Od autorki: Ten rozdział będzie długi! John zgłębia własne uczucia, po czym (wreszcie) poddaje się im! Czyżbym widziała pocałunek na horyzoncie?
Po spokojnym wypiciu herbaty, Sherlock przeprosił Johna i poszedł pod prysznic oraz zmienić ubrania. Chciał wrócić do swoich ciuchów, by na nowo się zadomowić. Prawie nie potrafił w to uwierzyć. John zawołał, żeby nie zniszczył gipsu na nadgarstku i szyny na kolanie. I żeby nie zamoczył szwów. I żeby na pewno owinął z powrotem bandaże wokół żeber kiedy skończy. Sherlock tylko uśmiechnął się i pozwolił mu mówić. John już taki był. To była część tej cudownie nieodgadnionej strony Johna, której Sherlock nigdy nie potrafił ogarnąć. Co czyniło go wyjątkowym na całym świecie. Co czyniło z niego jedyną osobę, której Sherlock był bezgranicznie oddany. Ta nieopisana cecha, którą Sherlock uwielbiał.
Po prysznicu, który go uspokoił bardziej niż jakikolwiek narkotyk, ubrał jeden ze swoich t-shirtów i spodnie z piżamy. Kiedy wrócił do salonu z bandażami w ręku, John, wpatrzony w korytarz, już na niego czekał. Jakby się bał, że zniknie kiedy tylko spuści go z oczu. Sherlock nie mógł go winić. Bez słowa podał Johnowi opatrunki, ten wziął je i wskazał Sherlockowi by podniósł koszulkę. Oczywiście widział już zasinienie na boku Sherlocka, kiedy pomagał mu się obmyć, mimo to wyglądało bardziej obrzydliwie, kiedy zostało obnażone pod numerem 221B. Te sińce nie pasowały do ich domu. Należały do innego miejsca. Daleko od ich zacisza.
Kiedy owijał bandażami żebra Sherlocka, ukradkiem przyjrzał się ranom na jego plecach. W większości wyleczyły się w szpitalu, wszystkie prócz tych najgłębszych. Plecy Sherlocka wyglądały jak mapa drogowa zrobiona z blizn. Tworzyły makabryczną konstelację zgrubiałej tkanki na jego bladej skórze. Sherlock wydawał się ich już nie zauważać. Jednak John nigdy ich nie zapomni. Nie będzie w stanie. Pozostały w jego umyśle, wyryte w pamięci na zawsze. Nawet jeśli znikną, te najlżejsze na pewno, John przez wiele następnych lat będzie w stanie wskazać każdą z nich. Będzie mógł przypomnieć sobie każdą jakby nadal tam były.
Sherlock wstrzymał oddech kiedy był owijany bandażami, nie chcąc stękać z bólu z powodu tego co John robił. Wiedział, że opatrunki musiały być ciasno zawinięte, żeby były efektywne, ale John nie musiał wiedzieć jak bardzo go to bolało. Zamknął więc oczy i wycofał się na schody pałacu pamięci. Nie musiał wchodzić do środka z powodu tak błahego bólu, szczególnie w porównaniu z tym co przeszedł, ale już samo stanie u progu pomagało. Kiedy tak stał, nie mógł się powstrzymać by nie rozejrzeć się dookoła i przypomniał sobie ohydne wgłębienia wyryte na ścianach i podłogach. Ciągłe wspomnienie tego, co wydarzyło się w tamtej jaskini. Mógł je teraz przestudiować na chłodno, zobaczyć czym były i nie zwracać na nie już więcej uwagi. Ale nadal nie potrafił zatrzymać drgnięcia obrzydzenia i strachu, które w nim wywołały. Na szczęście była to wewnętrzna reakcja.
Kiedy skończył, John opuścił koszulkę Sherlocka i zajął miejsce naprzeciwko najlepszego przyjaciela. Pod wieloma względami czuł, jakby faktycznie nigdy nie zniknął. Widzieć go tutaj było totalnie surrealistyczne, jedynymi śladami piekła jakie przeżył były ponure zmarszczki na jego przystojnej kanciastej twarzy. Ale głęboko w duchu, John odczuwał różnicę jak między nocą a dniem. Zawsze był zafascynowany Sherlockiem. Już na samym początku Sherlock powalił go swoim geniuszem. John był nawet rozbawiony i oczarowany jego zupełną ignorancją jeśli chodziło o subtelności społeczne. Wiedział, że te małe dziwactwa, które inni widzieli jako okrucieństwo i bezduszność, to tak naprawdę nieznajomość tej och-jakże-ważnej-rzeczy zwanej taktem. Sherlock nie był oziębły. Opisywał co widział. A widział wszystko. Ta szczerość była dla Johna orzeźwiająca.
Doskonale się dogadywali już od pierwszej sprawy, którą razem rozwiązali. Sherlock natychmiast zaprzyjaźnił się z Johnem dzięki swojej brutalnej szczerości i bystrości. To przerodziło się w lojalność, przyjaźń, oddanie. Przyznał się do wszystkich tych uczuć jeszcze przed zniknięciem Sherlocka. Jednak tym, czego nigdy do siebie nie dopuścił była miłość.
John kochał Sherlocka w sposób, który go zarówno zawstydzał jak i przerażał tak długo, że go zagłuszył. Zanim go stracił, John stronił od słowa miłość. Wiedział, że było wiele rodzajów miłości, miłość rodzinna, przyjacielska miłość, miłość do kraju, ale to, co czuł względem Sherlocka przypominało miłość romantyczną, którą wolał odepchnąć niż przyznać, że jego odczucie było podobne do tego, co można czuć do kochanka. Czasem bał się tego, czasem odczuwał nawet zażenowanie. Przez długi czas uznawał, że dorwała go przypadłość kultu bohatera. Ale Sherlock, co nie bez racji zostało mu wytknięte, nie był bohaterem. Było to prawdą pod wieloma względami. Sherlock nie był doskonały, był arogancki i często, mimo swego geniuszu, naiwny. Ale John uwielbiał w nim i te wady.
Po pogrzebie Sherlocka, John wreszcie przyznał się do tych uczuć. Wylał całą zawartość swojego serca na grób Sherlocka. Wyznał jak bardzo się o niego troszczył. Czego by nie dał, żeby Sherlock wrócił. Jak bardzo chciał móc powiedzieć Sherlockowi, choć raz, że go kochał. Nie wiedział co to oznaczało – dla niego, dla nich – ale opłakiwał nie tylko utratę mężczyzny, ale również to, że Sherlock nigdy nie wiedział, jak bardzo był kochany.
Był prawie pewien, że nikt nigdy Sherlockowi tego nie powiedział. John niewiele wiedział o dzieciństwie Sherlocka, ale domyślał się, że nie było najlepsze. Był samotny przez prawie całe swoje życie. Nawet Mycroft, o którym John wiedział, że przejmował się Sherlockiem, nie był z tych, którzy się ugną i powiedzą coś takiego, nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Ale każdy – szczególnie Sherlock – zasługiwał na to, żeby mu powiedzieć, że był kochany. John gorzko żałował przez dwa lata, że nigdy nie wyznał najlepszemu przyjacielowi co naprawdę do niego czuł.
Teraz jednak nie był pewien jak to powiedzieć. Sherlock mu ufał. Bezgranicznie wierzył, że John go nigdy nie skrzywdzi. W świetle tego przez co przeszedł, John uznał to za cud. Jakby się poczuł, gdyby jedyny człowiek na całym świecie, któremu ufał, nagle wypaplał, że go kocha? Z pewnością miłość nie była zła. Ale John nie wiedział, co u Sherlocka może wywołać przykre wspomnienia. Czy powinien zaryzykować?
Pomyślał o wszystkich tych momentach, w których modlił się o choćby jedną chwilę z Sherlockiem. Tę jedną szansę by powiedzieć mu co czuje. By go przytulić. By na niego spojrzeć. Czuł się nieszczery względem wszystkich tych obietnic złożonych z nadzieją, by posiedzieć z Sherlockiem o te parę minut dłużej, bez wymówienia choćby słowa. Ale jakie by były konsekwencje? I co więcej, czego właściwie John chciał?
Spędził lata na przekonywaniu ludzi, że on i Sherlock nie byli parą. Bliskość, którą dzielili, ich zwykła intymność, oczywista zgodność, cały czas wprawiała ludzi w błąd. Johna nigdy w życiu nie pociągali mężczyźni. Kiedy Sherlock pierwszy raz podziękował Johnowi za zainteresowanie i delikatnie mu odmówił, John był skonsternowany i trochę zmartwiony. Na litość boską, przecież z nim nie flirtował. A może? W czasie, który spędzili razem, z absolutną pewnością nauczył się przynajmniej jednego. Kiedy najbardziej spostrzegawczy człowiek na świecie myśli, że z nim flirtujesz… to prawdopodobnie tak właśnie jest.
Ta świadomość nim wstrząsnęła. Jakim cudem był zainteresowany innym mężczyzną? Ale po jakimś czasie pogodził się z tym. Sherlock nie był byle kim. Nie to, żeby był w jakiś sposób zniewieściały. Wręcz przeciwnie. Chodziło po prostu o to, że Sherlock był po prostu pociągający. Gdyby urodził się z biustem, John próbowałby go zaciągnąć do łóżka już przy okazji pierwszego spotkania. Ale że był mężczyzną, trochę mu zajęło pogodzenie się z tym, że jest nim zainteresowany. Ale nawet wtedy, gdy się do tego przyznał sam przed sobą, zwalczył to. Niepokoiła go nie tylko wizja fizycznego zbliżenia z innym facetem, ale i onieśmielająca niepewność, co by się stało z ich przyjaźnią. Byli współlokatorami, partnerami, najlepszymi przyjaciółmi. I mimo, że nie robił tego celowo (albo tak myślał), tej pierwszej nocy John chciał poznać odczucia Sherlocka w tej materii.
Sherlock uznawał się za poślubionego swojej pracy. Schlebiało mu zainteresowanie doktora, ale nie był zainteresowany. Za każdym razem, kiedy John wspominał sobie tą rozmowę był nią zmieszany, niepewny czy Sherlocka pociągały kobiety, mężczyźni, czy żadne z powyższych. Z czasem, który spędzili razem, John doszedł do wniosku, że Sherlock po prostu nie interesuje się seksem. John był pewien, że by go znudził. Pomimo wieloletniej koegzystencji John nie miał pojęcia, czy Sherlock w ogóle zaspokaja swoje potrzeby, czy na tyle zdołał opanować tą część siebie i już więcej ich nie odczuwał. Nie sądził, żeby Sherlock wykradał się z mieszkania na szybki numerek w środku nocy, co go raczej uspokoiło. Byłby zazdrosny gdyby Sherlock miał jakiegoś partnera seksualnego?
No cholera, jak najbardziej.
Ale wiedział, że nie miał prawa do okazania zazdrości, gdyby kiedykolwiek taki partner się pojawił. Nie chciał się przystawiać do Sherlocka, więc nie miał prawa być zazdrosnym o kogoś, kto by to robił. Jednak w życiu Sherlocka nikt taki się nie pojawił, za co John był wdzięczny. Ale równocześnie był za to na siebie wściekły. Chciał, żeby jego przyjaciel był szczęśliwy. Po prostu nie chciał, żeby znalazł to szczęście z kimkolwiek innym. Ale też nie chciał ryzykować tego, co już między nimi było, poprzez proponowanie czegoś więcej. Wszystko było totalnie pokręcone.
Pomijając już wszelkie obawy, czy naprawdę chciał być tą jedyną osobą w życiu Sherlocka? John starał się rozważyć problem z brutalną szczerością, jak jakby to zrobił Sherlock. Czy lubił Sherlocka – tak. Czy troszczył się o Sherlocka – tak. Czy chciał spędzić resztę życia bez Sherlocka? – nie. Czy kochał Sherlocka – tak. Był zainteresowany Sherlockiem… tak. Więc jedynym powodem, który go powstrzymywał był strach przed odtrąceniem? Nie, jeśli miał być szczery było coś jeszcze. Zawsze był nieustępliwy jeśli chodziło o własną orientację, która w jego rozumieniu nie brała pod uwagę mężczyzn. Ale samo przypuszczenie go nie obrażało. Kurde, Harry przyznała się kiedy miała szesnaście lat i John był pierwszą osobą, której powiedziała. Pomimo dzielących ich różnic cieszył się jej szczęściem. Nie zawracał sobie gitary z kim się całowała, póki była szczęśliwa. Więc dlaczego sam tak długo i zawzięcie trzymał się myśli, że jest hetero?
Nie był pewien. Może to była jego ostatnia ochrona przed Sherlockiem. Skoro udało mu się samego siebie przekonać, że nie mógłby być nim zainteresowany, to niczego by nie stracił przez własne tchórzostwo. Żadnych utraconych możliwości. Nie mógł stracić czegoś, czego już od samego początku nie chciał. Ale oj, chciał tego. Po raz pierwszy będąc wszystkiego świadom, pozwolił sobie pomarzyć o pocałowaniu Sherlocka. To było coś czego nieraz doświadczył w snach, ale po utracie Sherlocka, w świetle poranka zawsze je odpychał. Rozpamiętywanie takich snów uznawał za brak szacunku. Biorąc pod uwagę, że nigdy się nimi nie kierował za życia Sherlocka, nie zasługiwał na takie fantazje nawet po jego śmierci. Ale teraz Sherlock wrócił. Siedział przed Johnem, cały i żywy, i nadal bardzo pociągający.
Wyobraził sobie jak siedzi na podłodze między kolanami Sherlocka, ich czoła opierały się jedno o drugie, usta zawieszone w oczekiwaniu… by w końcu zbliżyć się w delikatnej pieszczocie. Zadrżał, ale stłumił reakcję świadom, że Sherlock Holmes siedział pół metra od niego i go obserwował. Mógł przejrzeć twarz Johna? Był zniesmaczony przyjacielem? Zawiedziony? …wystraszony?
- Powiedz mi Johnie, o czym właśnie myślałeś, - głęboki głos Sherlocka przerwał jego myśli. Oczy rozszerzyły mu się z zaskoczenia, zamglone obawą. Co Sherlock wyczytał z jego twarzy?
- To znaczy, że nie wiesz? Nie było jakiegoś mikroskopijnego skurczu mojej brwi, ledwo zauważalnego drgnięcia na policzku, który by zdradził moje myśli? - Starał się zakryć niepokój uśmiechem. Sherlock tylko przyjrzał mu się dokładniej, jakby próbował przebić się do jego duszy. Zmarszczył brwi zatopiony w myślach.
- Nie, - w końcu orzekł cicho. - Jesteś moim słabym punktem John.
- Słabym punktem?
- Potrafię czytać z ludzi jak z otwartej księgi. Obawy, pragnienia, fantazje, sekrety. Ale ty… jestem zbyt blisko ciebie, by naprawdę móc cię przejrzeć. Kiedy się boisz widzę to, tak, i zmieszanie i radość, i każdą inną z całej gamy emocji. Ale zazwyczaj twoje myśli pozostają dla mnie zagadką. Teraz właśnie wydawałeś się być… zaniepokojony. Potem zamyślony, następnie prawie przerażony. Potem… - Przerwał jakby starał się odpowiednio dobrać następne słowa. - Potem, przez chwilę myślałem, że zobaczyłem… - Potrząsnął głową, oczyścił umysł i spojrzał na Johna. - Ale nie jestem już w stanie powiedzieć co myślisz. Obawiam się, że to wada uczuć. Taka jest cena.
- Czy zamiast sympatii wolałbyś posiąść zdolność odczytywania moich myśli?
Sherlock powoli pokręcił głową. - Nie zamieniłbym tego za nic w świecie. Ale fakt, że nie mogę cię przejrzeć wcale mi niczego nie ułatwia. Więc powiedz mi. O czym myślałeś?
John odczekał chwilkę ciesząc się, że Sherlockowi zależało. Bardzo. Tak bardzo, że dobrowolnie poświęcił swoją umiejętność „widzenia". - Myślałem, - zaczął powoli. - O żalu.
- O żalu? - ten głęboki, piękny głos rozbrzmiał w jego sercu.
- O rzeczach, których żałuję, że nie powiedziałem. Których nie zrobiłem. Przedtem. Kiedy myślałem, że cię straciłem. Było tyle rzeczy, które chciałem ci powiedzieć.
- I? - Zachęcił Sherlock.
- I potem zastanawiałem się, dlaczego ich nigdy nie powiedziałem. I czy te powody nadal są aktualne. Jak byś wtedy zareagował, gdybym ci powiedział, jakbyś teraz zareagował. Ryzyko. Myślałem o możliwościach i czego naprawdę chcę.
Serce Sherlocka zaczęło mocniej bić. Nagle poczuł się jakby przebiegł długi dystans. Ale nie z wysiłku, to nie jego mózg wypuszczający związki w odruchu typu uciekaj albo walcz. To nawet nie do końca były nerwy. To było coś innego. Coś całkiem nowego. Nadzieja. Dzika, nieopanowana nadzieja. Oczekiwanie, obietnica czegoś cudownego. Ciężko przełknął ślinę, jego umysł był w milionie miejsc jednocześnie. Nabrał powietrza by sprawdzić, czy faktycznie w pokoju zrobiło się cieplej, czy tylko mu się zdawało. Badał ruch źrenic Johna chcąc sprawdzić również i jego reakcje. W głowie wertował różne możliwości zakończenia tej konwersacji. Złe i dobre. Zapisywał każde nowe odczucie, które kłębiło się w jego klatce piersiowej, sposób w jaki mrowiły i pulsowały jego nerwy. Czy to było to, czego brakowało mu przez całe życie?
- Żałujesz, że mi nie powiedziałeś czego? - W jego słowach był wyczuwalny cień desperacji, którego nie potrafił powstrzymać. Jego jasne niebieskie oczy wwiercały się w zielone oczy Johna, badały. - Czego chcesz?
- Powinienem był ci powiedzieć… - John czuł się zahipnotyzowany przez Sherlocka. Złapany w sieć, pod wpływem jego czaru. Urzeczony. - Powinienem był ci powiedzieć, że… że ja…
- Że ty co? - Ten wyciszony głos przepłynął przez żyły Johna jak żywe srebro, wywabiając go, prezentując Sherlockowi jego duszę.
- Że cię kocham. - Słowa brzmiały szorstko, jakby umęczone, powiedziane niskim i miękkim tonem. Nie mogąc znieść myśli, że mógłby zostać źle zrozumiany, Sherlock potrząsnął głową.
- Ja ciebie też kocham Johnie, wiesz o tym.
- Nie Sherlock, ja kocham cię. Bardziej niż cokolwiek. Niż kogokolwiek. Nie tylko jak przyjaciela.
- Ja… ty… - Zazwyczaj elokwentnemu Sherlockowi teraz zabrakło słów.
- I chcę- chcę czegokolwiek co jesteś w stanie mi dać. Cokolwiek, wszystko. - John zorientował się, że nie może powstrzymać potoku słów. Sherlock je słyszał, przetwarzał z prędkością światła, ale nadal nie chciały wsiąknąć.
- Masz na myśli… miłość romantyczną? - Jego oczy były zwrócone na twarz Johna w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek o tym, co myślał i czuł.
John westchnął, jego obnażone serce leżało między nimi. - Tak. Miłość romantyczną. Nie wiem, co to dla nas oznacza i nie wiem dlaczego- nie, to nie prawda, wiem dlaczego, to wszystko, twój umysł twoje serce, twój dowcip, twoja szczerość-
- Myślałem, że nie jesteś gejem. - Mały uśmieszek pojawił się w kąciku ust Sherlocka, kiedy zaczął ogarniać to, o czym John mówił. Nieokiełznana radość rozprzestrzeniła się po jego klatce piersiowej. Nie mógł się powstrzymać, musiał podpuścić cudownego mężczyznę przed nim. John zamknął usta i się skrzywił.
- Nie jestem. Po prostu…
- Ale jesteś mną zainteresowany?
- No tak, ale tylko tobą!
- Już cię nie interesują kobiety?
- Nie! To znaczy, tak- czekaj, nie. Nie o to mi chodzi. Tak, myślę, że kobiety są… - urwał kiedy zauważył uśmieszek na twarzy Sherlocka. - Przeklęty idiota. Nabijasz się ze mnie, prawda?
Sherlock zachichotał. - Twoje wykręty były dość zabawne, - przyznał. John spojrzał na niego spode łba.
- To nie jest nic śmiesznego Sherlock. Otwieram przed tobą serce, a ty się z tego nabijasz. - Wyglądał jakby miał zaraz pokazać Sherlockowi język. Mimo to, uśmiech nie schodził z twarzy Sherlocka.
- Czy tą niedorzeczność mogę zwalić na nagłą i beztroską radość?
- Nie, oczywiście, że nie możesz- zaraz, na co?
Sherlock odchrząknął i jego twarz na nowo spoważniała. - Wiesz Johnie, że uczucia i ja jesteśmy sobie dosłownie obcy. Że bycie ofiarą baśni zwaną miłością zawsze uznawałem za głupią słabość. I przez to poruszam się teraz po niepewnym gruncie. A to… sprawia, że czuję się nieswojo. Drażni mnie, kiedy nie wiem co mam robić, reakcje, które to wywoła u mnie i innych. Szczerze mówiąc, ta niepewność mnie przeraża. Nienawidzę tego. A jednak mimo to, już od jakiegoś czasu jestem na łasce moich irytujących uczuć i przestałem je zwalczać. Intrygujesz mnie, zachwycasz, pasjonujesz, górujesz nade mną. Nigdy nie wątpiłem w to, kiedy ludzie mówili, że nie mam serca. Ponieważ już dawno je oddałem – tobie.
- Ty… już się ze mnie nie nabijasz, prawda? - John był wstrząśnięty do głębi. Sherlock tylko uśmiechnął się ponuro.
- Nie. Jestem poważny. Niepokojąco poważny.
- Więc. Kochasz mnie. Romantycznie. - Sherlock przytaknął. - A ja kocham ciebie. Romantycznie.
- Na to wygląda.
- I żaden z nas nigdy nic drugiemu nie powiedział.
- Oczywiście.
- Jezusie Maryjo z Józefem, jesteśmy cholernymi głupcami! - John opadł na oparcie i uderzył się dłonią w czoło.
- Przez cały ten czas, wszystkie te lata wątpliwości, strachu, potem wyrzutów, że nigdy nic się nie powiedziało, nie wiedząc jak by to mogło być… - Potrząsnął głową. - Od jak dawna? - Sherlock nie potrzebował wyjaśnienia. Wiedział o co John pyta.
- Nie wiem dokładnie. Wiem, że przywiązanie przyszło po uczuciu. Myślę, że po prostu jestem tak zaprogramowany. Nie żeby ci czegoś fizycznie brakowało, - dodał szybko. John tylko się uśmiechnął. - Ale w międzyczasie, kiedy zrozumiałem, że jesteś moim prawdziwym przyjacielem, moim najlepszym przyjacielem, jedyną osobą na świecie, której ufałem bardziej niż komukolwiek innemu, którą szanowałem bardziej niż kogokolwiek i, niechętnie się do tego przyznałem, której potrzebowałem bardziej niż kogokolwiek, stało się dla mnie niepokojąco jasnym, że to, co do ciebie czułem, było czymś więcej niż przyjaźnią. I z tego wyrosło prawdopodobieństwo czegoś… więcej.
- Czemu mi nigdy nie powiedziałeś? Mogłeś się zorientować, że jestem tobą zainteresowany, zanim ja sam cholera to zauważyłem. Od razu wiedziałeś.
- Powiedziałem ci John. Jesteś moim słabym punktem. Wtedy mogłem to dojrzeć, bo nie wiedziałem, że odwzajemniam twoje uczucia. Ale kiedy do mnie to dotarło, nie mogłem już więcej ufać moim przeczuciom względem ciebie. Mówiłem ci wiele razy jak głupie są uczucia. Przeszkadzały mi w pełni wykorzystywać moje zmysły. Wydawałeś się wystarczająco zadowolony umawiając się z całą rzeszą kobiet i już więcej nie ruszyłeś tematu. Kiedy myślałem, że mogę zaufać swoim obserwacjom implikującym, że możesz odwzajemnić zainteresowanie, twoje podejście nagle się zmieniało. Poza tym, stanowczo oznajmiałeś całemu światu, że nie jesteś gejem. - Sherlock machnął rękami z frustracji. - Ale kiedy przychodzi co do czego, byłbym zadowolony się temu poddać. Po prostu sama twoja obecność w moim życiu byłaby dla mnie wystarczająca. Nigdy przedtem nie doświadczyłem prawdziwego pożądania, a więc utrata tego aspektu związku nie byłaby dla mnie wielką tragedią.
John milczał przez dłuższą chwilę. Ciężko mu było uwierzyć w bezinteresowność siedzącego przed nim człowieka. Sherlock byłby zadowolony, nawet bez doświadczenia miłości fizycznej, tylko dlatego, żeby John mógł się dalej umawiać na randki? Sherlock byłby zadowolony nie doświadczając nawet dotyku mężczyzny, którego kochał, bez dzielenia się z nim intymnością. Ta myśl wstrząsnęła Johnem do głębi.
- Sherlock. - Chciał powiedzieć więcej, ale słowa utknęły mu w gardle. Nagle zdał sobie sprawę, że Sherlock nadal zdrowiał po niewypowiedzianej traumie. Mimo to, siedzieli razem omawiając seks i miłość jakby nic się nie wydarzyło. Chciał wyciągnąć rękę w stronę przyjaciela, chciał go dotknąć, przytulić go, pocałować te intrygujące wargi zatapiając się w intensywnie niebieskich oczach. Ale czy Sherlock mógł być na to gotowy? Biorąc głęboki oddech dla odwagi, John ześlizgnął się z fotela i uklęknął na podłodze między kolanami Sherlocka. Bardzo wolno podniósł jedną dłoń i przyłożył ją do policzka Sherlocka. Przesunął kciukiem po wyraźnie zarysowanej kości policzkowej, a potem pogłaskał jego wargi. Następnie, milimetr po milimetrze, podniósł usta do ust Sherlocka.
Mimo, że wiedział, że to niemożliwe, Sherlock poczuł się jakby ziemia nagle przestała się obracać. Ostrożnie pozwolił, by życie wyrwało się spod kontroli, kiedy John musnął wargami jego usta w najdelikatniejszy możliwy sposób. Serce Sherlocka natychmiast zaczęło łomotać, zaparło mu dech w piersiach, było jeszcze tysiąc innych fizycznych reakcji, które mógł zarejestrować, ale jego umysł niespodziewanie opustoszał. Był tylko John, tylko te pewne usta dotykające jego warg, tylko ten delikatny oddech na jego twarzy, tylko niepojęta, bezgraniczna miłość między nimi.
To. Tego Sherlockowi zawsze brakowało. Części jego ciała, które uprzednio ignorował wróciły do życia. Krew pędziła przez jego ciało, bębniła mu w uszach ogłuszając na wszystko prócz bicia własnego i Johna serca. Jego ręce same z siebie wyślizgnęły się i złapały Johna za ramiona przyciągając go bliżej.
Kiedy John wydał z siebie zdyszany jęk, Sherlock natychmiast go puścił.
Oszołomiony i trzęsący się Sherlock przyłożył dłoń do ust i starał się opanować. Odchrząknął świadom, że oblewa się rumieńcem.
- Ja, ja przepraszam. Nie wiem co mnie napadło. - Wstał gwałtownie i zaczął chodzić w te i we wte po dobrze już wydeptanym przez Johna miejscu na dywanie. - Najwyraźniej nie jestem właściwie przygotowany by ogarnąć te nowe odczucia.
- Nie rób tego, - powiedział John siadając na piętach.
- Czego?
Sherlock raptownie się do niego odwrócił.
- Nie chowaj się za tą zimną, opanowaną maską. Rozumiem, że się boisz. Szczerze, mnie też to przeraża. Ale nie chowaj się przed tym. Nie chowaj się przede mną.
- Jesteś jedyną osobą na świecie, przed którą nie muszę się chować, - rozmyślał Sherlock. „Ale teraz jesteś też jedyna osobą na świecie, przed którą chciałbym się schować najbardziej. - Chodził tam i z powrotem. - Po prostu potrzebuję czasu. Żeby przemyśleć nowe dane. Muszę to poukładać w swojej głowie.
- Sherlock to nie jest równanie matematyczne, które możesz rozwiązać, nawet z tym twoim niesamowitym mózgiem. - John wstał z podłogi i stanął przed Sherlockiem. - Powiedz mi szczerze, co czułeś kiedy się całowaliśmy?
- Uczucia, - rzucił Sherlock. - Bezużyteczne, głupie-
- Przez całe lata byłem tchórzem, - John przerwał mu groźnie. - Chowając się przed tobą, przede mną, przed nami. Jesteś zbyt dobry, żeby paść ofiarą tego samego tchórzostwa. Nie pozwolę ci.
- Nie jestem- Wściekłe słowa Sherlocka zamarły mu w ustach. Był. Chował się przed nieznanym. W obawie przed tak podstawową rzeczą jak emocje. Był właśnie takim tchórzem o jakim mówił John. Ale mógł się z tym zmierzyć. Przestał dreptać i badał twarz Johna. - Dobrze, byłem. - Widząc uśmiech Johna poczuł, jak i na jego usta wpływa drobny uśmieszek. - Przyznaję, że jest to dla mnie obce pojęcie. Nie cierpię mojego strachu przed tym. Strach jest bezużyteczny, łatwy by kogoś wykorzystać i porzucić.
- Więc rzućmy trochę więcej światła na ten temat, rozwiejmy wątpliwości. Możemy przez to przejść.
- Jak możesz być tego taki pewien? - Sherlock był szczerze zaintrygowany, John widział to na jego twarzy.
- Właściwie przez coś, co powiedział mi twój brat.
- Mycroft. - Sherlock skrzywił się.
- Tak. Powiedział, że razem możemy rozpracować wszystko. Twój mózg i moje serce. Razem wszystko jest możliwe.
- A ty… wierzysz mu?
- Tak, wierzę.
Od autorki c.d.: Yayayayay! Czyż nie są słodcy? Uwielbiam ich kiedy są razem. Nie martwcie się, będzie więcej! I oczywiście… zapowiada się więcej poważnych momentów. Wytrzymajcie ze mną! Myślę, że w następnym rozdziale stary znajomy złoży im wizytę ;)
