Świat spowiła znajoma, gęsta mgła.

Miejsce, które stało się zgubą nie jednego istnienia, właśnie otworzyło swe ramiona na nowych przybyszy.

Nadszedł dzień, w którym należy porzucić nadzieje i długo skrywane pragnienia.

Nadszedł czas ich próby.

Zamrugał dwa razy upewniając się, że widzi wystarczająco wyraźnie.

Nie był pewien, gdzie dokładnie się znajduje. Obraz, który miał przed sobą coś mu przypominał, jednak był zbyt... zniekształcony. Otoczenie wydawało się przybierać jednolity kolor. Blada szarość, raz po raz, przeplatała się z marnym odcieniem żółci. Nawet niebo nie miało swojego prawowitego koloru. Pokryte gęstymi chmurami dodawało ponurej atmosfery.

Jakby już nigdy nie miało wyjść słońce.

Jakby nadzieja umarła na zawsze.

Cailan podniósł się z klęczek czując ból prawie w każdej kości. Jak długo leżał zanim odzyskał przytomność? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Wiedział, że czas tutaj płynie w innym tempie.

To nie była prawdziwa rzeczywistość, nie ta, którą znał. Wiedział o tym. Zbyt dobrze pamiętał determinację, z jaką przemierzał spowite krwią komnaty Wieży Kręgu. Miał wrażenie, że jego serce wciąż bije jak szalone, kiedy po raz setny tej nocy przeczesywał kolejne piętra w poszukiwaniu swoich przyjaciół.

Nawet mocny upadek, który tutaj doświadczył nie potrafił wybić z jego głowy widoku smutnej twarzy Elizabeth sekundę przed tym, jak jakaś niewidzialna siła złamała ją powodując twardy upadek na podłogę.

W tamtej chwili był pewny, że właśnie został świadkiem ich śmierci. Jej śmierci.

Być może, dlatego tutaj trafił? Racjonalne myślenie, które zaczęło mu towarzyszyć od jakiegoś czasu, natychmiast wyparowało, kiedy tylko wziął swoich przyjaciół za martwych.

Rzucił się na wielkiego plugawca, jako na pierwszą istotę, którą zobaczył. Niestety, nie zdążył nawet pokonać połowy dystansu dzielącego go od przeciwnika. Wystarczyło kilka sekund, aby cała siła i zażartość do walki zniknęły w zapomnienie, a zastąpiła je jedynie...

Pustka.

;_;_;_;_;

- Nie jesteś Duncanem, prawda?

- Nie, a ty nie trafiłeś tutaj w ten sam sposób, co twoi przyjaciele. – Odpowiedział powoli ciemnoskóry mężczyzna. I chociaż coś żyjącego w tym równoległym świecie postanowiło przybrać formę poległego Szarego Strażnika, nie był on tylko marną imitacją tego, co Cailan zapamiętał. Duncan, którego miał przed sobą był idealnym odzwierciedleniem prawdziwej jego osoby. Ten sam niski głos, mimika twarzy, gesty, sposób mówienia. Aż ciężko było nie uwierzyć własnym oczom.

Cailan miał wrażenie, że im dłużej trwa ta rozmowa, tym trudniej jest pamiętać, że to wszystko nie dzieję się naprawdę.

- Moi przyjaciele? Czyli... oni też tutaj trafili?

Mężczyzna kiwnął głową.

- Wyczuwam, że masz świadomość gdzie się właśnie znajdujesz – zaczął Duncan wskazując ręką na otoczenie. Za nim rozpościerał się widok na wielką, kamienną twierdzę. Dopiero teraz Cailan mógł uważniej przyjrzeć się budowli. – Zdołałem przechwycić cię zanim oni to zrobili.

- Oni?

- Pustka jest domem dla wielu stworzeń, których wy – śmiertelnicy – się obawiacie. I słusznie. Jednak żyją tu również duchy, dobre duchy, które mogą pomóc.

Król przeniósł powoli wzrok na ciemne oczy dawnego towarzysza broni. Zawsze biła od nich niespotykana mądrość i wewnętrzny spokój. Zdawał się być człowiekiem, który wiele przeżył w swoim życiu. Naznaczony przez przeszłość licznymi bliznami, a jednak zawsze uśmiechnięty w ten sam, pokrzepiający sposób. Widok ten coraz bardziej ściskał mu gardło.

Duncanie, co byś zrobił na naszym miejscu?

Niewypowiedziane pytanie mieszało się wraz z tysiącem myśli wciąż oczekując odpowiedzi.

Król przyglądał mu się z zainteresowaniem zastanawiając się nad przeszłością Strażnika. Musiała mieć na niego ogromny wpływ skoro stał się tak mężnym i odważnym człowiekiem.

Znał to skądś. Od jakiegoś czasu nie poznawał sam siebie.

I pomyśleć, że gdyby wtedy, w Ostagarze, był odrobinę roztropniejszy.

Zamrugał dwa razy przypominając sobie, kogo naprawdę ma przed sobą.

Zginął przeze mnie.

- Nie obwiniaj się za przeszłość, lecz zawalcz o przyszłość – odezwał się niespodziewanie duch - Oni wciąż tu są i potrzebują twojej pomocy.

- Tak, to prawda – otrząsnął się król – Ja... jestem gotowy.

;_;_;_;_;

Cały otaczający ich świat marnie próbował przybrać kształt tego, co Cailan tak dobrze znał - Ferelden. Jego ojczyznę. A może to po prostu świadomość gdzie się znajduje nie pozwalała mu uwierzyć własnym oczom? Chociaż gdy tylko spojrzał na ducha-Duncana jego gardło wciąż zaciskało się z żalu.

Postanowił unikać jego wzroku i skupić się na zadaniu, inaczej zwariuje do reszty.

- Gdzie mnie prowadzisz, duchu? – Spytał król po dość długiej wędrówce. Przeszli już po ledwo wydeptanych ścieżkach gęstego lasu, przypominający mu ten zamieszkiwany przez dalijskie elfy. Teraz kroczyli po spalonej ziemi pustego pola, które wyglądało jakby przeszła przez nie horda mrocznych pomiotów.

Wkraczając w kolejne nieznane tereny upewniał się czy wciąż ma przy sobie broń. Zgodził się wyruszyć z tą istotą, jednak wciąż nie ufał mu na tyle, aby czuć się przy nim pewnie. Duch zdawał się wyczuwać jego niepokój, jednak pozostawał spokojny.

- Zbliżamy się do celu, posłuchaj mnie teraz uważnie – zignorował jego pytanie wpatrując się daleko przed siebie, jednak nie zwalniając tempa marszu – Zaraz przekroczymy strefę, w której rządzą demony. W samym jej sercu znajdziemy kobietę, która jest z tobą silnie związana, jednak mocniejszą więź łączy ze swoją przeszłością. Wykorzystują to, aby więzić ją w tym miejscu.

- Elizabeth?

- Zachowuj się naturalnie, demony wiedzą, kim jesteś, jednak dopóki są pewne, że dają swojej ofierze wszystko, czego pragnie, nie wystraszy ich twoja ani moja obecność, ale musisz uważać. To przebiegłe istoty i nawet, jeśli uda ci się wybudzić twoją przyjaciółkę z transu, nie obejdzie się bez walki.

Cailan skinął głową próbując zapamiętać każde słowo i ułożyć w głowie plan działania. I chociaż nie chciał, strach usilnie dawał o sobie znać w każdym milimetrze jego ciała. Wciąż nie wiedział, czego się spodziewać. Skoro Eliz została zamknięta w świecie własnych marzeń, jakim cudem on – osoba prawie nic niewnosząca do jej życia – miałby ją z tego wydostać?

To pytanie postanowił zostawić na później.

Gdzieś w oddali dostrzegł zarysy pierwszych budowli. Wygląda na to, że zbliżali się do jakiegoś miasta. Dziwna mgła przed jego oczami rozmywająca mu obraz zaczęła go drażnić niczym natrętna mucha. Nieodłączny element tej krainy stawał się już nie do zniesienia i zdawał się przyprawiać o ból głowy.

Zanim się zorientował przed jego nosem, jak spod ziemi, wyrosły ogromne, kamienne mury otaczające zamek. Nie minęła minuta, a zatrzymali się przy bramie, powoli otwierającej się przed nimi. Dopiero wtedy Cailan miał możliwość przyjrzeć się uważniej otoczeniu.

Jakimś dziwnym cudem miejsce to wyglądało dokładnie tak jak je sobie zapamiętał. Bywał tu kilka razy, głównie, jako dziecko, towarzysząc ojcu na tych długich i nużących rozprawach o polityce. Zjawił się tu jeszcze raz, już, jako król. Później otrzymywał wiele zaproszeń na różnego rodzaju przyjęcia od samego pana tych ziem, jednak nie korzystał z nich wiele razy.

Pomimo tego zawsze sobie cenił Bryce'a Couslanda pamiętając, że jest on jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju.

- Więc jesteśmy w Wysokożu – szepnął pod nosem przyglądając się strażnikom wpuszczającym ich do środka.

Przez głowę przeszła mu myśl, czy nie powinien się tego spodziewać? W tym całym szale związanym z Plagą, śmiercią i ratowaniem kraju prawie zapomniał, że Elizabeth również wychowywała się za grubymi murami szlacheckiego i dostojnego życia.

Gdzie w takim razie nauczyła się tak walczyć?

Zanim zdążył zastanowić się nad odpowiedzią Duch szturchnął go lekko w ramię odrywając tym samym od własnych myśli.

Szybko pojął, że minęli właśnie schody prowadzące na wyższe piętro do pokojów rodziny.

Tam ją znajdę.

- W imieniu moich rodziców, jesteśmy zaszczyceni mogąc gościć Komendanta Szarej Straży we własnej osobie – znajomy, męski głos dotarł do uszu Cailana, chwilę później wychylił się zza ramienia towarzysza, aby ujrzeć jak szeroko uśmiechnięty młodzieniec natychmiast poważnieje napotykając ciekawe spojrzenie króla.

- Wasza wysokość – Fergus ukłonił się nieco nerwowo – Czym zawdzięczamy pańską wizy...

- Jestem tu przejazdem – odparł od niechcenia mierząc go chłodnym wzrokiem. Pomimo idealnie odwzorowanego wyglądu chłopaka, Cailan wiedział, że jest to jeden z demonów utrzymujących Eliz w swych sidłach. – A gdzie jest twoja siostra? Nigdzie jej nie widzę.

Duch posłał mu groźne spojrzenie, tak bardzo niepasujące do pogodnej twarzy Fergusa.

- Szykuje się – odparł po krótkiej, lecz napiętej ciszy – Wiesz, jakie są kobiety, chcą wyglądać jak najlepiej. W końcu... to dla niej wyjątkowy dzień – uśmiechnął się tajemniczo kłaniając się jeszcze raz – Wasza wysokość wybaczy.

Cailan przyglądał się jak rozmówca odchodzi w stronę drzwi witając nadchodzących gości. Najwyraźniej szykowało się jakieś przyjęcie z udziałem całej szlachty Fereldenu.

Przeszedł przez elegancko wystrojoną salę. Było to spore pomieszczenie z ustawionymi stołami pod ścianą, uginającymi się pod nadmiarem pięknie wyglądających potraw, ciast i wszelkiego rodzaju wymyślnych dań, których smak tak doskonale znał. Cailan z trudem oderwał od nich wzrok przypominając sobie, że to wszystko nie jest prawdziwe.

Obejrzał się w drugą stronę widząc jak światło z wesoło buchającego kominka odbija się w małych kryształkach nisko zawieszonego żyrandola. Był ogromny i trochę w wymyślnych kształtach. Przysłaniał delikatnie owalne sklepienie sprawiając wrażenie większego niż był w rzeczywistości. Ściany zdobiły różne obrazy przedstawiające toczące się bitwy. Na jednym rozpoznał nawet swój wizerunek.

Podszedł bliżej zainteresowany największym z nich. Oprawiony w złotą, grubą ramę nie był kolejnym wizerunkiem walki. Przedstawiał rodzinę Couslandów. Bryce wypinał dumnie pierś z pięścią przyłożoną do klatki i uśmiechał się delikatnie pod gęstym, ciemnym wąsem. Jego żona stała tuż obok, w szerokiej, krwiście czerwonej sukni. Długie, ciemnorude loki ułożyła na prawe ramię. Wyglądała naprawdę olśniewająco. Cailan już wiedział, po kim Eliz odziedziczyła kolor włosów.

Fergus stał przy boku ojca, sięgał nie wiele więcej jak za jego pas. Założył ręce na piersi i przybrał minę lekko znudzonego tą całą farsą. Król prychnął pod nosem przyglądając się jego fryzurze. Dłuższe włosy idealnie zaczesane na tył i kończące krótkim, cienkim warkoczykiem. Pamiętał, że w jego wieku był tak samo czesany. Nienawidził tej idiotycznej kitki z tyłu, czyżby panowała taka moda wśród młodych szlachciców?

Jego wzrok padł na ostatnią postać dopełniającą ten niezwykle precyzyjnie dopracowany obraz.

Mała, sięgająca zaledwie do pasa swojej matki, dziewczynka spoglądała na niego wielkimi jak suwereny oczami. Malarza musiała ponieść wodza fantazji, gdyż jej tęczówki miały kolor nienaturalnie głębokiej zieleni. Uśmiechała się szeroko uwydatniając dwa małe ząbki. Jasne włoski, które jeszcze w żadnym stopniu nie przypominały koloru, jaki z czasem przybrały, zostały spięte w krótkie kucyki nad uszami. Jedną ręką ściskała do piersi małego, pluszowego misia, natomiast za drugą delikatnie trzymała ją matka.

Było w niej coś radosnego, promieniującego. Powodującego niekontrolowaną radość na twarzy króla, kiedy tylko spojrzał na pucowatą twarz dziewczynki.

To coś sprawiało również, że Cailan uśmiechał się ostatnio coraz częściej.

- Widzę, że ten obraz przyciągnął uwagę szanownej wysokości.

Cailan prawie podskoczył słysząc kobiecy głos przy swoim uchu. Tak bardzo skupił się na wizerunku rodziny, że nie usłyszał jak ktoś do niego podchodzi.

- Tak, tak, bardzo... ciekawy obraz – odparł trochę za szybko próbując ukryć zaskoczenie. Tym większe, kiedy odkrył, że został zaczepiony przed jedną z elfich służących.

Szczupła, starsza kobieta z lekko poplamionym fartuchem obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Biła od niej dziwna aura spokoju, ta sama, którą od razu wyczuł od ducha-Duncana.

- Jeśli wasza wysokość jest zainteresowana, na piętrze wisi więcej ciekawych wizerunków rodziny Cousland. Z wielką przyjemnością pokażę – elfka ukłoniła lekko głowę wskazując otwartą dłonią na najbliższe schody prowadzące w górę. Przed nimi stało dwóch uzbrojonych strażników w ciężkich zbrojach.

Sam nie zdołałbym przejść obok nich niepostrzeżenie, ale z nią...

Cailan zamrugał dwa razy analizując sytuację. Wiedział, że nikomu, ani niczemu nie można tu ufać, ale jeśli ma się dostać do Elizabeth musi skorzystać z nadarzającej się okazji. Kiwnął delikatnie głową próbując wyszukać wzrokiem ciemnoskórego Strażnika. W tłumie wciąż pojawiających się gości nie mógł go nigdzie znaleźć.

Elfka ruszyła przodem i jak gdyby nigdy nic przeszła obok sztywnie stojących strażników. Król przybrał kamienną twarz, jednak w razie gwałtownego ruchu był gotowy w jednej sekundzie chwycić za swój oręż.

Dotarli na piętro bez żadnych incydentów. Przed sobą miał długi korytarz z szerokimi drzwiami po prawej stronie i cały rząd wiszących obrazów po lewej. Służąca nie kłamała. Cailan starał się rozejrzeć nieco udając zainteresowanie już pierwszym z nich.

- To William Cousland, kilka lat przed śmiercią. Pradziadek pana Fergusa i pani Elizabeth Cousland – tłumaczyła wskazując na kolejne portrety – A to teyrn Bryce Cousland wraz z rodzicami. Wspaniali ludzie.

Cailan przyjrzał się nieco już wyblakłemu malowidłu widząc niezwykłe podobieństwo w ustawieniu poszczególnych osób do obrazu, któremu przyglądał się piętro niżej.

W tym momencie usłyszał cichy śmiech, a następnie radosne nucenie znajomej melodii.

Odruchowo odwrócił głowę w stronę rozchodzącego się dźwięku chcąc od razu ruszyć w tamtym kierunku. Jednak przypomniał sobie, że nie może tego zrobić.

Starał się szybko wymyślić jakiś pretekst, pod którym mógłby wysłać gdzieś służącą i zostać na chwilę samemu. Kiedy chciał już palnąć pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, z zaskoczeniem okrył, że elfki przy nim nie było. Obrócił się spodziewając się zobaczyć ją za swoimi plecami, ale tam również było pusto. Został sam na środku korytarza.

Niewiele myśląc postanowił wykorzystać okazję i odszukać przyjaciółkę. Kto wie, może służka za moment wróci sugerując odprowadzenie króla na przyjęcie.

Szedł przed siebie nasłuchując cichej melodii. Skręcił w prawo mając nadzieję, że idzie w dobrym kierunku. Powstrzymał się przed pokusą sprawdzenia każdej komnaty na piętrze, najpierw musiał sprawdzić źródło tych dźwięków. Był niemal pewien, że to głos Elizabeth.

Na samym końcu długiego korytarza zobaczył lekko uchylone drzwi. Próbował wejrzeć przez szparę do wnętrza pomieszczenia, jednak nie zdołał nic zobaczyć. Pchnął je lekko powodując ciche skrzypienie, jednak nie zwracając uwagi osoby będącej w środku.

Eliz siedziała przed wyrzeźbioną z dębowego drewna toaletką z okrągłym lusterkiem i czesała swoje długie, rude włosy.

Raz po raz chichotała jak mała dziewczynka i nuciła pod nosem znajome melodie.

Cailan przez chwilę przyglądał się jej plecom, po czym wydusił z siebie ciche:

- Elizabeth.

Dziewczyna natychmiast przerwała czynność upuszczając zdobiony grzebień i odwróciła się w jego stronę z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.

W przypływie tej krótkiej radości spowodowanej jej odnalezieniem, król kompletnie nie przemyślał, co powinien jej powiedzieć. Jak przekonać, że to wszystko nie jest prawdziwe? Że powinna zostawić ten wyidealizowany świat i z nim pójść?

Zresztą... czy ona w ogóle pozna w nim Cailana?

- Wasza wysokość... co ty tu...

Coś ścisnęło go na dnie żołądka, kiedy tylko zwróciła się do niego oficjalnym tytułem. Wiedział już, że nie będzie łatwo.

Postanowił improwizować.

- Csiii – przytknął sobie palec do ust dając do zrozumienia, aby nie mówiła nic więcej – Musimy uciekać – szepnął, a kiedy zobaczył jak jej oczy rozszerzają się w zdumieniu wiedział już, że nie tak powinien to zacząć. Nie miał jednak zbyt wiele czasu na wyjaśnienia. – Wiem, że to brzmi abstrakcyjnie, ale to wszystko nie jest prawdziwe. Uwierz mi, Eliz, jesteśmy w Pustce.

Dziewczyna lekko się speszyła, kiedy król zwrócił się do niej zdrobniale. Wydawała się bardziej przywiązywać uwagę do tego jednego, nic nieznaczącego teraz, szczegółu niż całokształtu wypowiadaniu przez niego słów.

- O czym wasza wysokość mówi? Nie jestem magiem, jaka Pustka? Ach, to miał być taki żart, tak?

Zachichotała nerwowo spięta jego obecnością. Cailan poczuł bezradność mieszającą się z frustracją. Co miał jej powiedzieć, aby mu uwierzyła?

W akcje desperacji postanowił działać.

Złapał ją za nadgarstek szarpiąc do góry. W myślach przepraszał ją setki razy za tak brutalny gest. Kiedy dziewczyna pisnęła usłyszał kroki dobiegające z korytarza. W następnej chwili wyszarpała rękę z jego uścisku. Kiedy na nią spojrzał chcąc to szybko wyjaśnić, zamurowało go.

W jej oczach ujrzał pustkę.

- Co tu się dzieje?!

Bryce Cousland, a raczej jego dobrze odwzorowana postać, wpadła do pokoju ciężko dysząc. Zobaczył stojącą przy toaletce Elizabeth i Cailana, którego spiorunował spojrzeniem.

- Wasza wysokość – natychmiast opanował głos chcąc zachować pozory – Czy coś się...

- Wszystko w porządku, tato – odezwała się dziewczyna poprawiając długą suknię na biodrach – Jego wysokość przyszedł tu, aby mi pogratulować – oznajmiła spokojnie.

- Och to cudownie, kochanie – Bryce podszedł do córki z otwartymi ramionami ściskając ją z miłością.

- Pogratulować? – Powtórzył niezrozumiale Cailan.

- Wiem, że dzisiejsze przyjęcie owiane było lekką tajemnicą. – Zaczął tłumaczyć teyrn – Ale skoro już wasza wysokość wie, że moja córka właśnie się zaręczyła, to nie ma, co ukrywać radości starego ojca.

Zaręczyła?

;_;_;_;_;

Przyjęcie trwało w najlepsze. Muzyka wprawiała gości w świetny nastrój jak i wesoło zapraszała do tańca poszczególne pary.

Elizabeth obdarowywała wszystkich obecnych swoim promiennym uśmiechem. Przy jej boku stali elegancko ubrani rodzice, starszy brat oraz wybranek jej serca. Przystojny młodzieniec o równo zaczesanych, rudych włosach i kwadratowej szczęce. Odziany w lśniącą, ręcznie wykonaną zbroję i z wystającą za jego plecami pięknie żłobioną rękojeścią miecza.

Uśmiechał się dostojnie przyjmując wszystkie podziękowania od szlacheckich rodów.

Cailan kojarzył tego chłopaka. To sir Gilmore. Podobno jeden z najlepszych rycerzy teyrna. Zginął wraz z jej rodzicami podczas zdrady Howe'a.

Król stał oparty o próg drzwi wejściowych przyglądając się jak Elizabeth, z radością wymalowaną na twarzy, opowiada gościom jak się ucieszyła, kiedy rodzice wydali zgodę, aby ich córka poślubiła niewskazanego przez nich szlachcica, a jej dawno ukrywaną przed wszystkimi miłość.

Więc to jest twoim głęboko skrywanym pragnieniem, Eliz?

Natłok kłębiących się myśli nie pozwalał mu spokojnie ustać w miejscu. Raz po raz przekręcał w dłoni mały, srebrny medalion na długim wisiorku. Zabrał go z biurka dziewczyny, kiedy Bryce dość szybko wyprowadził ją pozostawiając króla w jej pokoju samego. Przedmiot przykuł jego uwagę wyrzeźbionym herbem rodu Cousland, a po otwarciu skrywał w sobie miniaturowy obraz. Dokładnie ten sam, któremu dziś się przyglądał.

Sam nie wiedział, dlaczego właściwie to zabrał. Może chciał spojrzeć na jej rozradowaną twarz jeszcze raz?

- Dlaczego zwlekasz, Cailanie? – Przy jego boku pojawił się duch-Duncan. Król nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi wciąż nie odrywając wzroku od przyjaciółki. – Z każdą kolejną chwilą jest coraz gorzej, demony żywią się jej...

- Wiem, co się dzieje – przerwał mu oschle. – Ale co ja mogę zrobić? – zapytał z pretensją – Żadne moje słowa tutaj nie pomogą, żadne przekonania... Nic. Ja... Nie dam jej tego, czego tak naprawdę pragnie. Może nie powinienem się wtrącać... - zakończył z rezygnacją w głosie.

Chociaż doskonale wiedział, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo, to jej uśmiech i radość w oczach nie były udawane. Były najszczerszym wyrazem uczuć, jaki kiedykolwiek widział. Ten widok ściskał go za serce. Wiedział, że musi ją stąd zabrać, jednocześnie tak bardzo nie chciał rzucać ją w wir koszmaru rzeczywistości. Śmierć, pomioty, wojna. Nie zasługiwała na to, aby dłużej cierpieć. Widział jej łzy niejednokrotnie. Wiele razy słyszał jak szlocha po cichu w swoim namiocie. Zawsze chciał do niej podejść, pocieszyć, ale nigdy nie znalazł w sobie wystarczająco odwagi.

Tak samo teraz nie mógł znaleźć odwagi, aby ją z tego wszystkiego wyciągnąć.

- Rób, co chcesz, śmiertelniku – odparł duch. – Ale jeśli ci na niej zależy, nie pozwolisz, aby demony pożywiły się jej duszą dla kilku przyjemnych chwil. Rzeczywistość bywa okrutna, ale jeszcze okrutniejszym jest karmienie się złudną nadzieją.

Cailan przez chwilę analizował jego słowa. Nabrał głęboko powietrza do ust, wiedząc już, co należy zrobić.

Ścisnął mocniej medalion trzymany w dłoni. W następnej chwili założył go sobie na szyję chowając za koszulą pod zbroją.

Ruszył w jej stronę obiecując sobie, że gdy będzie już po wszystkim, szczerze ją za wszystko przeprosi.

;_;_;_;_;

- Jeszcze raz chciałem szczerze pogratulować pańskiej córce, Bryce! – krzyknął radośnie król podchodząc do rodziny.

- Dziękuję, wasza wysokość, twoje błogosławieństwo jest dla nas równie ważne – Gilmore wyszedł przed szereg zasłaniając mu bezpośredni kontakt wzrokowy z Elizabeth. W jego ciemnych oczach kryło się ostrzeżenie, aby nie zbliżał się do ich ofiary.

Cailan obrzucił go miłym spojrzeniem podając mu rękę. W tym momencie zauważył krzywą bliznę przecinającą jego prawy policzek.

- Pamiątka po bitwie? – wskazał palcem na jego znamię.

- Jedna z wielu – odparł krótko.

- Ach, też mam takich wiele – wspomniał nieco rozmarzonym głosem – Wspaniałe czasy. Jedną z takich blizn mam na lewym ramieniu i gdyby nie ta tutaj obecna Elizabeth Cousland miałbym ich zdecydowanie więcej – wskazał na dziewczynę wymijając jej narzeczonego. – Stwórca jeden wie, co zrobiliby ze mną wieśniaki z Lothering, gdyby pańskiej córki wtedy tam nie było.

- Wieśniaki? Lothering? – Powtarzał Bryce lekko zbity z tropu.

- Dokładnie! – ciągnął król zwracając się tym razem bezpośrednio do Eliz – A co by ze mną było, gdybyś Ty, o pani, nie uratowała mnie wcześniej z łap ogra po klęsce w bitwie pod Ostagarem?

- Przecież tą bitwę już dawno wygra...

- Leżałbym tam martwy, zapomniany. A Ferelden pochłonęłaby Plaga.

- Plaga? – wydusiła z siebie cicho marszcząc brwi. Cailan czuł, że do dziewczyny zaczyna coś docierać. W duchu modlił się, aby jego plan zadziałał.

- Wasza wysokość – odezwała się Eleonora kładąc rękę na ramieniu córki – Do Plagi nigdy nie doszło, horda została pokonana zanim...

- Ależ oczywiście, że tak! A to wszystko, dzięki tej oto Szarej Strażniczce – wskazał na przyjaciółkę kładąc nacisk na ostatnie słowa.

- Ja? Strażniczka?

- A teraz, jeśli państwo wybaczą – Cailan ukłonił się dostojnie w stronę Couslandów – Muszę zadać jeszcze jedno pytanie państwa córce.

Wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w postać króla podchodzącego do młodej dziewczyny. Sama Elizabeth wydawała się nieco zmieszana obecną sytuacją. Patrzyła w twarz władcy raz po raz zastanawiając się, dlaczego wydaje jej się bardziej znajoma niż powinna.

Mężczyzna ujął jej prawą dłoń i bez przerywania kontaktu wzrokowego, ukląkł przed nią zachowując dostojną postawę, jak na króla przystało i zapytał:

- Lady Cousland... Czy wyjdziesz za mnie?

Cień uśmiechu przebił się przez zaskoczoną twarz Eliz.

- Mówiłam ci, żebyś tak mnie nie nazy... - urwała nagle uświadamiając sobie coś bardzo ważnego.

Cailan uśmiechnął się pod nosem czując oblewającą go z każdej strony ulgę.

Udało się.