20 marca 1981

W sumie. Nie piła tak wiele, ani nie paliła. Nadużywania tylko trochę mugolskich środków nasennych.

Gdy po ponad miesiącu wypuścili ją spod obserwacji psychiatrycznej, na której zachowywała się zresztą wzorowo, łamiąc się w idealnych momentach i w idealnych momentach trzymając, zobaczyła prawie od razu ulotkę OSy.

Prawie, bo zdążyła jeszcze naprawdę załamać się, ale już w samotności i w łóżku rodziców, patrzeć na noże w kuchni i ryczeć, aż w końcu zalać się w trupa, cudem nie przedawkowując alkoholu.

Bo nie miała rodziny, a jej trójkę przyjaciół torturowany i zabito na jej oczach. Bo nawet jej pies nie żył, tylko leżał na tyłach domu, dopóki nie wybiegła tam szlochając spazmatycznie, nie znalazła go i nie zakopała pod tują.

Potem znalazła ulotkę OSy. Krzykliwą i żółto-czarną. Usprzątnęła dom, zamykając wszystkie ubrania, książki, biżuterię, czy nawet garnki jej mamy i miskę Muszki w nowej skryte u Gringotta. Wynajęła dom, a następnie tani pokój w "Trzecim Leprikonie". Jako, że prawie cały dzień spędzała na kursie i miała zapewnione tam jedzenie oraz niewielki żołd nie musiała myśleć jakoś szczególnie o braku pieniędzy, nawet spłacając kredyt po rodzicach.

Mogła skupić się na dokształcaniu w zaklęciach, kursie i ogniu nienawiści, który podsycała codziennie, aż pochłonął ja całą.

Była idealna na kursie. Szybka, spostrzegawcza, a jej zaklęcia miały większą moc niż zwykle.

I w sumie za to ją wywalili. Za perfekcyjną nienawiść.

To nie jest zdrowe, panno Hartell - powiedział twardo Shacklebolt, który prowadził kurs, gdy ją wezwał siedemnastego marca.

Próbował być dla niej w sumie miły, co tylko ją denerwowało i przez zaciśnięte zęby później odparła, że nie zamierza iść do żadnego psychologa. On natomiast uznał, że minęło za mało czasu od ataków 31 lipca, by mogła brać dalej udział w kursie.

Po usłyszeniu tego po prostu wróciła do hotelu, po drodze zdobywając jeszcze mugolskiej tabletki nasenne i po prostu poszła spać.

Obudził ją huk na korytarzu. Automatycznie wybiegła w samej piżamie,obezwładniała szybko Snape'a, ukryła go, rozwaliła schody na drugie piętro i oszołomiła siebie.

Gdy wróciła do pokoju po złożeniu fałszywych zeznań, chciała odpłacić za wszystko, co zrobiono jej rodzinie, przyjaciołom i jej samej. A Snape, był jednym z śmierciożerców, zasłużył sobie z pewnością na wszystko.

A teraz się zabawimy - mówiła, wyciągając go spod łóżka, a ręka jej ani drgnęła, choć w środku Sally płonęła nienawiść, żądza mordu… Sama stwierdziłaby w tamtym momencie, że oszalała, gdyby się tylko nad tym chwilę zastanowiła.

Chowany był cudną torturą, wymyśloną się w mgnieniu chwili w jej umyśle, długotrwałą i niezmierne bolesną. Wystarczyło tylko wyciszyć pokój i karmić się cierpieniem oraz strachem.

Ale przecież znała Snape. Sam był półkrwi, kochał się w szlamie i z nią, też szlamą, jak na niego można powiedzieć, że przyjaźnił.

Zadała więc mu głupie pytanie, nawiązując do ich ostatniego wspólnego powrotu z Hogwartu, niby dając mu szansę, choć w głębi wiedząc, że każda odpowiedź Severusa tylko ją bardziej wzburzy.

Może gdyby tabletki nasenne leżały trochę bardziej w lewo, może gdyby Shacklebolt nie zrobił tej całej przemowy o różnicach między aurorami a śmierciożercami i humanizmie, albo wspomnienie babci i historii o miłosierdziu, to nie zatrzymała by różdżki i z dziwnym uśmiechem rzucił pierwsze płytkie, tnące zaklęcie.

Pomogła uciec śmierciożercy, licząc na jego nawrócenie.

Co ja zrobiłam… - szeptała gorączkowo, patrząc na Pokątną w zielonej poświacie. - Co ja zrobiłam…? Przecież pozwoliłam mu dalej mordować ...- szeptała, patrząc na ogromnego węża na niebie, zanim rzuciła pierwsze zaklęcie i ruszyła do obrony.

"Ataki zaczęły się w piątek, niedługo po godz. 21 w sześciu różnych punktach jednocześnie. W pobliżu placu teleportacji na Pokątnej zginęło co najmniej 40 osób. Świadkowie mówią, że śmierciożercy…"

...


#prayforParis