SisterJudeMars: Thanks a lot for your review, following and "favouriting". I'm so glad you like this story. Translating it through online translators must be a pain in the bum :) I've had this idea for a story for years now and I even finished writing it at some point, but, to be honest, it wasn't that good back then. But now I have a new take on it. I hope you'll like the next chapters – stuff's about to go down in Briarcliff :)
Rozdział siódmy: Burza umysłów
Elyon przystanęła przy otwartym oknie w pokoju monsiniora, wdychając chłodne, świeże powietrze, jakie przez nie wpadało.
Idzie burza. – pomyślała, rozpoznając ten charakterystyczny zapach oraz siłę wiatru, jaki tańczył w jej gęstych, lekko falowanych włosach. – I to niemała.
Dziewczyna odsunęła się po jakimś czasie od okna i zamknęła je szczelnie. Nie miała zbyt dużo czasu – według jej przeczucia burza rozpęta się już niedługo. Niebo już ciemniało przez chmury, jakie je zasnuwały. Raz czy dwa wydało jej się nawet, że słyszy już pierwsze grzmoty w oddali.
Przeszła następnie na drugą stronę pokoju i usiadła przy małym stole, na którym leżał otwarty notes w skórzanej oprawie. Elyon włączyła lampkę nocną, którą przestawiła ze stolika przy łóżku na owy stół i wzięła do ręki długopis, siadając jednocześnie na drewnianym krześle. Przez długi czas nic nie napisała – stukała tylko owym długopisem o blat stołu, w myślach próbując sobie utworzyć listę podejrzanych osób, na jakie tutaj wpadła.
Nikt nie przychodził jej jednak do głowy. Nikogo nie uznała za dostatecznie podejrzanego. Spędziła całe trzy dni na obserwowaniu wszystkich pacjentów i członków personelu, i nikt nie wydawał się jej być opętanym przez tego, którego szukała.
Ta zakonnica. – podpowiedział jej w pewnym momencie jeden z głosów w jej głowie. – Sprawdź ją. Wszystko się zgadza. Omdlenie w noc egzorcyzmu, widzenie w niej diabła przez jedną z pacjentek, bycie uznawaną za ogólnie dobrą osobę… to musi być ona.
- Wiem o tym. – odparła na głos, pocierając przy tym z irytacją skronie. – Sprawdziłam już niemalże wszystkich. Gdyby w którymś z nich znajdował się upadły, już dawno temu bym go wyczuła.
To czemu nie udasz się do niej? – otrzymała w odpowiedzi pytanie. – Wystarczy, że się do niej zbliżysz. Nic więcej. Jeśli ma w sobie upadłego, od razu to wyczujesz.
- To nie jest takie… – Elyon zamilkła wpół zdania. Gałka w drzwiach zadygotała nieznacznie i chwilę potem otworzyły się one, ujawniając stojącego za nimi Timothy'ego.
- Rozmawiałaś właśnie z kimś? – spytał się, rozglądając się jednocześnie z dezorientacją po pokoju.
- Mówiłam sama do siebie. – odpowiedziała mu, uśmiechając się przy tym z przymusem. – Sprawdziłeś już tę zakonnicę?
- Nic z nią według mnie nie jest nie tak. – Monsinior zamknął za sobą drzwi, po czym w kilku krokach znalazł się przy stole i usiadł na drugim wolnym krześle naprzeciw dziewczyny. – Zachowuje się tak jak wcześniej. Nie zauważyłem w niej nic podejrzanego.
Tak jak się tego spodziewałam. Elyon powstrzymała się od gorzkiego śmiechu i zamiast tego pokręciła tylko powoli głową, przygryzając przy tym dolną wargę.
- Upadli doskonale potrafią zwodzić zwykłych śmiertelników. – powiedziała zaraz potem. – Po opętaniu człowieka przejmują wszystkie jego wspomnienia, łatwo jest im więc udawać, że wszystko jest w porządku. Przydałaby się tutaj ta cała Meksykanka. – dodała następnie. – Gdybym osobiście ją przesłuchała, wtedy mogłabym wiedzieć, z czym faktycznie mam do czynienia.
- Dzisiaj już to sobie odpuść. – poradził jej Timothy. Mówiąc to zerknął w stronę ciemniejącego nieba i wzdrygnął się mimowolnie. Nie znosił burz; a teraz wszystko wskazywało na to, że wkrótce nadciągnie nad nich spory okaz. – Może jednak się mylisz? – zasugerował po dłuższej chwili. – Może to jednak jest któryś z tych pacjentów, od których wyczułaś pomniejsze demony? Być może ten upadły zwodzi cię i udaje takowego, aby nie dać się wykryć.
Elyon uśmiechnęła się tylko pobłażliwie na te słowa.
- To tak nie działa. – odpowiedziała mu. – Nie da się ukryć własnej aury. To niemożliwe. Nie przed takimi jak ja. To jest zwyczajnie fizycznie niemożliwe.
Na dłuższy moment zapadła pomiędzy nimi niezręczna cisza. Mężczyzna wpatrywał się kątem oka w nisko zawieszone, szaro-granatowe chmury burzowe, jakie zaczęły wyłaniać się na horyzoncie ponad konarami drzew. Elyon sama też się zamyśliła, tyle że na zupełnie inny temat.
- Uważaj na tego nowego. – powiedziała nagle. Timothy drgnął, wyrwany z transu, po czym spojrzał się na nią pytająco, nie rozumiejąc tego, co właśnie powiedziała. – Ezra. – dodała szybko. – Ten nowy „pacjent". On nie przybył tutaj, aby się z czegoś wyleczyć. Chce tu namieszać.
- Znasz go? – spytał się jej, zdziwiony. W odpowiedzi Elyon tylko przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy. – Czy on… czy on jest taki sam jak ty?
- Można tak powiedzieć. Tyle że jego misją nie jest powstrzymywanie upadłych, tylko pomaganie im w realizacji ich celów.
- Już kiedyś coś takiego zrobił?
- Niejeden raz. – dziewczyna westchnęła ciężko po tych słowach. – Ma inne priorytety niż ja. Jego nie interesuje dobro ludzkości. Woli o wiele bardziej upadłych i to, co sobą reprezentują. Nie sądzę, aby można było w stanie go przekonać do przejścia na naszą stronę. Musiałby się chyba zdarzyć istny cud.
Kolejny taki jak ona. – kapłan zadrżał ponownie, ale tym razem nie z powodu strachu przed nadciągającą burzą, ale na samą myśl o tym, że mogła istnieć „zła wersja Elyon", i że owa zła wersja jej pojawiła się właśnie w jego przybytku. – Do czego on jest zdolny? Co on może nam zrobić? Czy będzie ona w stanie go powstrzymać? W jaki sposób…
Nagły, donośny grzmot sprawił, że mężczyzna omal nie podskoczył w miejscu. Żarówka w lampce nocnej zamigotała kilkakrotnie, po czym zgasła. W pokoju zapadł półmrok, nasilający się z każdą chwilą przez ciemne chmury zbierające się coraz gęściej nad Briarcliff.
- Pójdę po świece. – powiedział niemalże od razu, wstając przy tym jednocześnie od stołu. Skierował się następnie do szafki i zaczął w pośpiechu szukać w niej jakichś świeczek, które mógłby zapalić, aby rozproszyć mrok, jaki z coraz większą szybkością pochłaniał to miejsce.
- Ja ich nie potrzebuję. – Elyon obróciła się powoli w jego stronę, przyglądając mu się jednocześnie z zaciekawieniem. – Moje oczy szybko przyzwyczajają się do ciemności. Nie boję się też burz. – Zaraz potem przekrzywiła ona nieznacznie głowę w bok i uśmiechnęła się kątem ust. – A ty się ich boisz?
- N-nie. – Timothy zająknął się, nieudolnie próbując okłamać dziewczynę. Bez trudu wyłapała ona fałsz oraz strach w jego głosie. Nie skomentowała tego jednak w żaden sposób. Wstała tylko i podeszła do szafki, przy której siedział, po czym bez słowa wyjęła z niej dwie świece i zapaliła je. Zrobiła to w samą porę – gdy tylko płomienie zamigotały, oświetlając mały fragment pomieszczenia, potężna błyskawica przecięła ciemne niebo, a niespełna trzy sekundy później rozległ się donośny grzmot.
Mężczyzna znów zadrżał, co tym razem nie uszło jej uwadze. Wróciła się do szafki i odszukała w niej naprędce mosiężny świecznik na cztery świece i wyjęła go, a także zabrała stamtąd trzy małe świeczki pasujące do niego. Osadziła każdą z nich na metalowych bolcach i podpaliła, rozjaśniając ich płomykami kolejną część pokoju.
- Usiądź tutaj. – poleciła mu następnie, kierując go w stronę łóżka. Timothy usadził się posłusznie blisko poduszek, plecami do ściany i do okna. Sama Elyon usiadła naprzeciw niego, wystawiając się na pokaz każdego błysku i grzmotu. Nie przejęła się tym jednak zbytnio. Za każdym razem, gdy kolejna błyskawica przecinała niebo i rozjaśniała pozbawioną firanek czy zasłonek okiennicę, ta w żaden sposób na to nie reagowała. Wychowana na wsi, przywykła do jeszcze silniejszych burz i orkanów, tak niszczycielskich, że potrafiły zmieść w ciągu kilkunastu minut całe gospodarstwo.
- Czemu wybrałeś akurat kapłaństwo? – zapytała się go niespodziewanie. Timothy zamrugał kilkakrotnie i zmarszczył brwi, zdezorientowany. Odpowiedział jednak ostatecznie na jej pytanie.
- Po prostu… poczułem powołanie. – Elyon po jego słowach tylko przekrzywiła głowę, przyglądając mu się nieco krytycznie. – To prawda. – dodał zaraz potem. – Jeszcze zanim osiągnąłem pełnoletniość chciałem być księdzem.
Kłamie jak z nut. – wyszeptał jeden z głosów, śmiejąc się przy tym cicho. – On naprawdę wierzy, że to kupisz?
Pewnikiem tak. – Elyon uśmiechnęła się ukradkiem, tak aby mężczyzna tego nie dostrzegł. – Dziwisz mu się? Kto normalny mówi otwarcie, że poszedł na księdza po to, żeby mieć zapewniony majątek, wikt i możliwość stania się w przyszłości wysokim rangą urzędnikiem kościelnym, który może wszystko kontrolować z cieni?
- I dlatego też wybrałeś posługę właśnie tutaj? – zadała następne pytanie, ignorując ewidentnie nieszczerą pierwszą odpowiedź. – To miejsce nie należy do najprzyjemniejszych.
- W tej kwestii nie miałem zbytniego wyboru. Przydzielono mnie tu odgórnie, po tym, jak poprzedni monsinior zrezygnował z tego stanowiska.
- I jak się tu odnajdujesz? Dajesz sobie radę w ogarnianiu tego, z czym twój poprzednik sobie nie poradził?
- Można tak powiedzieć. – odpowiedział jej. Uśmiechnął się zaraz potem słabo, przypominając sobie coś, co go rozbawiło. – Nie jest to łatwa praca. Trzeba ciągle na wszystko uważać i… – W tej samej chwili zamilkł, zdając sobie nagle sprawę z tego, co się tu działo. – Rozpraszasz mnie. – wymamrotał, otwierając przy tym szerzej oczy. – Żebym nie skupiał się na burzy.
Elyon tylko się uśmiechnęła po jego słowach. Timothy był szczerze zaskoczony tym odkryciem. Nie spodziewał się, że zauważyła ona jego reakcję na burzę i że w ogóle przejęła się tym.
- Dziękuję. – wymamrotał w końcu, wciąż pod ogromnym wrażeniem własnego odkrycia.
Na dłuższą chwilę zapadła między nimi cisza. Timothy wsłuchiwał się w dźwięk padającego deszczu i szum wiatru. Błysnęło się dwa razy i tyle samo razy zagrzmiało. Tym razem jednak się tym nie przejął. Z jakiegoś powodu burza nie przerażała go już tak mocno.
- Jak wyglądało twoje życie, zanim tu trafiłaś? – spytał się jej w końcu. Był tego ciekaw już od jakiegoś czasu, ale aż do teraz nie miał czasu ani okazji, aby poruszyć ten temat z nią. – Wiem, że wychowywałaś się ze swoimi rodzicami na farmie na wsi. Musiałaś mieć jednak jakichś znajomych… prawda?
- Można to tak ująć. – odpowiedziała mu Elyon. – Nie było tam dużo farm, ale paru przyjaciół mniej więcej w swoim wieku zdołałam tam zyskać. Niezbyt bliskich przyjaciół, ale… tak, miałam tam takowych. Wszyscy jednak odwrócili się ode mnie, gdy tylko dowiedzieli się o tych głosach i o tym, gdzie moi rodzice planują mnie wysłać. Nie tęsknię jednak za nimi. – dodała po chwili. – Wielu z nich było niezmiernie fałszywych. Udawali przyjaźń, bo liczyli na to, że jak wżenię się w rodzinę Goldvale, to i im skapnie nieco z tego przywileju.
- Miałaś wyjść za mąż? – zdumiał się mężczyzna. O tym od jej rodziców nie słyszał.
- Tak. – Elyon pokiwała przy tym kilka razy głową. – Miałam hajtnąć się z ich jedynym synem, Lucasem. Zanim jednak do czegokolwiek doszło, głosy w mojej głowie powiedziały mi o tym miejscu i o tym, co będę musiała tu zrobić. Zdecydowałam się ich posłuchać i porzucić to wszystko. Ta misja była według mnie o wiele ważniejsza od wyjścia za mąż za jakiegoś bogatego chłopaczka z dobrej rodziny.
- I nie żałujesz w ogóle tej decyzji? – Timothy nie do końca był w stanie pojąć logiki jej rozumowania. – Byłabyś teraz mężatką, bogatą, mieszkającą zapewnie w dużej posiadłości.
Elyon roześmiała się głośno na jego słowa, wyraźnie nimi rozbawiona.
- I byłabym też żoną kogoś, kto w ogóle mnie nie kocha. – odparła mu zaraz potem. – Nie wyobrażałam sobie takiego życia dla siebie.
- To dlatego tak otwarcie powiedziałaś wszystkim o swoich głosach. – Kapłan nagle zdał sobie z czegoś sprawę. Zerknął na nią uważnie i zlustrował jej osobę pilnym, badawczym spojrzeniem. – Poniekąd chciałaś tu trafić. To było twoje jedyne wyjście z tej sytuacji.
- Poniekąd to prawda. – przyznała, uśmiechając się przelotnie kątem ust. – Nie chciałam się podporządkowywać idei bycia usłużną, dobrą żoną, na co liczyli moi przybrani rodzice.
- Jak sądzisz, czy twoja biologiczna rodzina chciałaby dla ciebie tego samego? – spytał się jej znikąd. – Pamiętasz ich w ogóle.
Elyon w odpowiedzi pokiwała gorliwie głową.
- Doskonale ich pamiętam. – dodała następnie. – Wszyscy nadal żyją.
- Czemu zatem z nimi nie jesteś? Czemu cię oddali do adopcji?
Na tę odpowiedź musiał trochę zaczekać. Elyon po jego słowach zamyśliła się na dłuższą chwilę, rozważając, jak dokładnie może mu to wyjaśnić.
- Musiałam się od nich odłączyć, aby w końcu móc tu trafić. – powiedziała w końcu. Timothy znów był zaskoczony i zdezorientowany jej słowami, tym razem jednak z zupełnie innego powodu niż wcześniej.
- Miałaś przecież kilka lat, gdy trafiłaś do swojej adoptowanej rodziny. – zauważył. – Skąd mogłaś już wtedy wiedzieć, co się teraz stanie? – Świadomość tego, co właśnie zainsynuował, spadła na niego gwałtownie i sprawiła, że ten zdusił w sobie okrzyk zdumienia, gdy tylko zdał sobie sprawę ze wszystkiego. – Te głosy… one były w stanie przewidzieć przyszłość?
Na to pytanie nie otrzymał żadnej odpowiedzi, a jedynie mały, tajemniczy uśmiech dziewczyny.
Sam muszę sobie dopowiedzieć, co to oznacza. – uzmysłowił sobie, gdy jego rozmówczyni dalej milczała. – Nie dowiem się tego od niej. Nie teraz. Być może kiedyś. Innym razem wrócę do tego tematu. Teraz nic z niej o tym nie wyciągnę.
- Twoje rodzeństwo też posiada takie moce? – zadał następne pytanie, licząc na to, że otrzyma na nie jakąś w miarę sensowną odpowiedź. Słyszał coś od Thredsona i był ciekaw tego, czy Elyon cokolwiek mu w tym temacie teraz zdradzi. – Też słyszą głosy tak jak ty?
- Raczej tak. – odpowiedziała mu z pewnym wahaniem. Nie była chyba tego w stu procentach pewna, i bardzo go to zaciekawiło. – Mój brat bliźniak prawie na pewno posiada taką zdolność. Nie wiem jednak, czy młodszy brat jest taki sam jak my.
- A wasi rodzice? – Jej historia niezmiernie go ciekawiła. Pierwszy raz w życiu spotkał kogoś takiego i nie zamierzał zaprzepaścić okazji, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym wszystkim. – Też są tacy jak wy? Czy to po nich to odziedziczyliście?
Ku jego zaskoczeniu Elyon zamilkła po jego pytaniu. Odwróciła na moment od niego wzrok, ewidentnie niepewna tego, czy powinna mu coś odpowiedzieć. Wydawała się nawet jakby nieco bać udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi w tym temacie. Wzmogło to tylko jego ciekawość jeszcze bardziej.
- Nie będę nikogo w żaden sposób oceniał. – obiecał jej łagodnym głosem. Chciał zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby przekonać ją do uchylenia choćby rąbka tajemnicy. I tak sporo dowiedział się od niej jak na jeden wieczór, ale mimo to liczył na odkrycie jeszcze czegoś. Ta dziewczyna niezmiernie go fascynowała.
Na jego słowa Elyon uśmiechnęła się tylko ponuro. Po długiej chwili odezwała się jednak w końcu.
- Ludzie tacy jak ty są z reguły pierwszymi, którzy krytycznie oceniają moich rodziców. Uważają, że coś takiego nigdy nie powinno mieć miejsca.
„Coś takiego nigdy nie powinno mieć miejsca". – Te słowa sprawiły, że Timothy zamilkł, zastanawiając się intensywnie nad znaczeniem tych słów. – Jacy są jej rodzice? Czemu miałbym ich źle oceniać? Co jest z nimi nie tak?
- Nie mają ślubu? – spytał się w końcu, w ciemno strzelając potencjalne wyjaśnienia tego, czemu dziewczyna tak sądziła. – Żyją na kocią łapę?
- To nie jest największy problem. – A to nie jest sensowna odpowiedź, odparł jej w myślach duchowny.
- Jeśli są innej wiary… to też chyba nie jest powodem do złej oceny. – spróbował jeszcze raz. Elyon w odpowiedzi tylko pokręciła głową, uśmiechając się przy tym blado.
- To też nie to. – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Są raczej kimś na rodzaj agnostyków.
- Co jest zatem z nimi nie tak według ciebie? – spytał się. – Możesz mi powiedzieć, naprawdę. Nie będę nikogo tu oceniać, obiecuję.
Elyon podniosła w końcu wzrok i spojrzała mu się prosto w oczy, a jemu na moment odebrało głos. To spojrzenie było tak intensywne i przepełnione tyloma emocjami, że on sam omal nie odwrócił własnego wzroku.
- Według mnie nic z nimi jest nie tak. – powiedziała nieco hardym tonem głosu, dalej patrząc mu się prosto w oczy. – To reszta świata ma z tym problem. Mam dwóch ojców. – wyjawiła w końcu. – Nie mam matki. Nigdy jej nie miałam.
Wychowywała ją jednopłciowa para. Tego się nie spodziewałem. Teraz zaczął jednak rozumieć, czemu musieli ją oddać. Jeśli ktoś nieprzychylny osobom homoseksualnym dowiedział się o tym, mógł im zagrozić lub ich wydać. A wtedy dzieci z takiego związku na pewno wylądowałyby w sierocińcu i trafiły do adopcji. Teraz to miało o wiele większy sens.
- Jakąś biologiczną matkę musiałaś kiedyś mieć. – zwrócił delikatnie uwagę, nie chcąc jej tymi słowami urazić. – Nawet jeśli już ona żyje. Ktoś musiał was urodzić.
Elyon w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami. Ewidentnie jej ten fakt nie obchodził. Przyglądając się jej tak doszedł do wniosku, że ci dwaj ojcowie, jakich oryginalnie miała, wciąż byli jej bardzo bliscy. Wydawała się za nimi tęsknić, mimo że przez ostatnie lata wychowywali ją zupełnie inni ludzie. Z tymi, którzy ją tu zostawili, nie wydawała się mieć aż tak silnej więzi. Zaintrygowało go to tylko jeszcze bardziej.
Głośny grzmot sprawił, że Timothy mimowolnie podskoczył. Strach przed burzą znów wrócił. Mężczyzna zadrżał i skulił się nieznacznie w sobie, modląc się w duchu o to, aby ta przeklęta nawałnica wreszcie złagodniała i skończyła się.
Kolejne grzmoty były równie głośne i silne, niemalże wstrząsając całym budynkiem. Timothy czuł drżenie przy każdym huku. Gdy błysnęło się ponownie, ten szybko odwrócił wzrok i skierował go w stronę Elyon w nadziei, że tej znów uda się ukoić jego zszargane nerwy.
Ta jednak nie patrzyła się na niego. Była odwrócona bokiem do niego, z głową, odkręconą w stronę drzwi. Mężczyzna zastygł momentalnie w miejscu. Coś w jej postawie sprawiło, że zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Napięte mięśnie jej ramion i szyi, sztywno wyprostowane plecy i zaciśnięte w pięści dłonie sprawiły, że ten automatycznie uzmysłowił sobie jedną rzecz.
Coś usłyszała.
- Co jest? – odważył się w końcu jej spytać. Ze strachu postarał się, aby jego głos zabrzmiał jak najciszej.
- To nie wszystko są grzmoty. – odpowiedziała mu po dłuższej chwili, dalej pozostając w tej samej pozycji co wcześniej. Przypominała mu teraz przez to nieco psa myśliwskiego, który właśnie wyczuł trop zwierzyny.
Zaraz potem coś głośno huknęło. Tym razem jednak Timothy uzmysłowił sobie zaraz potem, że to nie był kolejny grzmot – hałas dochodził gdzieś zza drzwi.
Elyon poruszyła się nagle i jednym szybkim ruchem zsunęła się z cienkiego materaca łóżka. Mężczyzna drgnął nerwowo, nie spodziewając się tak nagłej reakcji z jej strony. Gdy ta jednak skierowała się powoli w stronę drzwi, ten bez wahania wstał i ruszył za nią.
- Nie powinnaś teraz wychodzić. – Z jakiegoś powodu miał dziwne przeczucie, że nie powinni teraz wychodzić z tego pokoju. Wolał o wiele bardziej zostać tutaj, zaryglować zamek i zastawić drzwi komodą i zaczekać, aż ten dziwny hałas nie wyminie ich i uda się gdzieś dalej.
- A jeśli to ten upadły? – zasugerowała mu, odwracając się do niego na moment. – Albo jeśli komuś coś się złego dzieje?
Nie miał dla niej żadnej odpowiedzi. Mógł teraz tylko w milczeniu obserwować, jak ta powoli otwiera drzwi, po czym wychodzi przez nie na korytarz. Wzdychając ciężko, zrobił w końcu to samo, nie chcąc jej zostawiać tam samej.
- Widzisz tam coś? – spytał się jej po chwili. Panowała tu na zewnątrz kompletna ciemność, rozświetlana tylko raz na jakiś czas pojedynczymi błyskami piorunów. Zrobił krok dalej, aby się z nią zrównać. Zamiast tego wpadł nagle na nią, stojącą sztywno w miejscu. – Co…? – zaczął, jednocześnie sięgając prawą ręką w jej stronę, aby ująć jej ramię.
I wtedy kolejna błyskawica oświetliła całą długość korytarza.
Przy samym jego końcu, kilkanaście metrów od nich, stała bliżej nieokreślona istota. Wysoki, szary stwór o nienaturalnie długich kończynach i groteskowej, trudnej do opisania twarzy wpatrywał się w nich zimnymi, kompletnie czarnymi oczami. Timothy zamarł w osłupieniu, nie będąc w stanie się poruszyć ani wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- Matko Przenajświętsza… – wymamrotał w końcu, wykonując przy tym instynktownie znak krzyża. Ta istota wyglądała niczym demon z czeluści piekielnych. Nigdy w całym swoim życiu się z czymś takim nie spotkał.
Czy to jest on? Czy to jest upadły? – przemknęło mu przez myśl. Zaraz potem przeklął się jednak. – Nie… on opętał czyjeś ciało. To nie on. Co… co to w takim razie jest? Co to za stwór?
- No tego jeszcze nie grali. – usłyszał po chwili głos Elyon, przytłumiony dudnieniem kropli deszczu o okiennice. Timothy spojrzał się na nią przelotem, zanim znów nie skupił się na owej dziwnej istocie. Gdy kolejna błyskawica oświetliła go na ułamek sekundy, uzmysłowił sobie nagle, co mu ten stwór przypominał.
Kosmita. To… czy to… nie, to niemożliwe. To nie może być…
W tej samej chwili ruszył on nagle na nich. Timothy drgnął i zrobił krok w tył, jednocześnie łapiąc Elyon za ramię, chcąc ją pociągnąć ze sobą do pokoju. Spotkał się jednak z twardym oporem – dziewczyna nie chciała się ruszyć nawet o milimetr. Pociągnął ją ponownie, jednocześnie zerkając przelotem na stwora biegnącego w ich kierunku. Był coraz bliżej i nic nie wskazywało na to, żeby planował się zatrzymać.
W tym momencie Elyon w końcu się poruszyła. Howard odetchnął z ulgą i ujął pewniej jej ramię, gdy ta niespodziewanie dla niego złapała go za rękę i odepchnęła ją. Spojrzał się na nią z dezorientacją i w tej samej chwili ta odwróciła się w końcu przodem w jego stronę.
- Nie wychodź. – To było wszystko, co mu powiedziała. Zaraz potem jednym silnym ruchem wepchnęła go z powrotem do środka, po czym zamknęła przed nim drzwi, zanim ten zdołał wstać z podłogi, na którą upadł.
Nie mam dużo czasu. – pomyślała zaraz potem, obracając się jednocześnie w stronę kosmity. – Nie wierzę, że mnie posłucha. Mam tylko chwilę, aby to ogarnąć. Muszę się postarać.
Dziewczyna wystawiła przed siebie swoje ręce i skierowała je na nadciągającego w jej stronę stwora. Na ułamek sekundy przymknęła powieki, a gdy je ponownie otworzyła, uśmiechnęła się triumfalnie pod nosem.
- Mam cię.
Kosmita zatrzymał się gwałtownie w połowie drogi, zaledwie niecałe półtora metra przed nią, jak gdyby przytrzymany w miejscu niewidzialną siłą. Elyon powoli rozłożyła ręce w bok, wyginając przy tym palce do środka, tak jak gdyby zaciskała je na czymś. Stwór zawył głośno i upadł na podłogę przed nią, skręcając się przy tym z bólu.
Powoli podeszła do niego, nie wypuszczając go jednak nawet na moment ze swojego niewidzialnego uścisku. Nie planowała go zabić ani ranić. Chciała po prostu dowiedzieć się, skąd przybył i co tu robił.
I wtedy to wyczuła.
- Chwila moment… – wymamrotała pod nosem, wpatrując się z dezorientacją w istotę znajdującą się przed nią. – Nie jesteś teraz sobą. Jesteś opętany. – Następna sekunda przyniosła jej kolejną realizację. – Upadły… w tobie jest inny upadły.
To nie był ten sam, którego szukała – z całą pewnością jednak tego kosmitę opętał jeden z upadłych aniołów. Wyczuwała to w nim bez żadnego trudu. Zdumiało to ją i zdezorientowało.
Ten jeden fakt wystarczył tej pozaziemskiej istocie. Duch rezydujący w nim wyczuł, że coś jest nie tak, i spojrzał się jego oczami na Elyon. On też bardzo szybko wyczuł, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem. Rozpoznał te moce. Wiedział, do kogo należą.
Donośny ryk stwora wyrwał ją z zamyślenia. Zanim zdołała w jakikolwiek sposób zareagować, odrzucił on ją od siebie jednym ruchem, wykorzystując jej dezorientację, aby wyrwać się spod działania jej mocy. Elyon upadła boleśnie do tyłu i jęknęła głośno, przymykając przy tym na moment powieki. Gdy je chwilę potem otworzyła, kosmity już tam nie było.
Skrzypienie zardzewiałego zawiasu w drzwiach sprawiło, że ta odwróciła się nieznacznie w stronę hałasu. Timothy wybiegł z pokoju i gdy tylko zobaczył, w jakim była stanie, znalazł się przy niej w kilku krokach i przykucnął przy niej, wyraźnie zaniepokojony.
- Co się stało? – spytał się jej spanikowanym tonem głosu. – Nic ci nie jest?
- Wszystko ze mną w porządku. – zapewniła go. Po jednym spojrzeniu się na niego domyśliła się jednak, że jej słowa niewiele zdziałały. Nadal wyglądał na mocno przejętego.
Powoli obróciła swój wzrok z powrotem w stronę miejsca, w którym przed chwilą znajdował się kosmita. Zadrżała nieznacznie mimo woli, przypominając sobie to uczucie, gdy wyczuła w tej pozaziemskiej istocie tak dobrze znaną jej energię jednego z upadłych.
- Nie sądzę, żebyśmy mieli łatwe zadanie do wykonania. – powiedziała w końcu. Timothy po jej słowach zmarszczył w dezorientacji brwi.
- Co masz przez to na myśli?
- Po tym, co właśnie widziałeś… wierzysz już pewnie w istoty pozaziemskie, prawda? – Dopiero po dłuższej chwili odwróciła się w jego stronę. Gdy to zrobiła, mężczyzna pokiwał z wahaniem głową. Zauważyła wtedy, że ten wciąż znajdował się w głębokim szoku po tym, czego był świadkiem.
Dziewczyna westchnęła ciężko, sama z trudem radząc sobie z ogarnięciem myślami tego, co właśnie przez czysty przypadek odkryła. Logika nie pozwalała jej tego przyjąć do wiadomości, ale szósty zmysł podpowiadał jej z kolei, że coś takiego mogło być możliwe.
- A czy jesteś w stanie uwierzyć w to, że i kosmici mogą zostać opętani przez upadłych?
Po jej pytaniu Timothy zastygł na długą chwilę w miejscu. Otworzył szeroko oczy i spojrzał się na nią z kompletną dezorientacją. Oczami wyobraźni wyimaginowała sobie trybiki wewnątrz jego czaszki, obracające się intensywnie, podczas gdy ten próbował to wszystko ogarnąć myślami.
- Co? – wydukał w końcu. – Opętany przez… – Nagle wszystko pojął, i zduszony okrzyk wydobył się z jego ust. – Matko przenajświętsza… to… to jest…
- Niemożliwe. – dokończyła za niego Elyon, w pełni podzielając w tej chwili jego zdanie i odczucia co do tego wszystkiego. – Ale to się stało. Nie mam pojęcia jak, ale… jakimś cudem to się stało.
- I… i co z tym zrobisz? – spytał się jej po dłuższej chwili. Elyon nie odpowiedziała mu od razu. Zająknęła się tylko kilka razy, z trudem próbując coś z siebie wydobyć, aż w końcu wzruszyła bezradnie ramionami.
- Nie mam pojęcia.
