Rozdział 7 — Ostatnia szansa

Widzę cię, stojącą tam. Nie zdajesz sobie sprawy, że świecisz tak jasno. Wciąż powtarzasz, że nie masz pojęcia, co widzę. Widzę twoje światło. Musisz wiedzieć, kim jesteś – dla mnie. Jesteś satelitą. Przecinasz niebo. Zostawiasz świat za sobą. Jesteś satelitą. Jesteś z gwiazdami w nocy. Uwielbiam patrzeć, jak latasz. Jesteś jaśniejsza od księżyca. I od wszystkich innych planet też. Ale ty w to nie wierzysz. Bo widziałaś drogę mleczną i nie wiesz, jak mogłem powiedzieć, że dla mnie jesteś piękniejsza."*

Minęły prawie trzy dni, odkąd Doktor znów stał się Doktorem i – choć byli na pokładzie TARDIS, co z pewnością przynosiło Marcie ulgę i delikatne uczucie bezpieczeństwa – dziewczyna nie mogła się pozbyć strachu. Teraz, kiedy Władca Czasu znów tu był, wiedziała, że nie da jej nikomu tknąć. W tej kwestii w pełni ufała mężczyźnie. Bała się jednak o niego samego. Od chwili, gdy ten odzyskał swoją prawdziwą tożsamość, rozmawiali tylko raz i wystarczyło to, by Marta dostrzegła ból, jaki czuł po ponownej stracie przyjaciółki.

— Nie pamiętam wiele — powiedział jej wtedy. — Ale pamiętam, że ona tam była. A ja znów pozwoliłem jej odejść, Marto. Tym razem nie podtrzymuje mnie na duchu fakt, że jest gdzieś tam – cała i zdrowa, lecz poza moim zasięgiem. Tym razem ona naprawdę odeszła i tego nigdy sobie nie wybaczę.

I od tamtego czasu nie widziała go więcej. Oczywiście była pewna, że jest gdzieś na pokładzie statku, jednak mężczyzna zdawał się bardzo skrupulatnie jej unikać. Czuła smutek i bezradność. Nigdy nie była dobra w pocieszaniu ludzi, to chyba jedyna cecha, jaka stała jej na przeszkodzie do doskonałej kariery lekarki.

Kilkukrotnie próbowała odnaleźć drogę do jego pokoju, lecz TARDIS, dobrze wyczuwając potrzeby swojego Władcy Czasu, skutecznie jej to uniemożliwiała i w końcu dziewczyna się poddała. I tak nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć pogrążonemu w żałobie Władcy Czasu. Teraz jedyną rzeczą, o jakiej marzyła, był powrót do domu, jednak w obecnym stanie Doktora nie wchodziło to w grę. Wiedziała, że będzie musiała z tym poczekać jeszcze jakiś czas. Ostatecznie nie miała żadnego wyboru.


Musiał minąć kolejny tydzień, by Władca Czasu w końcu się pokazał, lecz kiedy to zrobił, wyglądał tak samo dobrze jak zawsze i Marta była w stanie dostrzec jedynie niewielką zmianę w jego oczach – wszystko inne zdawało się być w idealnym porządku. Jego uśmiech wciąż był tak samo szeroki i zaraźliwy, a potok słów wypływał nieprzerwanie z jego ust.

— Następny przystanek Cardiff! — ogłosił na wstępie, kiedy wpadł do sterowni i zastał tam zbłąkaną, przygnębioną dziewczynę. — Byłaś kiedyś w Cardiff? Świetne miejsce! Ach, ta Walia! Znałem kiedyś dziewczynę, która mieszkała w Cardiff. Uratowała świat — powiedział i jego uśmiech stał się nagle nieco bardziej smutny. — W każdym razie przez to niepozorne miasto biegnie kapryśna szczelina w czasie i przestrzeni. Jej energia świetnie nadaje się do zasilania TARDIS. To prawie, jak to wasze tankowanie samochodów! Zatrzymamy się tam na moment, a potem ruszamy dalej. Co ty na to? Co chciałabyś zobaczyć? Powiedz tylko i ruszamy!

— Doktorze — powiedziała ostrożnie i dotknęła delikatnie jego ramienia. — Czy wszystko w porządku?

— Oczywiście, Marto. — Zmarszczył lekko brwi i szaleńczy uśmiech opuścił jego twarz. — Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jak zawsze.

Westchnęła ciężko i zabrała dłoń. Kosmita czy nie, ale był mężczyzną – oni zawsze byli tak irytująco uparci, nastawieni na to, że smutek koniecznie musi oznaczać słabość.

— Gdybyś kiedyś chciał porozmawiać — spróbowała jeszcze raz — możesz na mnie liczyć. To nie jest żaden wstyd, kiedy stracisz kogoś i cierpisz.

Przez moment jego oczy były absolutnie puste i Marta wiedziała, że nie uda jej się do niego dotrzeć; że rany są zbyt świeże a ból zbyt duży. I faktycznie, sekundę później Doktor odwrócił się w stronę konsoli, by zacząć ustawiać współrzędne.

— No i proszę! — rzekł z fałszywą wesołością, podczas gdy jego towarzyszka podnosiła się z ziemi po ostrym lądowaniu. — Ziemia, Cardiff, rok 2008, styczeń. Robię się w tym coraz lepszy!

Dziewczyna niepewnie odwzajemniła uśmiech. Nagle pewna myśl wpadła jej do głowy.

— Hej! To trzęsienie ziemi w Cardiff to była twoja sprawka?

— Och, to było dawno temu, byłem wtedy zupełnie innym człowiekiem.

Marta skinęła powoli głową, wiedząc, że znów wkracza na grząski grunt. Mimo to nie mogła się powstrzymać.

— Rose była tu z tobą? — zapytała, obserwując uważnie jego twarz.

Skrzywił się lekko i chyba drgnął, jednak w tym momencie coś ją rozproszyło. Głośne nawoływanie, którego, o dziwo, nie wyciszyły ściany TARDIS. Ktoś głośno i z desperacją wzywał Doktora.

— Słyszysz to? — zwróciła się do niego.

Władca Czasu odwrócił się w stronę ekranu przymocowanego do konsoli, jednak stanął tak, że sama Marta nie mogła nic tam zobaczyć. Kiedy jednak mężczyzna spojrzał na nią, jasne było, że zbliżają się jakieś duże kłopoty. Doktor szybko zmienił współrzędne, lecz w tym momencie TARDIS szarpnęło mocno i jakaś nieznana siła zaczęła ciągnąć ich setki miliardów lat w przyszłość. Marta jeszcze nie wiedziała, że okaże się to jedną z najbardziej niebezpiecznych przygód u boku Doktora, a jednocześnie też ostatnią.


Otworzyła oczy i pierwszym, co dotarło do jej świadomości, było światło. Zbyt jasne i przyprawiające o potworny ból głowy. Jęknęła i spróbowała zasłonić dłonią oczy. Szybko zrozumiała, że jest to niemożliwe. Coś – prawdopodobnie jakaś lina – skutecznie dbało o to, by nie mogła oderwać rąk od podłoża, na którym się znajdowała. Jej otumaniony umysł dopiero zaczynał się przebudzać. Czuła się wyjątkowo źle. Nie potrzebowała specjalnego skupienia, by w pełni odczuwać uciążliwe mdłości.

Szarpnęła mocno dłońmi, lecz nie przyniosło to żadnego efektu. Zamrugała więc w zamian, próbując przyzwyczaić się do uciążliwej jasności. Musiała choć trochę zorientować się w swoim położeniu. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała był strach i... i ból. Całe jej ciało płonęło z bólu. A potem była ciemność. Nie, nie ciemność. Światło. Dziwne, złote światło.

— Panno Tyler! Już się bałem, że do nas nie wrócisz! — zawołał ktoś po jej prawej stronie.

Spojrzała tam, mrużąc oczy. W pomieszczeniu wszystko było sterylnie, upiornie wręcz białe i mężczyzna w czarnym garniturze zdawał się być bolesnym dla oczu kontrastem. Uśmiechał się szeroko i przez moment Rose miała wrażenie, że skądś go zna – chwila ta jednak szybko minęła i miejsce dziwnego uczucia zajął strach. Uśmiech, który prawdopodobnie miał uspokoić ją i wzbudzić jej zaufanie, przyprawiał ją o gęsią skórkę. Nigdy nie wierzyła, że ktoś może być ucieleśnieniem czystego zła i okrucieństwa, jednak wystarczył jeden rzut oka na tajemniczego nieznajomego, by każda komórka jej ciała pragnęła ucieczki. Znów szarpnęła się w więzach i znów nie przyniosło to żadnego efektu. Mężczyzna za to ruszył w jej stronę, cmokając z dezaprobatą.

— Wybacz te nieudogodnienia. — Wskazał dłonią na jej związane ręce, jednocześnie wkładając własne do kieszeni spodni. — Nie mam pojęcia, jak znalazłaś się na pokładzie Valianta, ale od tej pory jesteś moim bardzo specjalnym gościem, Rose. Mogę tak do ciebie mówić, prawda?

Nie odezwała się ani słowem, a człowiek w końcu zatrzymał się niedaleko niej. Leżała na czymś, co przypominało stół sekcyjny. W końcu zdała sobie sprawę, że jej ręce przywiązane są nie liną, a przypięte pasami podobnymi do tych szpitalnych. Spięła się i jak nigdy zapragnęła mieć pełną swobodę ruchów. Ten nieznajomy mężczyzna budził w niej irracjonalny lęk. Choć może fakt, że obudziła się związana w nieznanym sobie pomieszczeniu, mógł nieco tłumaczyć jej nieufność.

— Nie jesteś zbyt rozmowna, hmm? Szkoda. Wspomnienia Doktora mówiły co innego.

Spojrzała na niego ostro, gdy wypowiedział to imię. Znał Doktora. Zapewne też wiedział, jak go odnaleźć. Przeszło jej przez myśl, że w takim wypadku powinna zrobić wszystko, by podtrzymać rozmowę.

— Kim jesteś? — zadała pierwsze pytanie, jakie mogła wymyślić.

— Och, gdzie też podziały się moje maniery! Możesz mówić mi Harry — odparł z szerokim uśmiechem. — Moja droga Lucy twierdzi, że bardzo pasuje mi to imię.

Wzięła głęboki wdech i spróbowała uspokoić skołatane nerwy.

— W porządku... Harry — powiedziała niepewnie i dostrzegła błysk rozbawienia w jego oczach. — Może mógłbyś mnie rozwiązać?

— Obawiam się, że nie. — Jego twarz przybrała smutny wyraz, lecz spojrzenie wyraźnie mówiło, że ani trochę nie jest mu przykro. — Widzisz moja droga Rose, najpierw musisz wyjaśnić mi kilka rzeczy. Później dam ci wybór, po której stronie staniesz w nadciągającej wojnie.

— Wojnie? Jakiej wojnie? O czym ty mówisz? Wojnie z kim?!

— Z całą resztą wszechświata oczywiście. Ale o tym później. Teraz, Rose, powiedz mi, dlaczego nie jesteś martwa, skoro wspomnienia Doktora tak wyraźnie to potwierdzają.

Spojrzała na niego z dezorientacją i nagle uderzył w nią oczywisty fakt. Naprawdę powinna być martwa. Umarła. Umarła tam, na statku Rodziny, a potem... Potem obudziła się tutaj, cała i zdrowa. Przeszło jej przez myśl, że znów maczała w tym palce jakaś siła wyższa, jednak postanowiła nie dać nic po sobie poznać.

— Nie wiem, o czym mówisz — odparła hardo, patrząc mu wyzywająco w oczy.

Była niemal pewna, że nie może mu zaufać. Było w nim coś... coś do szpiku kości przesyconego złem.

— Myślę, że świetnie wiesz, moja droga — rzekł, ani na moment nie przestając się uśmiechać. — Zastanawia mnie... Ale czy Doktor by o tym nie wiedział? — mruknął jakby sam do siebie.

— Nie wiedział, ale o czym?! — zawołała, ze złością szarpiąc się w swoich więzach.

— O tym, że jesteś jak nasz drogi Kapitan. Jest w tobie coś dziwnego, wyraźnie to czuję. Nie tak jak w tym dziwaku, ale z całą pewnością nie jesteś już zwykłym człowiekiem.

Przez moment przyglądał się jej badawczo, jakby z nutą ciekawości, lecz w momencie, gdy wyciągnął dłoń w jej stronę, za ich plecami otworzyły się drzwi, których Rose jakimś cudem wcześniej nie zauważyła. Stanęła w nich postać w pełnym umundurowaniu i czerwonej czapce na głowie. Mężczyzna w dłoniach trzymał karabin.

— Mistrzu, Harkness znów uciekł!

Uśmiech nareszcie opuścił twarz Harry'ego, a z jego ust wydobyło się paskudne przekleństwo. Za to Rose zupełnie zamarła, mając wrażenie, że krew w jej żyłach zamieniła się w lód.

— Jack? On tu jest?! — krzyknęła, lecz została zignorowana przez obie postacie.

— Jak on to, do diabła robi?! — ryknął Harry. — A wy jesteście żołnierzami czy bandą dzieci, którzy nie potrafią upilnować jednego faceta?!

— Mistrzu — powiedział cicho mężczyzna, widocznie kuląc się w sobie.

Drugi człowiek wziął głęboki, uspokajający oddech i przymknął oczy.

— Idź — warknął. — Macie tu setki kamer, daleko uciec nie mógł, chyba, że zamarzył o kąpieli w oceanie. No już, co tak sterczysz?! Znajdźcie go!

Minęła chwila i po żołnierzu zostało zaledwie wspomnienie. Harry znów odwrócił się w jej stronę.

— Wybacz, Rose. Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. Zdaje się, że niedługo mam randkę z przystojnym Kapitanem. Muszę się odpowiednio przygotować, sama rozumiesz.

Uśmiechnął się po raz kolejny, a w jego oczach zalśniła nuta okrucieństwa.

— Stój! Nie możesz teraz wyjść! Powiedz mi, kim ty, do cholery, jesteś?! Co zrobiłeś Jackowi?! Kim jesteś?!

Był już przy drzwiach, kiedy w ostatniej chwili odwrócił się w jej stronę. Uśmiechnął się i Rose miała ochotę się cofnąć. Te oczy... Błyszczało w nich czyste szaleństwo.

— Jestem Mistrzem, Rose.

I wyszedł, zostawiając ją z mętlikiem w głowie i całą masą obaw.


Sama nie wiedziała, ile minęło od wyjścia mężczyzny. Całkowicie straciła poczucie czasu. Przez jakiś czas próbowała się uwolnić, mimo iż było to z góry skazane na porażkę. Pasy dobrze ją trzymały. Nie znosiła tego. Nie znosiła bycia ofiarą, nie znosiła bezczynnego czekania na ratunek. Nie znosiła tego zwłaszcza teraz, kiedy wiedziała, że gdzieś niedaleko znajduje się jej najlepszy przyjaciel. Jack, którego nie widziała od tak dawna. I Doktor. Nie było słów, które mogłyby wyrazić, jak tęskniła za tą dwójką.

Powoli mijały godziny, kilka razy zapadła w drzemkę, lecz gdy się budziła, sytuacja wciąż wyglądała tak samo. W końcu zaczął dręczyć ją głód i pełen pęcherz. Czuła, że znajduje się w pomieszczeniu dużo więcej niż kilka godzin. Spędziła tam przynajmniej dobę, może nawet więcej, lecz wciąż nikt się nie zjawiał.

Usilnie próbowała skupić swoje myśli na czymś innym niż pragnienie, lecz nie wychodziło jej to najlepiej. Ludzkie potrzeby coraz silniej dawały o sobie znać, a czas wciąż gnał bezlitośnie. Znów zaczęła walczyć z pasami. Trwało to jakiś czas, gdy nagle poczuła, że jej prawa ręka posiada odrobinę więcej swobody. Skurczyła mocno palce i spróbowała ją wydostać. Raz, drugi, trzeci i w końcu jej się udało. Z trudem powstrzymała triumfalny okrzyk. Spodziewała się, że uwolnienie drugiej dłoni będzie łatwizną, lecz odwodnienie coraz silniej dawało o sobie znać. Naprawdę musiała spędzić tam dużo więcej czasu, niż przypuszczała. Kręciło jej się w głowie i cała się trzęsła. Mimo to w końcu się uwolniła.

Na chwiejnych nogach ruszyła do drzwi, lecz znów czekał ją zawód. Wielkie, metalowe i do tego zamknięte na cztery spusty. Bez śrubokrętu Doktora nie miała najmniejszych szans ich otworzyć. Kopnęła w nie z frustracją i usiadła pod ścianą naprzeciwko, podciągając nogi do piersi. Z każdą minutą czuła się coraz gorzej i przeszło jej przez myśl, że to nie może być wina odwodnienia – objawy były zbyt silne jak na tak stosunkowo krótki czas bez wody. To musiało być coś innego.

Po kilku minutach usilnego wpatrywania się w drzwi, w końcu zamknęła oczy i pozwoliła sobie na sen. Oczywiście, jak na jej szczęście przystało, musiało przyśnić jej się coś nieprzyjemnego. Harry, Mistrz czy jak on się do licha nazywał i blondynka w czerwonej sukience z pistoletem w dłoni.

Obudziło ją skrzypienie drzwi. Otworzyła gwałtownie oczy, natychmiast próbując podnieść się na nogi. Niestety sen nie przegonił zawrotów głowy i prawie natychmiast skończyła na kolanach. Uniosła głowę, by spojrzeć w stronę intruza i zamarła. W głuchej ciszy niemal mogła usłyszeć bicie swojego serca. To ona pierwsza ją przerwała.

— Jack? — zapytała z niedowierzaniem, wpatrując się w postać stojącą w progu.

*Fragment tłumaczenia piosenki „Satellite".