FINAŁ

przerywnik 1: rozmiar nie ma znaczenia

Na poddaszu, głęboko pod stopami Aizena, plecami Ichimaru i wierzchem bariery energii, Madarame niestrudzenie kręcił nad głową swoim przerośniętym zanpakutou. Nanao przyglądała mu się znad swojej kidou-robótki i rozmyślała leniwie nad gabarytami znanych sobie bankai. Kapitan Komamura bił na głowę większość pozostałych – jednak taki Abarai, na przykład, nie pozostawał daleko w tyle. Oczywiście, jeśli mierzyć rozległością płomieni, generał Yamamoto dzierżył palmę pierwszeństwa równie pewnie, jak swój ognisty kostur. Ale nawet taka Soi-fon-taichou potrafiła zaskoczyć, przeobrażając się z drobnego szerszenia w kolubrynę dalekiego rażenia. Inni też mieli jakiś... Kompleks większości. Nanao Ise zadrżała. Jej własny kapitan... O tym lepiej było nie myśleć. Ale inni... Nawet Unohana-taichou miała się czym pochwalić, jeśli chodziło o rozmiary – a niby taka z niej subtelna kobietka! Kuchiki-taichou... Hm. Tu trudno bhyło rozstrzygnąć, czy liczy się objętość, czy rozpiętość. Zazwyczaj najważniejsza była skuteczność, a tej Rokubantai-taichou miał aż nadto. Z pozostałych - nawet Hitsugaya-taichou miał smoka za zanpakutou. A teraz Madarame i jego potrójny toporek na hollowy. Doprawdy, oficerowie Gotei wykazywali jakąś podejrzaną tendencję do hodowania wielkich, powalających i ogromniastych bankai.

- Co jest? – rzucił Ikkaku niespokojnie. Od dłuższej chwili wzrok dziewczyny wlepiony był w centralne partie jego zanpakutou i czuł się z tym trochę nieswojo. – Co się stało?

- Duży – stwierdziła lakonicznie dziewczyna. I omal nie zgubiła oczka w plecionce swojego zaklęcia, kiedy Madarame spąsowiał od czubka głowy aż po pas. O-ho-ho. Myślałby kto, że w Oddziale Jedenastym uodpornił się już na takie sztubackie skojarzenia!

- Wy, mężczyźni, i wasze bankai! – prychnęła, pomijając milczeniem Unohanę, Soi-fon i wszelkie inne grzesznice płci pięknej. – Zdaje się wam, że wystarczy zanpakutou wielkie jak Menos Grande i już cały świat będzie do was należał!

Ikkaku spojrzał na nią jak na obłąkaną.

- Co ma do tego bankai?

- No, wiesz. – Wzruszyła ramionami. – Wszystkie te przerośnięte formy, Kurotsuchi-taichou, Komamura-taichou, ty, Abarai...

- Ach. – Ikkaku podrzucił ostrza w powietrzu. Trochę stuknęły o sufit i trochę się sypnęło pyłu. Trochę bardzo.

- Madarame!

- No już, już. Ja i moje wieeeelkie bankai. – Ikkaku nagle zrobił dziwnie zaciętą minę i postąpił kilka kroków w stronę Nanao, miażdżąc bryłki gruzu. – A wiesz, co ja ci powiem? To jest w ogóle guzik warte. To nie ma żadnego znaczenia!

- Cooo? – zdziwiła się Nanao. Madarame prychnął.

- Powiem ci dwa słowa.

- Hm?

Wyszczerzył się jak przysypany pyłem demon.

- Kapitan. Zaraki.

Nanao Ise stłumiła chichot i niemal potulnie pochyliła głowę nad swoim kidou. No tak – szeregi oficerów Gotei nie zostały zupełnie zdominowane przez zarozumialców z wyolbrzymionym zanpakutou. Na szczęście niektórzy nie potrzebowali wielkiego bankai. Niektórzy w ogóle nie potrzebowali bankai. Nawet shikai nie potrzebowali!

Co za szczęście, że był kapitan Zaraki...