ROZDZIAŁ 6
„Nieproszeni goście weselni"
Dogonił ją, gdy spacerowała wzdłuż jednej ze ścieżek wypielęgnowanego ogrodu.
– Czyżbyś jednak wzięła sobie moja słowa do serca i zajęłaś się ogrodem? – Rozejrzał się nieco zaskoczony. Żywopłoty były starannie przycięte, kwiaty w najróżniejszych barwach rozkwitały na pięknych klombach, a ścieżka była czysta i zadbana.
– Niech pan nie żartuje – zaśmiała się. – To znacznie przekracza moje zdolności. Biedronka narzekała na nudę i marudziła coś o niańczeniu dzieci, więc poleciłam jej zająć się ogrodem. To wydało mi się bezpieczne.
– Słuszne podejście – mruknął i zatrzymując ją w pół kroku, podał jej fiolkę. – Wypij – poprosił.
– Daleko mi do paranoicznego Moody'ego i ufam panu, ale wolałabym wiedzieć co to jest i w co się po tym zmienię – zaśmiała się, chwytając kryształowe naczynie.
– Zmienisz się w dawną Granger – wyznał z powagą. – Odzyskasz swoje uczucia – wyjaśnił. – Twoje, szczere uczucia będą ponad te, do których zmusza cię więź.
– Nie potrzebuję tego – odparła, przyglądając mu się uważnie. – Mój pierścionek. Zapomniał pan? – Spojrzał na nią zaskoczony. – Broni mój umysł przed klątwami i eliksirami zniewalającymi, ale też ochrania przed uczuciami, które nie są moje własne. Ta więź nie ma nade mną władzy – wyjaśniła. – Sprawia jedynie, że małżeństwo z panem jest nierozrywalne i czyni w jakimś stopniu zależną, ale to nie zmienia ani nie ubarwia w żaden sposób moich uczuć.
– I … – zawahał się, gdy uśmiechnęła się do niego promiennie. – Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?
– Myślałam, że jest pan tego świadom – wzruszyła ramionami. – Severus wyjaśnił to kiedyś Hermionie. Gdyby kładł się pan wcześniej spać, zamiast siedzieć do późna w laboratorium, wiedziałby pan. – Pogroziła mu palcem. – To pochłonęło pana tak bardzo, że nie dał mi pan nawet możliwości, bym panu podziękowała za ten kufer?
– Nie – pokręcił głową. – Piję ten eliksir już od dłuższego czasu – wyznał szczerze.
– Czyli ten wczorajszy … – urwała, mocno się czerwieniąc – to … Dlaczego wcześniej mi pan nie powiedział?
– To ja – szepnął jej do ucha, kończąc wypowiedź. – I nie wiem. Chyba nie chciałem byś sprawiała kłopoty – zaśmiał się. – Nie miałem ochoty wciąż przekonywać cię, że musisz tutaj mieszkać albo szukać cię gdzieś po całej Anglii. Na szczęście już wiem, gdzie dokładnie znajduje się letni dom twoich rodziców. – Ponownie podał jej ramię i ruszył dalej ścieżką.
– Przysięgam nie ma więcej miejsc, do których mogłabym uciec – zaśmiała się. – I niech pan się rozejrzy – wskazała na piękną łąkę roztaczającą się przed nimi – jaką idiotką musiałabym być, żeby chcieć stąd uciekać?
– Istotnie, masz rację – odparł. – Mam tylko nadzieję, że nie ciągniesz mnie tam, bym zrywał z tobą kwiatki – zadrwił.
– Och – zmartwiała – nie chce pan ze mną pleść wianków?
– Granger – warknął.
– Za tą łąką jest coś, co chcę panu pokazać i jestem pewna, że za ten widok to i wianki zgodzi się pan zaplatać – zaśmiała się.
Przyglądał się jej kątem oka, jak nieśmiało wtulała się w niego, ciągnąc go wąską, wydeptaną polną ścieżką. Odetchnął, gdy wiatr rozwiał mocno jej włosy, sprawiając, że jej zapach uderzył w jego nozdrza. Bezwiednie pogładził lekko jej dłoń oplatającą jego ramię i przymknął powieki zdając sobie sprawę, że nie ma już dla niego ratunku. A skoro nie było ratunku, musiał działać. I nieważne jakimi sposobami, osiągnie swój cel. W końcu był Ślizgonem, byłym śmierciożercą i szpiegiem przeciw małej, kudłatej Gryfonce. Nie miała żadnych szans.
– Wyglądasz dziś nadzwyczaj pięknie. – No może jednak miała i to całkiem spore. Do cholery był śmierciożercą, nie jakimś pieprzonym Romeo, zdał sobie z tego sprawę, gdy te tandetne słowa opuściły jego usta.
– Czy pan mnie uwodzi, panie Snape? – spytała z lekkim rozbawieniem.
– A co złego w uwodzeniu własnej żony? – zakpił.
– Śmieszy pana sytuacja w jakiej się znaleźliśmy? – Popatrzyła na niego niepewnie.
– Doszedłem do wniosku – zaczął poważnie – że skoro nie jesteśmy w stanie nic zrobić, możemy równie dobrze zacząć się śmiać. I nie było nic śmiesznego w stwierdzeniu, że wyglądasz pięknie, Hermiono.
– Doprawdy, Severusie – drgnął na dźwięk swojego imienia – ty ze mną flirtujesz. Dziękuję, to prawdziwy komplement i przyjmuję go, chociaż z niedowierzaniem. To naprawdę cudowne miejsce i czuję się trochę niestosownie, nosząc tutaj mugolskie kiecki, zamiast stylowych sukien twojej babci.
– Podtrzymam swoje stwierdzenie bez względu na to w co będziesz ubrana – odparł i poczuł się jak kompletny idiota, jakby to nie on, a jakiś inny Severus przez niego przemawiał. Problem w tym, że to był on, a to była Hermiona Granger jego uczennica. Hermiona Snape, jego żona. – Jesteś piękną kobietą, Hermiono bez względu na to co masz na sobie bądź jeśli wolisz nie masz na sobie …
– Nie kończ – spojrzała na niego twardo. – Budzić się obok ciebie nago, podczas gdy nie pamięta się zbyt wiele jest dość upokarzające, frustrujące i wymaga ode mnie sporo siły, by udawać, że nic się nie stało, siadając później do śniadania.
– Mnie to absolutnie nie przeszkadza – zaśmiał się – twoja nagość, oczywiście, nie problemy z pamięcią. Myślę, że gdybyś chciała, mógłbym ci później przypom... przepraszam – urwał, gdy westchnęła zawstydzona.
– W kufrze, który mi pan zostawił. – Zawył w myślach, gdy porzuciła Severusa. – Znalazłam jeszcze jeden i zastanawiam się, co panem kierowało, żeby to zostawić – spytała. – Byłam pewna, że spalił pan tę suknię.
– Miałem taki zamiar – odpowiedział. – Pomyślałem jednak, że kobiety lubią takie sentymentalne bzdury. Poza tym uznałem, że już po wszystkim będziemy mieli z tego niezłą zabawę. Chciałem cię tym w przyszłości straszyć.
– Po wszystkim – powtórzyła za nim szeptem, a on nie mógł spokojnie patrzeć, jak nagle posmutniała. Próbowała się uśmiechnąć, ale coś jej na to nie pozwalało.
– Muszę ci się jednak do czegoś przyznać, Hermiono. – Przeklinał się w myślach za to co chce powiedzieć, ale uznał, że to jedyny sposób, by przekonać się, czy jest jakakolwiek szansa, by ona czuła do niego cokolwiek innego niż niechęć, którą tłumiła przez wdzięczność. – Z każdym dniem mam coraz mniejszy zapał, by to odkręcić, a będąc z tobą całkowicie szczerym; od jakiegoś czasu całkowicie zaniechałem poszukiwań zaklęć, eliksirów oraz innych sposobów na rozwiązanie tego małżeństwa. – Przystanęła i patrzyła na niego z otwartymi ustami. Chwyciła jego dłonie i uśmiechnęła się promiennie.
– Teraz przynajmniej wiem, że ten eliksir nie działa – zaśmiała się, a on jęknął w duchu.
– Moje eliksiry zawsze działają, Granger – warknął i chciał na nią krzyknąć, gdy pociągnęła go w dół.
– Teraz cicho, Severusie – położyła mu dłoń na ustach i gestem nakazała ukryć się za krzakami. – Popatrz tam – wskazała dłonią niewielką polankę, na której pasły się konie. Czuł na sobie jej wzrok, gdy oniemiały przyglądał się niezwykłej rodzinie magicznych zwierząt. Czarny pegaz trącał łbem srebrną samicę jednorożca, która z czułością zajmowała się małym, nieporadnym źrebakiem w łaty. Chwyciła go mocno za rękę, gdy maluch niepewnie stawał na swoich cienkich, słabych nóżkach i nie mógł się powstrzymać, by nie odwzajemnić tej pieszczoty. Pogładził lekko jej dłoń i cicho westchnął, gdy kryjąc się przed wzrokiem koni przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Przymknął powieki, gdy nieopacznie pochylił się zbyt nisko i jego nos wpadł prosto w jej cudownie pachnące włosy. Miał właśnie się pochylić i pocałować ją w te śliczne, pełne usta, gdy spojrzała na niego i uśmiechnęła się z zachwytem. – Nie przerobisz ich na eliksiry, prawda? – Posłała mu niepewne spojrzenie.
– Nie, ale nie licz, że będę z tobą zaplatał wianki – sarknął. – Chociaż widok w istocie jest dość niezwykły. Podchodziłaś do nich?
– Nie – szepnęła. – Przychodzę tu od tygodnia i wiedziałam, że coś się szykuje, ale nie byłam pewna co. Wczoraj odkryłam, że jest ich już troje. Myślę, że nie potrzebują teraz towarzystwa.
– Chyba nie, chodźmy – westchnął, patrząc na niezwykłe zwierzęta.
.: :.
– Poczta – mruknął, rzucając na stół stosik pergaminów. – Albus podrzucił dziś rano.
– Coś co mnie zainteresuje? – spytała, nie odrywając się od mieszania w kociołku.
– Nie jestem pewien i mam cichą nadzieję, że nie – mruknął, zaglądając jej przez ramię. – Szybciej, Granger. Inaczej wywar zmieni ci się za chwilę w smołę.
– Jakby mnie pan nie rozpraszał, byłoby dobrze – burknęła. – Co to jest?
– Poczekam, aż skończysz. Nie chcę, byś zniszczyła ten eliksir do końca – sarknął i rozsiadł się na krześle, cicho pogwizdując.
– Nie rozumiem dlaczego mi nie wolno nucić, jak pan warzy, a pan może sobie fałszować – prychnęła.
– Ja nie fałszuję, Granger – syknął i to ja tutaj uczę ciebie, więc ja jestem odpowiedzialny za muzykę.
– To niby według pana jest muzyka – parsknęła śmiechem. Zgasiła płomień i rozsiadła się obok niego.
– To list do nas obojga – zaczął uroczystym tonem. – Do Hermiony i Severusa Snape. – Pomachał jej przed nosem białą kopertą.
– Przeskrobał pan coś i ścigają teraz nas oboje? – Spojrzała na niego podejrzliwie.
– Hermiona i Severus Snape – powtórzył z dziwnym wyrazem twarzy. – Dlaczego nie zostałaś przy swoim nazwisku?
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Nawet nie jestem pewna, czy nie zostałam.
– Nie zostałaś – westchnął. – Widziałem nasz akt ślubu.
– No to musi pan spytać tamtą Hermionę – burknęła.
– A gdybyś miała teraz wyjść za mnie to zostałabyś przy swoim nazwisku? – zapytał z rozbawieniem.
– Nie wiem, chyba nie. – Wywróciła oczami. – Wolałby pan żebym nosiła swoje?
– Nie – odparł krótko. – Chciałbym żeby moja żona nosiła moje nazwisko.
– Powie pan w końcu co to jest? – ponagliła, widząc, że zajął się pozostałą korespondencją.
– Cokolwiek to jest, nie może być interesujące – odburknął i podał jej kopertę.
– Och – jęknęła, przełamując pieczęć – to od Billa i Fleur – zapiszczała. – Zapraszają nas na ślub.
– Doprawdy – udał zdziwienie.
– Mam nadzieję, że ma pan jakąś ładną szatę wyjściową. – Przygryzła wargę i spojrzała na niego niepewnie. – To znaczy … nie zamierzam pana przekonywać. – Zaczerwieniła się i podeszła pospiesznie do kociołka. Z trudem powstrzymał uśmieszek, przypominając sobie jakich środków perswazji używała Hermiona, by przekonać do czegoś swojego męża.
– Naprawdę chcesz tam pójść, Hermiono? – zdziwił się nieco, chociaż z drugiej strony była tu zamknięta od kilku tygodni i nie powinno być niczym dziwnym, że chce trochę odetchnąć.
– Nie wiem – szepnęła. – Chciałabym spotkać Ginny i Billa w sumie też. Myśli pan, że naprawdę chcą żebyśmy przyszli, czy po prostu starają się być grzeczni?
– Sądzę, że chcą, byś ty przyszła – odpowiedział. – I nie martw się, jak już ubierzesz jedną z tych dziwacznych kiecek to nie będę sabotował wyjścia – wyszeptał jej wprost do ucha. – I ostrzegam; nie zamierzam z tobą tańczyć.
– A z innymi? – spytała, odwracając się do niego i próbowała stłumić uśmiech.
– A jak ci się wydaje, Granger? – prychnął.
– Będzie dziwnie, jeśli nie zatańczy pan z żoną chociaż raz. – Przygryzła wargę, robiąc niewinną minę.
– Nie przeginaj – syknął.
– Raz – nalegała.
– To będzie cię drogo kosztowało. – Popatrzył na nią z góry, gdy stanęła tuż przed nim.
– Czyli idziemy? – ucieszyła się.
– Dyrektor z jakiegoś powodu życzy sobie, byśmy byli tam obydwoje – odparł, zaglądając do jej wywaru. – Nie mam pojęcia dlaczego zależy mu na mojej obecności.
– Ja też nie – rozłożyła bezradnie ręce.
– I nie chcę słyszeć, że nie masz się w co ubrać – krzyknął, gdy wybiegała z pracowni.
Nie miał wielkiej ochoty iść na to durne wesele i nie miał pojęcia dlaczego Hermionie na tym zależy. Czuł, że kryje się za tym coś więcej niż tylko chęć wyrwania się na chwilę z domu i spotkania z przyjaciółmi, ale nie do końca był pewien co. Znikające eliksiry i kilka skopiowanych przez nią ukradkiem kart z różnych książek z zaklęciami dawały mu pewne podejrzenia, ale z niczym póki co się nie zdradzał. Postanowił nie spuszczać z niej oczu i działać w razie potrzeby. Był gotów nawet zatańczyć, byle nie wpakowała się w znowu w jakieś kłopoty. Dyrektor także nie zdradził mu jakie są powody jego niezbędnej tam obecności, ale ten rzadko kiedy zdradzał więcej niż było trzeba wiedzieć.
– Mówiłem ci, że nie chcę słyszeć, że nie masz się w co ubrać – warknął, gdy siłą wciągnęła go do garderoby. – Jeśli chciałaś zaciągnąć mnie do sypialni trzeba było powiedzieć …
– Och, niech pan przestanie i mi pomoże – poprosiła. – Biedronka przyniosła mi tę, gdy poprosiłam ją o pomoc. – Hermiona wskazała na długą, czarną, koronkową suknię jego prababki.
– I co w niej złego? – spytał niepewnie.
– Chce pan iść na wesele z własną babką? – sarknęła.
– Przynajmniej będę miał pewność, że nikt cię nie będzie zaczepiał – mruknął.
– Nie wiem w jakim celu, ale profesor McGonagall kupiła mi kilka wyjściowych sukienek – wskazała na długi drążek. – Proszę pamiętać, żebym podziękowała jej przy okazji. W każdym razie, nie wiem co wybrać.
– Tamtą – wskazał głową i próbował się pospiesznie ewakuować, ale dziewczyna nie dawała za wygraną. Stała przed nim zawinięta jedynie w puchaty szlafrok i Merlin jeden wie co miała pod spodem, skoro na jej łóżku była rozłożona koronkowa bielizna.
– Którą? – Złapała go za rękę i z niepewną miną pociągnęła bliżej kiecek.
– Tamtą – powtórzył, starając się nie myśleć o czerwonej bieliźnie. – Czerwoną – odpalił, modląc się w duchu, by była tam jakaś czerwona sukienka.
– Myślałam o tej samej. – Uśmiechnęła się do niego promiennie i w końcu wypuściła z niezbyt przyjaznego dla mężczyzn środowiska. Mijając jej łóżko rzucił jeszcze raz okiem na czerwony stanik i doszedł do wniosku, że raz może nawet z nią zatańczy.
– Posłuchaj mnie uważnie, Granger, bo nie będę powtarzał. – Stanął przed wejściem do ogrodu zielnego i obrócił ją przodem do siebie. – Powiem, że wracamy i wracamy. Powiem, że ty masz wracać i wracasz prosto do domu. Przez cały czas będziesz się trzymała blisko mnie i niech ci nie przychodzi do głowy spacer z przyjaciółką albo innym idiotą. Jeśli będziesz chciała porozmawiać z panną Weasley, porozmawiamy z nią razem …
– Ale …
– Nie ma żadnego ale – warknął. – Jestem twoim mężem i nie masz prawa mieć przede mną sekretów – ironizował. – Mówię poważnie, Hermiono. – Położył dłoń na jej ramieniu i spojrzał prosto w oczy. – Nie wiem z jakiego powodu dyrektor zażyczył sobie bym tam dziś był, ale nie wydaje mi się, by była to jedynie chęć dostarczenia nam rozrywki. – Dziewczyna lekko przytaknęła. – Masz się trzymać cały czas mnie, dobrze? – poprosił już łagodnie.
– Dobrze. – Uśmiechnęła się do niego.
– Ślicznie wyglądasz, Hermiono – dodał po chwili, podając jej ramię.
– Dziękuję, a tobie niech nie przychodzi do głowy tańczyć z innymi, Severusie – pogroziła mu palcem. – Ostrzegam, że będę zazdrosna.
– Doprawdy? – sarknął.
– Bardzo. – Uśmiechnęła się. – Myślę, że i tak będę.
– Dlaczego? – Spojrzał na nią zaskoczony.
– Każda jedna będzie się za tobą oglądać – mruknęła, mierząc go wzrokiem.
– Jakaś ty zabawna – prychnął.
– Mówię całkiem poważnie – westchnęła. – Nie moja wina, że jesteś przystojnym mężczyzną i nie rozumiem dlaczego zwykle ukrywasz to pod tą stertą ubrań i krzywą miną.
– Może skończymy już te żarciki, pani Snape? – warknął groźnie, na co ona jedynie wzruszyła ramionami.
Nie był jakimś wrażliwym facetem, ale wcale nie podobało mu się, gdy Hermiona tak z niego kpiła. Sama wyglądała nieziemsko i był pewien, że każda jedna osoba na tym przyjęciu, która ich nie zna, będzie się zastanawiać, jakimi czarami zdołał ją usidlić. Jak tylko mógł starał się na nią nie zerkać i przeklinał się w duchu, że nie upierał się przy tej starej babcinej kiecce. Czerwona, jaką dla niej nieopacznie wybrał, była krótka i ciężko było nie patrzeć na jej śliczne, zgrabne uda. W dodatku odkryte ramiona i mocno wycięty dekolt sprawiały, że nie mógł przestać myśleć o tym pieprzonym koronkowym biustonoszu.
– Mogę cię jakoś zmusić do uśmiechu, Severusie? – spytała nieco zasmucona, gdy tańczyli po raz kolejny.
– Tak, uśmiechnę się, jak tylko wrócimy do domu – warknął.
– Nie sądziłam, że tak świetnie tańczysz – szepnęła zalotnie.
– A ja nie sądziłem, że w ogóle będę zmuszony tańczyć – syknął i spojrzał na nią z góry. Musiał stwierdzić, że widok jaki miał z tej perspektywy był całkiem interesujący i rekompensował mu chociaż w niewielkim stopniu wszelkie niedogodności.
– Nie moja wina, że ciocia Muriel uznała, że musi z tobą zatańczyć, jak tylko będziesz wolny. – Hermiona z trudem stłumiła śmiech.
– Tańczę z tobą nie dlatego, że ta wstrętna kobieta chciała zatańczyć ze mną, ale dlatego, że ten osiłek o wątpliwej inteligencji, z którym kiedyś byłaś w związku, o czym zapomniałaś mnie poinformować, wciąż na ciebie łypie w podejrzany sposób – wyjaśnił z powagą.
– Nie byłam z nim w żadnym związku – prychnęła, wywracając oczami.
– Oczywiście – mruknął. – Czuję się oszukany – dodał z obrażoną miną, a Hermiona roześmiała się na cały głos. – Z czego rżysz?
– Jesteś rozkoszny – westchnęła i przycisnęła się do niego jeszcze mocniej, jakby odstęp bezpiecznych dziesięciu centymetrów nie był wystarczająco blisko.
– Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie w … – W namiocie, w którym odbywało się wesele pojawił się srebrzysty Patronus Kingsleya ostrzegający ich o zbliżających się śmierciożercach. Spojrzał uważnie na swoją małżonkę i pociągnął ją natychmiast na bok. – Wracasz do domu – nakazał.
– Muszę znaleźć Harry'ego – poprosiła i spojrzała na niego błagalnie. – Muszę.
Nerwowo rozejrzał się po sali. Był w jakiś sposób przygotowany na coś podobnego i wiedział, że nie ma szans, by teraz z nią wygrać. Nie było czasu na przekomarzanki, dlatego złapał ją mocno za rękę i pociągnął w stronę Pottera, który kłócił się teraz ze swoim rudym przyjacielem. Ze złością obejrzał się, gdy zielony promień mignął tuż obok jej głowy i bez wahania rzucił klątwę zabijającą w zamaskowaną postać. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na niego przestraszona. Ścisnęła mocniej jego dłoń i wyciągnęła przed siebie różdżkę, trzymając ją w pogotowiu. Śmierciożercy nadciągali z każdej strony i nie bardzo powstrzymywali się przed używaniem klątw zabijających. Nie interesowało ich w kogo i czym celują; chcieli zabić każdego obecnego tam czarodzieja i dorwać Harry'ego Pottera. Nie sądził, że któryś z nich spodziewał się zastać tam jego, chociaż niewątpliwie, dla każdego był nie lada kąskiem. Z tego co zdołał się ostatnio dowiedzieć, Narcyza wyznaczyła za nich niemałą nagrodę. Nie był to jednak czas na zastanawianie się kto dokładnie kryje się pod maską. Na szczęście wraz ze śmierciożercami zaczęli też pojawiać się aurorzy, więc mógł spokojnie opuścić to miejsce bez większych wyrzutów sumienia. Pociągnął Hermionę za plandekę, gdzie przed chwilą mignęła mu czarna czupryna Pottera i po chwili stali naprzeciw siebie, mierząc różdżkami.
– Merlinie, Hermiona. – Odetchnął i opuścił broń.
– Nie ma czasu, Harry. – Chwyciła chłopaka za rękę, drugą wciąż mocno ściskając jego i deportowała ich na dworzec w Londynie. Pociągnęła ich obydwu w ustronne miejsce i rozejrzała się na boki, sprawdzając, czy nikt nie podążył za nimi.
– Skąd wiedziałaś? – Potter spojrzał na nią zaskoczony.
– Wiedziałam – odparła ze słabym uśmiechem. – Chyba od początku, od chwili, gdy dowiedzieliśmy się o horkruksach, od czasu, jak zacząłeś ich szukać – wyjaśniała pospiesznie, a on przyglądał się obydwojgu z uwagą. – Dużo ci zostało? – spytała.
– Dwa – odparł z niepewną miną.
– Poradzisz sobie, Harry – zapewniła, spoglądając przyjacielowi w oczy.
– Miona – Potter zerknął na niego i cicho westchnął – przepraszam. Wybaczysz mi kiedyś?
– Nigdy się nie gniewałam, Harry – odparła, a w jej głosie słychać było szczerość. – Weź to – wcisnęła mu małą damską torebkę, a Potter popatrzył na nią, jak na idiotkę. – Jest tam wszystko co może ci się przydać – wyjaśniła. – Eliksiry, zaklęcia, trochę jedzenia, ciepłe ubrania …
– Pomyślałaś o wszystkim – szepnął.
– Kiedyś myślałam, że pójdziemy razem – odparła z goryczą. – Ale nie mogę. Ścigają mnie i wiedzą, jak znaleźć, jeśli nie jestem w chronionym miejscu. Ty, póki co jesteś bezpieczny. Wiem od profesora Dumbledore'a, że tuż po skończeniu przez ciebie szkoły podmieniono twoją sygnaturę magiczną w ministerstwie. Nikt cię nie znajdzie.
– Pokaż mi to. – Severus wyciągnął torebkę Hermiony z ręki Pottera i szybkim zaklęciem zmienił to w bardziej męski plecak. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i wyciągnęła coś z kieszeni plecaka.
– Masz tu bilet na pociąg do Bristolu. – Wręczyła mu podłużną kopertę. – Stamtąd złapiesz autobus do Bath – tłumaczyła, a on nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy to wszystko zdążyła przygotować.
– Krwawisz, Miona. – Potter wskazał na jej ramię.
– To nic – machnęła lekceważąco ręką. – Tutaj masz adres i klucze do domku letniskowego moich rodziców. Jest ukryty pod Fideliusem. Wiesz co robić? – Chłopak przytaknął. – Możesz zostać tam tak długo, jak tylko chcesz. Uciekaj, Harry. Masz dwie minuty do odjazdu pociągu. Powodzenia. – Hermiona popchnęła przyjaciela w stronę peronu, gdy kątem oka dostrzegła postacie ubrane w czarne peleryny. – Uciekaj.
– Miona …
– Spadaj stąd, Potter – warknął na niego i pociągnął dziewczynę w odwrotnym kierunku. – W ładne bagno się wpakowaliśmy, pani Snape. – Posłał jej nieco rozbawione spojrzenie, gdy kolejni śmierciożercy przybyli na dworzec. – Na szczęście przyszli tutaj za nami, nie za nim.
– Musimy ich zatrzymać przez jakieś półtorej minuty. – Zerknęła na zegar. – Nie mogą się aportować w pociągu. Sprawdziłam to dokładnie.
– Jak zawsze świetnie przygotowana – sarknął. – Żadnych heroicznych wyczynów – nakazał. – Jest ich tylko czworo, ale możliwe, że nie wszystkich zauważyłem. – Rozejrzał się uważnie i chwycił ją za rękę. – Za minutę deportujesz się ze mną przed Hogwart i nie waż się mnie puścić, zrozumiano?
– Gdy tylko odjedzie pociąg – zapewniła i w tym momencie stanęła przed nimi Bellatriks z trzema zamaskowanymi śmierciożercami.
– Proszę, proszę gołąbeczki trzymają się za rączki – zadrwiła, zerkając na ich splecione dłonie.
– Witaj, Rudolfus – zwrócił się do jednego z zamaskowanych mężczyzn. – Czyżbyś jak zawsze nieco zaniedbywał swoją małżonkę? – sarknął.
Czterdzieści sekund – usłyszał w głowie głos Hermiony.
– Kogóż tu jeszcze mamy? – Przyjrzał się uważnie stojącym za Bellą postaciom. – Amycusie. – Skinął do kolejnego z mężczyzn, a tamten bezwiednie odwzajemnił gest. – I niech zgadnę, jakaś twoja nowa zabaweczka? Gregory Goyle, jak mniemam z durnego wyrazu twarzy.
Trzydzieści.
– Doprawdy, Bella, nie stać cię na coś więcej? – zadrwił, spoglądając na swojego byłego ucznia.
– Popatrz lepiej na to co kuli się u twojego boku – zaśmiała się. – Nigdy nie przypuszczałam, że gustujesz w malutkich, kudłatych zwierzątkach. – Bellatriks zmierzyła Hermionę. Mocniej ścisnął jej dłoń i leciutko pogładził ją kciukiem. – Kto by pomyślał, zakochany w szlamie.
Dwadzieścia.
– Gdzie jest Potter, mała, piegowata dziwko zdrajcy? – Bella zrobiła krok w kierunku Hermiony.
– Mam mniej piegów niż ty zmarszczek – prychnęła Granger, a Lestrange zaniemówiła na chwilę. Rozejrzał się dyskretnie na boki i wiedział, że niewiele mogą zrobić. Dookoła aż roiło się od mugoli i było pewne, że każda jedna, odbita klątwa trafi w kogoś niewinnego.
Dziesięć, Hermiono i ani sekundy dłużej – tym razem to on przejął kontrolę nad zegarem.
– Podejdź mała zdziro, skoro jesteś taka odważna, a przekonamy się kto czego ma więcej. – Bellatriks zmrużyła oczy i zrobiła krok w ich stronę. Mocniej zacisnął palce na swojej różdżce i w tym momencie usłyszeli sygnał ruszającego pociągu.
– Doprawdy, chcesz sprawdzić, która z nas jest młodsza, mądrzejsza i ładniejsza? – zaśmiała się Hermiona. – Zdradź mi – kolejny pociąg opuścił stację – co kobiety w twoim wieku – kolejny – skłania, by pokazywać się publicznie z takim kretynem, jak Goyle. – Kolejny. – Obiecałaś mu słodycze, jeśli złapie złego czarodzieja? – Z całej siły zacisnął dłoń na jej palcach i po chwili pojawili się przed bramą Hogwartu.
O mało nie stracił równowagi, gdy z impetem wtuliła się w niego. Przycisnął ją do siebie i delikatnie pogładził po plecach.
– Już w porządku, Hermiono – szeptał uspokajająco. – W porządku. Dobrze się spisałaś.
– Nie jesteś na mnie zły? – Spojrzała na niego ze łzami w oczach. – Gdybym ci powiedziała, nie pozwoliłbyś mi …
– Nie pozwoliłbym – przerwał jej. – Ale nie jestem zły – odpowiedział łagodnie. – Podejrzewałem, że planujesz coś takiego, jak tylko Albus wyznał mi, że nie może Potterowi towarzyszyć w wyprawie po ukończeniu przez niego szkoły. Nie byłem pewien o co chodzi, ale obawiałem się, że chcesz iść razem z Potterem. Skąd wiedziałaś, że to będzie dzisiaj i kiedy zdążyłaś kupić bilet?
– Nie wiedziałam – wyznała – i początkowo chciałam z nim iść, ale po tym, jak Malfoy mnie namierzył, wiedziałam, że to będzie dla niego zbyt niebezpieczne. Wszystko przygotowałam zaraz po tym, jak wyrzucono mnie ze szkoły. Zanim poszłam do domu babci, pojechałam pociągiem do Bath. Tam przygotowałam dom. Rzuciłam zaklęcie Fideliusa i kilka innych ochronnych czarów. Nikt inny nie może tam teraz bezpiecznie wejść. Wiedziałam kiedy Bill będzie się żenił i byłam pewna, że Harry będzie chciał odpocząć trochę u Weasleyów zanim wyruszy. Podejrzewałam, że będzie chciał odejść niepostrzeżenie, a jaki lepszy byłby na to dzień? – Przytaknął i ponownie mocno ją objął.
– Chodź do domu – poprosił i wciąż mocno ją obejmując, poprowadził do tajnego przejścia.
– Musiałam zabrać trochę twoich eliksirów – wyznała. – Oddam wszystkie, obiecuję.
– Przestań – zaśmiał się. – Wiem, że je skrupulatnie zabierałaś od tygodni.
– Dlaczego pan nic nie powiedział? – zdziwiła się.
– Byłem pewien, że coś kombinujesz, ale nie byłem pewien co – zaczął. – Tak jak mówiłem, obawiałem się, że chcesz iść z nim i doszedłem do wniosku, że zrobisz to nawet, jeśli poproszę byś tego nie robiła. Uznałem więc, że lepiej będzie jeśli się do tego dobrze przygotujesz.
– Puściłby mnie pan? – spytała. Stanęła naprzeciw niego, gdy przepuszczał ją w drzwiach i spojrzała prosto w oczy.
– Nie – odparł krótko. – Usiądź – poprosił, wskazując na kanapę. – Trzeba to opatrzyć. – Chwycił delikatnie jej ramię i przyjrzał się wciąż krwawiącej ranie.
– To nic …
– To rana po klątwie noży, Hermiono – wyjaśnił jej. – Bardzo głęboka i dziwię się, że jeszcze nie straciłaś przytomności. Nie masz żadnych innych rozcięć?
– Nie czuję nic – odparła spokojnym głosem.
– Sprawdź jeszcze dokładnie przed snem, dobrze? – Przytaknęła. – Możliwe, że to adrenalina sprawia, iż nie czujesz bólu. – Zatamował krwotok zaklęciem i po chwili wyszedł do swojego laboratorium, nakazując jej, by się nie ruszała.
Oparł się o ścianę i ciężko oddychając, opadł na ziemię. Nie miał pojęcia jakie uczucia w nim teraz przeważają; czy ulga, że nic jej nie jest, czy radość, że jednak z nim została. Przez ostatnie kilka dni przygotowywał się na jej odejście. Kombinował co zrobić, by ją powstrzymać i był nawet gotów iść razem z nią. Wiedział, że jeśli się uprze, on nie jest w stanie nic zrobić. Na szczęście była na tyle rozsądna i mądra, by znać zagrożenie, jakim byłaby dla Pottera. Bał się też, że wyprawa z tym chłopakiem będzie dla niej jedynie pretekstem, by go zostawić. Nie zostawiła. Wciąż tam była. Śliczna, zadziorna, odważna, a jednocześnie krucha i bliska rozpadowi na milion kawałków. I ranna, przypomniał sobie po chwili i podniósł się pospiesznie. Szybko odnalazł potrzebne fiolki i zbierając się w sobie, ruszył do niej na górę.
Wypiła każdy eliksir bez słowa protestu. Chwyciła go za rękę i spojrzała głęboko w oczy.
– Dziękuję, że tam ze mną byłeś – szepnęła. – Dziękuję, że mi pomogłeś. Umierałam ze strachu.
– Nigdy bym nie zgadł – odparł poważnie. – Sprawiałaś wrażenie opanowanej.
– Dzięki tobie – wyznała i leciutko pogładziła jego dłoń. Jego oddech przyspieszył. Pochylił się nad nią i delikatnie, z czułością musnął jej usta. Objął jej twarz dłońmi i opierając swe czoło o jej, ucałował po raz kolejny.
– Powinnaś odpocząć – wyszeptał, gładząc jej włosy, a ona chwyciła go za szyję i przytuliła z całej siły.
– Ty też. – Odetchnęła głęboko, ale nie oderwała się od niego od razu. Pogładził ją po włosach i pozwolił sobie jeszcze przez chwilę wdychać jej zapach.
– Nie przychodź jutro rano do laboratorium – nakazał, chwytając ją za dłonie i podniósł się z kanapy. – Wyśpij się i chcę byś jutro odpoczywała cały dzień. Dobrze?
– Dobrze pod warunkiem, że i ty będziesz odpoczywał – poprosiła, a on niechętnie skinął.
– Zaczynałem się o ciebie martwić. – Nie widział jej przez cały dzień. Nie zdziwił się, gdy nie przyszła na śniadanie, ale podczas obiadu zaczynał się już nieco niepokoić. Co prawda Biedronka poinformowała go, że pani zabrała trochę owoców i poszła na spacer, ale nie uważał, żeby garść jabłek czy czegoś podobnego była wystarczającym posiłkiem dla młodej dziewczyny, w dodatku dość poważnie rannej poprzedniego dnia.
– Odpoczywałam, jak pan nakazał – odparła beznamiętnym tonem.
Nie mógł powstrzymać się przed gniewnym spojrzeniem. Nie ton jednak wyprowadził go z równowagi. To mógł zrozumieć. Pożegnała wczoraj przyjaciela, którego przeznaczeniem było zmierzyć się z największym draniem, jakiego nosił czarodziejski świat, a może świat w ogóle. Stanęła oko w oko z upośledzoną psychicznie śmierciożerczynią i została ranna. Znowu wróciła do pana profesora, a on już nie miał pojęcia co zrobić, by porzuciła ten zwrot na dobre. Nie chciał wciąż się czuć jak jej nauczyciel., zwłaszcza, gdy działała na niego w taki sposób.
– Odpoczynek nie miał obejmować diety, Granger – warknął i wrócił do swojej kolacji.
Usiadła naprzeciwko niego i bez słów nałożyła sobie sporą porcję.
– Jadłam – burknęła pod nosem.
– Słyszałem – prychnął. – Jak twoja ręka? – spytał nieco łagodniej, chociaż do troskliwości troszkę mu brakło.
– Dziękuję. Zasklepiła się i nie boli – odpowiedziała grzecznie. Zerknął od niechcenia na jej ramię i musiał przyznać, że się wczoraj nie popisał. Miała obrzydliwy strup, który wcale nie wyglądał jakby nie bolał. Nie dość, że nie uleczył jej rany wystarczająco dobrze, to zapomniał dać jej maść na blizny. Nie zabraniał jej korzystać z eliksirów i sama z powodzeniem mogła zabrać z zapasów co jej potrzeba, ale miał pewne podejrzenia, dlaczego tego nie zrobiła i złość odżyła w nim na nowo.
– Dlaczego nie posmarowałaś tego rano? – spytał z obojętnością.
– Nie bolało mnie i zapomniałam kompletnie o tej ranie – odparła, nie podnosząc głowy znad talerza.
– Nie okłamuj mnie, Granger – warknął. Popatrzyła na niego zaskoczona. – Eliksir, który zażywam nie tłumi fizycznych odczuć, które powoduje więź – skłamał.
– Boli to pana? – zdziwiła się. – Przepraszam, nie pomyślałam – jęknęła zawstydzona.
– Nie mnie boli, tylko ciebie – mruknął.
Posmutniała, a jemu wcale się to nie spodobało. Zachowywał się, jak durny nastolatek. Złościł się sam nie wiedział o co, a musiał przyznać, że Hermiona nad wyraz dobrze znosiła tę sytuację. Powinien być jej wdzięczny, że nie lamentuje, nie panikuje i nie ryczy za każdym razem, gdy budzi się naga w jego łóżku. Codziennie rano przychodziła do jego laboratorium i sumiennie wykonywała zadania, jakie przed nią stawiał. Dodatkowo wciąż zbierała dla niego ingrediencje i pomagała je przygotować. Bawiła rozmową podczas posiłków, a po przerwie na lunch zwykle ciągnęła na spacer. Wieczorami uczyła się, dotrzymując mu towarzystwa w salonie albo spacerowała po domu, który wciąż skrywał przed nią sporo niespodzianek. Zadawała sporo pytań, ale zawsze na temat, który aktualnie przerabiali i chyba nie zdarzyło się, by przyszła do laboratorium nieprzygotowana.
– Po kolacji pójdziesz ze mną do pracowni – nakazał, wciąż nie mogąc wysilić się na nieco więcej łagodności.
– Dobrze, profesorze – odparła niepewnie i tym razem ten profesor wcale go nie zaskoczył.
– Usiądź, proszę – wskazał jej jedno z krzeseł w laboratorium. – Hermiono – westchnął i w pierwszym odruchu chciał ją przeprosić, ale ostatecznie porzucił ten pomysł i postanowił po prostu być bardziej uprzejmym – muszę jeszcze raz uleczyć tę ranę. Chyba wczoraj coś poszło nie tak. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie lekkie zdenerwowanie – dodał z niepewnym uśmiechem.
– Jestem je w stanie zrozumieć. – Nieśmiało odwzajemniła uśmiech, ale nie było w nim tyle radości co zwykle.
– Muszę zerwać ten strupek – oznajmił z krzywą miną. – Podam ci eliksir przeciwbólowy.
– Nie potrzebuję – zatrzymała go, gdy sięgał po fiolkę.
– Hermiono, posłuchaj mnie – odetchnął. – Fakt, że w torbie dla Pottera schowałaś całkiem pokaźną kolekcję mikstur z tego składzika nie oznacza, że teraz nie możesz już sama z nich korzystać.
– Czuję się głupio, że nawet nie spytałam …
– Gdybyś spytała musiałabyś mi wyznać po co ci one, a tego zdaje się bardzo chciałaś uniknąć – przerwał jej. – Chcesz teraz cierpieć, bo podarowałaś przyjacielowi kilka eliksirów, które teoretycznie należą do nas obojga i wymagasz ode mnie, bym pozwolił ci na to? Przypominam, że warzymy razem te eliksiry. – Nie mógł się powstrzymać i przesunął dłonią po jej włosach. Już nie protestowała, gdy podawał jej środek znieczulający i tym razem powoli i dokładnie zajął się ręką. Na koniec posmarował to jeszcze maścią gojącą blizny i podał słoiczek, by w razie czego sama mogła to jeszcze podleczyć.
– Mam wrażenie, że nigdy go już nie zobaczę – szepnęła, gdy zbierał puste fiolki. – Harry'ego – wyjaśniła.
– Myślisz, że mu się nie powiedzie? – zdziwił się.
– Żartuje pan, Harry'emu? – zaśmiała się. – Jemu zawsze wszystko się udaje – dodała. – Chodzi o to, że o cokolwiek Harry teraz walczy to już chyba nie moja wojna. Zawsze mu pomogę, jeśli będzie mnie potrzebował, ale … tam … tam nic już na mnie nie czeka. Wczoraj się w tym upewniłam.
– Tam? – spytał bezmyślnie.
– Poza barierami ochronnymi posiadłości – wyjaśniła.
– A tutaj? – Miał nadzieję, że nie brzmi zbyt desperacko. Nie odpowiedziała. Spojrzała mu prosto w oczy, a w jej zaszkliły się łzy.
– Przejdę się przed snem – wyszeptała.
Obserwował ją przez okno. Przez cały czas była zamyślona i poważna. Był pewien, że nie rozmyśla o swoim przyjacielu, ale nie miał pojęcia, co innego zaprząta jej głowę. Wyglądała na mocno zawiedzioną, gdy opuszczała jego laboratorium, ale nie mógł odnaleźć tego przyczyny. Zastanawiał się czy to jego zachowanie podczas kolacji ją zdenerwowało, czy może pytanie zanim się rozstali. Starał się nie brzmieć tak, jakby zależało mu na tym, by widziała siebie tutaj i zaczynał mieć obawy, że wyszło jakby nie chciał jej tu w ogóle. Nie dopuszczał do siebie myśli, że ona liczy na jakieś zapewnienia z jego strony, że chce by wyznał jej, że tu jest ktoś kto jej potrzebuje nie tylko do warzenia eliksirów. Ktoś, kto chce by, została z nim na zawsze.
Przez kilka kolejnych dni był chodzącą katastrofą. Wieczorami, gdy kładł się do łóżka czuł się, niczym dojrzewający nastolatek z masą pryszczy na twarzy. Raz nawet złapał się na tym, że dokładnie sprawdza, czy nic takiego mu się przypadkiem nie przytrafiło. Na szczęście z jego wyglądem było wszystko w porządku. Przynajmniej na tyle, na ile mogło być w jego wieku i z jego genami. Zachowanie Hermiony w stosunku do niego nie uległo zmianie. Wciąż była grzeczna i uprzejma, ale nie pozwalała już sobie na żarty i żadne czułości. Trzymała się na dystans i jemu nie pozostało nic innego, jak dostosować się do jej zachowania. Doszedł do wniosku, że jeśli ona go nie chce, do niczego jej nie zmusi siłą i może lepiej będzie jeśli stłumi w sobie wszelkie uczucia do niej zanim te jeszcze na dobre nie rozkwitły.
Na powrót stał się dla niej opryskliwym, gburowatym profesorem eliksirów. Strofował przy każdej nadarzającej się okazji, ironizował i nie szczędził kąśliwych, sarkastycznych uwag. Ani razu mu się nie odgryzła, nie odpyskowała, ani nawet nie obraziła. Była wciąż zamyślona, osowiała i nie mógł dostrzec w niej choć iskierki radości. Nie uśmiechała się, nie nosiła kolorowych sukienek, a gdy budziła się obok niego bez słów zawijała się w prześcieradło lub szlafrok i wychodziła do łazienki. Ku jego przerażeniu to wcale nie pomagało na jego uczucia. Wciąż była piękna i nawet w dżinsach wyglądała pociągająco, a jej smutek sprawiał, że jemu pękało serce.
Wiedział, że nie może liczyć na żadne głębokie uczucie z jej strony, ale teraz, gdy tak desperacko starał się wyrzucić ją ze swego serca, tęsknił za swoją Hermioną. Tęsknił za dziewczyną, która wywoływała u niego uśmiech i jako jedyna obudziła w nim uczucia, o których istnienie się nie podejrzewał. Chciał ją odzyskać. Nieważnym było, że to tylko pozory szczęśliwości, że ona nic do niego czuje. Całe dotychczasowe życie los nie był dla niego łaskawy i nie sądził, by teraz nagle się do niego odwrócił, ale dlaczego chociaż przez chwilę nie mógł poczuć się odrobinę szczęśliwy? Musiał wrócić do tego co było przed tą feralną nocą w Norze. A później … Nie miał już nic do stracenia. Mógł jedynie zyskać.
Rok 1749
Aż podskoczył, gdy szanowna małżonka trzasnęła drzwiami, wychodząc z domu. Ze złością rzucił zwój pergaminu, który studiował i zbliżył się do okna. Zmarszczył brwi, gdy dostrzegł ją biegnącą w stronę stajni i chwytając płaszcz ruszył za nią. Był na nią zły, a i ona mogła czuć się nieco urażona, ale na Merlina, dlaczego nagle straciła cały rozsądek. Był mróz, a w nocy spadło całkiem sporo śniegu; to zdecydowanie nie była odpowiednia pora na konne przejażdżki. W podróż powozem także nie powinna się teraz wybierać, a już na pewno nie w samej sukni i krótkich bucikach.
– Wyjaśnij mi łaskawie, dokąd się wybierasz? – syknął, wchodząc do stajni.
– Donikąd – burknęła.
– Zadałem pytanie i oczekuję, że mi pani na nie odpowie – warknął.
– Czyli znowu wracamy do pan i pani – krzyknęła ze złością. – Odpowiedziałam już panu, panie Snape, że nigdzie się nie wybieram, ale pan oczywiście, ma mnie za skończoną idiotkę i uważa, że byłabym tak lekkomyślna, by męczyć to biedne zwierzę w taką pogodę.
– Spodziewałem się, że weźmie pani powóz – odparł, spoglądając na jej przemoczone buciki. – Nie jesteś idiotką, ale zaczynam cię podejrzewać o sporą lekkomyślność, skoro wyszłaś na śnieg w lekkich bucikach. – Zarumieniła się, gdy dotarło niej, że nawet się nie ubrała, wybiegając z domu. – Chodźmy do domu. Przeziębisz się. – Posłał jej troskliwe spojrzenie.
– Nie – burknęła. – Nie wrócę z panem do domu.
– W takim razie wróć sama – sarknął. – Ja dołączę później.
– Zamarznę tutaj i nareszcie będzie pan miał święty spokój – burknęła i z założonymi na piersi rękoma rozsiadła się na stajennej ławeczce. – Będzie pan mógł sobie spokojnie jechać do swojej ukochanej cioteczki.
– Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz jej ze mną odwiedzić w czasie świąt – westchnął i rzucił na nią czar rozgrzewający.
– Chciałam spędzić święta z wujostwem – mruknęła.
– Widujesz się z nimi dość często – odparł spokojnym tonem. – Moja ciotka odwiedza nas bardzo rzadko, a my gościliśmy u niej ledwie dwa razy i to tylko na chwilę.
– Och – Hermiona zacisnęła pięści i wybuchnęła ponownie – dobrze wiem, dlaczego tak bardzo chcesz ją odwiedzić i nie ma z tym nic wspólnego ani dobre wychowanie, ani nawet sympatia do cioci. Wybacz, ale jej się nie da lubić. Chcesz tam pojechać i odgrywać kochanego bratanka z nadzieją, że w końcu podaruje ci ten głupi kociołek z chińskiej terakoty.
– I co w tym złego? – prychnął. – To nie żaden głupi kociołek tylko unikat. Są na świcie tylko trzy, a ona nawet nie ma pojęcia do czego on służy. To jedyna możliwość, bym mógł go zdobyć. Tłumaczyłem ci już, że to jedyny kociołek, w którym mikstura nigdy nie zaczyna wrzeć i mógłbym dzięki temu tworzyć o wiele więcej leczniczych maści. – Usiadł obok niej i chwycił ją za dłoń.
– Ona mnie nie lubi. – Hermiona zasmucona pochyliła głowę. – Sprawia mi przykrość za każdym razem, gdy mnie widzi – skarżyła się.
– Hermiono. – Objął ją i delikatnie do siebie przyciągnął. – Jest już stara i nie ma własnych dzieci. Nie dziw się jej, że oczekuje i pragnie, by nam urodził się potomek. Lubi cię, jestem tego pewien. Po prostu troszczy się o ciebie na swój, nieco dziwaczny sposób.
– Ale jej rady są głupie i nieznośne, Severusie – jęknęła z goryczą. – Ostatnio, jak u nas gościła, wpadła rano do naszej sypialni, zaraz po tym, jak ty ją opuściłeś i kazała mi leżeć z nogami w górze przez półtorej godziny. Wypytywała się mnie, czy współżyliśmy tej nocy i jak często to robimy, a na koniec sugerowała właściwe pozycje. W święta zjedzie do niej reszta rodziny, a ja nie chcę na ten temat rozprawiać przy nich wszystkich. – Łzy potoczyły się po jej policzkach i mocno wtuliła się w jego ramię. – Wiesz, jak bardzo pragnę dziecka …
– Wiem, najmilsza – westchnął, gładząc ją po ramieniu. – Tak samo, jak i ja. Przepraszam. Nie sądziłem, że jest aż tak nadgorliwa w swych poradach. Zostaniemy w domu i będziemy się kochać przez całe święta – próbował ją rozweselić.
Minęło już półtora roku odkąd byli małżeństwem i wciąż intensywnie, chociaż niezbyt skutecznie, starali się o dziecko. Sam też miał już dość ciągłych pytań o jej stan, ale nie bardzo wiedział, jak temu zaradzić. Uzdrowiciele, którzy ją badali, utrzymywali, że wszystko jest w najlepszym porządku i powinni jedynie uzbroić się w cierpliwość, ale tej cierpliwości najwyraźniej zaczynało jej brakować. Ciągłe kłótnie i sprzeczki, w ostatnim czasie, nie bardzo sprzyjały ich pożyciu i wszystko zaczynało przypominać błędne koło. Brak ciąży każdego kolejnego miesiąca wywoływał u niej napięcie, co prowadziło do konfliktów, a to z kolei powodowało, że sypiali w osobnych pokojach. Musiał w duchu przyznać, że sporo kłótni sam wywołał i często nawet nie wiedział z jakiego powodu. Czepiał się jej, gdy jechała na koniu zbyt szybko albo gdy dwa dni z rzędu odwiedzała przyjaciółkę. Raz nawet zrobił jej awanturę, że jeździ do panny Weasley, by spotkać się potajemnie z którymś z jej braci. Wiedział oczywiście, że go nie zdradza i jest mu wierna pod każdym jednym względem, ale to nie przeszkodziło mu w głupich docinkach i ironicznych uwagach. Co prawda później długo i namiętnie godzili się w łóżku, ale i tak nie znosił, gdy chodziła smutna i dręczyła się, że nie może dać mu potomka.
– Nie – szepnęła cichutko gładząc go po policzku – pojedziemy. Ten kociołek zdaje się być bardzo zmyślny, a ty może dzięki niemu znajdziesz więcej czasu dla mnie.
– Znajdę go tyle, moja najdroższa, ile tylko będziesz chciała i ile zniesiesz mnie oglądać. – Ucałował ją delikatnie w skroń. – I nie pojedziemy. O kociołek, po prostu poproszę przy kolejnej okazji.
– Pojedziemy, Severusie. – Otarła łzy i spojrzała na niego z uśmiechem. – Twoja ciotka zdaje się szczerze o nas martwić i myślę, że może jednak trochę mnie lubi.
– Oczywiście, że cię lubi, ale zostaniemy w domu – zaoponował.
– Czy my znowu się kłócimy? – spytała zmartwiona.
– Na to wygląda – westchnął.
– Co się z nami stało, Severusie? – Popatrzyła na niego z troską.
– Nie wiem, najmilsza – wyznał. – Kocham cię całym sercem i całą swoją duszą, a mimo to wciąż kusi mnie jakaś nieznana mi siła, by silić się względem ciebie na złośliwości.
– Ja czasem jestem na ciebie zła, chociaż nawet nie wiem o co – odparła i ponownie przylgnęła do niego.
– Chodźmy do domu, Hermiono – poprosił. – Nie chcę, byś się rozchorowała i obiecaj, że nie będziesz wychodziła bez płaszcza w taki ziąb.
Rok 1999
Długo rozmyślał w łóżku, zanim wstał. Zastanawiał się, czy problemy państwa Snape mogą być spowodowane przez to, że jego Hermiona zażyła eliksir antykoncepcyjny i po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że ich zachowanie ma wpływ na życie pary ze snów. Do tej pory zakładał, że wszystko działo się według jakiejś już napisanej historii, ale możliwe było, że ta historia wciąż gdzieś się tworzyła. Wszystko byłoby prostsze, gdyby mogli odnaleźć dzienniki, ale te jak na złość przepadły. Nie było ich ani na terenie posiadłości, ani nigdzie w Hogwarcie. Przepadły, a może nigdy nie istniały? Pogodził się z tym, że jest mężem. Pogodził z tym, że mężem uczennicy i nawet był gotów zaakceptować fakt, że się zakochał. Ale za nic nie mógł pogodzić się z tym, że nie pamięta i nie wie, w jaki sposób do tego doszło. Jeśli poszukiwał jeszcze czegoś o ich więzi, to nie dlatego, żeby ją rozwiązać, ale właśnie po to, by rozwikłać tę zagadkę.
Zdziwił się, gdy nie zastał jej jeszcze w laboratorium. Było już dawno po śniadaniu i od dobrych piętnastu minut powinna już warzyć. Spróbował przypomnieć sobie, co ostatnie mu się śniło i czy przypadkiem tamci nie pokłócili się o coś tak bardzo, że pani Snape opuściła posiadłość w gniewie, ale to co przychodziło mu jedynie na myśl, to długie i namiętne godzenie. Dopiero teraz uświadomił sobie, że koło jego łóżka leżała część damskiej garderoby i domyślił się, że wstała przed nim. Po chwili dotarło też do niego, że jest niedziela i Hermiona ma zakaz wchodzenia do pracowni i uczenia się.
Nie musiał szukać długo, by ją znaleźć i tak jak się domyślał nie była nałogową amatorką jabłek. Stała skupiona na skraju polanki i wyciągała jedno po drugim, by nakarmić samicę jednorożca. Pegaz wraz z młodym spacerował nieopodal, w bezpiecznej odległości, ale Hermiona wciąż spoglądała na niego niepewnym wzrokiem. Wydawało się, że nie za bardzo ufają sobie nawzajem dlatego wyciągnął różdżkę i trzymał ją w pogotowiu na wypadek, gdyby samiec poczuł się zbyt mocno zagrożony jej obecnością i próbował skrzywdzić. Nie chciał przeszkadzać jej w tym, wyglądającym na dość intymny, kontakcie, dlatego skrył się za krzewem i czekał. Widział, jak dziewczyna gładząc srebrzystą grzywę samicy, coś szepce i wyglądało to tak, jakby zwierzę starało się ją pocieszyć. Wywrócił oczami, gdy niczego nie mógł dosłyszeć i w końcu ciekawość zwyciężyła. Rzucił zaklęcie podsłuchujące w jej kierunku i udawał sam przed sobą, że przecież nie robi niczego złego.
– Twój facet mnie chyba nie lubi – szepnęła do konia – ale to nic dziwnego. Nawet mój własny mąż mnie nie cierpi. Czasem jest dla mnie nawet miły i raz, czy dwa wydawało mi się, że może jednak coś do mnie czuje, ale był dla mnie dobry tylko dlatego, żebym mu niczego nie utrudniała. Teraz, kiedy nie mam już dokąd pójść znowu traktuje mnie jak dawniej, jak swoją uczennicę – westchnęła cichutko i wyciągnęła kolejny owoc. – Nie wiem co zrobić, żeby przestał widzieć we mnie tę nieznośną Wiem-To-Wszystko. Nie wiem, jak stać się kobietą, na którą on chciałby zwrócić uwagę. Chyba niewiele mam do zaoferowania takiemu mężczyźnie, jak on. Nic ponad uczucia, których on nie chce. Na początku, po tym jak przyszedł mi na ratunek, myślałam, że może uda nam się to wszystko poukładać, że może będzie w stanie mnie pokochać. Później przestraszyłam się, że jeśli coś poczuje to tylko przez tą głupią więź, a teraz … teraz myślę, że chce jedynie mieć święty spokój i czeka żeby móc wrócić do Hogwartu. – Spojrzał na nią z uśmiechem rozbawienia. Nie miał pojęcia jak, ale musiała jakoś wyczuć zaklęcie, które w jej kierunku rzucił. Najwyraźniej chciała zabawić się jego kosztem i postanowił sam troszkę z nią poigrać.
Kolejny rozdział: „Pegaz czy jednorożec?"
