Szare światło deszczowego poranka słabo rozpraszało nocne cienie. W sypialni pachniało lekami mocniej niż zwykle. Roderich rozmasował piekące od soli powieki i przeciągnął się na fotelu czując wszystkie wady nocy spędzonej poza własnym łóżkiem.
Tym razem było blisko. Za blisko jak na jego gust.
Gilbert już dawno nie miał takiego kryzysu. Kaszlał krwią, wymiotował. W porę zadzwonili po pogotowie. Medycy zdążyli się rozpakować ze sprzętem akurat kiedy starszemu z Beilschmidt'ów stanęło serce i stracił przytomność.
Ludwig z uporem godnym lepszej sprawy odmówił przeniesienia brata do szpitala. Gdyby doszło do najgorszego, chciał, żeby umierał w domu. Jednak udało się przywrócić krążenie i ustabilizować jego stan. Nad ranem Gilbert nawet otworzył oczy i uśmiechnął się słabo do nich.
Roderich popatrzył przed siebie z nieukrywaną czułością. Tym razem nie był narażony na kąśliwe uwagi, więc nie musiał nakładać maski obojętności.
Na łóżku spało dwóch braci. Gilbert oddychał spokojnie. Cienka rurka podawała mu tlen do nosa. Głowę miał opartą na ramieniu młodszego mężczyzny. Ludwig leżał na samym brzegu łóżka by zajmować jak najmniej przestrzeni. Włosy w nieładzie, cienie pod oczami, wczorajsze pogniecione ubranie. Ściskał lewą rękę albinosa, bo w prawej tkwiła igła kroplówki.
Gdyby nie wydarzenia ostatniej nocy, taki obrazek byłby naprawdę słodki i uroczy. Nie ma to jak braterska miłość.
Niemcy, Austria, Dania i Szwecja od wielu lat wspierały wzajemnie swoje działania na forum międzynarodowym, o ile, oczywiście, ich interesy nie kolidowały ze sobą. Czy utrzymaliby ten stan, gdyby dołączył do nich Łukasiewicz? Elizavieta radziła sobie dobrze. Choć nie należała do ścisłej germańskiej rodziny, a jej naród nie mówił po niemiecku, dogadywała się z pozostałymi. Tylko, że była kiedyś jego żoną i przez długie lata mieszkała razem z nim w Wiedniu. Kłócili się nie raz, ale nigdy nie doszło między nimi do prawdziwej walki na śmierć i życie. Co innego Łukasiewicz.
Gdyby się udało jego plan wcielić w życie, jak zareaguje Europa? Bragiński będzie wściekły, choć na Ludwiga nigdy nie gniewał się długo. Francis i Artur zaczną stroić fochy, bo zmieni się całkowicie układ sił w UE. A Niemcy... Z tyloma mniejszościami narodowymi Niemcy będą jak europejskie Stany Zjednoczone.
Podszedł do nich. Ludwig był tak wyczerpany, że nawet nie poruszył się. Roderich odgarnął ze skroni i czoła Gilberta kosmyki mokrych od potu włosów. Niedługo trzeba będzie mu je podciąć, bo zacznie wyglądać jak bardziej złośliwa wersja Francis'a Bonnefoy'a. Sama myśl napawała go niesmakiem.
Sprawdził kroplówkę, a potem rozprostował porzucony w nogach łóżka koc. Przykrył śpiących braci i na palcach wyszedł z sypialni.
W domu było tak przeraźliwie cicho, że kiedy wreszcie zajrzał do pomieszczenia gospodarczego, z ulgą przywitał wesołe ćwierkanie i popiskiwanie.
Gilbird siedział umoszczony wygodnie w wielkim koszu pośród starych poduszek i kawałków koca. Tu, przy samym grzejniku miał niemal afrykańską temperaturę i chyba był z tego zadowolony.
- Bardzo się baliśmy o twojego pana dziś w nocy – podrapał lekko łepek pisklaka – Na szczęście jest cholernie uparty. Szkoda, że nie mogę cię do niego zabrać. Ucieszyłby się, że rośniesz.
Gilbert nie mógł mieć styczności ze zwierzętami. Jego chorobie towarzyszyła alergia na sierść i pierze. Ludwig z ciężkim sercem oddał swoich pupili pod opiekę Antonio, ale Gilbert za nic nie chciał pozbyć się kurczaka.
Przynajmniej wszyscy do tej pory uważali, że to kurczak. Latający i denerwujący jak jego właściciel.
Kilka miesięcy temu Gilbird zaczął rosnąć. Powoli, niemal niezauważalnie, ale jednak. Teraz miał na sobie więcej brązowych piór niż żółtego puchu, dłuższy zakrzywiający się dziób i ostre pazury. Ogólnie wyglądał szpetnie. Roderich rozpoznał w nim gatunek ptaka drapieżnego, sokoła albo nawet orła. Od kiedy zmienił mu dietę z mieszanki ziaren na drobno pokrojone mięso, Gilbird zapałał do niego szczerą, lecz nie odwzajemnioną miłością. Roderich traktował zwierzaka z troską, ale nie przywiązywał się do niego.
I tak przecież kiedyś odleci w przestworza.

Ludwig zszedł cicho na dół. Słyszał, że Roderich jest gdzieś w domu, ale kuchnia była dziś pusta i zimna. Nie pachniało już wanilią. Nie czekał na niego kubek gorącej kawy.
Czuł się tak, jakby nie spał od tygodnia i zapewne tak wyglądał. Nie fatygował się jeszcze do lustra i w tej chwili nie obchodziło go to ani trochę. Ostatni raz tak permanentnie zmęczony był w 1945 roku, kiedy wycofując się z frontu gnał do Berlina, bo wiedział, że Iwan zbliża się ze swoją armią z każdym dniem. A kiedy wkroczy do miasta, to po trupie Gilberta. I zrzuci bomby na wszystko, także na dom, w którym umieścili Rodericha.
Tak to już było z nimi, że Gilbert, a później on, dogadywali się z Bragińskim, robili interesy, a potem coś się zmieniało i lała się krew. Ostatnio podpisaną umowę handlową sprawdził osobiście pod każdym kątem. Ślęczał całymi nocami nad zbiorami prawa międzynarodowego i unijnego. Dopracował każdy szczegół, aby nikt nie mógł mu zarzucić, że robi coś na szkodę innych państw Unii. A jednak gdy umieszczał swój autograf obok autografu Bragińskiego, czuł niesmak.
Łukasiewicz na pewno w jednym miał rację. Od kiedy u Rosjanina rządzili prawnicy, stał się bardziej subtelny w swoich działaniach.
Dane otrzymane od Polaka były zatrważające. Gdyby coś takiego przytrafiło się jemu, już teraz powołałby wszystkich zdolnych do noszenia broni i odesłał na wschodnią granicę. Łukasiewicz nie zrobił nic. Z resztą pewnie nie mógł. Nie miał żadnego posłuchu wśród rządzących jego krajem. Ludwig od lat mógł obudzić każdego swojego kanclerza nawet w środku nocy i bez zapowiedzi zjawiać się w pałacu Bellevue czy willi Hammerschmidt u prezydenta. Miał wstęp do każdego budynku publicznego na terenie Niemiec.
Tymczasem Łukasiewicz nie mieszkał nawet w Warszawie.
Ludwig rozpuścił dwie aspiryny by pozbyć się bólu głowy. Wziął szklankę ze sobą do pokoju dziennego. Dopiero gdy tam wszedł, zobaczył kolejne otwarte drzwi. Roderich w rzadko używanym pomieszczeniu postawił fortepian i urządził je po swojemu. Tym razem nie siedział wpatrując się w nuty wydrukowane na podniszczonym papierze z ręką uniesioną nad klawiszami, jakby rozważał, czy zagrać ulubiony nokturn Chopina, czy też wybrać któryś z bardziej wymagających utworów Mozarta. Stał nad instrumentem, lewą dłoń oparł na gładkiej czarnej powierzchni. W prawej ściskał telefon bezprzewodowy.
Zerknął na Ludwiga, gdy ten wybrał jedno z krzeseł stojących rzędem przy ścianie.
- Wiesz, dlaczego Gilbird zaczął rosnąć – nie brzmiało to jak pytanie.
Zwykle aksamitny głos Austriaka teraz był szorstki i suchy.
- Nie – Ludwig ostrożnie pokręcił głową. Roderich musiał mieć jakąś teorię w zanadrzu.
- Ten irytujący pisklak wie, że niedługo już nie będzie miał pana. Nikt go już nie będzie kochał i rozpieszczał, więc dlaczego miałby tu zostać. Dlaczego ma przebywać wśród ludzi, skoro są tak podli, zdolni do najgorszych okrucieństw. Był z Gilbertem na tylu wojnach i wie doskonale, na co nas wszystkich stać. Ciebie, mnie, Bragińskiego, Hondę, nawet takie pozorne niewiniątko jak twojego Feliciano.
Już miał się odezwać i zaprotestować. Feliciano nie był jego. Z tak wszędobylskim i zaborczym bratem, jakiego miał młodszy Vargas, żadna znajomość z Włochem nie mogła się udać. Gilbert, choć wredny i szalony, nigdy świadomie nie stawał na przeszkodzie jego przyjaźniom, czasem wręcz wypychał młodego wówczas Ludwiga z domu, by zobaczył trochę świata i zaznał prawdziwego życia.
- Dzwoń – Austriak wyciągnął do niego rękę z telefonem.
- Nie wiemy, w co się pakujemy. To nie będzie zwykły skandal. Nie chcę znów przyczynić się do wojny.
Pod przenikliwym spojrzeniem krystalicznie czystych oczu Rodericha czuł się mały, nagi i głupi. Austriak za dobrze znał dusze europejskich państw i rozumiał za dużo.
- Ile wiedziałeś wcześniej z tego, co przekazał nam Feliks?
Kłamstwem nic by teraz nie zyskał, a stracić mógł znacznie więcej, niż przyznawał przed samym sobą. Potarł dłonią czoło. Aspiryna nie pomogła na rosnącą migrenę ani trochę.
- Spotkałem się z Bragińskim jakiś rok temu. Wyjawił mi, że planuje uzależnić Polskę i zaproponował w tym udział. W ciągu następnych 50 lat ofiarowywał mi Śląsk, Małopolskę i Wielkopolskę. Odmówiłem. Propozycja wydawała się zbyt nierealna i więcej miałbym z tego problemów niż korzyści. Każdy Polak to potencjalny partyzant. Gdyby się dogadali z muzułmańskimi terrorystami...
Wołał nie kończyć tego zdania. Sama myśl o jego domu zamienionym w piekło napełniała go lękiem.
- Śląsk byś wziął.
- Wziąłbym – przyznał czując się jak ostatni drań – Ale zamiast Małopolski i Wielkopolski wolałbym Pomorze. Jakoś... nie czułem, że to bezpieczne oddawać mu tak szeroki dostęp do Bałtyku.
- Ty głupcze! – wysyczał Roderich tonem mrożącym krew w żyłach – Nie czułeś? Czy ty chociaż uważnie przejrzałeś dane od Feliksa? To „niby" trzęsienie ziemi w 2004? Ot, taki mały eksperyment, drobna pomyłka i się nie udało. Gdyby się jednak Bragińskiemu udało, cieszyłbyś się z nowego kanału wychodzącego na Morze Arktyczne?
- Nie traktowałem go poważnie na tamtym spotkaniu. Myślałem, że był wtedy pijany i próbuje na siłę sklecić jeden z tych swoich makabrycznych dowcipów.
Austriak zacisnął szczęki. Zapewne walczył w tym momencie sam ze sobą, by nie uciec się do przemocy. Ludwigowi nawet własne tłumaczenie wydawało się infantylne, ale wtedy tak właśnie myślał o Rosjaninie i jego wizji Europy. Roderich zwracał uwagę na zupełnie inne słowa i szczegóły niż on i miał w głowie zapewne odmienną interpretację ostatnich wydarzeń. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to starać się nie rozzłościć go jeszcze bardziej.
- Zauważyłeś może, że on wyciąga ręce coraz bardziej na zachód? – Austriak podszedł do niego tak blisko, że ich kolana niemal dotykały się – 500 lat temu był nikim, zaszczutym dzieciakiem, który dopiero co się wyrwał spod buta Mongołów. Zagarnął ziemie wszystkich sąsiadów, ale było mu za mało, więc szarpał granice Litwy, potem Polski. Zasiał na świecie ziarno komunizmu, a po ostatniej wojnie stał się tak pewny siebie, że zaczął zmieniać mapy. Czy mam ci przypominać, że na jego mapie twoje wschodnie landy wcale nie należały do ciebie?
Ludwig uciekł wzrokiem w bok.
- To była kara za wywołanie wojny...
- On wcale nie był lepszy, czy bardziej miłosierny.
- Mówisz jak Feliks, a on nie jest obiektywny.
- A co powstrzyma Bragińskiego przed realizacją innych jego marzeń? Może tak jedna Rosja od Pacyfiku po Atlantyk?
- Nie będę narażał własnego kraju, by bronić Feliksa.
- Nie musisz tego robić – powiedział Roderich tym cichym, złowróżbnym tonem – Nie musisz nikomu wypowiadać wojny. Jesteś obecnie na tyle silny i poważany w świecie, że wystarczy, że powiesz: nie.
Pochylił się nad nim i odszukał jego dłoń po to, by wcisnąć między palce Ludwiga telefon.
- Dzwoń.
Obaj chwilę patrzyli na ciemny wyświetlacz.
- Ustawiłem ci szybkie wybieranie. Feliks jest pod numerem trzecim, ja pod drugim. Pierwszy zarezerwowałem Gilbertowi, jak wróci do Prus. Dzwoń.
Uniósł telefon do ucha. Choć nie był religijny, teraz modlił się, by Feliks nie odebrał, by nie było go w domu.
Zamknął oczy. Czy naprawdę jego duma była ważniejsza od życia Gilberta? A czy dla niego gotów był ryzykować spokój i dobrobyt swoich ludzi?
Duma już raz zgubiła ich obu.
Po czwartym sygnale rozległ się zaspany głos Polaka.
- Czego?... Zakłócasz mi dwie godziny ciężko zapracowanego snu, więc lepiej jeśli masz ważny powód.
- Feliks? Tu Ludwig. Zgadzam się.
Zapadła ciężka, dusząca cisza. Zaczynał już wątpić w przytomność Łukasiewicza, kiedy ten odezwał się całkiem trzeźwo.
- Lepiej późno niż wcale. Daj znać swoim szychom, a ja spróbuję porozmawiać ze swoimi.
To mówiąc rozłączył się.