Jako, że poprzedni rozdział był króciutki (zaledwie tysiąc słów), to wstawiam kolejny, tym razem dłuższy i nieco mroczniejszy. A przynajmniej bardziej... bolesny.
A tytuł rozdziału zapożyczyłam z Pieśni Lodu i Ognia Martina. Oczywiście zapożyczyłam tylko wyrażenie, bo jak przekonacie się z tego rozdziału ta noc będzie ciemna i pełna strachu.
Ze snu wyrwało ją poczucie, że coś jest nie tak. Spojrzała na Lokiego i wiedziała, że miała rację.
Leżał w pozycji embrionalnej, zwinięty z bólu. Twarz wykrzywiał mu grymas wielkiego cierpienia.
Sygin zaklęła szpetnie (Frigga i damy jej dworu pewnie zastanawiałyby się, skąd tak dobrze wychowana młoda kobieta, dama właściwie, może znać takie słowa) - od poprzedniego, dużo słabszego ataku minął ponad tydzień i zaczęła łudzić się, że żaden kolejny nie nastąpi.
- Loki! - krzyknęła rozpaczliwie.
Otworzył pociemniałe z bólu oczy. Nie próbował przed nią ukrywać, jak bardzo jest z nim źle. Nie miał na to siły.
- Sygin - wyszeptał z trudem.
- Nic nie mów, Loki. Nic nie mów. Jestem tuż obok - Sygin mówiła najspokojniej jak umiała, choć miała ochotę zalać się łzami. Tak bardzo cierpiał, a ona nie mogła mu pomóc. - Przynieść ci czegoś do picia?
Z wyraźnym trudem skinął głową. Przyniosła mu mocno rozcieńczonego wina. Podniosła go do pozycji półleżącej i podała mu kielich do ust. Pił łapczywie, jakby paliło go wielkie pragnienie. Kiedy opróżnił kielich, a zrobił to bez odrywania od niego ust, Sygin pomogła ułożyć mu się na nowo.
Cierpiał, a Azyna była bezsilna. Mogła tylko tulić go i szeptać z czułością jego imię. Choć była świadoma, że w żaden sposób nie łagodzi to jego bólu, dawała znać, że jest przy nim.
Minuty ciągnęły się w nieskończoność, każda podobna do poprzedniej i żadna nie zwiastująca ulgi. Twarz Lokiego niezmiennie wykrzywiał grymas bólu, z jego piersi dobiegał chrapliwy oddech, jakby każdy haust powietrza powiększał tylko jego cierpienie.
Sygin miała ochotę płakać, ale wiedziała, że nie może. Nie mogła okazać słabości, musiała być silna. Dla niego, dla Lokiego. Dla asgardzkiego wroga publicznego. Dla osoby, którą kochała bezwarunkowo.
Po kilku godzinach, najgorszych godzinach w jej życiu (nawet te dni po zniszczeniu Bifrostu nie miały porównania) z Lokim zaczęło się poprawiać.
- Sygin - szepnął wreszcie słabym jeszcze głosem - dziękuję.
Azyna pocałowała go delikatnie w odpowiedzi. Nie mogła nic powiedzieć, bo obawiała się, że jej głos zdradzi jak bardzo się bała.
- Spróbujesz zasnąć? - zapytała, kiedy uznała, że zabrzmi wystarczająco pewnie.
Loki długo nie odpowiadał, czym zaniepokoił Sygin.
- Loki? - zapytała niepewnym głosem.
- Tak?
- Wszystko już dobrze?
- Jest lepiej niż było, ale wciąż nie tak dobrze, żebym zasnął - powiedział cicho. - Możesz przynieść mi coś do picia?
Podała mu wina, tym razem tylko delikatnie chrzczonego. Uznała, że mocniejszy alkohol nieco znieczuli Lokiego, pozwoli mu się odprężyć i zasnąć.
Sygin, żeby zająć czymś myśli swoje i Lokiego, czytała na głos jedną z powieści, którą znalazła wśród podarowanych im przez Friggę książek. Była nawet zabawna i w innych okolicznościach Azyna zaśmiewałaby się w głos, teraz tylko lekko się uśmiechała.
- Możesz ją już odłożyć - powiedział w pewnym momencie Loki. - Jest całkiem zabawna, ale nie chciałbym, żeby kojarzyła ci się z moją zbolałą miną.
- Wciąż...?
- Teraz już słabiej, na tyle żebym mógł mówić bez problemu - uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Nie przemęczaj się, Loki, spróbuj zasnąć. Porozmawiamy później - Sygin odwzajemniła uśmiech.
- Dziękuję.
- Loki, nie masz za co...
- Sygin - przerwał jej stanowczo - dziękuję, że się nie załamałaś. Byłaś bardzo dzielna. Wciąż jesteś.
Azyna nic nie powiedziała, musnęła ustami jego czoło w czułym, niemal matczynym pocałunku.
- Nie mogę, tak jak ostatnim razem, zapewnić cię o tym, że teraz będzie lepiej - Loki szepnął ponuro.
Sygin spojrzała przerażona na mężczyznę.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że to nie koniec...
- Tym razem nie wiem, Sygin, naprawdę nie wiem - miał tak smutny głos, że Azynę aż ścisnęło za serce. - Jeśli to by się powtórzyło, musisz być dzielna. Ja sobie poradzę, ale ty musisz być dzielna.
- Postaram się - szepnęła przez łzy.
Loki delikatnie otarł je wierzchem dłoni.
- Nie płacz. Proszę. Już mi lepiej, niepotrzebnie cię wystraszyłem - szepnął czule.
Kłamał i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale potrzebowała tego zapewnienia. Inaczej nie powstrzymałaby łez.
- Spróbujesz zasnąć? - zapytała, kiedy w końcu upewniła się, że nie wybuchnie płaczem.
- Tylko jeśli mi obiecasz, że zrobisz to samo - powiedział z uśmiechem na ustach, choć w jego oczach odbijało się cierpienie.
Długo jeszcze oboje leżeli pogrążeni w milczeniu, nie mogąc zasnąć. Sygin wsłuchiwała się w coraz spokojniejszy oddech Lokiego i próbowała przestać się zamartwiać. W końcu udało jej się zapaść w twardy sen bez marzeń i koszmarów.
Obudził ją jęk Lokiego. Natychmiast otworzyła oczy i skierowała spojrzenie na mężczyznę.
Oczy miał półprzymknięte, usta zaciśnięte, a na twarzy grymas bólu. Znów cierpiał.
- Loki! - szepnęła przerażona. - Znowu cię boli?
- Czuję się... - wysapał - czuję się... Jakby ta zielona bestia, ten stwór, który udawał człowieka, skakał po mnie całą noc - powiedział cierpko. - Ale to niemożliwe, jego tu nie ma, a ty chyba nie zamieniasz się w zieloną bestię? - dodał z nutą rozbawienia w głosie.
- Widzę, że czujesz się lepiej i znów zaczynasz dowcipkować - uśmiechnęła się Sygin.
Odpowiedział jej słabym uśmiechem.
- Jest już prawie dobrze - dodał. - Idź poćwicz z szablami, nie martw się o mnie.
Miała wrażenie, że to nie do końca prawda, ale uznała, że trening z bronią pozwoli się jej uspokoić.
Nie mogła jednak skupić się na ćwiczeniach, rozpraszała się, by co chwila spoglądać w stronę celi Lokiego. W końcu uznała, że nie ma to sensu, schowała więc szable i wróciła do ukochanego.
Czuł się zdecydowanie lepiej, choć Azyna zauważyła, że był strasznie słaby. Nawet w najprostszej czynności podniesienia się do pozycji półleżącej musiał skorzystać z jej pomocy.
- To co się z tobą działo w nocy... - powiedziała, niosąc mu kielich z winem - było przerażające. Tak się bałam, Loki.
- Byłaś dzielna. A to już minęło - odrzekł. - Ta słabość - uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem - też minie. Zanim się obejrzysz.
- Doświadczyłeś czegoś takiego? - Sygin powinna była się ugryźć w język, ale nie zdążyła.
- To uczucie podobne do tego, którego doświadczałem po każdym użyciu berła Chitaurich. Ono... korzystało z mojej energii... - powiedział. - Ale dość o tym, to nie jest temat, na który chciałbym rozmawiać.
- A czy jest temat, na który chciałbyś rozmawiać?
- Poczytaj mi, porozmawiamy później.
Ułożył się wygodnie, przymknął oczy i wsłuchiwał się w głos Azyny. Nim skończyła czytać pierwszą stronę - zasnął. Na twarzy zagościł mu wyraz błogiego spokoju, co pozwoliło jej nabrać pewności, że już wszystko z nim w porządku.
Obiecuję, że tajemnica tych "ataków" wyjaśni się w jednym z ostatnich rozdziałów.
Miło by było, gdybyście dali znać, jak wam się podobało.
