Nie wiedział nawet kiedy zrobiło się tak późno, ale mógł przysiąc, że w jednej chwili obgadywali siostry Dereka, a w drugiej Hale spoglądał na zegarek z niedowierzaniem. Ktoś wyszedł z szatni parokrotnie, ale nie kazał im się zbierać, złorzecząc. Stiles nie był pewien kto pilnował stadionu, kiedy nie rozgrywano meczy, ale przecież każdy budynek miał swojego woźnego.

- Czyli to ostatnia chwila, kiedy mogę nasikać na murawę? – upewnił się.

Derek objął go ramieniem tak mocno, że nie miał wątpliwości, że nie udałoby mu się wyrwać.

- Tylko żartowałem – prychnął Stiles. – Poza tym Scott twierdzi, że na pierwszych randkach powinno się robić dobre wrażenie.

- Czyli sikanie na naszą murawę zostawiasz sobie na kiedy dokładnie? – spytał podejrzliwie Derek.

- Na piątą rocznicę ślubu – odparł, nie tracąc nawet chwili i Hale roześmiał się dźwięcznie.

Może był odrobinę zakochany, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. I to wspomnienie o ślubie niekoniecznie było żartem. Jego metaforyczne jajniki zaciskały się ilekroć Derek wydawał z siebie ten niebiański dźwięk. Facet kategorycznie powinien częściej się śmiać i zamierzał nad tym pracować. I częściej grozić obsikaniem własności Metsów, skoro to oznaczało, że będzie przytulany i obejmowany.

Nie rzucali piłką długo, ale zdążyli się zgrzać. I normalnie, kiedy Scott wracał po treningu, śmierdział niemożliwie, ale Derek pachniał po prostu ciepłem. I Stiles nie był pewien czy to woda kolońska, ale najchętniej zbadałby tę woń bliżej. Wciskanie jednak nosa w cudzy policzek czy kark wydawało mu się jednak nadal zbyt daleko posuniętym działaniem. Musiał zostawić sobie coś na później.

Derek spoglądał na niego tymi swoimi o wiele zbyt ładnymi oczami. I ta sytuacja nagle przestała mu się wydawać realna.

- Naprawdę mam nadzieję, że nie jestem w śpiączce – powiedział.

Hale zamrugał, jakby nie nadążał za nim. A potem wzrok mężczyzny padł na jego usta. Stiles nie był pewien dlaczego w ogóle jeszcze się na siebie gapią.

- Będziemy się teraz całować? – upewnił się.

I Derek zaczął się śmiać w głos.

- Nie, poważnie. Nie wiem jaki tutaj jest protokół. Kto całuje kogo? Derek, no poważnie – jęknął, a potem po prostu złączył ich usta razem, ponieważ Hale zaczynał dostawać czkawki od śmiechu.

Przez chwilę nic się nie działo i pewnie powinien był zamknąć oczy. Derek jednak uśmiechał się do niego nawet nimi, jeśli to miało jakiś sens. I Stiles zamrugał, a potem rozchylił usta, dziwiąc się trochę, że to było takie łatwe i bezproblematyczne. Pewnie powinien był się spodziewać, że coś schrzani i jakoś przeciwdziałać. Nie wiedział dokładnie który z nich stracił równowagę. Za bardzo był zajęty wsuwaniem języka do tych ust. Poza tym ten zarost na policzkach, który czuł pod palcami był po prostu rozpraszający.

Kiedy zorientował się co się dzieje, byli w zasadzie w połowie drogi na trawnik i instynktownie złapał się koszulki Dereka, lądując na mężczyźnie nie aż tak miękko jak chciałby. Cholerni sportowcy jednak nie mieli zbyt wiele tłuszczu w organizmach, co pewnie doceniłby, gdyby Hale nie miał na sobie ubrania. I gdyby aktualnie nie wywracali się jak para idiotów, którymi byli. A ponieważ świat go nienawidził oczywiście musiał trafić swoim czołem w głowę Dereka, co bolało jak jasna cholera.

- Scott mnie zabije – jęknął, masując skórę. – Uszkodziłem Metsa.

Derek prychnął, przyciągając go do siebie bliżej.

- Nic mi nie jest – poinformował go mężczyzna.

- Jeszcze gorzej! Mój klub mnie wyrzuci! Miałem szansę uszkodzić Metsa i się nie udało! – krzyknął z udawaną rozpaczą.

- Dupek – prychnął Derek.

ooo

Stiles zerknął w stronę drzwi akademika, a potem z powrotem na Dereka, który przyglądał mu się ciekawie.

- Jeśli jeszcze raz spytasz czy będziemy się całować… - zaczął Hale i pewnie miało to brzmieć jak groźba, ale uśmiechał się do niego wystawiając na widok publiczny te królicze ząbki.

Stiles nie miał pojęcia dlaczego jeszcze tak niedawno stresował się tym spotkaniem. Derek był w tym równie fatalny jak on. I był pewien, że ten wcześniejszy upadek był winą Hale'a. To Derek w końcu przyciągał go do siebie, nie zważając na fakt, że obaj byli tego samego wzrostu. Miał teraz sporej wielkości guza i nie miał pojęcia jak wyjaśnić zarówno obecność ran jak i kwiatów.

- Masz ochotę na kawę? – spytał trochę lamersko i wyszczerzył się, nie ukrywając nawet, że to było słabe.

- Tak na pierwszej randce? – prychnął Derek.

- Chyba nie doceniasz akademików. Mój współlokator na pewno jest już w naszym pokoju – poinformował go i był trochę zaskoczony, kiedy Derek niemal od razu wyłączył silnik samochodu, jakby on też faktycznie nie chciał jeszcze kończyć ich spotkania.

Przemykali na piętro pospiesznie i Hale cały czas trzymał głowę lekko spuszczoną, kiedy mijali kolejnych studentów. Stiles pewnie powinien był o tym pomyśleć wcześniej w jego głowie jednak Derek był Metsem, a to się wykluczało ze sławą. Kto zdrowy na umyśle chciałby autograf Metsa!

Wsunęli się do pokoju bez pukania i Scott poderwał się na równe, patrząc w szoku najpierw na kwiaty, a dopiero potem na niego. I Stiles wiedział dokładnie, kiedy wzrok McCalla spoczął na ich gościu, bo oczy jego przyjaciela zrobiły się komicznie wielkie.

- Uhm – wyrwało się Scottowi. – Panie Hale- powiedział.

- Scott, to tylko Mets – prychnął.

McCall spojrzał na niego z mieszanką paniki i oburzenia.

- Zamknij się, Stiles – syknął jego przyjaciel, jakby naprawdę miał nadzieję, że Derek stojąc dwa kroki od niego naprawdę go nie usłyszy. Co gorsza McCall miał ten sztuczny uśmiech, który zawsze nosił na twarzy, kiedy się bardzo denerwował. – Proszę na niego nie zwracać uwagi, panie Hale. Stiles kompletnie nie zna się na sporcie. Wiem, że mówił okropne rzeczy, ale on nie ma zielonego pojęcia o grze zawodników. I ma pan totalnie piękne nogi – dodał Scott.

Derek zamrugał zaskoczony, a potem odchrząknął, jakby nie wiedział co z tą informacją zrobić. I spojrzał na Stilesa, jakby szukał ratunku.

- Znaczy… - zaczął Scott, przechodząc w pełen tryb paniki. – Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało! Nie są krzywe! Facet wie, kiedy widzi krzywe nogi i na pewno pana nogi nie są krzywe!

- Myślę, że… Dziękuję? – zaryzykował Hale. – I mam na imię Derek – dodał, wyciągając dłoń w stronę McCalla, który wyglądał przez chwilę tak, jakby doznał objawienia.

Jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Stiles nie zamierzał mu tego nigdy zapomnieć.

- To tylko Mets, na miłość boską – poinformował przyjaciela.

- Zamknij się – wymruczał McCall pod nosem i chyba nadal udawali, że Derek tego nie słyszy. – To jest najwspanialszy dzień w moim życiu. To prawie tak, jakbym spotkał Gigi Hadid – wyjaśnił, a potem zaczerwienił się i odchrząknął. – Znaczy nie, że jesteś moją Gigi Hadid. Pewnie Stilesa, chociaż on wolałby pewnie jakiegoś Bravesa - zamotał się Scott.- Mam dziewczynę, przysięgam – dodał w końcu pokonany.

Brwi Dereka znowu robiły to coś bardzo dziwnego, co Stiles chciał kiedyś nagrać na komórkę w celu przeprowadzenia głębszych badań. Mogło się okazać, że były całkiem żywe i byłby pierwszym naukowcem, który odkrył życie w życiu. Chociaż nie chciał dowiedzieć się, że brwi Dereka pasożytowały na nim niczym jemioła na topoli.

- Długo razem mieszkacie? – zainteresował się Hale.

- Od początku studiów, ale znamy się od dzieciństwa – wyjaśnił Stiles i Derek skinął głową, jakby nie był w ogóle zaskoczony. – A co? - spytał podejrzliwie.

- Wcześniej powiedziałeś, że chyba jesteś zaraźliwy - przypomniał mu Hale. – Chyba wiem o czym mówiłeś – dodał, spoglądając sugestywnie na Scotta.

- Stiles?! Dlaczego on ma guza na środku czoła? - spytał nagle McCall.