Rezerwacja w hotelu przyciąga jego wzrok. Nie miał gdzie odłożyć koperty, więc podwiesił ją pod ladą, sądząc, że uda mu się o tym jakoś zapomnieć, ale to nie jest łatwe. Jeśli nie wiedział jak wiele McGarrett usłyszał z jego rozmowy z byłą, teraz ma pewność, że to będzie rzutowało na ich znajomość. Spodziewał się jednak bardziej wypowiedzenia niż rezerwacji weekendowej w hotelu. Nikt nie chciał zatrudniać omeg w niestabilnej sytuacji życiowej. Czuł się nie najgorzej emocjonalnie, ale załamanie mogło przyjść w każdej chwili i był tego całkiem świadom. Chodził na te cholerne lekcje zarówno w szkole średniej jak i później podczas nauki w akademii. Byli bardziej wrażliwi niż inni, ale nigdy nie uważał tego za swoją wadę.
Lori nie skomentowała zawartości koperty, chociaż widziała przynajmniej ulotkę. I musiała wiedzieć, że McGarrett przyniósł to wszystko pod jego nieobecność. Nie był do końca pewien czy jest wdzięczny za tę ciszę, ponieważ jego głowa była pełna myśli, które nie do końca mu się podobały. Jeszcze wczorajszego wieczoru sądził, że źle ocenił faceta. Teraz nie był niczego pewien.
Ostatni goście wyszli, co oznaczało, że tydzień jego pracy się zakończył. Nie potrafił jakoś jednak czuć szczęścia. Napiwki były nie najgorsze i na pewno nie pogardziłby gotówką. Od jutra – spojrzał przelotnie na zegarek – od dzisiaj czekało go malowanie i przyklejanie muszelek na ścianie. Grace miała świetną wizję. Chciała ogromnego motyla, który był symbolem Hawajów. Przyniosła kilka zdjęć i książek z biblioteki, planując ich wspólny remont w najdrobniejszych szczegółach. I odczuwał cholerną satysfakcję, że cieszyła się z tego bardziej niż z wyjazdu na Maui.
- McGarrett jest u siebie? – spytał, kiedy Kono odniosła ostatnie szklanki do zlewu.
- Powinien być – rzuciła, marszcząc brwi. – Coś nie tak?
- Jeszcze nie wiem – odparł całkiem szczerze i zabrał kopertę spod lady.
Przeskakiwał po dwa stopnie schodków, nie wiedząc nawet dlaczego jest tak zdenerwowany. McGarrett jednak wzbudzał w nim całkiem sprzeczne emocje i instynkt ostrzegał go, żeby trzymać się od faceta z dala. A jego przeczucia zawsze się sprawdzały.
Zapukał, ponieważ tak nakazywała kultura. Zresztą alfa widział go przez szklane drzwi i machnął na niego, zapraszając go do środka.
- Co to jest? - spytał Danny, unosząc do góry kopertę.
Nie siadał, ponieważ był dostatecznie niski, a chciał, żeby wzięto go na poważnie. Chociaż ten jeden cholerny raz. Niemal liczył na kłótnię z McGarrettem, ale alfa uniósł tylko brew, a potem uśmiechnął się lekko i chłopięco, co wcale nie powinno być ujmujące, bo Danny był wściekły i zmęczony. Jeśli mężczyzna chciał przejąć kontrolę nad jego życiem osobistym, nad tym jak spędzał czas z własną córką, nie miał do tego żadnych praw.
- Jeśli zajrzysz do środka to się dowiesz – odparł McGarrett.
- Zajrzałem – poinformował mężczyznę krótko. – Co to jest?
- Trzy noce w hotelu dla ciebie i twojej córki – powiedział McGarrett i najwyraźniej nie widział w tym żadnego problemu. – Jeśli chcesz to potraktować w ten sposób, możesz to nazwać przeprosinami.
Zamarł, ponieważ nie tego się spodziewał. McGarrett odchylił się do tyłu na fotelu i zmarszczył brwi, przyglądając mu się ciekawie.
- A myślałeś, że co to jest? – spytał alfa i nie było tam żadnej kpiny.
Danny nie chciał uważać tego jako formy, nie tak znowu taniego, podrywu. Chociaż pewnie dla McGarretta to były grosze. Szczególnie, kiedy wrzucał to w koszty prowadzenia własnej działalności. Teraz ta myśl jednak wydawała się śmieszna.
- Nie usiadłeś, żeby przejąć władzę nad przestrzenią – ciągnął dalej alfa. – Znam te zagrania. Mieliśmy to samo szkolenie, ale ja to wyczuwam na bardziej prymitywnym podłożu. I te zagrania nie robią na mnie wrażenia. Nie jestem jednym z idiotów, którzy pozwalali ci na okręcanie ich wokół małego palca. Możesz kontynuować, ale nie oczekuj, że przyniesie to jakiekolwiek efekty – dodał.
Danny przełknął ciężko, nie wiedząc co teraz. Ponieważ McGarrett faktycznie nie wydawał się poruszony w najmniejszym stopniu faktem, że ktokolwiek nad nim wisiał. Fizycznie przejmując przecież kontrolę nad tą sytuacją przynajmniej. I może dotarło do niego, że tak naprawdę alfa nigdy owej kontroli nie stracił i dlatego był taki odprężony nawet teraz. W pewien sposób to była kolejna z tych irytujących rzeczy na temat McGarretta. Podświadomie jednak nie potrafił nie czuć lekkiej fascynacji. Nawet Rachel nie dostrzegała jego małych trików.
- Chcę, żebyś spędził miło czas z córką, to przestępstwo? – spytał alfa.
- Słyszałeś moją rozmowę z Rachel – rzucił Danny i to miało brzmieć jak oskarżenie, ale nawet w jego uszach to było jedynie stwierdzenie faktu.
- Może nie powinieneś był się wydzierać na całe gardło – podrzucił alfa. – Robisz sporo hałasu. Chyba nie spotkałem jeszcze omegi, który tak bardzo broniłby swojego terytorium. Nie wiedziałem, że omegi w ogóle odczuwają coś na tym poziomie.
Danny zbił usta w wąską kreskę. Grace nie była jego terytorium. Była jego dzieckiem. McGarrett był prymitywem, ale mówienie mu, że kiedy będzie miał własne dzieci, to zrozumie, nie leżało w granicach jego kompetencji.
- To się więcej nie powtórzy – powiedział, zastanawiając się czy powinien za to przeprosić.
- Sądząc po tym co usłyszałem, raczej się powtórzy – odparł McGarrett i nie wydawał się tym zaniepokojony. – Rezerwacja nie ma daty. Możesz wybrać jakikolwiek termin – poinformował go.
Danny spojrzał na trzymaną w dłoniach kopertę, czując się nagle jak idiota. Nie przypominał sobie kiedy ostatnio dostał cokolwiek, co nie byłoby związane z jakimś podstępem, ale McGarrett wydawał się szczery. I przede wszystkim przestał się na niego gapić, rozbierając go wzrokiem. Może po prostu alfa przeszedł przez etap fascynacji i dostrzegł nareszcie, że jedyną ciekawą rzeczą w Dannym był jego upór i kontynentalne pochodzenie. New Jersey w końcu odcisnęło na nim swoje piętno i nie mówił w tym ptasim języku, którego używał Kamekona i Chin, kiedy chcieli ponabijać się z turystów.
- Dziękuję – powiedział w końcu.
- Nie ma problemu – odparł McGarrett, uśmiechając się znowu tak chłopięco i niewinnie, że coś przewracało się w jego żołądku.
Oczy alfy były zbyt jasne i szczere.
- Podwiozę cię do domu – rzucił mężczyzna, wstając ze swojego fotela.
- To… - zaczął Danny.
- Wolisz o czwartej nad ranem pójść piechotą? – spytał McGarrett ciekawie i na to nie było dobrej odpowiedzi.
ooo
Nie wyobrażał sobie alfy jako kogoś, kto kupiłby porsche. Zawsze wydawały mu się babskimi samochodami. I nawet nie mieszał do tego statusów. Po prostu Rachel chciałaby mieć jedno ze względu na opływowy kształt i kompletną niefunkcjonalność. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że to auto pewnie bardziej pasowałoby do niego ze względu na gabaryty. McGarrett nie wydawał się jednak mieć problemów ze zmieszczeniem swoich cholernie długich nóg.
Mężczyzna prowadził w milczeniu i nie spytał nawet o jego adres, co pewnie powinno go irytować, ale była czwarta nad ranem, a miał obudzić się po zaledwie kilku godzinach, żeby odprowadzić Grace do szkoły. I nie wątpił, że spotkają się z Rachel, a po telefonicznej kłótni mogło być gorzej niż przeważnie. A już było źle.
McGarrett miał rację. Te kłótnie miały się powtarzać. Po prostu nie zamierzał doprowadzać do sytuacji, w której ktokolwiek z pracy słyszałby jego wymianę zdań z ex-alfą.
- Krawat to jakaś forma buntu czy po prostu przyrósł do twojej szyi? – spytał mężczyzna i Danny prawie miał wrażenie, że się przesłyszał.
- Co? – wyrwało mu się. – Krawat to najnormalniejsza część ubioru, o czym pewnie nie wiecie w tym cudownym miejscu, ale od czasu, kiedy wygrzebaliśmy się z jaskiń, istnieje dresscode – wyjaśnił, przeklinając się w duchu za to, że znowu lądował w defensywie.
- My jesteśmy bardziej z wody, może dlatego nie lubimy podduszać się bez potrzeby – rzucił McGarrett. – Mówię tylko, że gdybyś rozpiął czasem ze dwa guziki, ludzie przestaliby się zastanawiać dlaczego księgowy stoi za barem. Przyłapałem się ze dwa razy na tym, że zaczynam bać się mojego rozliczenia podatkowego. A Chin już wspominał, że chciałby zorientować się w swoich odliczeniach… - urwał sugestywnie alfa.
I Danny dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że mężczyzna najnormalniej z niego kpi. Głównie po tym, że McGarrett miał na twarzy ten irytujący, zadowolony z siebie uśmieszek. Nie miał pojęcia dlaczego facet go prowokował, ale ewidentnie czerpał z tego satysfakcję. Co gorsza Danny nie wiedział co mógłby zrobić, bo już ustalili, że triki wyuczone przed laty w akademii nie mogły na wiele się zdać. McGarrett musiał w swoim życiu zetknąć się z różnymi ludźmi. I Danny pierwszy raz spotkał alfę, który wydawał się nie przejmować kompletnie tym do kogo mówił i co. Może wywodziło się to z tego, że znajdowali się na terenie McGarretta. Nadal nie wiedział jak wiele wyspy stanowiło własność mężczyzny, ale dawało mu to pewność, która martwiła Danny'ego.
Nie przepadał za ludźmi, którzy pociągali za sznurki.
Normalnie powiedziałby facetowi, że jest dupkiem, ale istniała również możliwość, że następnego dnia jego mieszkanie zostanie spalone, a sam wyląduje na dnie oceanu. Niejasno przypominał sobie, że na Oahu przecinały swoje drogi największe organizacje przestępcze. McGarrett nie wyglądał na członka mafii. Był w wojsku i to powinno o czymś świadczyć, ale lepiej było zachować ostrożność niż potem żałować.
Alfa spojrzał na niego, jakby ta cisza nie była tym, czego się spodziewał. I musiał wiedzieć, że Danny przeważnie jest o wiele głośniejszy. Jego matka wysłała go nawet na zajęcia panowania nad gniewem. Hormony buzowały w nim, ale bynajmniej nie w seksualny sposób. Chociaż akurat te dwie sfery jego życia przecinały się. Rachel lubiła, kiedy stawał się w łóżku bardziej dominujący. Może dlatego tak dobrze było im na początku. Seks jednak niczego nie załatwiał.
- Nikt na wyspie nie nosi krawata, Danno – poinformował go mężczyzna, uśmiechając się do niego krzywo.
Przełknął ciężko, ponieważ wiedział, że należało rozsądnie wybierać swoje bitwy. Liczył, że McGarrett odpuści sobie to 'Danno'. Chociaż zaczynał się do tego powoli przyzwyczajać, co przerażało go. Jeszcze kilka tygodni wcześniej odgryzłby głowę Rachel, gdyby próbowała użyć tego przezwiska. McGarrett wpychał się jednak w jego życie po trochu i nieustannie. I pewnie powinien zmienić pracę prędzej niż później, ale już wyobrażał sobie jak łatwo mu to przyjdzie.
- Poprawka, panie McGarrett. Ja na tej wyspie noszę krawat – odparł.
ooo
Rachel spoglądała na niego chmurnie, ale rozpromieniła się, gdy tylko jej wzrok padł na Grace. Mała nie była jednak naiwna i musiała wiedzieć, że znowu się pokłócili. Napięcie było niemal namacalne i widział, że są obserwowani przez innych rodziców odprowadzających swoje pociechy. Sytuacji nie ułatwiał wcale Stan, który starał koło Rachel i starał się uśmiechać szeroko.
Grace nie zwróciła na niego uwagi, a przynajmniej uparcie wpatrywała się w matkę.
- Skarbie, co powiedziałabyś, żebyśmy zwiedzili tę dolinę na Maui, o której mówiłam ci wczoraj? – spytała Rachel.
Danny miał na końcu języka, że w zasadzie mieli plany. McGarrett ułatwił mu też w pewnym sensie życie tą rezerwacją. Częściowo cieszyło go, że mógł zabrać Grace w naprawdę miłe miejsce. Wolałby jednak za to zapłacić sam. I nie miał pojęcia za co dokładnie przepraszał McGarrett, skoro jego zachowanie nie uległo zmianie od chwili, kiedy się poznali.
Nie powiedział jednak ani słowa, ponieważ Grace zasługiwała na cholerne delfiny, nawet jeśli musiał przełknąć swoją dumę. Jeszcze nie powiedział jej ani słowa, ponieważ chciał dogadać szczegóły z Kono. Nie miał pojęcia kto miałby go zastąpić w najbardziej gorący czas w tygodniu. Nie wiedział kto pracował w poniedziałki i wtorki. Kono w pracy opowiadała o czekających ją dzisiaj falach, więc też nie pojawiała się w klubie. Znał jedynie Jennę, ściąganą w ostatniej chwili, kiedy zachodziła taka potrzeba.
Grace zmarszczyła brwi i w jej oczach pojawił się nagle radosny błysk.
- Danno pojedzie z nami? – spytała, chyba źle czytając sytuację.
Wspominała, że chciałaby, aby spędzili czas we trójkę i musiała sądzić, że o to się wykłócał z Rachel. Powinna jednak wiedzieć lepiej. Jej matka nie dawała się tak łatwo przekonać.
- Nie, skarbie. Pojechalibyśmy znowu we trójkę. Stan zarezerwuje lot albo moglibyśmy popłynąć statkiem. Chciałabyś popłynąć statkiem? – spytała Rachel, starając się nadać swojemu głosowi odpowiednie brzmienie.
Grace nie uśmiechała się już jednak. Spojrzała tylko na niego przelotnie, ignorując Stana.
- Nie – powiedziała tylko. – Będziemy z Danno malować mój pokój – odparła, prostując się lekko.
Ścisnął jej rękę mocniej, czując tylko lekką satysfakcję.
ooo
Grace wydawała się zafascynowana sklepem z farbami. Nie znał się na urządzaniu wnętrz, ale podejrzewał, że wystarczyło, aby ściany stały się pastelowo różowe i jego księżniczka będzie szczęśliwa. Ku jego zaskoczeniu jednak Grace oglądała tylko niebieskie farby. Alfa, właściciel sklepu, obserwował ich z pewnego oddalenia i Danny był boleśnie świadom, że pewnie na światło dzienne wyszedł ślad po ugryzieniu, który zaczynał znikać. Blizna stawała się coraz mniej widoczna z każdym dniem i pewnego dnia miało zostać po niej zaledwie wspomnienie.
Powinien był ubrać znowu koszulę i może nawet krawat. Tylko w nich czuł się na tyle komfortowo, żeby nie zwracać uwagi jak jego ubranie na nim leżało.
Grace ciągnęła go w stronę kolejnych półek pewnie nieświadoma tego, że farby mieszało się ze sobą. Musiał kupić na pewno białą i barwnik, nad którym odcieniem mieli popracować już w domu. Jego ojciec wyjaśnił mu dokładnie czego potrzebowali.
- Pomóc w czymś? – spytał mężczyzna w końcu, podchodząc do nich bliżej.
- Potrzebujemy pędzli i wałka – rzucił. – I najwyraźniej niebieskiego barwnika. Skarbie, na pewno nie chcesz, żeby twój pokój był różowy jak w domu? – upewnił się.
- Danno, ryby nie pływają w różowej wodzie – poinformowała go Grace, jakby to było całkiem oczywiste. – Muszelki też są z wody. Potrzebujemy niebieskiego – dodała z pewnością w głosie, patrząc alfie stającemu z nimi prosto w oczy, co nie było ani grzeczne, ani odpowiednie.
- Gracie – powiedział krótko acz stanowczo.
Spojrzała na niego przelotnie, a potem wbiła wzrok w podłogę. Objął ją, przyciągając do siebie bliżej. Spodziewał się takiej burzy dopiero za kilka lat. Pamiętał jak Matty czuł się w obowiązku rzucać wyzwanie każdemu napotkanemu alfie. Na szczęście większość ignorowała takie zachowanie. Nie chciał się jednak spotkać twarzą w twarz z dupkiem, który potraktuje jego córkę poważnie.
- Remont? – spytał mężczyzna, ściągając dla niego z półek kolejne przedmioty.
Danny na pewno nie wspominał nic o podkładkach i spojrzał na rosnący w jego koszyku stosik z pewnym powątpiewaniem. Nie miał pojęcia do czego było to płaskie czerwone coś, ale było w zestawie z wałkiem. Najwyraźniej czekała go kolejna długa rozmowa z ojcem.
- Wałek trzeba na tym przesuszyć, inaczej będziesz musiał potem wykruszać farbę z tych blond włosków – wyjaśnił mu alfa. – Widać, że nie masz pojęcia co z tym zrobić – ciągnął dalej mężczyzna.
- Poradzę sobie – odparł, starając się ignorować zainteresowanie, które biło od faceta.
Grace zerkała na nich z mieszanką podejrzliwości i niechęci. Popierał ją jak najbardziej.
- Nie twierdzę, że nie – powiedział facet. – Chyba byłoby jednak łatwiej, gdyby ktoś ci pomógł. Nie jesteś stąd, prawda? Wyglądasz jak haole.
Grace spięła się i spojrzała na faceta, marszcząc brwi.
- To nie jest miłe słowo – rzuciła ostro.
Danny pojęcia nie miał co oznaczało.
- Nie przeklinaj przy mojej córce – ostrzegł faceta, prostując się odrobinę.
Alfa roześmiał się.
- To oznacza kogoś z kontynentu. Kogoś kto się nie wpasował. Mógłbym ci pokazać okolicę. Nie musisz się od razu wściekać – odparł mężczyzna i uśmiechnął się do niego odrobinę szerzej, najwyraźniej chcąc mu pokazać, że nie miał nic złego na myśli.
Danny nie wierzył mu jednak ani przez chwilę i Grace również.
