Rozdział szósty
Przyjechali do obozu z ostatnimi promieniami słońca. Maglor pchnął Amrasa przodem, gdy byli już w zasięgu wzroku strażników, by uprzedził braci, więc bramy zastał szeroko otwarte. Mijani Noldorowie odprowadzali ich spojrzeniami, bez słowa schodzili z drogi. Maglor nie zwracał na to większej uwagi, spieszył się do domu. Maedhros znów majaczył.
Przebyli z Amrasem może połowę drogi między obozami, gdy okazało się, że transportowanie rannego było grubą pomyłką. Maedhros zrobił się niespokojny, nosze musiały mu się źle kojarzyć czy też sprawiać ból, bo prosił, by przestać, a niewidzące oczy błądziły, szukając nie wiadomo kogo. Maglor mógł albo zatrzymać się i rozłożyć obozowisko z niczego, albo przełknąć jęki starszego brata i kontynuować podróż. Zdecydowali się z Amrasem jechać dalej, by Maedhros jak najprędzej znalazł się pod opieką Alcarino.
Maglor spodziewał się, że bracia wyjdą mu na spotkanie, ale przy bramie dopadł go jedynie zziajany Caranthir w roboczym ubraniu uwalanym wapnem. Celegorm i Curufin czekali na podwórzu, a Amras gdzieś wsiąkł.
Maglor zeskoczył z siodła, podprowadził konie z noszami pod same drzwi i dopiero wtedy zorientował się, że młodsi bracia nadal stoją jak wmurowani.
– Tyelko, pomóż mi – zakomenderował. – Weźmiemy go razem z noszami, przytrzymaj z przodu, Moryo, łap z drugiej strony, ja poodpinam. Gdzie Smyk?
– Szykują łóżko z Tyelpe.
– Dobrze... – Maglor wykrzesał z siebie resztki energii, widząc, że bez tego bracia są zbyt ogłuszeni, by się ogarnąć. – Ktoś zawiadomił Alcarino, że jedziemy? Nie? Curvo, leć po niego. Uważajcie na rękę, ostrożnie...
Maglor sam się sobie dziwił, że znalazł jeszcze siłę, żeby komenderować braćmi. Zanieśli Maedhrosa do pokoju i przełożyli na łóżko. Zamęt i gwar wokoło wybiły rannego ze snu, ale jeśli Maglor miał nadzieję, że znajome głosy braci obudzą go całkowicie, to się przeliczył. Maedhros błądził tylko nieprzytomnym spojrzeniem i uciekał przed dotykiem, tak że nim Alcarino przyszedł, Maglor przytrzymywał już rannego, a jego bracia nie wiedzieli, co z sobą zrobić.
Curufin sprowadził Alcarino i uzdrowiciel razem z Maglorem zajęli się rannym, z wprawą, która budziła grozę. Caranthir, nikomu potrzebny, bo starszemu bratu wystarczał miotający się wokoło Amras, usunął się uzdrowicielowi z drogi i stał. Patrzył, miał wrażenie, przez grubą zamgloną szybę, jakby to, co widział, nie było w zasięgu ręki, ale gdzieś dalej.
Caranthir pamiętał, jak odbili ojca, Maedhros natarł na wroga z takim impetem, że orkowie pierzchali, a ogniste potwory Nieprzyjaciela także czmychnęły i synowie odzyskali Feanora, choć przybyli za późno. Opatrzyli go wtedy, Maedhros się upierał, ale ojciec nie pozwolił się rozbroić. Ponieśli go, w zbroi, z mieczem przy boku. Umierał przez kilka godzin, wiedzieli o tym, on także, aż kazał im stanąć, zgasł i spłonął. Szybko.
Ten elf tutaj, ten szkielet obciągnięty pergaminową skórą, konał już trzeci tydzień. A może dłużej? Caranthir miał absurdalne wrażenie, że jeśli Maglor jeszcze raz nazwie ten wrak Maitimem, to on nie ręczy za siebie. Po prawdzie czuł się, jakby starszy brat go oszukał. Gdzie Maitimo? Ten elf tutaj nie mógł nim być, nie był nawet rudy głęboką miedzią, jak ich Russandol... A przecież Maglor mówił, że go przywiezie, posłał Smyka przodem, narobił zamieszania... A teraz podtrzymuje to kłamstwo, którym karmił ich przez ostatnie dni. Czym Fingolfin omamił im brata?
Ranny leżał z początku spokojnie, ale gdy Alcarino i Maglor zaczęli się krzątać wokół niego, jego rysy ściągnęły się w grymasie bólu, z ust wyrwał jęk, jakiego Caranthir nigdy nie słyszał, choć przecież przeżył już jedną bitwę z wrogiem. Sądził, że widział okrucieństwo Nieprzyjaciela, widział, co potrafią jego słudzy. Teraz przekonał się, w jakim był błędzie, z każdym odsłanianym bandażem uświadamiał sobie, co słudzy Morgotha mogą zrobić z elfem, jeśli zechcą. Bo w to, że ranny był elfem, Caranthir nie wątpił.
A potem elf otworzył oczy, duże, zapadnięte, błyszczące. Szare, jak jego własne. Caranthir zobaczył brata, na którego tak czekał.
– Maitimo... – jęknął. Dźwięk imienia jak gdyby przełamał urok, który nie pozwalał mu się ruszyć. – Maitimo!
– Tak, Moryo, to jest nasz Maitimo – przytaknął smutno Maglor.
Caranthir podszedł bliżej, z początku onieśmielony, ale im dłużej patrzył na szamoczącego się słabo elfa, im więcej odnajdywał szczegółów potwierdzających, że to Maedhros, tym bardziej jego serce lodowaciało. Tylko po to, by zaraz wybuchnąć gorącą nienawiścią, podsycaną każdym jękiem i łkaniem rannego. Z ust Caranthira posypała się wiązanka klątw pod adresem Nieprzyjaciela, o których nawet nie wiedział, że zna, a których nie powtórzyłby potem. Świat zawęził się do tego, co zostało z najstarszego brata, z ich ukochanego, pięknego Maitima. Oraz do Nieprzyjaciela odległego o dziesiątki mil.
– Morinfinwe, dość!
Krótki, zimny rozkaz spokojnego Alcarino kazał mu przerwać w pół słowa, jak wymierzony policzek. W następnej chwili Celegorm chwycił go za ramiona, unieruchomił. Caranthir zareagował odruchowo.
– Puść mnie! – krzyknął, szarpnął się, ale ze starszym bratem nie miał szans. – Nie widzisz, co on mu zrobił?!
– Widzę. Więc pozwól mu pomóc – odparł ostro Celegorm. – Wyjdź i się uspokój.
– Nie możesz mi... – Caranthir zamilkł, bo jego podniesiony głos sprawił, że Maedhros zaczął się panicznie szamotać, nie pozwalając uzdrowicielowi zdjąć opatrunków z ramienia.
– Wyjdziesz, albo cię stąd siłą zabiorę – powtórzył stanowczo Celegorm i zgodnie ze swymi słowami wypchnął młodszego brata za drzwi.
Caranthir wywinął się z jego uścisku i przemknął przez korytarz jak burza. Potrzebował powietrza, gotował się, krew wrzała w żyłach. Zatrzymał się dopiero na dworze i wtedy zorientował się, że Celegorm wyszedł razem z nim, zamiast zostać.
– Zabiję – wywarczał Caranthir, wiedząc, że brat go słyszy. – Każdego orka, każdego Balroga, każdego parszywego sługę, który odważy się wyściubić nos poza mury Angbandu. Oby sczeźli, oby ich Ulmo w wodach potopił – mamrotał, podejmując nerwową wędrówkę po podwórzu. Gdyby mógł, gdyby wiedział, dokąd jechać, skoczyłby na konia i pognał na polowanie. Nienawidził bezsilności, a wstyd i pogarda nie pozwalały mu siedzieć w miejscu.
– Nie będziesz w tym sam, wierz mi – wycedził Celegorm; panował nad sobą tylko nieco lepiej niż brat. – Ale nie w tej chwili, będziemy potrzebni tutaj. Uspokój się.
– Nie mogę! – Caranthir obrócił się z taką szybkością, że zaskoczył brata, pięść uderzyła z impetem o świeżo pobieloną ścianę domu, aż kłykcie zdrętwiały. Jak mógł tam wrócić i patrzeć na Maedhrosa, wiedząc, że nie zrobił nic, by oszczędzić bratu tortur, a teraz nie może nawet rzucić mu u stóp trofeów zemsty? Tak jakby to mu cokolwiek pomogło, zreflektował się ponuro, ledwie myśl przemknęła mu przez głowę.
Celegorm ponownie chwycił go za nadgarstek, nim Caranthir rozwalił sobie rękę kolejnym uderzeniem. Nie powiedział nic więcej, tylko stał i trzymał, dopóki młodszy brat nie poddał się i nie rozluźnił mięśni.
– Nie myśl, że ja nie mam ochoty chwycić za miecz – odezwał się Celegorm, puszczając brata. – Ale nie teraz, Moryo.
Caranthir pokiwał tylko głową, niepewien, czy z ust nie posypią się kolejne przekleństwa, jeśli je otworzy. Zamiast tego rozmasował rozbite kostki, krzywiąc się na widok czerwieni znaczącej świeżą biel ścian.
– Możemy? – zagadnął Celegorm po chwili. – Nie wiem, jak ty, ale ja chciałbym wiedzieć, dlaczego Makalaure przywiózł Maitima akurat dzisiaj, tak bez słowa uprzedzenia. Widziałeś minę Alcarino? Nie jest tym zachwycony.
Caranthir nie widział, ale znów tylko kiwnął głową, bo brat miał rację. Coś tu nie grało.
– Idź się przebierz, bo cię Alcarino wyrzuci, jak się przyjrzy – dorzucił Celegorm, przypominając młodszemu bratu, że wciąż ma na sobie robocze ubranie i jest uwalany wapnem. – Zaczekam na ciebie.
W drzwiach minęli się z pozieleniałym na twarzy Celebrimborem, który wypadł na zewnątrz i przemknął spiesznie do kuźni. Caranthir za namową brata zahaczył o swój pokój i pozbył się prędko brudnego ubrania, narzucił czystą koszulę. Poświęcił jeszcze chwilę i poprawił luźny warkocz, z każdym splotem zmuszając się do panowania nad sobą, choć wzrok uciekał ku broni, a palce świerzbiły, by chwycić miecz zamiast grzebienia.
Celegorm czekał na korytarzu, Caranthir wyłapał jego taksujące spojrzenie, nim starszy brat skinął głową z aprobatą i pozwolił mu wrócić do Maedhrosa. Amras przestał się już miotać i siedział na parapecie, Curufin wszedł tuż za nimi z misą świeżej wody. Uzdrowiciel, kończący akurat bandażować tors rannego, zerknął tylko na synów Feanora, ale nic nie powiedział, widząc, że są cicho. Maglor mamrotał coś uspokajająco, więc dopiero gdy umilkł, Celegorm odezwał się.
– Zdaje się, że jesteś nam winny wyjaśnienia, Makalaure – zauważył.
– I lepiej, żebyś miał dobre wytłumaczenie dla tej podróży, Kanafinwe – wtrącił się nieoczekiwanie Alcarino. – Bo ryzykowałeś sporo, Nelyafinwe nie jest jeszcze w dość silny, by dobrze znieść jazdę, zresztą widzisz.
Maglor musiałby być ślepy, żeby nie widzieć, zresztą Alcarino przez ostatni kwadrans wskazywał mu, co się pogorszyło, odkąd ostatni raz widział rannego. Śpiewak spojrzał po braciach, patrzących na niego z wyczekiwaniem, potem na wtulonego w niego Maedhrosa. W krótkich słowach opowiedział, co zastał po powrocie do obozu wuja i jak źle ranny zareagował na jego nieobecność.
– Turukano zasugerował, że lepiej byłoby Maitima dobić, niż żeby się męczył – dodał na koniec.
– Nie ośmieliłby się...! – sapnął zdruzgotany Amras, ale w głosie pobrzmiewała nuta niepewności.
– Niechby tylko spróbował! – wybuchnął znów Caranthir, a ciężka ręka Celegorma momentalnie spoczęła ostrzegawczo na jego ramieniu.
– Ćśśśś! – syknął potępiająco Amras, widząc, że ranny szarpnął się i jęknął cicho.
– Nie, pewnie by tego nie zrobił – przyznał Maglor; teraz, gdy był między braćmi, gdy już miał Maedhrosa w domu i widział, jak niewygodna musiała być dla niego podróż, cały pomysł z opuszczaniem obozu Fingolfina faktycznie wyglądał nierozsądnie.
– Turukano nie miał racji – włączył się do rozmowy Alcarino; skończył z bandażami i okrył Maedhrosa kocem. – Twoja decyzja o wyjeździe była nierozsądna, Kanafinwe, ale nie poczyniła dużych szkód. Bądźcie dobrej myśli.
– Maitimo jest w domu. Choćbyśmy mieli czekać na niego nie wiem ile, nie zostanie sam – odezwał się nagle milczący dotąd Curufin. Przyklęknął przy łóżku i ucałował dłoń rannego.
– Tylko zachowajcie ciszę. – przypomniał jeszcze Alcarino, patrząc surowo po synach Feanora. – Maitimo potrzebuje spokoju.
Uzdrowiciel wyszedł, a między braćmi zapadło milczenie. Maglor siedział na łóżku i nucił cicho, chociaż gardło miał tak zdarte, że prawie nie było go słychać; wystarczało jednak, by ranny rozluźnił się w końcu i zapadł w spokojny sen.
– Jak? – zapytał nagle Amras. Wciąż siedział na parapecie i nie spuszczał wzroku z dwóch najstarszych braci. – Jak on to przeżył? – głos mu się załamał.
Maglor uniósł głowę i spojrzał po braciach. Stali, nie bardzo wiedząc, co z sobą zrobić, tylko Curufin nie był w stanie utrzymać rąk w bezruchu i przekładał raczej, niż faktycznie porządkował zostawione przez uzdrowiciela zioła. Ale Maedhros spał, więc Maglorowi nie chciało się od niego wstawać i szukać braciom zajęcia czy porozmawiać, a odpowiedzi dla Smyka nie miał.
Dopiero powrót Alcarino otrząsnął ich nieco ze stuporu. Uzdrowiciel przeszedł między braćmi i podał Maglorowi kubek.
– Pij, zanim zupełnie stracisz głos.
– Dziękuję. – Śpiewak upił łyk, ale po zapachu rozpoznał, że uzdrowiciel dosypał także środków nasennych. Wystarczająco często poił nimi brata, by nie zauważyć.
– Pij – powtórzył Alcarino. – Zostanę do rana z Nelyafinwe i którymś z twoich braci. Ty idziesz spać.
– Ja się stąd nie ruszam – oświadczył natychmiast Amras, gdy Maglor wahał się nad kubkiem. – Idź spokojnie spać, Kano.
Maglor poddał się i w kilku łykach wypił zioła. Podniósł się nieco chwiejnie na nogi i pozwolił, by Celegorm zagarnął go ramieniem, pociągnął stanowczym gestem ku drzwiom, jakby nie chciał pozostawiać starszemu bratu miejsca na wahanie.
– Jeśli Nelyo będzie majaczył i się rzucał, obudźcie mnie – odezwał się śpiewak w progu. – Tylko go niczym nie przypinajcie, nie wiążcie go.
Czterech braci zgodnie spojrzało na niego z czystym oburzeniem w oczach na taką sugestię.
– No wiesz?!
– Idź spać, Makalaure. – Celegorm popchnął go w otwarte drzwi. – Zaczynasz bredzić.
Wyszli razem, a Celegorm odprowadził go prosto do łóżka. Maglor nie słyszał, kiedy brat opuścił jego pokój.
