Prompt: Here I have two hands and they are vanishing, the hollow of your back to rest my cheek against, your voice and little else but my assiduous fear to cherish.


Uczta Vernona (sami się uczta!)


Baronówna była młoda, zapalczywa i głupia. Ale poza tym była ładną córką wpływowego ojca, należało więc słuchać jej durniutkich uwag z uśmiechem. Wpływowego ojca może by jeszcze Roche, pokląwszy i poskomliwszy królowi, obszedł, ale na kobiece wdzięki, fochy, fumy tudzież urazy Foltest był choler… wielce czuły.

Naiwna idiotka, niestety, katowała się aktualnie (obecnie, pouczyła Vernona duma, nie dodawaj jaśnie państwu dowodów pretensjonalności języka niższych stanów) dietą. Nie ruszała potraw – marnowała jedzenie, pomyślał z odruchową, mdlącą nienawiścią mężczyzna – nie było więc co liczyć na przerwę w potoku wymowy.

Gadała o ideałach, życiu, wierze, bytach, duszach i wszechświatach, prawach ludu i uczuciach, mieszała pieśni bardów z bajaniami elfów, porzekadłami krasnoludów, przesądami ludzi oraz teoriami magów. Doprawdy. Roche miał dosyć nieludzkiego chędożenia w życiu zawodowym, magów uważał za zdradzieckie kundle, bardów nie cierpiał, bo zwykle pracowali dla kilku stron, a oszukiwali wszystkie, lud zaś się ostatnio uparł nazywać go „chędożonym diabłem" w oczy i „kurwim synem" za plecami. Za baronównami Vernon w sumie też specjalnie nie przepadał. Nawet ładnymi. Już wolał młode baronowe, bo zwykle przynajmniej umiały coś w tym łóżku i miały mężów, których dzięki hojności alkowy połowic, można było przyłapywać na zdradach, oszustwach oraz machlojkach, a potem mieć materiały do szantażu. Panienkom na wydaniu nikt nie dawał kluczy do wszystkich pokoi, za duże były zaś na to, by nieopatrznie wypaplać, że goście tatusia spiskowali przy winie. Nawet małe dzieci były lepsze, więcej kłapały dziobem o wstydliwych konkretach.

Tak sobie dumał, zapijając winem rozważania dzierlatki o miłości. Mrocznej miłości. Nieszczęśliwej, niespełnionej, trudnej i pełnej cierni, ale koniec końców zwycięskiej, zmieniającej czarne serce kochanka…

Dzierlatka była wydekoltowana jak na swoją sferę prawie nieprzyzwoicie, z każdym słowem przysuwała się bliżej i oddychała głębiej, piersi niemal wyskakiwały z gorsu.

Cholera, cholera jasna, zaraza by to wszystko... Roche znajdzie skurwysyna, który rozmieszczał gości przy stole i ten jeszcze pożałuje. Fiut jeden.

— Ale waćpanna tak się naczytała ckliwych romansideł i do mnie aluzyje kieruje — spytał Vernon — czy chodzi o jakiegoś elfiego kochanka z wiewiórczym ogonkiem przy czapce, ślicznego, złamanego, chędożącego wierszem – bo przecież kutasy chujom nie stają – zasługującego na setną szansę, w przeciwieństwie do chłopskich kobiet i bachorów, brudnych i niecywilizowanych, które tenże biedny, prześladowany elfik pomordował? Jeśli to drugie, to zamieniam się w słuch. Zwłaszcza, jeśli by go ocalić od stryczka, chce pani wydać jego kolegów. Jeśli chce pani go wykupić… w inny sposób… to odmawiam. Nieodwołalnie. Apelacje przyjmuje kancelaria królewska, od południa do czwartej, w dni świąteczne nieczynna.

Więcej słów w tej oracji zmarnował niż przez ostatnie dwie godziny. Dwie bite godziny mlaskania i potakiwania przesłodzonym bzdurom. Co może tłumaczyło, czemu się tak rozgadał.

Dziewczątko najpierw zamarło. Potem się zakrztusiło, co wyglądałoby mniej komicznie, gdyby cokolwiek jadło albo piło w tym momencie. Potem poczerwieniało, pobladło, rękę położyło na biuście, pomachało wachlarzem, osunęło na krzesło. Najogólniej mówiąc, milczało. Roche się nie posiadał z radości.

Krótką była jednak owa radość.

— Nie myśleliście nigdy w innych niż takie, takie… trywialne i okrutne kategorie? — prychnęła baronówna. — Nie marzyliście nigdy o świecie, gdzie nie musielibyście zabijać, torturować, podpalać i podrzynać gardeł? Gdzie byście nigdy nikogo nie skrzywdzili?

Chędożona poezja, jęknął w duchu Vernon, po trzykroć szyszką, jeżem i maczugą chędożona poezja świętej – chędożyć i słowniki, cholernej – cholernej naiwności. Niechże się już panna zamknie, ileż można za własne nerwy ręczyć?

— Nie. Nie marzyłem. W takim świecie — warknął, z nadzieją, że teraz dziewczę ucichnie na dłużej — umarłbym, lat mając naście, w jakimś rynsztoku, z rozwalonym łbem, w cudzych szczynach i własnych rzygowinach. Droga pani.