oczy i powiedziała:
— Jeśli miałabym zaakceptować jego kandydaturę, to wolę już, aby moja matka mnie zabiła.
— Co ty wygadujesz, głupia dziewczyno! — Narcyza wstała gwałtownie i podeszła do swojej kuzynki. Shelly skrzyżowała ramiona na piersi i popatrzyła na nią dumnie. Blondynka przyjrzała się dokładniej twarzy panny Black i z satysfakcją dostrzegła krwawe zadrapanie na jej prawym policzku.
— Czyli rozumiem, że odmówiłaś — odparła cicho, uśmiechając się złośliwie. — Ciocia Walburga na swój oryginalny sposób podesłała mi odpowiedź.
Shelly dotknęła dłonią zranionej części twarzy. Syknęła, gdyż poczuła ostre pieczenie. Narcyza zaśmiała się głośno i powiedziała:
— Jesteś taka żałosna… gdybyś miała choć trochę rozumu w głowie, zaakceptowałabyś to, czego oczekują od ciebie twoi rodzice. Sobie zapewniłabyś dostatnie życie i w pewnym stopniu uratowałabyś honor swojej rodziny.
— Do czego zmierzasz? — warknęła Shelly, patrząc z niechęcią na kuzynkę.
— Do tego, abyś nie okazała się kolejnym rozczarowaniem — syknęła Malfoy, robiąc krok w stronę dziewczyny. — Tak jak Syriusz. Pieprzony zdrajca własnej krwi. Sam fakt, że oboje jesteście Gryfonami, doprowadza waszych rodziców do ryzyka zawału serca.
— Mojego brata zostaw w spokoju — powiedziała ostro Shelly, zaciskając dłonie w pięści. — Postąpił właściwie. Kto wie, może niedługo pójdę w jego ślady!
— Z radością przekażę cioci Walburgi twoje słowa — odparła słodko Narcyza, a jej twarz wyrażała pogardę. — Może jeszcze dziś twoja śliczna buzia powiększy się o kolejną, atrakcyjną bliznę!
Shelly zagryzła wargę tak mocno, że poczuła pod zębami smak krwi.
— Zaklęcie Enervate pozwoli ci z powrotem cieszyć się urodą porcelanowej laleczki — zakpiła blondynka, robiąc krok w stronę kuzynki.
— Chciałaś raczej powiedzieć — powiedziała cicho Shelly, piorunując Narcyzę wzrokiem. — Że moja matka nie jest głupia, by świadomie ryzykować. Może sobie usuwać wszelkie moje obrażenia, jednak dyrektor Hogwartu doskonale wie, co się dzieje w tym domu.
— Nie ma to jak sprzedać rodzinne brudy podobnym sobie wyrzutkom — syknęła Malfoy, po czym odepchnęła kuzynkę na bok tak mocno, że ta wpadła na stary sekretarzyk. Shelly stłukła sobie boleśnie łokieć, jednak nic nie powiedziała. Leżała na podłodze, trzymając się za niego drugą ręką i patrzyła z nienawiścią na Narcyzę.
— Gdyby wzrok mógł zabijać — powiedziała powoli żona Lucjusza Malfoya. — Byłabyś w tym nieoceniona. To stały wyraz goszczący na twojej twarzy, gdy tylko znajdziesz się w naszym towarzystwie. Nie dziwię się, że twoja matka próbuje za wszelką cenę nauczyć cię dobrych manier. Jednak moim zdaniem, nadaremnie. Przesiąkłaś brudem, który wypełnił nie tylko Syriusza, ale również i moją siostrę. A to zostanie w was do samej śmierci.
Do samej śmierci… Narcyza powtórzyła to zdanie bezgłośnie. Leżała teraz obok swojego męża, drżąc o własne życie. Lucjusz nie raz pokazał, że lepiej z nim nie zaczynać. Kobieta przycisnęła twarz do poduszki, pragnąc, by upragniony sen w końcu nadszedł.

Syriusz Black wpatrywał się w skalny sufit jaskini i po raz kolejny zaklął pod nosem. Nie mógł darować sobie tego, że potraktował własną siostrzenicę zaklęciem oszałamiającym. Nie miał jednak wyboru. Gdyby tego nie zrobił, dziewczyna zaczęłaby krzyczeć i tym samym położyła kres jego obecnej wolności.
Mężczyzna dźwignął się na łokciu i przysunął do siebie najnowszy numer „Proroka". To, co w nim przeczytał, przeraziło go nie na żarty. Tego dnia, kiedy wtargnął do Hogwartu i skonfrontował się z Savannah, doszło do jeszcze jednego ataku na uczennicę. Tylko że on nie miał w tym żadnego udziału. Jednak to jemu przypisano odpowiedzialność za to morderstwo. Dręczony poczuciem winy, wymamrotał pod nosem kolejne przekleństwo i złapał się za włosy brudnymi rękami. Nie wiedział, która z uczennic została zaszlachtowana - nie mógł uwolnić się od myśli, że ofiarą mogła być jego siostrzenica.
Black odjął dłonie od głowy - oddychał ciężko, cały się trzęsąc. Musi dowiedzieć się, kto zginął. Jeśli tego nie zrobi, za chwilę zwariuje do reszty.

Savannah nie mogła doczekać się momentu, kiedy wreszcie zostanie zwolniona ze Skrzydła Szpitalnego. Nim jednak miało to nastąpić, czekało ją jeszcze kilka godzin pobytu w towarzystwie nadopiekuńczej magomedyczki.
Dochodziło południe, więc powoli zbliżał się nieznośny moment odwiedzin Andromedy. Savannah opadła na poduszki, ciesząc się, że pani Pomfrey na chwilę zniknęła, wywołana nagłą sytuacją w klasie profesora Flitwicka.
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się powoli i pojawiła się w nich głowa Hermiony.
— Nie ma jej? — spytała szeptem, a zaskoczona Durance odparła bezgłośnie „Tak".
Po chwili do Skrzydła Szpitalnego wtargnęła (dosłownie) święta trójca w osobach Pottera, Weasleya oraz Granger.
— Nie jesteście na lekcji? — spytała zaskoczona Savannah, a Hermiona wyjaśniła:
— Cóż, stosowne podziękowania należą się Fredowi i George'owi. Gdyby nie ich magiczne zabawki, nie mielibyśmy zapewnionej godziny, którą teraz chcemy w całości poświęcić tobie.
— Profesor Flitwick został przytwierdzony do sufitu tak skomplikowanym urokiem — powiedział powoli Ron, a jego twarz zdradzała powagę. — Że odszukanie odpowiedniego przeciwzaklęcia może zająć Lupinowi trochę czasu. Najwyżej dwie godziny. Oczywiście życiu profesora nic nie zagraża.
— Ale jeśli zaangażują w to samego dyrektora — mruknęła Granger. — To wtedy musimy wynosić się stąd za około kwadrans…
— Zdążymy — powiedział Harry, po czym za pomocą różdżki przywołał trzy taborety. Po chwili on, Ron oraz Hermiona zajęli miejsca naprzeciwko Savannah.
— Gdy wybiegłaś z Wielkiej Sali, a zaraz po tobie Kelly — szepnęła Granger. — Niewiele później doszło do ataku na portret Grubej Damy.
Durance wciągnęła ze świstem powietrze, domyślając się, co za chwilę usłyszy.
— Tak, to Syriusz Black stał za tym wszystkim — odrzekł Harry, a w jego głosie zabrzmiała wściekłość. — Tak ją pociął, że odnowienie jej zajmie Filchowi trochę czasu.
— Zaatakował ją nożem? — spytała cicho Savannah, zaciskając dłonie na krawędzi kołdry.
—Zaatakował to mało powiedziane — wypalił Ron. — Tak się wkurzył, że cały obraz był pełen dziur. Paski płótna leżały garściami na podłodze.
Durance zamilkła. Wargi jej zadrżały, a oczy przetarła wierzchem dłoni.
— Jeśli pragniecie coś pominąć, to wiedzcie, że wiem — powiedziała łamiącym się głosem. — Wiem, że Syriusz Black zamordował Kelly Bale.
—Savannah! — Hermiona chwyciła ją za rękę, ale nastolatka wyrwała się Gryfonce.
— Mnie także zaatakował — kontynuowała, a po twarzy spływały jej łzy. — Wciągnął mnie do jakiejś klasy i oszołomił. Dziwię się tylko, dlaczego mnie nie zabił. Przy Kelly nie miał takich oporów.
— Po napaści na Grubą Damę — zaczęła Hermiona. — Dumbledore zarządził, aby wszystkie domy spędziły noc w Wielkiej Sali. Dla naszego własnego bezpieczeństwa. Potem prefekci naczelni pilnowali wejść do Wielkiej Sali. Wszystkie pomieszczenia w zamku zostały przeszukane, ale po Blacku ani śladu.
— Wszyscy zachodzą na głowę, jak udało mu się tutaj w ogóle dostać — podchwycił Ron. — I…
—I wtedy, gdy doszło do ataku na Grubą Damę — warknęła Granger, piorunując rudzielca wzrokiem. — Rozpoczęto poszukiwania ciebie i Kelly. Wszyscy bardzo baliśmy się, że mogło wam się coś stać. Później te obawy częściowo się potwierdziły.
— Częściowo? — żachnęła się Savannah, patrząc ze złością na Hermionę. — Potwierdziły się w zupełności. Kelly za swoją troskę o mnie zapłaciła najwyższą cenę!
— Nie to miałam na myśli — zaczęła Granger, lecz Harry jej przerwał:
— W dzień po atakach do szkoły przybył Korneliusz Knot. Spotkał się z Dumbledore'm i McGonagall w gabinecie dyrektora.
— Widać było, jak trząsł portkami — zakpił Ron. — Sytuacja go przerosła, bo Black już od dawna powinien siedzieć z powrotem w Azkabanie.
— Musimy być ostrożni — wyszeptała Hermiona, spoglądając po kolei na każdego ze swoich przyjaciół. — Naprawdę ostrożni. Myślę, że powinni zakazać nawet wypadów do Hogsmeadee…
— Chyba żartujesz?! — Ron wybałuszył oczy.
— Hermiona ma rację — odparła Savannah bez emocji. — Jeśli wstrzymają wyjścia do Hogsmeade, nie powinniście być zaskoczeni. Obowiązkiem władz szkoły jest zapewnienie nam bezpieczeństwa.
— Dobrze się czujesz? — zapytała Granger, zauważając na twarzy koleżanki jeszcze większą bladość.
— Tak, jestem tylko trochę zmęczona — powiedziała cicho Savannah, opadając na poduszki. — Proszę, nie odbierze tego, że nie chcę…
— Jasne, że nie — odparł Harry, wstając pierwszy. — Ostatnio sporo się wydarzyło. Potrzebujesz spokoju, zwłaszcza, że pewnie niedługo wychodzisz.
— Pani Pomfrey chce mnie wypisać dzisiaj wieczorem — powiedziała brunetka, biorąc głęboki wdech. —Prawdę mówiąc to nie wiem, czy przeżyję z nią tych kilka godzin. Jest bardziej nachalna niż moja ciotka.
Hermiona przewróciła do góry oczami, po czym cała trójka pożegnała się z koleżanką i opuściła Skrzydło Szpitalne.
— Nie wiem, czym Pomfrey ją nafaszerowała — zaczął Ron, gdy szli korytarzem. — Ale zrobiła się taka śmiertelnie poważna. Jest w stanie nawet zgodzić się z tym, aby wstrzymano nam wyjścia do Hogsmeade!
— Odsuwając na bok osobiste przyjemności — wtrącił Harry. — To uważam to rozwiązanie za wysoce rozsądne.
— Jasne, bo ty nie masz nic do stracenia! — żachnął się Weasley, lecz Hermiona posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Tu nie chodzi tylko o miłe spędzenie czasu — warknęła, piorunując wzrokiem obu przyjaciół. — Ale o nasze życie. Bezpieczeństwo każdego z uczniów. Pamiętacie sytuację sprzed roku? Gdyby Harry nie powstrzymał bazyliszka, Ginny by zginęła, a Hogwart został zamknięty. To powinno cię chyba przekonać, Ron.
Weasley zacisnął zęby i odwrócił wzrok. Nienawidził, gdy Granger miała rację.

Każdy, kto trafiał do Skrzydła Szpitalnego, zawsze zaświadczał, że opieka medyczna pani Pomfrey jest nieoceniona. Savannah wystarczyły tylko trzy dni, by skutecznie znienawidzić to miejsce.
Tuż po wyjściu złotego trio do Skrzydła Szpitalnego wpadła poruszona pielęgniarka, szukając odpowiednich eliksirów w swoim arsenale. Gdy już takowe znalazła, poleciła Savannah odpoczywać i nie ruszać się z łóżka. Nie przewidziała jednak, że młoda pacjentka doczeka się gościa. Profesor Lupin odwiedził dziewczynę w niespełna godzinę po jej przyjaciołach. Savannah przyznała w duchu rację Hermionie - zapewne za odczarowanie Filiusa Flitwicka zabrał się sam Dumbledore.
Dziewczyna udała, że śpi, gdy usłyszała ciche kroki Lupina. Wiedziała, że to on - zawsze, gdziekolwiek przyszło mu przebywać, starał się nie narobić hałasu. Odgłos przysuwanego taboretu uzmysłowił Gryfonce, że nauczyciel jest teraz bliżej, niż mogła przypuszczać. W przypływie emocji brunetka zacisnęła kurczowo powieki, co spowodowało chichot profesora.
— Dobrze wiem, że nie śpisz, Savannah — powiedział pogodnie Lupin. — Mam tylko nadzieję, że nie przeszkadzam ci w rekonwalescencji.
Dziewczyna otworzyła oczy i dostrzegła pochylonego u jej wezgłowia mężczyznę.
— Jak się czujesz? — spytał cicho. — Gdy cię znalazłem, nie wyglądałaś za dobrze.
— Wygnieciona szata i przeraźliwa bladość na twarzy? — Gryfonka spróbowała zażartować. — Czy może potargane włosy i rozmazany tusz w okolicach oczu?
— To pierwsze poniekąd – wyszeptał Lupin, cały czas uważnie jej się przyglądając. — Bardziej przeraziła mnie krwawiąca rana z tyłu twojej głowy. Na szczęście zawsze możemy liczyć na cudowną panią Pomfrey.
Savannah instynktownie chwyciła się w nadmienione miejsce, a profesor kontynuował:
— Chciałem ci powiedzieć, że jest mi bardzo przykro z powodu tego, co spotkało ciebie i twoją przyjaciółkę. Profesor Dumbledore wyposażył Hogwart w kilka dodatkowych zaklęć ochronnych. Nie będzie następnego razu.
Zapadła chwila milczenia. Savannah dusiła w sobie to, o co chciała zapytać nauczyciela. To słowo nie chciało jej przejść przez gardło.
— Kiedy odbędzie się pogrzeb Kelly? — zapytała cicho, spoglądając Lupinowi prosto w oczy. — Chciałabym w nim uczestniczyć…
— Państwo Bale odebrali już ciało swojej córki — powiedział Remus i nieoczekiwanie chwycił dziewczynę za rękę. — Postanowili zorganizować cichą, prywatną ceremonię. Z postanowieniem, że nie życzą sobie nikogo, kto mógłby przypominać im o Hogwarcie. Profesor Dumbledore zaoferował swoją pomoc, ale spotkał się ze stanowczą odmową.
— A ja? — jej usta zadrżały. — Przecież rodzice Kelly dobrze mnie znają, na pewno chcą, abym pożegnała ich córkę…
— Przykro mi – wtrącił szybko Lupin. — Ale nie wspominali nic o tobie. Przyniosłem ci trochę czekolady.
Po chwili poczuła, jak wkłada jej coś do dłoni.
— Wiem, że jest ci ciężko — zaczął powoli. — Ale nie pozwól, by poczucie straty całkowicie tobą zawładnęło. Jeśli będziesz chciała porozmawiać, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Savannah wpatrywała się w jakiś punkt przed sobą. Nie chciała spojrzeć na Lupina, choć była mu wdzięczna za jego uwagę. Profesor poklepał ją po ramieniu, po czym wstał i cicho opuścił Skrzydło Szpitalne. Dopiero gdy wyszedł, dziewczyna przeniosła wzrok na drzwi.
Rodzice Kelly nie życzyli sobie nikogo na pogrzebie ich córki… Nikogo, kto w jakiś sposób reprezentował Hogwart. Dla nich to szkoła była winna śmierci ich jedynaczki. Savannah poczuła wściekłość. To nie była wina Hogwartu, ale Syriusza Blacka! Dziewczyna zacisnęła mocno dłoń, w której ściskała czekoladę. Poczuła, jak owa słodkość powoli zmienia swój kształt.
W tym samym momencie, gdy Gryfonką targały negatywne emocje, drzwi otworzyły się i weszła przez nie pani Pomfrey wraz z dyrektorem. Pielęgniarka ucieszyła się, widząc, że pacjentka się obudziła, gdyż chciała zaaplikować jej jakiś eliksir. Profesor Dumbledore zbliżył się do łóżka dziewczyny i zauważył jej napięcie.
— Savannah — zapytał ostrożnie. — Czy coś się stało?
— Tak — odrzekła nastolatka. — Właśnie dowiedziałam się od profesora Lupina, że rodzice Kelly nie chcą, abym uczestniczyła w pogrzebie ich córki.
— Źle do odebrałaś, moja droga — dyrektor stanął z tyłu łóżka i oparł dłonie na żelaznym oparciu. — Państwo Bale nie wskazali, kogo by chcieli widzieć, a kogo nie. Postanowili, że uroczystość będzie miała prywatny charakter. Z udziałem tylko najbliższej rodziny.
Dziewczyna wbiła wzrok w kołdrę, którą po chwili naciągnęła aż po samą szyję.
— Filius czuje się bardzo dobrze — głos pani Pomfrey wyrażał głębokie zadowolenie. — Jestem tylko ciekawa, skąd w jego klasie znalazły się pękające śmierdzioglutki…
— Poppy, dobrze wiesz, jak bardzo pomysłowi potrafią być niektórzy uczniowie — powiedział dyrektor, siląc się na karcący ton, co jednak zupełnie mu nie wyszło. — Mam tylko nadzieję, że nasz drogi profesor Flitwick nie nabierze zwyczaju obsesyjnego sprawdzania każdego przedmiotu, na który niechcący nastąpi…
Savannah poczuła, że jej ciało się nagle odpręża. Oczami wyobraźni ujrzała scenę, w której swobodny dotąd profesor z uporem maniaka kontroluje wszystko, co ma pod stopami. Pani Pomfrey zamruczała coś pod nosem, po czym zniknęła w swoim kantorku.
— Panie profesorze — Gryfonka wbiła w Dumbledore'a intensywne spojrzenie. — Mam pytanie.
—Tak, panno Durance? – dyrektor popatrzył na nią wyczekująco.
— Jak zapewne pan wie, Natalie zgubiła jeden z wężowych szmaragdów — zaczęła ostrożnie, obserwując mowę jego ciała. — Gdyby amulet znalazł się w posiadaniu Syriusza Blacka, to czy ten mógłby wtargnąć niezauważony do szkoły?
— Długo nad tym pracowałem — odparł chłodno siwobrody. — I udało mi się wyeliminować taką ewentualność. Syriusz Black nie może, ot tak, wejść na teren Hogwartu, pewny, że ten kamień skutecznie go zamaskuje. Do niedawna taka możliwość, owszem, istniała. Zważywszy jednak, że historia magii sięga tysiące lat wstecz i wciąż skrywa nieznane przed nami tajemnice, z satysfakcją mogę stwierdzić, że znalazłem odpowiednie zaklęcie. Rzuciłem je na Hogwart i jego okolice - jeśli Blackowi wpadnie do głowy plan, aby użyć mojego amuletu, ja pierwszy będę o tym wiedział.
— To wspaniale — wyszeptała Savannah, jednak nie uśmiechnęła się. Czuła na sobie baczne spojrzenie jasnoniebieskich oczu.
— Mam nadzieję zobaczyć cię dzisiaj na wieczornej uczcie w Wielkiej Sali — powiedział łagodnie dyrektor. Po tych słowach odszedł od łóżka dziewczyny i opuścił Skrzydło Szpitalne.
— Moja kochaniutka — wesoły głos pielęgniarki otrzeźwił umysł Gryfonki. — Za chwilę podam ci ostatni eliksir.

**
— Ogromnie cieszę się, że wyglądasz lepiej — Andromeda uważnie przyglądała się siostrzenicy, która siedziała wsparta o poduszki. — Tak sobie pomyślałam, że jeśli nadal będziesz przypominać siedem nieszczęść, to poproszę panią Pomfrey o wydłużenie tutaj twojego pobytu…
— NIE! — krzyknęła Savannah, czym wytrąciła z równowagi siedzącą na skraju łóżka ciotkę. — Naprawdę świetnie się czuję, nie musisz tego robić…
— Właśnie, przesadzasz, mamo — młoda kobieta o różowych włosach spojrzała krytycznie na panią Tonks. — Skoro Ninny twierdzi, że dobrze się czuje, to tak widocznie jest.
— Poczekaj, aż sama zostaniesz matką, Nimfadoro — powiedziała ostro Andromeda, piorunując wzrokiem swoją córkę. — Wtedy każdy kaszel, każda maleńka krostka będzie dla ciebie sygnałem ostrzegawczym…
— Jestem Tonks — syknęła dziewczyna o różowych włosach. — Tak, nie mogę doczekać się momentu, kiedy będę miała dziecko! Będzie wyjątkowe, bo nadam mu w miarę normalne imię!
— A jak się czuje wujek Ted? — Savannah zmieniła szybko temat, próbując załagodzić spięcie między ciotką a kuzynką. — Jesteście pewne, że to zwykła gorączka, a nie smocza ospa?
— Myślę, że dzisiaj ma się zdecydowanie lepiej — odparła Andromeda, nadal ciskając groźne błyski w kierunku Tonks. — Ogromnie ubolewał, że nie może się z nami zabrać.
— Poza tym znając tradycyjną przezorność mamy — wtrąciła Nimfadora. — Gdyby zdecydował się z nami wybrać, to wiedział, że nie będzie mógł swobodnie oddychać bez ciągłego wysłuchiwania, że rozsiewa plagę mikrobów…
— A ja się ogromnie cieszę, że jestem posiadaczką różdżki — powiedziała upiornie słodko pani Tonks. — Bo za chwilę na serio użyję zaklęcia wyciszającego…
— Różdżka! — Nimfadora poderwała się z miejsca tak gwałtownie, że taboret, na którym siedziała, przewrócił się z hukiem. — Och, przepraszam…
— Masz dla mnie nową różdżkę? — Savannah była wyraźnie podekscytowana. — Czy mogę ją zobaczyć?
— Pewnie — Tonks poszperała w swojej szacie, po czym wyjęła z jednej z licznych kieszeni malutkie pudełeczko, które położyła na swojej wyciągniętej dłoni. Potem odszukała własną różdżkę, którą następnie stuknęła o wskazany obiekt. Pudełeczko przybrało słuszną wielkość i po chwili Savannah trzymała w dłoniach eleganckie, podłużne opakowanie. Dziewczyna otworzyła je, by w końcu dostrzec jego zawartość.
— Zawiera włókno ze smoczego serca — powiedziała Tonks, a jej głos przepełniała duma. — Mam taką samą! Musimy jednak sprawdzić, czy do ciebie pasuje. W razie czego mam możliwość zwrotu lub wymiany, aż do skutku. Cóż, sugerowałam się głównie więzami krwi. Machnij nią, Ninny!
Gryfonka skinęła głową i wycelowała różdżką w jeden z eliksirów pani Pomfrey, stojący na tacy. Fiolka uniosła się posłusznie do góry i wykonała zgrabny obrót. Po chwili z delikatnym brzdękiem znalazła się z powrotem na swoim miejscu.
— Wiedziałam, że pasuje! — Tonks nie kryła zadowolenia. — Teraz jesteśmy do siebie bardziej podobne niż kiedykolwiek!
— Nimfadoro, gdzie są paszteciki, które upiekłam specjalnie dla Ninny? — spytała nagle Andromeda, a jej córka zakryła usta dłonią.
— Zostawiłam je w domu — dodała po chwili skruszona, a jej matka wyglądała, jakby za chwilę miała wyjść z siebie.
— Wspaniale — mruknęła czarownica, nie kryjąc irytacji. — Zaczekajcie tu, proszę. Mam nadzieję, że profesor Dumbledore wykaże się pełnym zrozumieniem.
Savannah spojrzała pytająco na Tonks, która wyjaśniła pospiesznie:
— Przybyłyśmy tutaj za pomocą sieci Fiuu. Dyrektor był na tyle uprzejmy, że pozwolił, aby końcowy etap podróży zakończył się w jego kominku. Ciekawe, gdzie mogło by nas wynieść. Ten zamek posiada przecież kilka kominków… Sieć Fiuu ma to do siebie, że często wykazuje różne komplikacje…
Savannah przygryzła wargę na myśl o tym, jak zareagowałby Snape na widok dwóch ekscentrycznych czarownic w swoich komnatach. Gdy Andromeda opuściła Skrzydło Szpitalne, Tonks rozejrzała się dookoła. Upewniwszy się, że pani Pomfrey nadal przebywa w swoim kantorku, wyciągnęła coś pospiesznie z kieszeni swojej szaty.
—To dla ciebie — powiedziała cicho, rozglądając się na boki. — Tylko schowaj go dobrze.
— Co to? — Savannah zmarszczyła brwi, trzymając w dłoniach kawałek pergaminu, który wcisnęła jej na siłę kuzynka. Po chwili jednak cała się rozpromieniła. Był to podpisany formularz, który umożliwiał jej odwiedzanie Hogsmeade.
— Mama o niczym nie wie — wyjaśniła szybko Tonks. — Tata udał chorego tylko dlatego, aby nasz plan wypalił. Teraz możesz bez problemu odwiedzić Hogsmeade razem z przyjaciółmi. Masz to zapewnione dzięki mojemu ojcu.
— Podziękuj wujkowi — odparła wzruszona Savannah, a na jej twarzy malowało się ogromne szczęście. — I…
— Schowaj to — pouczyła ją Tonks, a dziewczyna szybko złapała poduszkę i ukryła kawałek pergaminu w poszewce. Następnie ułożyła się wygodnie, i jak gdyby nic z szerokim uśmiechem na twarzy wspólnie z kuzynką wyczekiwała powrotu Andromedy.