Za betę odpowiadają niezastąpione Felly i Disharmonie. Ogromnie dziękuję wam za pomoc.

Marley Potter, FrejaAleeera1, Itami Namida, Gościu, sleepwalker09, Kasia894311, Zaczytana, Kazekage, Martisz, Xylone, Shailila i Triszkaa - pragnę ciepło i z całego serca podziękować wam za to, że poświęciliście czas na napisanie komentarzy, które niesamowicie rozgrzały moje serce. Naprawdę bardzo, bardzo dziękuję wam za odzew :).

Gościu, coś w tym jest na rzeczy :). Cała ta sprawa w każdym razie cuchnie, ale dlaczego, co i jak - to nam dopiero powiedzą kolejne rozdziały. Oczywiście bardzo miło jest mi słyszeć, że postać Toma wciąż ci się podoba. Próbuję przypomnieć sobie, czy czeka nas w najbliższej przyszłości jakiś fragment w jego narracji, ale nie wydaje mi się. Aczkolwiek nikt nie powiedział, że się w ogóle nie pojawi - to już zależy całkowicie od autorki ;). Natomiast Fred i George będą się jeszcze, oczywiście, pojawiać. Zaczytana, bardzo, bardzo się cieszę, że podoba ci się to opowiadanie i że udało mu się cię do siebie przekonać, choć nie porusza motywów, które zwykle cię interesują. Doskonale rozumiem, dlaczego możesz mieć problem z "odseparowywaniem", jak to trafnie ujęłaś, choć chyba prawdą będzie, jeśli powiem, iż w przyszłości ten temat może stać się nieco bardziej... śliski :). Cieszą mnie też wszystkie miłe słowa na temat kreacji bohaterów - z pewnością przekażę je Terrific Lunacy. Natomiast na temat wątku samobójczego Toma i tego, czy na "Przepowiedni" ciąży klątwa, chcąc nie chcąc, nie mogę nic powiedzieć, bo sama nie znam jeszcze rozwiązania tej zagadki ;). Dziękuję też, oczywiście, za wszystkie miłe słowa odnośnie mojego tłumaczenia. Kazekage, ach, tak bardzo się cieszę, że ostatni rozdział wywołał u ciebie ciarki! Co do niejasnych tekstów Toma - nie byłby on sobą, gdyby mówił wszystko prosto z mostu. Trzeba się z nim będzie trochę pomęczyć ;). Dlaczego z "Przepowiednią" dzieją się takie, a nie inne rzeczy, nie wiem, aczkolwiek wszystkie teorie jak najchętniej wysłucham - kto wie, może któraś okaże się prawidłowa? :)

Miłego czytania! (A maturzystom – są tu jacyś? – również powodzenia na maturach :)).


Ostrzeżenia: kilka przekleństw


Niknąca rzeczywistość

Rozdział siódmy

W którym urojenie zlewa się z ułudą

Resztę popołudnia Harry spędził posłusznie w łóżku, czekając, aż krążące w jego organizmie leki uspokajające przestaną działać.

Po godzinie okazało się, że to najgorsze, co mógł zrobić. Myśli nie dawały mu spokoju i nawet gdy próbował siłą je powstrzymać, przed jego oczami wciąż pojawiały się przebłyski tego, co wydarzyło się na próbie.

Toma zatrzymano na noc w skrzydle szpitalnym i cisza, jaka nastała przez to w ich pokoju, tylko jeszcze bardziej doprowadzała go do szału.

Poddał się po kilku godzinach. Powiedziano mu, że ma odpoczywać, ale nie potrafił. Nie był ranny, nie był nawet zmęczony, a istniał tylko jeden sposób, dzięki któremu mógłby skutecznie oczyścić swój umysł. Ruch.

Było już dobrze po północy, gdy wymknął się z akademików i ruszył w stronę Hogwartu. Gdy tam dotarł, wszedł do najbliższej niezamkniętej sali, jaką znalazł, i spojrzał na swoje odbicie w zajmującym całą ścianę lustrze.

Nie zawracał sobie głowy zapalaniem światła. Księżyc był już niemal w pełni, a okna przepuszczały mnóstwo mlecznego światła. Poza tym – do tańca nie potrzebował oczu.

Panowała cisza, był sam, znalazł doskonałe miejsce do tańca, miał ku niemu dobry powód, chciał się dać mu porwać, ale… i tak się, do cholery, nawet nie poruszył.

Harry posłał swojemu odbiciu grymas. To nie pozostało mu dłużne.

Prychnął, poirytowany, i obrócił się, aby nie spoglądać w lustro.

I tak go nie znosił. Stało tam tylko po to, aby pokazywać człowiekowi każdy najdrobniejszy błąd w postawie, wiecznie przypominając mu, że nie jest i nigdy nie będzie idealny. Jasne, było z pewnością dla tancerza bardzo przydatnym urządzeniem. Dzięki niemu można było dostrzec i poprawić wykonywane błędy, znacznie podnieść swoje umiejętności taneczne. Większość uczniów Hogwartu miało na jego punkcie fioła i dosłownie nie było w stanie tańczyć, patrząc na cokolwiek innego.

Harry jednak nie był do tego przyzwyczajony. Wręcz przeciwnie; lustra rozpraszały go, więc podczas zajęć usilnie odwracał od nich wzrok. Być może i pomagały doskonalić technikę, jednak w prawdziwym tańcu były zwyczajnie bezużyteczne. Utkwił więc spojrzenie w pustej ścianie, wziął uspokajający oddech i… wciąż się nie poruszył.

Proszę bardzo – stał oto tutaj, w pomieszczeniu stworzonym do tańca, w jednej z najbardziej prestiżowych szkół tanecznych na świecie i za Chiny nie potrafił zmusić swoich kończyn do ruchu. Może Draco miał rację, może rzeczywiście oszalał.

Spojrzał za okno i obserwował przez chwilę znikający za chmurami księżyc. Poruszały się one dość szybko i wyglądało na to, że będzie to burzliwa noc. Żałował, że nie może poczuć wiatru i zatańczyć w jego rytmie.

I wtedy nagle go olśniło.

W tym pokoju było zbyt spokojnie. Był za mały, zbyt nieskazitelny, zimny, luksusowy i doskonały. Marzył o takim pomieszczeniu, gdy cisnął się w swoim maleńkim, brudnym mieszkanku, ale teraz najbardziej na świecie pragnął się stąd wydostać. Te ściany były przytłaczające.

Niemal biegiem wypadł ze szkoły.

Na niebie było teraz jeszcze więcej chmur, a wiatr urósł w siłę. Wiedział, że wkrótce zapewne zacznie padać.

Nim doszedł do parku, który odwiedzał tak często z Ronem, zegary pobliskiego kościoła wybiły drugą.

Po niebie przetoczył się głęboki pomruk i plac zabaw zatrzeszczał na wietrze. Harry niecierpliwie wyswobodził się ze swoich butów. Długa, zaniedbana trawa pod jego gołymi stopami była chłodna i wilgotna od rosy. Rozłożył ręce niczym do wielkiego uścisku i pozwolił, aby wiatr wniknął w jego włosy i ubrania.

Uśmiechnął się. Tak, to było doskonałe.

Zaczął się poruszać wraz z pierwszymi kroplami deszczu.

Wszystkie jego zmartwienia i wątpliwości natychmiast zniknęły. A to nie był nawet prawdziwy, płynny taniec, tylko bardziej wyginanie się, czasami połączone z niezgrabnym potykaniem się o nierówne podłoże. Niemniej uśmiechał się szeroko, przepełniony czystą radością.

Snape zapewne dostałby na jego widok białej gorączki, ale po raz pierwszy, odkąd zaczął uczęszczać do Hogwartu, Harry czuł się całkowicie i niezaprzeczalnie wolny.

Zamknięty w nieskazitelnym budynku szkoły, wpatrzony w błyszczące lustra i ustawiony z innymi uczniami w równe rzędy, zapomniał już, jak to jest. Wyładowania elektryczne buzujące na niebie wydawały się przeszywać jego ciało.

Trawa pod jego stopami, szelest liści, otaczające go cienie, przemykające przez niebo pioruny i przemoknięte ubrania, które kleiły się do jego ciała… Harry pragnął, by to się nigdy nie skończyło. Noc zniknęła, gdy, obracając się, zamknął oczy, pragnąc to wszystko po prostu czuć.

Poczuł na wyciągniętym ramieniu upiorny, słaby dotyk. A następnie drugi na przeciwnej ręce. Poddał się mu bez zastanowienia, dając się porwać uczuciu, jak gdyby były to czyjeś dłonie.

Dotyk stał się silniejszy. Harry otworzył ze zdumienia oczy. To były czyjeś dłonie.

I nagle to nie tylko jego serce biło szaleńczo w tę burzową noc. Harry czuł to doskonale, jako że ciało przysunęło się do niego od tyłu, bez wysiłku kopiując jego ruchy.

Miękkie wargi niemal dotknęły jego ucha.

— Tańcz dalej.

Zamarł, natychmiast wracając na ziemię. Nagle jego przemoknięte ubrania wcale nie były już takie przyjemne. Zadrżał, potykając się do tyłu i odwracając.

— T-tom!

Chłopak puścił go niechętnie i cofnął się, wzdychając.

— Mówiłem, abyś nie przestawał tańczyć.

— Co ty tutaj robisz?! Powinieneś leżeć w skrzydle szpitalnym! Jesteś zupełnie przemoczony, nie masz nawet kurtki! Przyszedłeś tu pieszo? Czyś ty oszalał? A co z…

Przerwał mu śmiech Toma, który spojrzał na niego ze szczerym zachwytem.

— No i kto tu teraz komu matkuje?

Harry wziął kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić. Był trochę wybity z równowagi tym nagłym przerwaniem jego tańca i dręcząca go mieszanina nieznośnych myśli wróciła gwałtownie na swoje miejsce.

Planował odwiedzić Toma z samego rana, ale teraz, tutaj, nagle nie mógł przypomnieć sobie tych wszystkich pytań, na które tak bardzo potrzebował odpowiedzi.

Riddle wydawał się opacznie zrozumieć jego milczenie.

— Przepraszam, nie chciałem ci przeszkodzić. Moglibyśmy razem zatańczyć.

— Na zimnym deszczu? – zapytał sceptycznie Harry.

— Ty właśnie to robiłeś.

— Umm… mam na myśli, to było… — Harry urwał, bezradnie poszukując słów, które byłyby w stanie opisać jego nagłą potrzebę wydostania się z murów Hogwartu.

— Uwielbiam twój taniec.

To naprawdę nie powinno go aż tak bardzo zaskoczyć.

Tom w końcu niemal szantażem zmusił szkołę do obsadzenia go w tej roli. Oczywistym więc było, że Harry musiał spodobać mu się na przesłuchaniu, ale… po prostu nigdy nie myślał nawet o tym, co Tom może uważać o jego umiejętnościach. Znał opinię nauczycieli, widział osądzające spojrzenia innych uczniów, ale jakoś nigdy nie przyszło mu nawet przez myśl, aby zastanawiać się nad tym, co sądzi Tom.

To nagłe oświadczenie zupełnie zbiło go z tropu.

— Ja… um… d-dzięki? Wiesz, próbuję oddać Bohaterowi sprawiedliwość i…

— Nie, uwielbiam twój taniec – podkreślił Tom. – Jest zupełnie inny niż wszystko, co do tej pory widziałem. To wciąż balet, ale bardzo… dziki.

— Hmmm, nigdy nie byłem przez nikogo uczony, więc… ma to chyba jakiś sens? – wymamrotał Harry.

— Nie powinieneś ograniczać się do kroków Bohatera. Lepiej by było, gdybyś pozwolił sobie po prostu… nim być.

W głowie Harry'ego natychmiast rozbrzmiały ostrzegawcze dzwonki.

— Czy to dlatego wszedłeś między bazyliszka? – zapytał, zaskoczony, jeszcze bardziej go odpychając. – I zignorowałeś krew? To dlatego… — Zerknął na zabandażowane nadgarstki Toma i przełknął ciężko ślinę.

Chłopak wyglądał na lekko zdezorientowanego.

— Nie bądź głupi. Co ty wygadujesz? Tam nie było żadnej krwi.

— C-co? Ale przecież…

— Wszystko z tobą w porządku? Czy ty właściwie też nie powinieneś teraz odpoczywać w łóżku?

— Ja… Nie zmieniaj tema… Widziałem…

— Dziewczyna miała wstrząs dialektyczny. Nie było przy tym żadnej krwi.

Harry przygryzł nerwowo usta. Przecież ją, kurwa, widział. Czyżby naprawdę tracił rozum?

— Ale byłeś tam, co nie? Zignorowałeś choreografię! Ty… ty wszedłeś między węża, prawda?

Tom wzruszył lekko ramionami.

— Po prostu czułem, że to bardziej naturalne, niż czekanie spokojnie na boku. Nie mogę sobie wyobrazić, by Voldemort usunął się w cień i pozwolił Bohaterowi znowu wygrać.

Harry wypuścił długi oddech. Tak więc być może przywidziała mu się krew. Ale przynajmniej Tom nie zaprzeczał temu, że tam był. Inaczej naprawdę zacząłby martwić się o to, czy wszystko w porządku z jego głową.

— A więc to tu przychodzisz, aby oczyścić umysł? – zapytał w końcu Tom i rozejrzał się po parku. Z nieba wciąż lały się na nich strumienie deszczu.

Harry milczał, wciąż rozmyślając nad tym, co się stało. Tom najwyraźniej uznał to za zachętę do podjęcia poprzedniej rozmowy.

— Twój taniec jest inny, gdy tu jesteś. Jakbyś był w swoim żywiole. Nieograniczony.

Harry przytaknął powoli.

— Taaa, też się w nim inaczej czuję. Bardziej wolny.

— Może któregoś dnia pokażę ci swój.

Harry poderwał gwałtownie głowę na te słowa, a jego oczy rozszerzyły się. Nigdy wcześniej o tym nie myślał. Jeśli sztywne ramy nauczania ciążyły mu niczym okowy, czyż to samo nie dotyczyło również innych? Tom był doskonale znany ze swojej idealnej techniki, nienagannego kopiowania nauczycieli. Ale jaki był poza klasą? Gdy dawał ponieść się tańcu? Przestawał być idealnym uczniem? Kim był prawdziwy Tom?

W Harry'ego uderzyła nagle myśl, że być może kilka razy dostrzegł już jego cień – wtedy, gdy wchodził w rolę Voldemorta. Gdy doskonały uczeń porzucał nagle swoje kroki i działał pod wpływem impulsu.

Po prostu czułem, że to bardziej naturalne…

Boże, rola Voldemorta dla nikogo nie powinna być naturalna.

— Jesteś dzisiaj bardzo cichy, na pewno wszystko z tobą w porządku? – przerwał jego myśli Tom.

— Nie, nie jest ze mną w porządku – syknął ze złością Harry. – Przestraszyłeś mnie, okej? I jak w ogóle rozciąłeś sobie te nadgarstki? Nawet nie próbuj wmawiać mi, że to się stało przypadkowo przy spadaniu ze sceny, bo ani przez chwilę w to nie uwierzę.

— Chcesz mówić o tym tutaj? Serio? – Tom spojrzał z powątpiewaniem na pokryte chmurami niebo i błyskawica rozświetliła po raz kolejny krople spadającego ciężko deszczu. – Jestem ranny, pamiętasz?

— Ty hipokryto! – prychnął Harry. – Mówiłem ci, że nie powinno cię tu być. Się w końcu, do cholery, zdecyduj.

— Lepiej wracajmy, zimno tu.

Harry mruknął pod nosem coś o ponownym zmienianiu tematu, ale jako że również miał dreszcze, nie sprzeciwił się mu i podążyli razem ku szkole.

Może środek nocy to rzeczywiście nie był najlepszy czas na takie rozmowy. Ale Tom nie będzie przecież w stanie go wiecznie unikać. Byli w końcu współlokatorami.


Harry ze wszystkich sił starał się ignorować uporczywe potrząsanie jego ciałem i tylko owinął się mocniej kocem.

— Zaraz cię spoliczkujemy, wiesz?

— To dla twojego dobra.

— Zresztą podejrzewam, że Snape we własnej osobie wtargnie tu za kilka minut.

Ta ostatnia wiadomość skutecznie go obudziła.

— Że co takiego?

— O, to mówi! – wykrzyknął zachwycony Fred.

Harry zmrużył oczy z powodu wnikających przez okno jasnych promieni słonecznych.

— Co wy tu robicie? – zapytał zrzędliwie, mając wrażenie, jakby nie przespał nawet sekundy.

— Co my tu robimy? – powtórzyli z niedowierzaniem bliźniacy.

— No cóż – zaczął George. – Byliśmy na pierwszych porannych zajęciach, wiesz, jak to zwykle robią uczniowie o tej porze…

Oczy Harry'ego rozszerzyły się w przerażeniu i gorączkowo rozejrzał się za zegarkiem.

— …kiedy nagle James wtargnął do sali, w której mieliśmy zajęcia i zapytał, czy ktokolwiek wie, jaki jest numer twojego pokoju – kontynuował Fred.

— Biedak, wyglądał dosyć blado – dodał jego brat.

— Widzisz, najwyraźniej ktoś nie pojawił się na zajęciach Snape'a.

Harry odnalazł swój na wpół zagrzebany budzik pod poduszką. Dziewiąta czterdzieści pięć. Przegapił niemal całą lekcję.

— Nie widziałeś go jeszcze, jak się wścieka, Harry. Robi wtedy to coś ze swoimi oczami…

Fred zadrżał.

— To cholernie przerażające.

— A więc, jako że jesteśmy wspaniałymi dżentelmenami, ofiarowaliśmy biednemu Jamesowi pomoc w odszukaniu cię.

Harry wyskoczył z łóżka i w biegu chwycił swoją sportową torbę.

— Dobra, koniec gadania, chodźmy.

— No proszę, co za entuzjazm! – Wyszczerzyli się szeroko i wyszli za nim z pokoju.

Harry biegł całą drogę do Hogwartu i wielkimi schodami na samą górę, gdzie odbywały się teraz jego zajęcia.

— Do zobaczenia później. – Pomachał bliźniakom na pożegnanie, gdy dotarli do ich klasy.

— Jakieś ostatnie słowa? – krzyknął za nim Fred.

— Co chcesz, by napisano na twoim nagrobku? – dodał George.

Harry wytknął im w odpowiedzi język.

Przebiegł resztę korytarza i był już gotów wpaść do klasy, ale okazało się, że drzwi są zamknięte. Wtedy też przypomniał sobie, że tak samo było na ostatnich zajęciach. Pociągnął za nie mocniej, mając nadzieję, że ktoś zauważy robione przez niego zamieszanie.

Nie musiał długo czekać. Klamka obróciła się i Harry przygotował się na najgorsze.

Snape'owi wystarczył rzut oka na jego godny pożałowania wygląd, by na jego twarzy pojawił się wielki grymas.

— Potter, jakże się cieszę, że raczyłeś zaszczycić nas swoją obecnością.

Znajdujące się za Snape'em drzwi wciąż były na wpół zamknięte, ukrywając ich przed resztą grupy. Wydało się to Harry'emu dziwne, jako że przypuszczał, iż Snape będzie chciał upokorzyć go przed całą klasą.

— Przepraszam, proszę pana, ja…

— Chcesz tańczyć?

Jego żołądek ścisnął wielki strach. Snape chyba nie wyrzuci go ze szkoły, co nie?

— T-tak, oczywiście, że chcę tańczyć. Proszę pana.

Snape zamrugał, po czym jeszcze bardziej się skrzywił.

— Nie, idiotyczny dzieciaku, pytałem się, czy chcesz tańczyć? Teraz. Czy może czujesz się… źle?

Och.

— Nie, nic mi nie jest – zapewnił go pośpiesznie Harry. – To nie ja zostałem ranny. Po prostu zaspałem, przepraszam. To nie miało z tym nic wspólnego.

Dobrzy bogowie, jak paskudnie tak naprawdę wyglądało to całe zajście, skoro nawet Snape patrzył na niego, jakby miał się w każdej chwili rozpaść?

Nauczyciel posłał mu długie, badawcze spojrzenie, po czym otworzył szerzej drzwi, wpuszczając go do środka.

— Wciąż ćwiczymy pas de deux. Jako że twój partner jest aktualnie niedysponowany, możesz wykorzystać te zajęcia na wykonywanie pozycji przy drążku. Na pewno skorzysta na tym twoja technika.

Harry westchnął, pokonany, ale posłusznie podszedł do ściany, nie chcąc jeszcze bardziej pogorszyć całej sytuacji.

Reszta uczniów kontynuowała ćwiczenie swoich duetów, podczas gdy on realizował wszystkie dawane mu przez Snape'a żmudne zadania.

Wykonywał w kółko te same ruchy, zmuszając się do patrzenia na stojące przed nim czyste lustro. Te w pełni kontrolowane pozycje wydawały się, z powodu poprzedniej nocy, jeszcze bardziej ograniczające niż kiedykolwiek wcześniej.

Uch, naprawdę miał wątpliwości, czy będzie w stanie znieść to przez kilka następnych miesięcy.

Pozwolił, by jego wzrok przeniósł się na okno. Wyglądało na to, że całkowicie się od wczoraj wypogodziło. I właściwie szkoda, bo już teraz tęsknił za burzą. To ona przypomniała mu, czym tak naprawdę jest dla niego taniec.

Snape podszedł do niego od tyłu, krzywiąc się mocno. Chwycił głowę Harry'ego i zmusił ją do odwrócenia się.

— Głowa prosto. Widzisz, co robisz ze swoimi ramionami? Spójrz w lustro, chłopcze! Nawet ślepiec dostrzegłby, że nie obciągasz stóp!

Na twarzy Harry'ego pojawił się grymas, ale wykonał instrukcje.

Snape przyglądał mu się bez słowa przez kilka kolejnych minut, po czym znowu przemówił:

— Rozmawiałeś z panem Riddle'em?

Zaskoczony Harry zerknął na niego szybko, ale nie przerwał ćwiczeń. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie skłamać, ale stwierdził, że to nie będzie dobry pomysł. Szczere wątpił, aby Snape to kupił.

— Nie za bardzo. Ostatniej… uch, ostatniego wieczoru złapała nas mocna ulewa.

— Ulewa? – zapytał z niedowierzaniem Snape. – Aby doświadczyć deszczu, musiałbyś wyjechać poza Londyn, Potter. To była spokojna noc. No i śmiem twierdzić, że Poppy przez cały czas miała pana Riddle'a na oku. Więc o ile nie odwiedziłeś go w skrzydle szpitalnym, wątpię, abyś się z nim widział.

Snape mógłby równie dobrze uderzyć go w żołądek – wywołałoby to u Harry'ego taki sam efekt. Dosłownie zaparło mu dech w piersi.

Czuł deszcz na swojej skórze, tańczył wraz z wiatrem, spotkał Toma. Nie mógł sobie tego wyobrazić… Jego oddech stał się ciężki.

Niespodziewanie puścił drążek i wypadł z pomieszczenia.

— Co ty wypraw… Potter!


Harry zignorował oburzone protesty pielęgniarki w drzwiach skrzydła szpitalnego i po prostu się koło niej przecisnął. Na szczęście zajęte było tylko jedno łóżko, tak więc doskonale wiedział, które zasłony otworzyć.

— Byłeś, czy nie, ostatniej nocy w parku?

Tom wyglądał na tylko nieznacznie zaskoczonego jego nagłym pojawieniem się.

— Och tak, ciebie też miło widzieć – mruknął z rozbawieniem, nieco poprawiając swoją pozycję na łóżku, aby móc się wyżej oprzeć.

— Odpowiedz! – Harry ledwie powstrzymywał się od krzyku.

Tom zamrugał i spojrzał na niego chłodno.

— Oczywiście, że byłem. Spotkałem się tam z tobą. Czyżbyś na wpół spał?

Harry pozwolił sobie na wzięcie uspokajającego oddechu.

— Padało?

— Dobrze się czujesz? – zapytał Tom, wciąż brzmiąc na nieznacznie rozbawionego.

— Odpowiedz!

Chłopak zmarszczył brwi, najwyraźniej w końcu uświadamiając sobie, że Harry jest śmiertelnie poważny.

— Lało – potwierdził spokojnie. – Kiedy wróciłem, musiałem ukraść drugi zestaw ubrań, bo inaczej pani Pomfrey od razu by się zorientowała.

Harry odetchnął z ulgą i pozwolił sobie opaść na stojące przy łóżku krzesło. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby okazało się, że sobie to wszystko wyobraził.

— Jesteś pewien, że nic ci nie jest, Harry? Może powinieneś porozmawiać z Pomfrey? Dałaby ci coś na uspokojenie.

Harry roześmiał się głucho.

— Może po prostu od razu zapisz mnie do wariatkowa i oszczędź sobie kłopotu.

— Wciąż jesteś wstrząśnięty tym, co się wczoraj wydarzyło, rozumiem. Czasem taniec całkowicie cię pochłania. Być może inni tego nie rozumieją, ale ja tak.

— Taaa. Tylko, widzisz, problem w tym, że widziałem pewne rzeczy, zanim taniec w ogóle się jeszcze rozpoczął. Krew. Na twoich rękach. I wyglądała cholernie prawdziwie. A kiedy zniszczyłem tę książkę, myślałem… To śmieszne, ale myślałem, że umierasz.

— No cóż, technicznie rzecz biorąc umierałem – powiedział Tom i pomachał swoją zabandażowaną ręką.

— To nie byłem ja, tylko ty. – Harry nachmurzył się.

— Słucham? – Głos Toma w ciągu kilku sekund zmienił się z nonszalanckiego w zabójczy.

— Nie próbuj wciskać mi kitu, że to był wypadek. Nie da się skaleczyć w taki sposób o krawędź sceny, a spostrzegłbym, gdybyś rozciął się papierem. Zapytałem cię w czasie tańca, co robisz, a ty stwierdziłeś, że „opowiadasz historię".

Tom zmrużył oczy.

— Miałem na myśli ignorowanie choreografii i zachowywanie się w sposób, który uznałem za pasujący do Voldemorta.

— A może chodziło ci o umierającą na scenie dziewczynę i twój bliski kontakt ze śmiercią po zniszczeniu horkruksa? To, co się wydarzyło, dość mocno przypominało sztukę, nie sądzisz? – fuknął Harry.

Tom przewrócił oczami.

— Tak, oczywiście. Poznałeś mój genialny plan. Gnębiłem cię i zmusiłem do przyjęcia roli Bohatera, aby samemu zrujnować ten występ. Wstrzyknąłem dziewczynie insulinę – w taki sposób, że tego nie zauważyła – a potem rzuciłem się ze sceny i wylądowałem w skrzydle szpitalnym. Niedługo będziesz musiał mnie zabić, bo będę planował przejęcie władzy nad światem. Nikt nigdy nie powinien się o tym dowiedzieć, co mnie zdradziło?

— No cóż, ujmując to w taki sposób…

— W akcie czwartym, aby wrócić do życia, wykonam rytuał wymagający twojej krwi – dodał śmiertelnie poważnie Tom.

Harry uśmiechnął się nieśmiało i podrapał głowę.

— No dobra, dobra, załapałem!

— Będziesz musiał walczyć również ze smokami. Obawiam się, że istnieją naprawdę.

— Przestań!

— Snape zabije Dumbledore'a.

— Nie bierze nawet udziału w spektaklu! – Mimo wszystko Harry parsknął głośnym śmiechem.

Złagodziło to trochę napięcie, które się w nim od wczoraj budowało.

Odetchnął z ulgą.

— Wybacz, mam teraz zupełny mętlik w głowie.

Tom spojrzał na niego z zamyśleniem.

— Nigdy nie spytałeś.

— O co?

— „Dlaczego ja?". – Tom przekrzywił głowę z zaciekawieniem. – Zapytałeś, czy nie istnieje ktoś, kto mógłby zagrać Bohatera zamiast ciebie, dlaczego powinieneś to zrobić, a nawet dlaczego to dla mnie takie ważne. Ale nigdy tak naprawdę nie o to, dlaczego to musiałeś być ty.

Oczywiście się nad tym zastanawiał. I to wiele razy, jeśli miałby być szczery, odkąd Tom pojawił się w jego mieszkaniu. Ale z jakiegoś powodu nie był w stanie zadać mu tego pytania.

— W takim razie mi powiedz.

— Hmm. Może później – odparł od niechcenia chłopak i poprawił swoje poduszki.

— Tom – jęknął, zirytowany.

— No cóż, technicznie rzecz biorąc wciąż o to nie spytałeś.

— No dobra: dlaczego ja?

Chłopak milczał przez chwilę i Harry właściwie spodziewał się, że w ogóle mu nie odpowie, ale okazało się, że był w błędzie.

— Bo tańczysz. To nie tak, że tylko udajesz. Nie podążasz ślepo za wyuczonymi krokami, tylko się nimi stajesz. Mówią, że nie mogę tańczyć z partnerem, bo jestem zbyt dobry, ale co to w ogóle za żałośnie śmieszne wyjaśnienie?

Tom mówił coś bardzo podobnego zeszłej nocy. O stawaniu się rolą… I Harry'emu przypomniały się nagle czerwone oczy Voldemorta, który gwałtownie się przed nim wyłonił, stając tam, gdzie zdecydowanie nie powinno go być.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się.

— Nie podążasz za choreografią. Ty nie… Myślą, że bezbłędnie kopiujesz wszystkie techniki, ale tak nie jest. Ty po prostu tańczysz swoją rolę.

Tom uśmiechnął się szyderczo.

— Niczego nie zauważają. Mogę robić zupełne przeciwieństwo tego, co dyktuje choreografia, a oni patrzą na mnie i niczego nie zauważają.

— To właśnie zrobiłeś na próbie, prawda? To dlatego nikt nie wierzy mi, kiedy mówię, że byłeś wraz ze mną między bazyliszkiem! – wykrzyknął z niedowierzaniem Harry. – Jak to w ogóle możliwe?

Tom wzruszył ramionami.

— Ludzie widzą, co chcą widzieć. Jestem dobry. Potrafię zagrać swoją rolę tak bezbłędnie, że kroki nie mają już znaczenia. Jeśli mam być Voldemortem, ludzie ujrzą Voldemorta, bez względu na choreografię. Problem zaczyna się wtedy, gdy potrzebuję partnera. Inni tancerze oczywiście dostrzegą różnicę i nie są w stanie na nią zareagować, bo zawsze wykonują tylko swoje kroki.

Harry był niejasno świadomy, że wręcz otwarcie się na Toma gapi, próbując przetrawić to, czego właśnie się dowiedział.

— Wiesz, zrobiłem to również na przesłuchaniach – kontynuował Tom. – I ty nawet tego nie zauważyłeś, po prostu dalej tańczyłeś. Bo tak samo jak ja dałeś się temu porwać. Reagujesz impulsywnie, naturalnie i to dlatego mogę z tobą pracować.

Harry wyrwał się ze swojego otępienia i roześmiał sucho.

— Biorąc pod uwagę, że wylądowałeś w skrzydle szpitalnym, a ja skończyłem naszpikowany środkami uspokajającymi, nie jestem taki pewny słuszności twojej teorii.

— No tak, będziemy musieli nad tym popracować – zgodził się nonszalancko Tom.

Harry spojrzał na niego spod byka.

— Wiesz, mogłeś mi powiedzieć.

— Byłem poniekąd przekonany, że o tym instynktownie wiesz.

Harry skrzyżował defensywnie ręce.

— No cóż, nie wiedziałem. I gdybym nie doświadczył tego z pierwszej ręki, nie uwierzyłbym w ani jedno twoje słowo.

— Powinieneś popracować również nad swoimi problemami z zaufaniem.

— Nie mam problemów z zaufaniem! – syknął z oburzeniem. – A przynajmniej o ile nie dotyczy ono ciebie.

Tom nie miał czasu, by mu odpowiedzieć, bo otaczające ich zasłony rozwarły się energicznie i na Harry'ego spojrzała pielęgniarka o bardzo surowym wyrazie twarzy.

— A więc rzeczywiście pan tu jest, panie Potter! Jeśli istnieje coś, w czym mogę panu pomóc, zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale muszę prosić pana o natychmiastowe odejście od tego łóżka. Pacjent potrzebuje odpoczynku! Zwłaszcza że jest na tyle uparty, by już jutro wrócić na zajęcia.

Tym razem, dla odmiany, skrzywiła się na Toma, ale wyraz jej twarzy złagodniał nieco pod wpływem jego czarującego uśmiechu.

Harry wykorzystał tę okazję, aby wymknąć się z pomieszczenia, zanim kobieta uraczy go dłuższym wykładem.

Nie wiedział już, co o tym wszystkim myśleć. Wyjaśnienie Toma miało sens, ale… i tak było zupełnie szalone. Choć, z drugiej strony, raczej nie brzmiało to bardziej nieprawdopodobnie niż zatracenie się w tańcu. A Harry doskonale wiedział, jak łatwo mu to przychodziło.

Choć przebiegłemu draniu znów udało się wymigać od odpowiedzi na jego pytanie. To tylko wzmocniło jego podejrzenia, że coś w sprawie z tą raną porządnie śmierdziało.

Duży, znajdujący się na korytarzu zegar przypomniał mu, że koniec końców opuścił resztę zajęć Snape'a. I coś mówiło mu, że tym razem nie uda mu się z tego tak łatwo wykaraskać.

Nadeszła pora obiadowa i rozważał przez chwilę poszukanie Snape'a, aby osobiście go przeprosić. Może lepiej byłoby mieć to już za sobą? Stwierdził jednak, że to nie najlepszy pomysł, bo obawiał się, że przeszkodzenie mężczyźnie w czasie przerwy wpakowałoby go w tylko jeszcze większe tarapaty.

Tak więc ruszył z grubsza w kierunku wielkiej sali. Z grubsza, bo Hogwart był ogromnie skomplikowany i Harry kilkakrotnie skręcił w nie tę stronę, co trzeba. To spowodowało, że znalazł się niedaleko dużego pomieszczenia, w którym miały miejsce próby. Zatrzymał się, zaciekawiony, gdy spostrzegł, że nie jest wcale puste.

No cóż, a przynajmniej nie całkowicie.

Na podłodze siedziała nieco przygarbiona Granger. Przyciskała mocno słuchawki do uszu, a na jej twarzy widniała mieszanina koncentracji i frustracji.

Harry naprawdę nie chciał jej dekoncentrować, ale martwił się trochę jej mocno wykrzywioną twarzą i skuloną pozycją.

Ostatecznie okazało się, że nie musiał wcale nic robić. Dziewczyna gwałtownie podniosła wzrok, spostrzegając, że stoi w drzwiach.

— Um, przepraszam – mruknął, bo wciąż wyglądała na dosyć sfrustrowaną.

Westchnęła i zdjęła słuchawki.

— Nie, nic nie szkodzi. Może nawet przyda mi się jakaś przerwa.

— Komponujesz utwór na nasze przedstawianie?

W końcu wstała i przeciągnęła się.

— Nie, nie do końca. Słucham po prostu nagrań z niektórych granych przez orkiestrę kawałków.

— Myślałem, że dobrze im idzie – powiedział ostrożnie Harry, zaciekawiony tym, dlaczego wyglądała na tak zdenerwowaną w czasie ich słuchania.

— Taaa, oni też tak myślą. – Westchnęła. – W czasie tańca domu Slytherina jest jednak taki fragment, w którym nie do końca pasuje mi coś z fletami i wiolonczelami. Nie daje mi to spokoju.

— Ach tak? Jesteś przecież dyrygentem, co nie? Zmuś ich, aby to naprawili.

— Poprawiam ich za każdym razem, gdy to gramy, ale mnie nie słuchają. Twierdzą, że nie widzą żadnego problemu. – Gwałtownie odrzuciła swoje włosy na plecy. – Niektórzy sądzą, że kobieta w ogóle nie powinna móc grać w orkiestrze, nie mówiąc już o tym, by nią dyrygować. To śmieszne! A tak w ogóle to cieszę się, że Dumbledore nie wierzy w takie głupoty i pozwolił ci tańczyć Bohatera. Naprawdę walczy z uprzedzeniami. Szkoda tylko, że na świecie nie ma więcej takich osób. No i posiada tak wysoką pozycję! Naprawdę mógłby zmienić to, jak ludzie spoglądają na te sprawy. Uch, wybacz, paplam, co nie? Tak w ogóle to jestem Hermiona Granger. Ty to Harry Potter, tak? Widziałam twoje przesłuchanie.

Harry był zafascynowany samą ilością wylewających się z niej słów.

— Ja… tak, cześć. No cóż, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, to powiem ci, że sądzę, że jesteś naprawdę dobra. Jesteś pewna, że to nie tak, iż z powodu presji doszukujesz się błędów tam, gdzie ich nie ma?

— Być może – burknęła niechętnie. – Próbowałam wskazać, jaki dokładnie robią błąd, ale, szczerze mówiąc, nie jestem już nawet do końca pewna, czy tam w ogóle jakiś jest. Najwyraźniej tylko ja go słyszę, bo, widzisz, mam doskonały słuch. Wciąż nie mogę zdecydować się, czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo. Równie dobrze mogę to sobie wszystko tylko wyobrażać.

— No cóż, ja już ponoć nie odróżniam rzeczywistości od urojeń i zacząłem mieć halucynacje. Jestem pewien, że widziałem, jak Tom całkowicie porzuca choreografię, ale najwyraźniej jestem jedyny. I choć przyznał się, że faktycznie tak zrobił, nie jestem już teraz tak do końca pewien, czy sobie rozmowy z nim przypadkiem nie wyśniłem.

Jej brwi uniosły się sceptycznie, ale na ustach pojawił się mały uśmiech.

— I kto tu mówi o poddawaniu się presji?

— Punkt dla ciebie. – Roześmiał się. – Ale nie, serio, jeśli chcesz, aby ktoś przyjrzał się… um, przysłuchał, cokolwiek… twojemu kawałkowi, znam kogoś, kto również ma słuch absolutny. To matka kilkorga uczęszczających tu tancerzy. Znasz bliźniaków? Jestem pewien, że nie będą mieli nic przeciwko. Jej mąż też jest muzykiem. Oni powiedzą ci, czy rzeczywiście słyszysz to, co słyszysz.

— Tak, może ktoś niezaangażowany w to przedstawienie… — mruknęła pod nosem Hermiona. – Naprawdę by mi to pomogło.

— Świetnie! Dobra, muszę lecieć na obiad, bo to najpewniej ostatni posiłek, jaki zjem, nim zabije mnie Snape, więc… do zobaczenia po południu?

— Jasne. Chciałabym, aby wręczyli nam w końcu rozpiskę prób. Nie wiem nawet, co będziemy dzisiaj ćwiczyć i czuję się strasznie nieprzygotowana! – Zagryzła z niepokojem wargę.

— Przypuszczam, że sami nie wiedzą, co robić. Nie możemy zatańczyć znowu aktu drugiego bez Voldemorta.

— Ach, no tak, to. – Przypomniała sobie Hermiona i zmarszczyła brwi. – M-myślę, że może cię słyszałam, wiesz? W czasie prób? Krzyczałeś?

Spojrzał na nią, zdumiony. Sam ledwie słyszał wtedy własny głos, a ona stała przecież tuż przed orkiestrą.

— Tak, krzyczałem, na samym początku.

— Bardzo przepraszam, nie rozumiałam, co wtedy mówiłeś. Już wtedy wątpiłam w swój słuch i nie najlepiej spałam poprzedniej nocy, i po prostu… bałam się zatrzymać muzykę z uwagi na tancerzy wykonujących węża i… i teraz ta dziewczyna jest poważnie ranna i…

— Hej, hej, hej! To nie była twoja wina! Dostała wstrząsu dialektycznego. Mówią… mówią, że to było… cóż, naturalne.

— Taaa… naturalne. – Nie brzmiała na przekonaną.

Pożegnali się i Harry już miał wychodzić, gdy jeszcze go wstrzymała, wyraźnie czymś rozdarta.

— Widziałam go – powiedziała w końcu stanowczo, zaciskając z determinacją usta.

— Eeee?

— Voldemorta. Tylko kątem oka i byłam bardzo skupiona na orkiestrze, ale jestem pewna, że go widziałam. Był tuż przy tobie. Myślałam, że to niemożliwe, bo czytałam o nim tak dużo i wszyscy zawsze chwalili, jak to jest olśniewająco idealny. Wmówiłam więc sobie, że nie mógłby przecież zapomnieć choreografii. Ale widziałam go.

Harry patrzył na nią przez chwilę, po czym się uśmiechnął.

No proszę, spójrz tylko na to, Tom. Jednak nie wszyscy nabierają się na twoje sztuczki.