Część szósta — Na wieczność

Rozmyślając nad informacjami z notatek Hermiony oraz swoim życiem, Harry przesiedział za sklepem ponad połowę dnia. W pewnym momencie stał się świadomy niepokoju, który w nim tętnił i z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że to nie było jego uczucie, ale Snape'a. Ich więź była tak silna, iż czuł zdenerwowanie profesora nawet z tak wielkiej odległości. Pewnie już się zorientowali, że opuścił szkołę i wysłali ekipę poszukiwawczą złożoną z członków Zakonu.

Zmartwienie oraz troska bardzo go zaskoczyły i zmusiły do przeanalizowania nocnych wydarzeń. Teraz, gdy mógł to zrobić na spokojnie, dostrzegł coś, co go bardzo zaskoczyło. Snape nie pieprzył go, ale kochał się z nim, jakby naprawdę mu zależało. Nie, żeby chciał powtórzyć to doświadczenie. Po pierwsze, profesor był stary, a po drugie, myśl o… w nim… Nie, po prostu nie. To było ohydne. Ale gdyby wyrzucić tę całą… sferę seksualną, może udałoby się im zostać przyjaciółmi. Za kilka lat. Kilkanaście…?

Potrząsnął głową i stuknął nią kilka razy o ścianę. Jasne, nawet jeżeli Snape się martwił, czyli był zdolny do czucia względem niego czegoś jeszcze poza nienawiścią, to do przyjaźni potrzeba porozumienia, jakichś wspólnych zainteresowań. A tego zdecydowanie nie mieli i nigdy mieć nie będą.

Lepiej wrócić do piekła w Hogwarcie, czy tułać się w promieniu kilku mil od Snape'a i mieć święty spokój?

Merlinie, czuł się okropnie. Jak jakiś uwięziony na smyczy pies. Ciekawe czy profesor też tak odczuwał to ograniczenie.

Podskoczył, gdy usłyszał w pobliżu znajome trzaski aportacji. Ktoś, a raczej dość spora grupka ktosiów, właśnie pojawiła się po drugiej stronie sklepu. Czy to możliwe, by Zakon tak szybko go odnalazł? Przecież ani razu nie użył swojej magii, a zaklęcie kameleona…

Harry wciągnął gwałtownie powietrze, gdy poczuł narastający ból w bliźnie. To nie był Zakon… To nie byli ci dobrzy… Szybko wsiadł na miotłę i odbił się od ziemi. Jeżeli jeszcze go nie zauważyli, to może uda mu się uciec.

Finite Incantatem. Stupefy.

Zaklęcia były tak potężne, że wyłączyły nawet magię w jego miotle i gdy uderzył w niego czar ogłuszający, już spadał z wysokości kilkunastu metrów. Cóż, jeżeli zginie przy upadku, przynajmniej nie będzie się musiał dłużej martwić bagnem, jakim się stało jego życie.

oOo

Obudził się na polanie w lesie wśród podekscytowanego gwaru rozmów. Był związany i wsparty o coś twardego i chropowatego, co najprawdopodobniej było sporej wielkości głazem. Wciąż musiał znajdować się w promieniu odległości na jaką pozwalała więź i jakoś bliżej Hogwartu, ponieważ czuł obecność Snape'a znacznie wyraźniej niż wcześniej. Od strony mężczyzny napływała do niego tak ogromna fala zmartwienia, złości i czegoś zbliżonego do paniki, że miał problem z oddzieleniem ich od swoich własnych uczuć.

Nagle rozmowy umilkły i Harry uniósł spojrzenie, obserwując, jak śmierciożercy rozstępują się, tworząc przejście, na którego końcu się znajdował. Po chwili z cichym trzaskiem pojawił się Voldemort wraz z okropnym bólem pulsującym w bliźnie. Wężowaty czarnoksiężnik zaczął powoli kroczyć w jego stronę i Harry zauważył, że w kościstej dłoni trzyma srebrny puchar.

— Witaj, Harry Potterze. Nie wyobrażasz sobie, jak długo czekałem na tę chwilę. — Zniekształcona twarz wykrzywiła się w uśmiechu. — Obawiam się, że będzie ona naszym ostatnim spotkaniem.

— Znów chcesz spróbować szczęścia z Avadą? — Harry nie potrafił już odróżnić swojej paniki od paniki Snape'a. Wiedział, po prostu wiedział, że jeżeli nie stanie się cud, tej nocy umrze. Voldemort zaśmiał się, najwyraźniej bardzo rozbawiony jego pyskowaniem.

— Nie. Obawiam się, że przez starożytne zaklęcie, jakie rzuciła twoja matka, nie jestem w stanie zabić cię za pomocą magii. Nie mam zamiaru jednak zniżać się do mugolskiego sztyletowania ani tym podobnych rzeczy. Postanowiłem obdarzyć cię łagodną oraz szybką śmiercią, Harry Potterze. Jakby nie patrzeć tyle ze sobą przeżyliśmy…

Oczy Harry'ego powędrowały do srebrnego kielicha i zrozumiał. Czarnoksiężnik planował go otruć jakąś mugolską toksyną, aby upewnić się, że ochrona poświęcenia jego mamy nie zniweczy działania magicznej trucizny. Voldemort ukląkł przed nim i trupio zimna dłoń zacisnęła się na jego szczęce, zmuszając usta do otwarcia. Harry poczuł w oczach wzbierające łzy, gdy chłodna krawędź kielicha dotknęła jego warg.

— Pij dziecko i zaśnij. Może w przyszłym życiu będziesz miał więcej szczęścia.

Trucizna była przyjemnie słodka w smaku i chociaż Harry próbował się opierać, Voldemort zmusił go do jej przełknięcia. Gdy Mroczny Pan wstał z pustym już naczyniem, na polanie zapanowała cisza pełna wyczekiwania. Wszyscy wpatrywali się w Pottera — jedni z niecierpliwością, inni z chorą fascynacją. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i chłopak pomyślał, że może jednak ochrona jego mamy zadziałała, ale wtedy zaczął się robić śpiący. Zmarszczył brwi i zamrugał. Nie powinien zasypiać, bo jeżeli zaśnie, już więcej się nie obudzi. Już więcej nie zobaczy Rona i Hermiony ani nawet złorzeczącego na niego Snape'a. Dumbledore pewnie będzie bardzo zawiedziony jego postępowaniem. Pani Weasley będzie tak bardzo smutna… I kto pomoże pokonać Voldemorta, gdy go zabraknie? Nie mógł umrzeć… nie mógł zostawić swoich przyjaciół…

Powieki opadły same i już nie chciały się podnieść. Było mu dobrze i ciepło, i nawet ten napływ niepokoju z jego więzi ze Snape'em wydawał się cichszy, bardziej odległy.

Zagubiona łza spłynęła po jego policzku, zanim poddał się snu.

Przepraszam…

oOo

Severus był w trakcie niszczenia swojego jedzenia na talerzu w trakcie kolacji. Wielka Sala jak zwykle była pełna wesołego gwaru, rozmów i śmiechów, co wybitnie grało mu dziś na nerwach. Zakon wciąż nie odnalazł Harry'ego, pomimo jego informacji, że chłopak znacznie przybliżył się do granic Hogwartu. Od ponad trzech godzin od Pottera docierała do niego tylko cisza — zasnął, albo był nieprzytomny, a to tylko zwiększało jego niepokój. Jego Gryfońscy przyjaciele udawali w najlepsze, że wszystko jest w porządku i mieli nadzieję, że wieści o zaginięciu Harry'ego jeszcze nie dotarły do niewłaściwych ludzi.

Jakim cudem Zakon go jeszcze nie odnalazł, po tym jak podał im kierunek, w którym powinni szukać? Gdyby nie to, że Dumbledore zakazał mu wyruszenia na poszukiwania, dawno sam opuściłby Hogwart. Ale nie mógł. Voldemort już na pewno wiedział, że zdradził, a gdyby zniknął, przyciągnęłoby to uwagę popleczników Mrocznego Pana w szkole.

Nagle poczuł powrót napływu emocji, jednak wcale go to nie podniosło na duchu. Lęk jaki do niego dotarł, tylko zwiększył jego własną panikę. Wstał, by poinformować o tym Dumbledore'a.

— Coś się stało, Severusie? — Albus popatrzył zaniepokojony na przyjaciela, gdy ten do niego podszedł, przerywając mu rozmowę z Pomoną na temat sprowadzenia nowych roślin do szklarni.

— Obudził się i dzieję się coś niedobrego — wyszeptał, by nikt inny nie mógł go usłyszeć, chociaż jego wędrówka wzdłuż stołu nauczycielskiego zwróciła już uwagę niektórych uczniów.

— Gdzie jest?

— Gdzieś bardzo blisko zamku. Ja nie… — Mistrz Eliksirów wciągnął gwałtownie powietrze i oparł się ciężko o najbliższe oparcie krzesła. Oddychanie przychodziło mu z trudem, a świadomość chłopaka, do której obecności już zdążył się przyzwyczaić przez ten dzień, zaczęła zanikać w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Poczuł, jak oblewa go zimny pot. Robił się coraz słabszy… — On…

Severus osunął się na posadzkę, przy wtórze zaniepokojonych krzyków profesorów i kilku uczniów.

— SPOKÓJ! — zagrzmiał głos dyrektora. — Poppy, mogłabyś zająć się Severusem? Hagridzie, pomóż zanieść go do skrzydła szpitalnego…

Kolejne krzyki przerwały Dumbledore'owi wydawanie rozkazów. Wielu starszych uczniów z różnych domów również zaczęło upadać niczym marionetki, którym ktoś nagle odciął podtrzymujące je sznurki. Błękitne oczy starca rozszerzyły się niemal do komicznych rozmiarów.

— Albusie, co się dzieje? — Minerwa stała koło niego, patrząc jak Hagrid wynosi Severusa, podczas gdy pielęgniarka pobiegła sprawdzić, co się stało z uczniami.

— Wierzę, Minerwo, że Tom właśnie naprawdę umarł — wyszeptał stary czarodziej, a ci, którzy go usłyszeli, znieruchomieli, próbując zrozumieć.

Tego dnia w Wielkiej Sali umarło osiemnastu uczniów naznaczonych Mrocznym Znakiem i były to osoby z każdego domu, bez wyjątku.

oOo

Harry czuł, że się unosi. Otworzył oczy i rozejrzał się wokół. Wciąż znajdował się na polanie, a raczej nad nią. W oddali widział światła Hogwartu, podczas gdy pod nim ziemia usiana była ciałami. Wszyscy wyglądali jakby zasnęli. Obok wielkiego głazu leżało martwe ciało Voldemorta. Wydawało się być jeszcze chudsze niż było za jego życia. Jego wężowa twarz wyrażała coś zbliżonego do zaskoczenia. Koło niego było drobne, związane ciało chłopca z burzą czarnych włosów, które teraz wydawały się oklapłe. Harry z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że ciało należało do niego.

Więc właśnie to działo się z ludźmi, gdy umierali?

Świtało.

Czuł się, jakby był nie w tym miejscu co trzeba. Zaciekawiony podążył za uczuciem ciągnięcia w stronę zamku. Podróż trwała jednocześnie godziny i ułamek sekundy, jednak nie widział w tym niczego dziwnego. Dość zabawne wydało mu się przepłynięcie przez ściany. Były tak solidne i pełne życia — jakby Hogwart był istotą, a nie tylko murami.

Ciągnięcie doprowadziło go do skrzydła szpitalnego. Wiedział, że zawsze i wszędzie rozpozna to miejsce, był w nim już tyle razy… jednak teraz było inaczej.

Płaczące osoby stały przed drzwiami, w korytarzach, obejmowały się, pocieszały… Harry nic z tego nie rozumiał. Większość łóżek w szpitalu była zajęta, ale nie przez chorych uczniów jedynie przez przykryte białymi prześcieradłami ciała. Tylko jedno, o ironio położone w jego łóżku, wciąż należało do żywych i to właśnie ono go wzywało.

Zatrzymał się przy nim i dotknął mlecznobiałej skóry. Wydawało mu się, że przeszedł przez niego prąd i nagle stał się świadom, że ma niemalże materialne dłonie, że jest w stanie czuć leżącą osobę, jakby wciąż żył. Popatrzył na jej twarz. Wydała mu się znajoma, ale też tak dziwnie inna. Zamrugał, gdy wspomnienia z jego życia zaczęły powracać, a on sam stawał się niejako bardziej zwarty, skondensowsny. Był pewien, że wciąż mógłby przejść przez ścianę, gdyby chciał, jednak w jakiś sposób stawał się pełniejszy.

W łóżku leżał Severus Snape, jakiego Harry jeszcze nigdy nie widział. Tak, jego ciało wciąż wyglądało tak samo, całkowicie dla niego nieatrakcyjnie, za to dusza… Merlinie! Światło profesora było tak piękne, że Harry aż się uśmiechnął. Był związany z tym mężczyzną, z tą duszą i pierwszy raz w życiu wiedział, że był w stanie się w niej zakochać. Odgarnął czarne włosy z twarzy, na którą pomału wracał kolor. Był tak zafascynowany swoim nauczycielem, że nie usłyszał nawet, gdy otwarły się drzwi szpitala i nieopodal niego zatrzymały kroki.

— Harry…? — Chłopak uniósł wzrok, napotykając niedowierzające spojrzenie dyrektora. — O mój… Więc to znaczy, że jesteście związani ze sobą tak mocno, iż nawet śmierć was nie rozdzieli. Myślałem… myślałem, że to znaczyło, iż jeden umrze wraz z drugim, że wasze życia są połączone. Wróciłeś jako duch…

— Żaden człowiek nie jest nieomylny, dyrektorze. I dobrze by było gdybyś o tym pamiętał, ponieważ popełniłeś tak wiele błędów… Przez ciebie cierpiało tylu ludzi… — Harry potrząsnął głową, nie wiedząc, skąd o tym wie, ale będąc pewnym, że było to prawdą. Wystarczyło popatrzeć na jego życie, na Severusa… który właśnie zaczął się budzić.

Mężczyzna zamrugał, wpatrując się w srebrzystego ducha Harry'ego Pottera — mógł czuć jego dotyk, jakby ten wciąż był wśród żywych.

— Oszalałem? — wychrypiał, wędrując spojrzeniem do uśmiechającego się do niego dyrektora. Jednak to Harry mu odpowiedział.

— Nie — roześmiał się. — Jesteśmy związani na wieczność, pamiętasz? — Podrapał się po głowie, trochę speszony. — Będziesz musiał wytrzymać z moją eteryczną formą przez kilkadziesiąt lat, a później znów się odrodzimy i będziemy mogli się odnaleźć, i mieć swoje własne „żyli długo i szczęśliwie". I tak do końca świata.

Severus uśmiechnął się lekko. Po raz pierwszy w życiu koncepcja wieczności stała się dla niego bardzo, ale to bardzo atrakcyjna.

~ KONIEC ~