Rozdział 7 - "Dobranoc Wasza Wysokość" po raz ostatni...

Wydawać by się mogło, że po tym wszystkim co przeszli Elyon i Raythor, obojgu należała się szczęśliwa miłość, która powinna wynagrodzić im to, co ich spotkało… Ale ciągle zbyt wielu ludzi mówiło „nie."

Jednakże w tym momencie zakochani zupełnie zapomnieli o wszystkich okropnych przeżyciach. Teraz to zupełnie się nie liczyło… Właśnie byli w jej pokoju i rozmawiali. Elyon siedziała na łóżku, już ubrana w koszulę nocną. Spokojnie gawędziła ze swoim chłopakiem, który dopiero wrócił z pracy i nadal miał na sobie mundur. Robili tak codziennie. On wieczorem, po skończonej warcie, przychodził do niej do sypialni na krótką rozmowę przed snem. Strażnicy zawsze zostawiali ich na ten czas samych.

Młoda Królowa siedziała w pomarańczowo-żółtej koszuli nocnej i opowiadała o pewnej sprawie z właścicielami ziemskimi.

- …I zrobiłam dokładnie tak jak mi poradziłeś, skarbie… Nadałam im te ziemie na własność.

- Och, Elyon nie powinnaś tego robić! – odpowiedział pośpiesznie Raythor, delikatnie kładąc jej rękę na ramieniu.

- Ale dlaczego? Przecież sam powiedziałeś mi, że to byłoby najlepsze rozwiązanie…? – odparła słodkim głosem, patrząc w jego ciemne oczy.

- Fakt, powiedziałem Ci, że według mnie w takiej sytuacji najlepiej byłoby nadać im te ziemie, ale… Wiem dobrze, że ty chciałaś postąpić inaczej! Przecież ja jestem tylko prostym rycerzem, mogłem nie mieć racji… Nie chcę aby spotkały cię jakieś nieprzyjemności przez to, że mnie posłuchałaś… Nie wybaczyłbym sobie gdybyś przeze mnie cierpiała…

- Spokojnie… - odparła swoim ciepłym, uspokajającym głosem. - Nie podjęłam tej decyzji pochopnie… Najpierw przemyślałam wszystko i przedstawiłam ten pomysł doradcom… Wszyscy doszliśmy do wniosku, że to będzie najlepsze wyjście… Nie martw się, ja też nie wybaczyłabym sobie gdybyś czuł się przeze mnie winny za sprawy Meridianu… Wiem co robię… Nie łatwo być dobrą Królową…

- Może i nie łatwo, ale Ty jesteś doskonałym przykładem władczyni idealnej … - zaczął Raythor wpatrując się w jej uroczą twarzyczkę. - Choć jesteś taka młodziutka już osiągnęłaś szczyt będąc tak mądrą głową państwa…

Po tych słowach policzki Królowej przybrały barwę dojrzałych róż.

- Ale to wszystko było naprawdę bardzo trudne… - odparła wpatrując się w Ukochanego. - Gdy jeszcze mieszkałam na Ziemi, profesor Collins opowiadał nam o jednej z Ziemskich Królowych, która objęła tron mniej więcej w tym samym wieku co ja… Marii Antoninie… Podobno prywatnie była dobrą osobą, ale nie potrafiła rządzić państwem. Poddani cierpieli i głodowali, z dnia na dzień pogarszały się ich warunki życia… Królowa popełniała błąd za błędem. Nawet jej ostanie słowa były przeprosinami…

- Och! – wyrwało się Raythorowi. - Czyli na łożu śmierci Królowa prosiła cały naród o wybaczenie za swoje niefortunne rządy?

- Nie. Przepraszała mężczyznę, któremu przypadkiem nadepnęła na nogę. „Przepraszam, monsieur, zrobiłam to niechcący…" I chwilę później, ów monsieur... Uciął jej głowę.

Jej partner zrobił wielkie oczy.

- Żartujesz?! Więc to był jakiś wariat, który tak się zdenerwował tym, że stanęła mu na nogę, że aż ją zamordował ze złości?!

- Nie! To nie było tak! – wydusiła z siebie Elyon starając się opanować atak śmiechu. - Ten mężczyzna był katem! Lud skazał Marię Antoninę na ścięcie… A to, o czym Ci mówię wydarzyło wtedy, gdy szła… Na szafot!

- Ach tak… - odparł lekko speszony Raythor. – Wybacz, nie zrozumiałem… Więc na Ziemi lud mógł skazać członków rodziny Królewskiej na śmierć… Coś takiego… U nas w Meridianie to jest nie do pomyślenia… Nawet Phobos tak nie skończył…

- Fakt, ale także na Ziemi takie zjawisko było raczej rzadkie… Ponoć król Henryk VIII kazał ściąć dwie swoje żony... Ale zrobił to tylko dlatego, że nie mógł dostać rozwodu a chciał się ponownie ożenić..

Partner Elyon po raz kolejny zrobił wielkie oczy, ale nie spuścił z niej wzroku.

- Wiesz, ta planeta nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać… Słyszałem już różne rzeczy, ale tego nie potrafię zrozumieć… Król sam zabijał własne żony i zawierał nowe małżeństwa? Toż to niegodne! Zresztą po co mu tyle żon, skoro potem i tak je pozabijał? I gdzie tu sens?

- Wiesz… - mruknęła Elyon. - To bardzo dobre pytanie… - zastanowiła się chwilkę. - A jeszcze lepsze brzmiałoby: „Gdzie one miały rozum, kiedy decydowały się być z nim, chociaż powszechnie wiadomo było, że to kobieciarz, który nie potrafi dochować wierności?" Ja na ich miejscu wolałabym mieć takiego mężczyznę , który byłby mi wierny i miałabym pewność, że kocha tylko i wyłącznie mnie. I który za nic w świecie, nie pragnąłby mojej śmierci… – zarzuciła Raythorowi ręce na szyję.

Mężczyzna przełknął ślinę. Poczuł ciepło jej rąk na szyi… W tej chwili od tej uroczej twarzyczki dzieliło go tylko niecałe pół metra… Spojrzał w głębokie niebieskie oczy przypominające szafiry… Cudowne… Jak skrawki nieba… Podniósł ręce i (lekko drżąc) zaczął obejmować ją w pasie…

- Ty możesz być spokojna… - zaczął uwodzicielsko. – Nikt nigdy nie skazałby na śmierć tak dobrej istotki jak Ty… Jesteś dokładnym przeciwieństwem tej całej Marii Antoniny… Tak wspaniale nami rządzisz…

- Nie wszystkie złe czyny, których dopuściła się Maria Antonina, były celowe. – odparła Elyon zdejmując mu ręce z szyi (najwyraźniej wyczuła jego drżenie…) - Czasami był to po prostu pech… Wiesz, mówią, że kiedyś przyszedł do niej tłum wygłodniałych ludzi, którzy wołali: „Jesteśmy głodni! Nie mamy chleba!". Niestety królowa wychowywała się w innym kraju i jeszcze nie znała za dobrze ich języka, więc zapytała służącej, o co im chodzi i dostała krótką odpowiedź: „Chcą chleba." I finał był zaskakujący… Bo kiedy do zamku przyszli głodni wieśniacy wołający: „Jesteśmy głodni! Nie mamy chleba!", Jej Wysokość w odpowiedzi krzyczała: „Jedzcie ciastka!"… "Obciach", prawda? Nigdy bym się nie chciała znaleźć na jej miejscu…

- Ua! Faktycznie, straszna wpadka… Ale nie porównuj się do niej… Ty byś nigdy nie zrobiła nam czegoś takiego…

- Pewnie, że nie! – odparła Elyon biorąc się pod boki. – Ja bym odpowiedziała: „Jedzcie warzywa!" Są dużo zdrowsze i tańsze!

Jej chłopak zachichotał nie spuszczając z niej wzroku.

- Ale wiesz… - zaczął ujmując jej dłonie i powoli zbliżając je w swoją stronę. – Ja bym nie porównywał cię do tej Marii Antoniny… Nie jesteś do niej podobna w… Żadnym calu. Przecież to dzięki Tobie Meridian w zaledwie kilka lat rozkwitł do rangi jednego z najznamienitszych światów… Przynosisz szczęście całej planecie… Lud Meridainu Cię uwielbia… Jesteś dla nas wszystkich klejnotem! Bardziej przypominasz mi… Królową Wiktorię! Słyszałem o niej kiedy byłem na Ziemi. Podobno była wręcz legendarną władczynią… Cała Ty… Twoje panowanie to nasza… Era... Era... Elyońska!

Królewskie policzki po raz kolejny zarumieniły się, serce podskoczyło, a dłonie pod wpływem dotyku ukochanej osoby nagle jakby zrobiły się cieplejsze.

- Och… Dziękuję… - odparła i przysunęła się do niego, utkwiwszy wzrok w jego oczach. - A wiesz jak nazywał się ukochany Królowej Wiktorii?

- Książę Albert oczywiście… - odpowiedział Raythor jak zaklęty, również przysuwając się do niej. - Bardzo się kochali… Chociaż gdy spotkali się pierwszy raz, nie byli jeszcze sobą zainteresowani…

- Ale kiedy po kilku latach spotkali się ponownie, ona zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. – odparła Elyon zbliżając się jeszcze bliżej - I zaproponowała mu małżeństwo…

- Byli razem bardzo szczęśliwi i strasznie się kochali… - dodał przysuwając się do dziewczyny. Jego głos stawał się coraz bardziej namiętny.

- On radził jej lepiej niż najlepszy minister i doradca… - ściszała głos.

- Ona nie widziała świta po za nim… - przysunął się jeszcze troszkę.

- A żebyś wiedział, że nie widziała. – jej głosik stawał się coraz bardziej drżący. - Mieli dziewięcioro dzieci…

- Zawsze szanowali się nawzajem… - puścił jej dłonie i znów objął ją w pasie, zaciskając ręce wokół jej talii.

- Był partnerem jej życia… - teraz ich twarze prawie dotykały się ze sobą...

- I był gotowy oddać za nią swoje życie… - ich policzki płonęły…

- Cały kraj ich uwielbiał i szanował…

Ta ostatnia uwaga, spowodowała, że Raythor nagle gwałtownie, jak pod wpływem impulsu odsunął się od Elyon. Chwila zapomnienia minęła… Oboje się otrząsnęli… W jednej sekundzie wrócili „na ziemię"… Znów zdali sobie sprawę, z tego, że właśnie siedzą na łóżku w komnacie w zamku, jest już późno, a za oknem grzmi, bo przecież dzisiaj miała być ta największa burza roku…

- Ops! – odpowiedziała Elyon, zakrywając twarz ręką. – Nie chciałam, tego powiedzieć… Strasznie przepraszam, za tę ostatnią uwagę! Nie chciałam Cię urazić… (Na chwilkę się zapomniałam)…

- Nie, nie, nie! – odpowiedział szybko Raythor wymachując rękami. – To nic takiego! To ja przepraszam! Chyba… Troszkę za mocno Cię przytuliłem! (Ajaj!)

Z otwartego okna w komnacie powiał chłodny wiatr... Noc zapowiadała się na zimną. Elyon kichnęła…

- Na zdrowie! – odpowiedział natychmiast Raythor, próbując zmienić temat. – Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?

- Tak oczywiście. – odparła młoda Królowa. – Jaka szkoda, że pada… Miałam nadzieję, że będziemy mogli razem policzyć spadające gwiazdy, ale przy zbliżającym się oberwaniu chmury, nic z tego nie wyjdzie…

- Wiesz, robi się już późno. - odparł Raythor. – Chyba, muszę już iść…

Zaczął wstawać z łóżka, ale Elyon złapała go za ramię.

- Nie! Proszę, nie odchodź jeszcze! Zostań jeszcze chwilkę! Chciałam Ci coś ważnego powiedzieć…

Ponownie usiadł na łóżku, zdobył się na odwagę i spojrzał na nią. Zauważył, że nadal drżała, ale teraz to już nie było „lekkie drżenie". Teraz jakby cała się trzęsła, zaciskała zęby, w prawym oku jakby zaszkliła się łezka, a na twarzy malowało się wyraźne zdenerwowanie i odrobina strachu. Co też się nagle z nią stało?

Elyon zorientowała się, że Raythor zauważył tę zmianę, więc szybko powiedziała:

- Zimno mi… Proszę Cię, ogrzej mnie…

Rycerz natychmiast usiadł na łóżku, przysunął się do swojej Księżniczki, objął ją, przytulił do piersi i okrył peleryną.

W jednej chwili powrócił stan wcześniejszego zapomnienia. Z umysłu Królowej jak ptak odleciała myśl, że właśnie miała powiedzieć mu coś ważnego… Natychmiast rozkosznie przytuliła się do Raythora... A on zamknął oczy i pogrążył się w błogości. Jemu również jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyleciało z głowy to, że jeszcze przed sekundą martwił się o nią i to, jakie miał rozterki wobec swoich planów z Nią związanych…

Teraz znowu nie liczyło się wszystko wokół … Tylko on i Ona… Jest tak blisko… Ach jaka ona wspaniała, ta jej słodka buzia… Włosy jak złote nitki… Taka wrażliwa, taka urocza… Dobra, miła i tolerancyjna… Tak… To bez wątpienia najwspanialsza istotka w całym Meridianie… Klejnot tego świata, jego Serce i źródło wszelkiej magii… Ach, co za rozkosz mieć ją tak blisko… Pogładził ją po ramieniu… Jej serce biło tak mocno… Czy to właśnie z jego powodu…?

Elyon także poczuła, że jego puls przyśpiesza… Ach, jak cudownie być w ramionach ukochanego… Jak tu ciepło, bezpiecznie i przytulnie… Jak dobrze mieć u boku kogoś, kto jest taki szczery, uczciwy, dobry, szlachetny i wielkoduszny… Idealny, po prosty idealny pod każdym względem… Właśnie z kimś takim chciałaby resztę życia spędzić każda księżniczka… Proszę, niech ten moment potrwa wieczność...

Gdy tak siedzieli razem mijały minuty… W końcu oboje przytuleni spojrzeli na siebie zaczęli zbliżać do siebie swoje twarze… Zaczęli jeszcze mocniej obejmować się, tulić… Ich zarumienione twarze dzieliło tylko kilka centymetrów... Już prawie się spotkały…

BŁYSK!

Nagle niebo przeszył piorun i dało się słyszeć jego grzmot. W jednej chwili zakochani tak jak poprzednio podskoczyli i odsunęli się od siebie.

- Ojej! – wyrwało się Elyon. - Burza już się zaczyna…

- Faktycznie - odparł Raythor patrząc na otwarte okno, przez które było widać niebo. Wybacz, ale ja naprawdę muszę już iść.

- Tak… Oczywiście… – odparła pośpiesznie Elyon.

Raythor szybciutko zszedł po złotym mostku, łączącym królewskie łoże z podłogą i skierował się do drzwi. Po drodze jeszcze obejrzał się i przesłał Królowej całusa. Elyon, zrobiła to samo.

– Do zobaczenia jutro! – zawołała, machając mu na pożegnanie. – Pośpiesz się, bo nie zdążysz wrócić do domu! Życzę dobrej nocy! Słodkich snów! Dobranoc!

- I nawzajem! – zawtórował jej. – Dobranoc Wasza Wysokość!

Nie wiedzieli, że właśnie żegnają się w ten sposób po raz ostatni…

Deszcz zaczynał padać coraz mocniej, a grzmoty stawały się coraz głośniejsze. Na szczęście Raythora od domu dzieliło już tylko parę metrów.

- Ufff… ledwie zdążyłem - pomyślał. – Zanosi się na naprawdę wielką ulewę.

W tym momencie zauważył, że pod daszkiem drzwi jego domu stoi jakaś postać w pelerynie. Po chwili rozpoznał swoją sąsiadkę. Ona również go rozpoznała i aż podskoczyła z radości.

- Sąsiedzie! Jak to dobrze, że Cię widzę! Potrzebuję pomocy! Moje dziecko ma bolą ząbki, a u nas w domu nie znaleźliśmy żadnych lekarstw, które mogłyby mu pomóc. Apteka o tej porze jest już zamknięta, więc chciałam spróbować zasięgnąć pomocy u ciebie i czekałam aż wrócisz. Proszę, czy mógłbyś pożyczyć mi jakieś leki dla mojego maleństwa?

- Oczywiście, że tak. – odpowiedział Raythor, jak tylko skończyła mówić. – Zaraz otworzę drzwi i coś dla ciebie znajdę…

Elyon leżała w łóżku i nie mogła zasnąć. Rozmyślała nad tym co się przed chwilą wydarzyło…

- Dlaczego mu o tym nie powiedziałam…? Było tak blisko… Ale jak on mnie przytulił… Jak jestem przy nim to zapominam o całym świecie… Tak chciałam, żebyśmy się dzisiaj spotkali na randce i chciałam mu wyznać prawdę… Nie mogę wiecznie tego przed nim ukrywać! Ale… Jak on zareaguje kiedy się o tym dowie…? Że zrobiłam mu coś takiego bez jego wiedzy…?

Ujrzała w swojej wyobraźni Raythora, który był oburzony tym co zrobiła i oświadcza, że z nią zry… NIE! Aż jej się zrobiło słabo! Za nic w świecie nie chciała się z nim rozstawać! Nigdy! Po tylu latach w końcu znalazła sobie kogoś, kto był z nią całkowicie szczery i wiernie oddany i… teraz miałaby go stracić? Nigdy w życiu! Never! No way!

Przełknęła głośno ślinę.

- Może nie powinnam była tego robić…? Ale w sumie nie miałam wyboru! Musiałam… To było konieczne jeśli mamy być razem… Co jak co, ale chyba dzięki temu poddani go zaakceptują… Ale mogłam mu powiedzieć… Skrywać przed własnym chłopakiem taką tajemnicę… On mnie porównywał do Królowej Wiktorii… Ona na pewno nie miała przed mężem takich sekretów… I co ja teraz mam zrobić?… Zaszłam już tak daleko… Sprawdzałam kilka razy i nie ma mowy o pomyłce… Test dał pozytywny wynik… Ale może jak mu powiem, to się ucieszy… A co jeśli powie, że nie chce mieć z tym nic wspólnego i mnie zostawi… NNNiiiieee! Tylko nie to!

W jej wyobraźni ukazała się pani Rudolph, która mówiła co myśli o ich rozstaniu…

I dobrze się stało! Wasza Wysokość powinna znaleźć sobie kogoś innego… Najlepiej księcia, albo jakiegoś lorda, a nie byłego bandytę…

Elyon poczuła niemiły ucisk w sercu… Pomyślała, że mogłaby powiedzieć o tym komuś np. Cornelii… Co Corny by jej doradziła…?

...

Po dziesięciu minutach Raythorowi udało się znaleźć parę ziółek, które zapakował w chlebak i pożyczył sąsiadce.

- Proszę, utrzyj je wszystkie i zaparz napar. Powinno starczyć na około pięć porcji. Podawaj dziecku wywar, tak długo póki nie powie, że czuje, się już lepiej. Ale, tak na marginesie to czy z Tobą na pewno wszystko jest w porządku? W końcu stałaś pod tymi drzwiami w taką pogodę…

- Nie, nie nic mi nie będzie! – odpowiedziała pośpiesznie. – Cały czas patrzyłam na zegarek i stałam tam niecały kwadrans… Ojej! Jest już za dziesięć dwunasta! Muszę lecieć, bo moje maleństwo, pewnie dalej płacze z bólu… Dziękuję bardzo sąsiedzie! Z nieba mi po prostu spadłeś! Chętnie bym Cię ucałowała, ale nie chcę robić naszej Królowej konkurencji! – dodała z uśmiechem. – Dobranoc i jeszcze raz dziękuję!

I wybiegła z domku trzymając chlebak pod pachą. Raythor zdążył jeszcze zawołać za nią: „Dobranoc! Pozdrów ode mnie męża!", ale po chwili kobieta zniknęła mu z oczu. Zamknął za nią drzwi i westchnął…

- „Nie chcę robić Królowej konkurencji…" Chyba już cały Wszechświat zdążył sobie wyrobić opinię na temat naszego związku… Cóż… Z realizacją moich planów, będzie o wiele trudniej niż sądziłem…

...

Elyon ciągle nie mogła zasnąć, usiadła więc na łóżku dalej rozmyślając i mrucząc pod nosem.

- Ech… I co ja właściwie mam z tym zrobić…

W tym momencie usłyszała pukanie do drzwi.

- Wasza Wysokość? To ja, wartownik… Jakiś problem? Czy mogę wejść?

- Tak, tak oczywiście! – odrzekła pośpiesznie Elyon.

Niewiele widać było w ciemności, ale młoda Królowa, usłyszała otwieranie drzwi i pospiesznie zapaliła świeczkę przy łóżku. W półmroku ujrzała lekko zaniepokojoną twarz wartownika.

- Wasza Wysokość?! Wszystko w porządku? Usłyszałem jakieś jęki i chciałem to sprawdzić… Jest już za sześć dwunasta, a Pani jeszcze nie śpi? Czy Wasza Wysokość dobrze się czuje?

- A, nie, nie, nie, to nic takiego! – odparła szybko, lekko zawstydzona Elyon. – Myślałam o pewnej trudnej sprawie, to wszystko! Najmocniej przepraszam! Nic mi nie jest!

- Acha, to dobrze. – odparł wartownik. – I jeszcze… Przepraszam, że to mówię, ale… Wydaje mi się, że Wasza Wysokość powinna zamknąć okno na czas burzy.

Elyon aż podskoczyła w łóżku. Dopiero teraz zorientowała się, że zapomniała zamknąć jednego okna, a ponieważ zaczęło już padać, cały parapet w jej pokoju był mokry jak brzeg fontanny. Natychmiast wyskoczyła spod kołdry i podbiegła do parapetu, biorąc z biurka kluczyk. W jednej chwili zamknęła okno.

- Ops… Dziękuję panu bardzo… Przez roztargnienie zapomniałam go zamknąć…

- Cała przyjemność po mojej stronie. Życzę dobrej nocy, Wasza Wysokość! Słodkich snów. - powiedział Wartownik uśmiechając się i zamknął drzwi.

- A niech to… - pomyślała Elyon. – Za głośno jęknęłam… I do tego jeszcze to okno… Ale ze mnie niezdara… Muszę się uspokoić i w końcu zasnąć, chociaż wcale nie chce mi się spać! Pomyślę o tej sprawie jutro…

Upewniła się, że okno jest szczelnie zamknięte, odłożyła kluczyk na miejsce, podeszła do palącej się świeczki, dmuchnęła na płomyk i…

…I w tym samym momencie, kiedy ogień zgasł i pokój pogrążył się w ciemności, młoda Królowa usłyszała tuż za drzwiami komnaty niespodziewany huk, jakby coś ciężkiego uderzyło o ziemię. Elyon wzdrygnęła się i natychmiast spojrzała w tamtą stronę. Nic nie było słychać.

- Co to?! – zaciekawiła się w myślach. – Kto tu jest?! Może to tylko wartownik coś upuścił?! Ale wtedy byłoby też słychać jak to podnosi… A może burza uszkodziła dach?! Ale wtedy on na pewno by zareagował i też bym go usłyszała… Co tu jest grane?!

Po chwili namysłu Elyon postanowiła sama sprawdzić źródło niepokojącego hałasu. Już miała zapalić świeczkę, kiedy przez głowę przeszła jej pewna myśl. A jeśli przyczyną tego huku jest jakieś zwierzę, które dostało się tu przez pomyłkę? Światło na pewno je wystraszy. Wzięła więc głęboki oddech i odważnie zaczęła iść ku drzwiom, po cichutku, tak by nie było jej słychać. Jednak w pewnym momencie ku jej przerażeniu zaczęło się z nią dziać coś dziwnego…

Poczuła nagle dziwny, słodkawy zapach, a po paru sekundach zaczęła robić się coraz bardziej senna, pomimo, że jeszcze przed chwilą nie była w stanie zmrużyć oka.

- Co się… ze mną dzie… eje… Czemu… ja…

Przez jej umysł przeleciało niemiłe wspomnienie tego, jak jej brat niespodziewanie uśpił ja przy pomocą czarów po to, by nie zobaczyła śmierci przyjaciół. Ale Phobos… Przecież on…

Jej serce zaczęło bić coraz wolniej, a płuca szybko i gwałtownie łapały powietrze. Elyon wytężyła wszystkie swoje siły by móc utrzymać się na nogach, ale i to stało się niemożliwe, bo wszystkiej mięśnie zaczęły wbrew jej woli rozkurczać się i wiotczeć. Straciła czucie w nogach. Po chwili opuściły ją resztki sił i z hukiem upadła na podłogę, do tyłu, na plecy wydając z siebie ciche: „Ach…". Straciła całkowicie władzę w ciele. Cały czas starała się mieć otwarte oczy, ale powieki stawały się coraz bardziej ciężkie i niemal lepkie. Nie, nie może ich zamknąć…

W tym momencie Królowa usłyszała, że drzwi komnaty otwierają się i zobaczyła, że z mrocznego korytarza coś się wynurza i zbliża do niej. Jakiś duży, ciemny kształt, który mogła w ciemności dostrzec z podłogi. Widziała, że się do niej zbliża, choć nie słyszała żadnych kroków, ale im bardziej to coś zbliżało się do niej, tym wyraźniejsze stawały się długie syki, które docierały do jej uszu. Elyon chciała wyciągnąć w górę rękę i spróbować oświetlić to coś swoją mocą, ale całkowicie straciła władzę w ciele. Już dłużej nie mogła wytrzymać i jej oczy w końcu się zamknęły. Mimo napierającej na nią coraz silniej fali snu starała się podtrzymać swoją świadomość.

I nagle zdała sobie sprawę z tego, że ten kto dostał się do jej komnaty pochwycił ją, ścisnął i uniósł do góry! Jej palce przez moment wyczuły coś szorstkiego i śliskiego, jakby łuski… A na policzek spłynęły jej niespodziewanie jakieś długie włosy. Elyon wytężyła całą swą moc i na moment otworzyła oczy. Jak przez szparę zobaczyła przed swoją twarzą skąpaną w blasku księżycowego światła, grubą wężową skórę i długie jasne włosy. W jednej chwili jej mózg, który już ledwo działał, skojarzył brak kroków, syki, skórę i włosy. Gdyby serce Elyon nie zwalniało bicia, na pewno podskoczyłoby jej teraz do gardła. Chciała krzyknąć, ale nie była w stanie już nic zrobić, powieki gwałtownie opadły. I cała jej świadomość zniknęła, jakby w jednej chwili osunęła się w bezdenną otchłań snu. Dziewczyna zdążyła jeszcze przez chwilę pomyśleć:

- Cedric…! Nie… Raythor, ratuj…

I twardo zasnęła w ramionach tajemniczego, nocnego gościa. Po chwili postać ta zbliżyła się do jej biurka, otworzyła je i gorączkowo zaczęła czegoś szukać. Parę minut później zostawiła coś na blacie i opuściła komnatę, trzymając w ramionach śpiącą jak zaklętą, nieświadomą niczego Królową Meridianu…

...

Krople deszczu dudniły o szyby domu Raythora. Deszcz był coraz silniejszy. Tymczasem pan domu siedział w przedsionku na krześle i rozmyślał nad swoimi planami dotyczącymi Królowej. Nawet nie przebrał się jeszcze w pidżamę, po tym jak wrócił.

- Co ja mam teraz zrobić… - westchnął ciężko. – Wprowadzić to w życie, czy nie wprowadzić?

Przemyślał sobie dokładnie to, co zamierzał zrobić… Z jednej strony bardzo mu zależało, by jego plan się powiódł ale z drugiej, wprowadzenie go w życie mogło się bardzo źle skończyć… I nawet jeśli z Elyon poszłoby mu gładko… Wiele osób chciałby zapewne przeszkodzić potem w sfinalizowaniu całego planu…

- Powiedziała mi, że jestem jej wierny, że marzy o kimś takim… Och… Ona naprawdę jest Klejnotem całego naszego narodu… Jest Światłem Meridianu… Pragnę by była szczęśliwa… Ale co z moim szczęściem? Od dawna marzę o tym, by wprowadzić mój plan w życie… Tak bym chciał by to marzenie się spełniło…

Przełknął ślinę. Ale z drugiej strony… Już tak wiele dostał od życia… Wydostał się z Otchłani Cienia, zakończył niefortunną służbę u Phobosa, żył sobie szczęśliwie, dobrze zarabiał, miał przyjaciół, a jakiś czas temu nawet odkrył, że ma brata, o którym wcześniej nie wiedział… Może już wystarczy… Może lepiej wycofać się z tego planu… Ale pokusa jest ogromna… A co będzie jeśli w ten sposób tylko sobie zaszkodzi…?

Sam nie wiedział już co robić. Chciał dla swojej Pani (ba, teraz to już była Pani Jego Serca…) jak najlepiej, ale chciał też spełnić własne marzenia. Ale czy coś z tego w ogóle wyjdzie? Czy romans z Królową gdzieś go zaprowadzi? Przecież poddani chcieliby ich rozdzielić… Środowisko tego nie akceptuje… Wszyscy pewnie uważają, że Królowa Elyon powinna oddać swoje serce jakiemuś wytwornemu księciu… A on jest przecież tylko zwykłym rycerzem na dodatek z niebyt dobrą przeszłością… Przypomniał sobie jak kilka lat temu sam zaproponował Rycerzom Zemsty, aby napadli na pałac Elyon… Teraz to wspomnienie jakby zapiekło go od środka… Jak mógł to wtedy zrobić… A czy to, co teraz zamierza jest dobre…? Kolejna pochopna decyzja…?

Znów jego umysł przywołał wizję planu… Znów przeżywał wszystko na nowo… Elyon w celi… Pyta się go - Dlaczego?… Odpowiada jej… I wtedy wyciąga zza pazuchy… Ach… Kuszące, ale jakie to może mieć konsekwencje…

Spróbował sobie wyobrazić jak zareagowaliby Meridiańczycy, gdyby wcielił w życie ten plan… W swojej wyobraźni dostrzegł Drake'a…

Jak mogłeś?! Więc tylko o to Ci chodziło?! To dlatego się do niej zbliżyłeś, tak?! I tylko na tym Ci zależało!

Phobosa… Frosta…

Cha cha cha! No, gratulacje Raythor! Widzę, że miałem rację co do ciebie! Jednak nic się nie zmieniłeś! No proszę!

Kto by pomyślał, że posuniesz się do czegoś takiego?! Czyli tylko do tego była Ci potrzebna Królowa…

I inne osoby…

A myśmy Ci ufali!

Zapłacisz za to!

Nie wybaczymy Ci tego!

- NIE! Przestańcie! – ryknął na całe gardło.

Natychmiast się opamiętał. Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru zapomniał się. Poniosła go wyobraźnia… Uffff… Otarł sobie pot z twarzy i wziął głęboki oddech…

- Nie, ja nie mogę dłużej przeciągać… Muszę to zakończyć! Nie mogę ryzykować z Elyon, dla spełnienia moich marzeń! Za duże ryzyko. Koniec, kropka…

W momencie gdy wypowiedział te słowa, poczuł się tak, jakby znowu spadał w głąb Otchłani Cienia… Nie, musi to znieść dla dobra Elyon… Kurczę, dlaczego jego życie uczuciowe zawsze musi być obarczone tyloma problemami…

Nagle coś przyszło mu do głowy… Myśl, którą ostatnio często przywoływał, bo dodawała mu otuchy… Co by powiedziała jego była dziewczyna, gdyby się dowiedziała co on zamierza zrobić z Elyon?

Wyobraził sobie swoją eks, która wyraża swoje zdanie na ten temat… No tak… Jakby na to nie patrzeć… To miałaby całkowitą rację! Jasne! Tak!

- Moja droga, masz absolutną rację! – odparł sam sobie. – Właśnie to powinienem zrobić! Tak!

Uśmiechnął się, wstał z krzesła i już miał opuścić pokój kiedy…

Nagle poczuł jakiś dziwny słodkawy zapach.

- Co to takiego? – pomyślał. – W środku nocy, jakiś dziwny słodki zapach w moim domu? Zaraz, co tak pachnie…

Wstał i zaczął szukać źródła tej niezwykłej woni. Po chwili zdał sobie sprawę, że ów zapach wydobywa się spod drzwi wejściowych. Zdawało mu się, że przez chwilę zobaczył za oknem, gdzie nadal szalała burza, jakąś dziwną, bardzo niską postać w pelerynie z kapturem. Nie widział jej twarzy, ale owa postać musiała go zauważyć, bo gdy tylko ją dostrzegł zaraz zniknęła z pola widzenia.

- Kto to? – pomyślał Raythor. – Czyżby sąsiadka wróciła by pożyczyć więcej leków? I to jej perfumy tak pachną?… Nie, nie... Co ja wygaduję! Przecież ona jest znacznie wyższa, a poza tym, po co miałaby używać perfum idąc do znajomego w celu pożyczenia leków! Do tego żadne perfumy nie mogą pachnieć aż tak intensywnie! A może to jej dziecko przyszło mi podziękować… Ale skąd by się wziął ten zapach…?

Nie zastanawiając się zbyt długo ruszył ostrożnie w stronę drzwi i nagle poczuł coś dziwnego. Całe jego ciało zaczęło wiotczeć, serce zaczęło bić wolniej, płuca gwałtownie łapały powietrze, stracił czucie i władzę w ciele. Poczuł jak ogarnia go narastająca z każdą sekundą senność. I mimo, że wytężył wszystkie swoje siły, nie był już w stanie utrzymać się na nogach i z wielkim hukiem upadł na plecy. Jego oczy zamknęły się. Choć coraz bardziej czuł jak coś go ciągnie w dół, jak bardzo ogarnia go senność, starał się jak tylko mógł, by nie zasnąć. Nie, jeszcze nie teraz, nie może…

Wtem do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi wejściowych i usłyszał kroki czterech nóg, które się do niego szybko zbliżały. W pewnym memencie kroki ustały i poczuł, że ktoś złapał go, ścisnął i uniósł do góry. Chciał się w jakiś sposób bronić, ale nie mógł, bo nie miał już siły. Zdawało mu się, że wyczuł palcami coś przypominające jakby gęste i długie futro. Resztkami sił otworzył na moment oczy. Starał się zobaczyć to, co go pochwyciło, ale nic nie zauważył w ciemności. Jednak po chwili za oknem błysnął piorun oświetlając częściowo pokój i Raythorowi przez ułamek sekundy udało się dostrzec gęste, lśniące, czarne futro i dwa niebieskie punkty, które błysnęły w świetle błyskawicy. Rycerza ogarnął strach, gdyż właśnie skojarzył ze sobą fakty: niska postać za oknem, cztery kończyny, futro i niebieskie, świecące oczy... Gwałtownie dotarło do niego, kim jest istota, która właśnie go pochwyciła!

Chciał się jej wyrwać, ale było już za późno. Jego oczy zamknęły się i zapomniał o wszystkim. Zapadł w głęboki sen... Zdążył jeszcze pomyśleć:

- Nie… Miranda… zostaw mnie…

Osoba, która trzymała go na rękach, szybko wzięła jego klucz od domu, pozbyła się mokrych śladów, które zostały na podłodze, wyniosła na zewnątrz śpiącego Raythora i zamykając drzwi wepchnęła między klamkę a ramę jakąś kartkę. Następnie oddaliła się razem z pogrążonym we śnie Raythorem, który w tym momencie nie wiedział jeszcze co go czeka…

...

Nie był to jednak koniec dziwnych wydarzeń jakie nawiedziły Meridian tej mrocznej i burzliwej, letniej nocy… Dokładnie w momencie gdy wszystkie zegary w mieście zaczęły wybijać północ, a niebo przeszył kolejny piorun, pomiędzy szczytem Wielkiego Pierścienia otaczającego zamek, a najwyższą wieżą w pałacu błysnęło tajemnicze zielone światło i buchnął gęsty, biały dym, z którego zaczęła wyłaniać się jakaś dziwna, świetlista postać…

Nad Meridianem uniosła się kurtyna - w jednej chwili zmieniając temat przedstawienia z „zakazany romans" na „kryminał"…

W następnym odcinku:

Jakie niespodziewane nieszczęścia i kłopoty spadną na Meridian?

Co się wydarzy w więzieniu?

Jak poradzi sobie lud Meridianu?

Kim jest świetlista postać, która pojawiła się nad zamkiem?

Co porywacz zostawił na biurku Elyon?