Naskrobałam kolejną część, to i wrzucam. Następna będzie raczej po sesji, kiedy już szczęśliwie zdam wszystkie egzaminy, odpukać.
Sephiroth, Lucynapilo - dzięki za komentarze, w końcu to one karmią wena ;) Za wskazanie tej pomyłki z szukającą też dziękuję – nie wiem, o czym myślałam w trakcie pisania, naprawdę xD

CZĘŚĆ VIII

Pokój, do którego zostaję zaproszony dość niespodziewanie, jest niezbyt duży i dziwnie swojski. Jedną jego ścianę zajmują całkowicie regały szczelnie wypełnione książkami. Po przeciwległej stronie stoją dwa niskie fotele oraz stolik, doszczętnie zawalony woluminami oraz pojedynczymi arkuszami pergaminu, wśród których dostrzegam kubek po kawie. Bardzo duże okno w ścianie naprzeciw drzwi przyozdabiają, odsunięte w tym momencie, zielone zasłony. Szyby, nawet niezbyt przykurzone, wpuszczają do pomieszczenia dużo wieczornego światła. Na kominku pod oknem nie płonie ogień i przez chwilę tego żałuję; mimo iż jest ciepło, wewnątrz tych murów wyczuwa się lekki chłód.

Zdaję sobie sprawę, że jest to ten sam pokój, na który miałem okazję zerknąć przy okazji mojej ostatniej wizyty; przechodzi mi przez myśl, że to swoim wścibstwem sprowokowałem taki rozwój wydarzeń.

Snape zamyka starannie drzwi za nami i czuję się niemal jak w potrzasku. Cholera. A może by jednak uciec…

– Potter, siadaj. – Mistrz Eliksirów zajmuje miejsce w jednym z foteli, w przypływie dość niezrozumiałej gościnności wskazując mi drugi.

Ignorując złe uczucia, siadam. Wygląda jednak na to, że tapicerka nie jest nasączona żadnym trującym jadem. I nie gryzie.

Nie pozostaje mi nic, poza patrzeniem na Nietoperza wzrokiem pełnym ponurego oczekiwania. W zasadzie w ogóle mi się to nie przydaje, ponieważ twarz mojego byłego profesora przypomina maskę, a w ciemnych oczach mogę odczytać tyle, ile w ślepiach starożytnego sfinksa. To przykre; zawsze wydawało mi się, że jestem przenikliwy. Zderzenie złudzeń z rzeczywistością zawsze jest brutalne.

– O czym chcesz rozmawiać? – Czynię pewne starania, aby mój głos brzmiał kulturalnie.

– Jak zwykle, zupełnie niedomyślny. – Tym razem doskonale mogę odczytać informację płynącą z wyrazu twarzy mężczyzny: ależ ty jesteś tępy, zaraz nieodwracalnie stracę wiarę w ludzkość. Zakładając oczywiście, że kiedyś ją miał.

Zgrzytam zębami.

– Może w takim razie mnie oświecisz? – sugeruję.

– Nie wydaje mi się, aby w twoim przypadku była możliwa jakakolwiek iluminacja, Potter. – Snape unosi brew, siadając wygodniej.

– Słuchaj…

Mężczyzna lekceważącym ruchem ręki przerywa moją wypowiedź, nim jeszcze zdołałem na dobre ją zacząć.

– Nie sądzę, abyś miał mi coś ciekawego do powiedzenia. Pozwolisz, że przejdę do rzeczy – mówi sarkastycznym tonem.

– Pozwolę – burczę pod nosem. Jak tu wyjść z twarzą po takim oświadczeniu?

– Cudownie, doprawdy.

– Sn…

– Nie przerywaj mi, Potter! – Z tłumionym jękiem bezsilności zapadam się głębiej w miękkie siedzisko. Despotyzm tego faceta nieodmiennie doprowadza mnie do szału. – Doskonale. Dzisiaj po raz pierwszy udało ci się zastosować oklumencję w praktyce. Myślałem już, że nie dane mi będzie dożyć tego dnia.

Prycham cicho.

– Mało brakowało, a nie dożyłbym też następnych – kontynuuje Snape niewzruszony. – Niemniej, w końcu postanowiłeś zrobić użytek – mierny, bo mierny – z mózgu, czy czegokolwiek, co tak naprawdę znajduje się w twojej czaszce. Oby ten rzadki stan się utrzymał, bo dopiero teraz czeka na ciebie naprawdę ciężka praca.

– Czyli? – Zerkam na Nietoperza podejrzliwie.

– Musisz nauczyć się lepiej… posługiwać swoją mocą przy oklumencji. Czy muszę ci to wyjaśniać? – Odwracam wzrok przed kpiącym spojrzeniem Mistrza Eliksirów, czując ukłucie wyrzutów sumienia. Przypominają mi się jego pogruchotane żebra.

– Przecież przeprosiłem…

– To nie o twoje mierne przeprosiny tutaj chodzi. – Snape potrząsa lekko głową. – Nie szkodzi też, jeśli odrobinę uszkodzisz osobę, która próbuje użyć na tobie legilimencji. Przypuszczam zresztą, że efekt ten zanika na większych odległościach… Po prostu musisz uważać, Potter, uważać na eksplozje mocy.

– Dlaczego? – Nie do końca rozumiem, czego on znowu ode mnie chce.

Nietoperz zaczyna wyglądać na bardziej zirytowanego, niż zwykle.

– Czy ja muszę ci tłumaczyć elementarne sprawy, Potter? Wielkie natężenie magii, uwalniane zbyt gwałtownie… może prowadzić do nieodwracalnych zmian.

– Nieodwracalnych? – Zrobiło mi się nieco nieprzyjemnie.

– Mam ci zdefiniować to słowo?

– Obejdzie się. Ale… ja wcale nie czuję się teraz źle.

– Może jesteś trochę bardziej odporny. Poza tym, zmiany mogą zachodzić przede wszystkim w mózgu, a, jak chyba kiedyś ustaliliśmy, ty nie jesteś w jego posiadaniu.

– Cudownie – syczę. – A więc jestem bezpieczny. Kamień z serca.

– Cieszę się, że to zauważyłeś. – Uśmiech mężczyzny jest krzywy i złośliwy. – Z całą pewnością mogę stwierdzić, iż zanim dzisiejszy dzień dobiegnie końca, będziesz się modlił o siłę woli, by opanować moc.

Czyli za chwilę wrócimy do zajęć. Nie, żebym się z tego cieszył. Po prostu… Co innego stać naprzeciw Snape'a w sali do ćwiczeń i starać się odeprzeć jego klątwę, a co innego siedzieć z nim w szokująco przytulnym pokoju i prowadzić w miarę cywilizowaną pogawędkę. Czuję się odrobinę tym przytłoczony.

– Jeśli wszystko pójdzie dobrze – mówi dalej, nie zwracając na mnie uwagi, Nietoperz – co, w twoim przypadku jest niezmiernie wątpliwe, przez następne dwa tygodnie opanujesz oklumencję w odpowiednim stopniu.

Pozwalam sobie na ironiczne wygięcie warg.

– Co potem? – Mam wrażenie, iż ta rozmowa zmierza w kierunku, który niekoniecznie mi się spodoba.

Mistrz Eliksirów unosi lekko kącik ust i zauważam, że w jego oczach coś mignęło. W moim odczuciu, złowieszczo.

– Potem zajmiemy się nauką legilimencji, co również było w naszej umowie. To jednak tylko wtedy, jeśli sobie na to zasłużysz.

– Zasłużę? – Detonuje mnie nieco.

– Tak. Dotąd mi nie udowodniłeś, jak bardzo chcesz się uczyć.

– Snape, przecież się staram! – Mój głos nabiera wrogich tonów.

– A więc starasz się za mało! – Jego usta zaciskają się w wąską, pełną niezadowolenia linię. – Zwróć uwagę, jak długi czas zajęło ci osiągnięcie jakichkolwiek pozytywnych wyników! Spójrz w jaki sposób udało ci się odeprzeć mój atak – nie wiem, jak uda ci się utrzymać nad sobą kontrolę, smarkaczu!

Chcę coś odwrzasnąć, ale Nietoperz niestety ma rację. To trwa już o wiele, wiele za długo.

Przymykam oczy, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.

– Co wobec tego mam zrobić? – pytam, kapitulując.

Mężczyzna posyła mi podejrzliwe spojrzenie.

– Czyżby wielki pan auror raczył łaskawie spytać mnie o radę? Nie mam pojęcia, jak moje nerwy zniosą taki szok.

Wdech, wydech.

– Obejdzie się, skoro to dla ciebie aż taki problem – odpowiadam wystudiowanie jedwabistym głosem, o którym wiem, że działa na Snape'a jak płachta na byka.

– Uważaj – syknął, pochylając się lekko w moją stronę. Zaraz jednak odzyskał właściwe sobie opanowanie, a z całej jego postaci zaczął emanować wyraz pogardy.

Tłumię w sobie iście uczniowską, głupią chęć przeprosin. Przecież to on bez przerwy obrzuca mnie wymyślnymi inwektywami.

Zastanawiam się, jak przerwać pełne niechęci milczenie, zdające się szczelnie spowijać pokój, kiedy niespodziewanie słyszę odgłos szurania i drapania tapicerki z boku fotela, na którym siedzę. Wychylam się odrobinę, nieufnie, aby sprawdzić, co to i w tym samym momencie z głośnym miauknięciem na moich kolanach miękko ląduje wielki kot. Bestia mruży oczy, spoglądają na mnie wyczekująco, a przy tym zadziwiająco inteligentnie.

Bezwiednie wyciągam rękę, aby podrapać kocura za uszami.

– Cześć, Kocie z Cheshire. – Uśmiecham się nieznacznie, gdy futrzak mruczy głośno w odpowiedzi.

Udaję, że nie słyszę poirytowanego syknięcia hogwarckiego Mistrza Eliksirów. Najwyraźniej zapomniał, iż kot też może znajdować się w tym pokoju.

Szczerze, nadal nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości tego, że Snape jest w stanie koegzystować z jakimkolwiek innym stworzeniem.

– Chester, chodź tu – warczy, jakby na potwierdzenie moich myśli.

Kot niespecjalnie przejmuje się groźnym tonem swego pana, najwyraźniej do niego przyzwyczajony. Macha tylko leniwie puszystym ogonem i niespiesznie przechodzi po blacie stolika znajdującego się pomiędzy fotelami, lawirując z wdziękiem wśród znajdujących się na nim spiętrzonych przedmiotów i finalnie ląduje na kolanach Nietoperza. Ten ostatni kwituje to uniesieniem brwi.

– Wracając do tego, co mogę ci poradzić, Potter. – Mężczyzna wraca do naszej rozmowy, a ja zbieram się w sobie. – Jedyne, co możesz zrobić, to ćwiczyć, jednak nie tak, jak teraz. Ćwiczyć do utraty przytomności, dopóki nie osiągniesz perfekcji, co jest nieco abstrakcyjne. – Spoglądając na mnie taksująco, najwyraźniej zupełnie machinalnie zaczyna głaskać szary grzbiet kota. – Tylko wtedy zacznę uczyć cię legilimencji. Rozumiesz?

– Rozumiem. – Nie wiem tylko jak, u licha, zdołam pogodzić to z pracą. Do wszystkich diabłów. – Zastanawiam się tylko, czy…

– Nie zastanawiaj się tyle, idę o zakład, że to ci szkodzi. A poza wszystkim, to nie twoja specjalność. – Wykrzywił lekko wargi. – Powiedziałem ci, co masz zrobić. Nie jesteś w posiadaniu nieograniczonej ilości czasu.

– Wiem o tym – stwierdzam niezbyt uprzejmie.

– Jakby nie patrzeć, to już jakieś osiągnięcie. Zwłaszcza, jeśli zwróci się uwagę na to, jak trudno ci przyswoić cokolwiek.

– Jeszcze chwila, a pokaleczysz sobie język o swój ostry dowcip – zauważam zgryźliwie.

– Cóż, Potter, tobie to nigdy nie grozi. – Mistrz Eliksirów rzuca mi protekcjonalne spojrzenie, mające tą unikalną właściwość doprowadzania mnie do białej gorączki.

Przyglądam się Snape'owi zmrużonymi oczyma, jego czarnym włosom opadającym w nieładzie wokół twarzy, bladym płaszczyznom policzków, zaciśniętym ustom i wyrazowi irytacji podszytej niewyczerpanymi złożami zniecierpliwienia w oczach. Mój wzrok prześlizguje się po wyprostowanych ramionach i poplamionej atramentem dłoni, przesuwającej się po miękkim futrze Chestera. Ciekawi mnie, jak ten mężczyzna wygląda rozluźniony, kiedy nikogo przy nim nie ma, nikt na niego nie patrzy i nie ma na kim wyładowywać złości. Ciekawi mnie…

– Potter, zejdź na ziemię, z łaski swojej. – Chłodny głos doskonale mnie otrzeźwia. I słusznie, bo chyba przeżywam chwile głębokiego zidiocenia.

– Bo?

Mężczyzna potrząsnął głową z rozdrażnieniem i czymś w rodzaju politowania.

– Nieważne. Już dawno się przyzwyczaiłem, że jakiekolwiek przejawy inteligencji z twojej strony są chwilowe. Lepiej będzie, jeśli już wrócimy do zajęć. – Wstaje z fotela, szary kot z obrażonym miauknięciem zeskakuje na podłogę.

– Nie mogliśmy porozmawiać tam, gdzie ćwiczyliśmy? – pytam zniechęcony, ruszając za nim w stronę drzwi.

– Nie. Tamta sala nie jest przeznaczona do rozmów – odpowiada Nietoperz krótko i zagadkowo, nawet się nie odwracając.

Wzruszam ramionami.

Następne dwie godziny pokazują mi, że Snape miał niestety rację, jeśli chodzi o kontrolowanie mocy. Chociaż po tym, jak udało mi się odkryć istotę sprawy, za każdym razem – z większym lub mniejszym wysiłkiem – udaje mi się odeprzeć jego ataki (Mistrz Eliksirów dla własnego bezpieczeństwa stosuje silne zaklęcia ochronne), czuję się coraz słabszy, mdli mnie lekko i zaczyna boleć głowa. Wbrew wysiłkom, nie potrafię zachować pełnej władzy nad magią.

Albo po prostu robienie kilku rzeczy na raz w tym konkretnym przypadku przekracza moje możliwości.

Niech to, myślę, pochylając się i zaciskając dłonie na kolanach, aby zwalczyć uczucie mdłości. Niech to, powinienem być w stanie się kontrolować, powinienem…

Niech to.

Moja frustracja wzrasta z przyrostem geometrycznym.

– Dość już na dzisiaj, Potter. – Głos Nietoperza przypomina smagnięcie biczem po żebrach, ostre i bolesne.

Przywracam się do pozycji pionowej.

– Dlaczego? – Z miny opiekuna Slytherinu nie mogę nic wyczytać. – Możemy dalej…

– Nie. Ledwo trzymasz się na nogach, a ja nie mam najmniejszego zamiaru cię reanimować – stwierdza drwiąco. – Poza tym, jest już dość późno, a ja nie mam w tej chwili więcej czasu, który mógłbym poświęcić na te jakże absorbujące zajęcia z tobą.

Przez chwilę mam ochotę spytać zjadliwie, co też ciekawego ma do roboty – herbatka ze znajomymi w knajpce „Pod Śmierciożercą"? – opanowuję się jednak. Lepiej go nadmiernie nie drażnić. Ostatecznie uznaję, iż nie obchodzi mnie co aspołeczni psychopaci robią w wolnym czasie. Jestem pewien, że ustawia swoje eliksiry kolorami, albo coś równie przerażającego.

– Kiedy następne zajęcia? – Zadaje to pytanie już stojąc przy drzwiach wyjściowych.

– Jutro. – W wykonaniu Snape'a brzmi to jak nieznoszące sprzeciwu stwierdzenie.

Kiwam głową, chociaż wiem, że mam jutro ranną zmianę w pracy, a potem jeszcze nocny dyżur.

Wychodzę w sposób typowy, bez żadnego pożegnania. Świeże powietrze powoduje, iż mój ból głowy się wzmaga.

Coś mi mówi, że czeka mnie urocza noc.

*0*

Gdy wracam do domu, Ginny jest trochę przerażona. Zwłaszcza, że pierwszym co robię po przejściu przez próg jest sprint do łazienki i padnięcie w czułe objęcia toalety. Przez pół godziny rzygam jak kot.

Jeżeli to powiedzenie jest prawdziwe, za nic nie chciałbym być kotem.

Wstaję z zimnych kafelek dopiero, gdy niemal czuję, że żołądek przewrócił mi się na drugą stronę i nie mam już czym wymiotować.

– Harry, nic ci nie jest? – Ginewra, zatroskana, pomimo wyraźnych protestów z mojej strony towarzyszy mi w czasie doprowadzania się do jako takiego porządku. Mam wrażenie, że w głowę ktoś wbił mi pulsujące gwoździe, poza tym jednak czuję się znacznie lepiej.

– Nie, naprawdę.

– Byłeś dzisiaj u Snape'a, tak? – Oczy kobiety błysnęły. – Jeśli on…

– Ginny, nie przeginaj!

– Daj spokój! Wszyscy wiemy, jaki on jest…

Patrzę na kobietę, która jest moją narzeczoną nie wierząc własnym oczom i uszom. Panna Weasley stoi naprzeciw mnie w bojowej pozie, z zaciętą miną.

– Do cholery! – Nie wytrzymuję. – Nawet, gdyby Snape mi coś zrobił – a nie zrobił niczego – to są tylko moje sprawy! Kim ci się wydaje, że jesteś?

– Harry…

Za późno. Zbytnio się rozpędziłem, aby móc natychmiastowo się uspokoić.

– Myślisz, że nie potrafię się obronić? – Zaczynam się śmiać i nawet w moich uszach nie jest to przyjemny dźwięk. – Gdybyś zapomniała, jestem pieprzonym aurorem! A ty trenerką quidditcha!

– Ja nie… – zaczęła Ginewra, wyciągając do mnie ręce w uspokajającym geście. – Wiesz, że nie o to mi chodziło…

– Nie o to? To dlaczego zachowujesz się jak jakaś cholerna lwica chroniąca młodych?

Ginny odwraca się na pięcie i wychodzi, a ja liczę do dziesięciu, mając nadzieję, że to pomoże. Nie pomaga.

Liczę do dwudziestu.

Po stu czterdziestu siedmiu, w końcu się w miarę uspokajam i decyduję poszukać dziewczyny. Zastaję ją w kuchni nad kubkiem herbaty, z wystudiowaną obojętnością czytającą jakieś sportowe czasopismo. Jak zawsze po nakrzyczeniu na nią czuję podłe poczucie winy.

Siadam na krześle naprzeciwko niej.

– Przepraszam – wyrzucam z siebie. – Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale miałem naprawdę ciężki dzień…

Odkłada czasopismo.

– Rozumiem, Harry. Wiem, że w Ministerstwie jest ostatnio ciężko, a te zajęcia ze Snape'em też ci nie pomagają…

Spinam się, a potem wzruszam obojętnie ramionami.

– Bywało gorzej.

– Ja się po prostu martwię.

To stwierdzenie budzi we mnie echo tego, co powiedział mi o Ginny jej starszy brat. Robi mi się nieprzyjemnie.

– Za jakiś czas… niedługo… sytuacja się poprawi – zapewniam ją głosem, mam nadzieję, pełnym niewymuszonego optymizmu.

Kobieta uśmiecha się, jednak jej oczy wyraźnie informują mnie o tym, że nadal nie jestem mistrzem łgarstwa. Przynajmniej w takich sytuacjach.

Tego wieczoru długo nie mogę zasnąć, mój wzrok, tak brutalnie nieostry bez okularów, przesuwa się po suficie i meblach. Ból głowy nieco zelżał, lecz i tak nadal pozostaje doskonałą wymówką na bezsenność. Nie wiem, jak długo tak leżę, zasłuchany w oddech Ginny i tykanie zegara.

Kiedy sen nadchodzi, również nie przynosi spokoju. Przynosi za to obrazy i sceny, o których wolałbym nie pamiętać i inne, które się nigdy nie zdarzyły, niewyraźne i rozmyte, a jednak boleśnie realne. Czyjaś obecność, czyjeś oczy, dłonie, czyjeś na wpół nieusłyszane słowa.

Budzę się przed świtem nieomal z ulgą. Uciekam z łóżka chyłkiem, szybko i cicho.

Pijąc poranną kawę, zagryzaną razowcem z masłem, zastanawiam się, co też te sny mogły znaczyć, nic sensownego jednakże nie przychodzi mi do głowy. Profesor Trelawney byłaby sromotnie rozczarowana.

Wychodząc do pracy wiem przynajmniej, że tam nie będę mieć czasu na rozmyślanie o pierdołach. Sprawa [i]wtyk[/i]i w naszych szeregach zaczyna, na szczęście, nabierać tempa. Zawsze to jakiś powód do radości.

Nie zdążyłem jeszcze wejść do naszej siedziby, gdy w drzwiach zderzam się z wyraźnie wzburzonym Ronem.

Łapię przyjaciela za ramię.

– Co się dzieje?

– Właśnie miałem cię wezwać, Harry.

Mój wzrok staje się ponaglający.

– Przed chwilą ojciec… to znaczy, wiceminister przysłał nam wiadomość. Strajki w zakładach pracy w Glasgow, czarodzieje chcą wyjść na ulice… Musimy wziąć kilka jednostek i jak najszybciej się tam znaleźć.

– Kurwa – klnę posępnie. – Coś jeszcze?

Ron kiwa rudą głową.

– Podobno wszystko ma przebiegać spokojnie, ale wiesz…

– Wiem. Chodź, muszę wydać odpowiednie dyspozycje. – Wciągam mężczyznę z powrotem do dużej sali, w której znajduje się większość przebywających na tej zmianie aurorów. Wszyscy patrzą na mnie z powagą, czekając na moje słowa.

Biorę wdech.

Coś mi mówi, że dzisiejszy dzień będzie wyjątkowo obfitować w wrażenia.

Jakbym ja kiedyś się nudził.

*0*

Na Spinner's End docieram dopiero po osiemnastej, znacznie spóźniony. W zasadzie mam niecałe cztery godziny do rozpoczęcia nocnej zmiany. Szaleństwo. Chociaż, to i tak cud, że w ogóle udało mi się wyjść z Ministerstwa.

Po nieprzyjemnym rytuale przejścia przez barierę otaczającą dom – mógłby ją kiedyś zdjąć – muszę czekać pod drzwiami dłużej niż zwykle.

Modlę się o cierpliwość.

W końcu otwiera mi sam właściciel z miną wybitnie nieprzychylną. Krzywiąc się widocznie, unosi ciemne brwi w niemym zdumieniu i po raz chyba tysięczny w życiu mam diabelną ochotę coś mu zrobić.

– Miałem uzasadnioną nadzieję, że nie raczysz się już dzisiaj zjawić, Potter.

– Snape, ja mam dość wymagającą pracę – zauważam, starając się, by mój głos nie zdradził żadnych emocji. – Nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy akurat będę potrzebny.

Nietoperz prycha.

– Cóż, gdybym był na miejscu tych strajkujących pracowników, chyba padłbym ze strachu na sam widok aurorskiego oddziału, jeśli oni wszyscy prezentują się równie żałośnie jak ty.

– Cholera! Skoro wiesz, co mnie zatrzymało, to może darujesz sobie idiotyczne komentarze? – warczę i bez zaproszenia wchodzę do środka, potrącając umyślnie mężczyznę ramieniem. Stoimy w przedpokoju, mierząc się wzrokiem. Spojrzenie, jakie rzuca mi Snape spod zmrużonych powiek jest niebezpiecznie uważne. Cóż, doskonale wiem, że po dwunastu godzinach pracy nie prezentuję się zbyt dobrze, jednakże trudno się mówi. Trochę kurzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Mimo woli muszę jednak przyznać, iż czarna, czysta koszula Mistrza Eliksirów budzi we mnie pewną zazdrość.

– Twoje riposty jak zawsze są powalające. Ledwo jestem w stanie ustać na nogach – stwierdza Nietoperz sarkastycznie, po czym popada w milczenie i jedynie gestem nakazuje mi pójście do sali ćwiczeń, która prezentuje się równie ponuro, jak ostatnio.

Wzdychając ciężko w duchu, postanawiam, że tym razem nie dam Snape'owi żadnych powodów do krytyki i mieszania mnie z błotem. Przynajmniej większego niż zwykle.

I faktycznie, pierwszych cztery czy pięć ataków udaje mi się bez większych trudności odeprzeć; nawet w miarę panuję nad mocą. Może te ćwiczenia faktycznie działają.

Zaklęcia uderzają we mnie jedno po drugim, bez przerwy, nie dając mi czasu na zastanowienie – muszę działać automatycznie. Nie zwracam uwagi na wrażenie dziwnego, lekko metalicznego smaku i zapachu gdzieś na granicy świadomości . Wszystko jest w porządku do momentu, gdy po szczególnie silnej próbie wdarcia się do mojego umysłu, coś we mnie nie wytrzymuje i w ułamkach sekund wymyka się spod kontroli. Dokładnie tak, jak ostatnio, szlag by to.

Otwierając powieki niemal słyszę huk w głowie; na szczęście bariery ochronne Mistrza Eliksirów są silne, tym razem nic mu się nie stało. I dobrze, bo znów bym się nasłuchał. Mimo to wyrywa mi się głośne przekleństwo.

– Zaczynamy jeszcze raz? – pytam, zniecierpliwiony.

– Potter. – Snape patrzy na mnie dziwnie.

– Co?

– Krwawisz. Nie zauważyłeś?

Dopiero w tym momencie zdaję sobie sprawę, że metaliczny posmak w moich ustach to krew. Dotykam ust, nosa. Kurwa. Wycieram twarz dołem koszulki.

Mój były profesor wciąga głośno powietrze i podchodzi do mnie, wyciągając dłoń z wielką chusteczką, chyba przywołaną zaklęciem. Przyjmuję ją i przykładam do nosa. Co za żenująca sytuacja.

– Dzięki – mamroczę. – Chyba nakapałem ci na podłogę.

– Trudno. Odrobina gryfońskiej krwi chyba nie zrobi mi krzywdy, ale dla pewności zdezynfekuję pomieszczenie, jak już wyjdziesz.

Zaczynam się śmiać, ale to powoduje tylko, że krwawienie się wzmaga. Teraz to już robię z siebie ostatnią ofiarę.

– Możemy już wracać do ćwiczeń – sugeruję.

– Jak to się dzieje, że szefem aurorów jest tak nieodpowiedzialny osobnik? – Zdumienie w głosie Nietoperza jest niemal autentyczne. Patrzę, jak macha nieznacznie w powietrzu różdżką i znikąd w jego dłoni pojawia się jakaś fiolka z czerwonawym, rzadkim płynem. – Masz, wypij to.

– Co to? – Wcale nie kryję podejrzliwości w głosie.

– Gdybym chciał cię otruć, zrobiłbym to już dawno, Potter. To tylko eliksir tamujący upływ krwi i wzmacniający organizm. Patrząc na to, w jakim jesteś stanie, stwierdzić, iż ci się przyda, to za mało.

Hamuję cisnące mi się na język nieprzyjemne słowa i z krótkim skinieniem głowę biorę od niego eliksir, odkorkowuję i wypijam jednym haustem. Raz kozie śmierć, najwyżej moje męczarnie się zakończą. Skutek mikstury odczuwam niemal natychmiastowo; po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło i krew przestaje płynąć mi z nosa.

– Nie twierdzę, że się nie przydało – mówię szczerze. Cokolwiek straciłbym autorytet w pracy, gdybym zjawił się tam słaniający na nogach i zakrwawiony. Zaklęciem usuwam plamy krwi z koszulki, co wychodzi mi nawet zadowalająco. – Kiedy stąd wyjdę, zaraz wracam do Ministerstwa – dodaję, nie wiedząc dlaczego.

– Rozprawiać się z groźnymi, strajkującymi robotnikami? – Ironiczna mina mężczyzny mówi mi dobitnie, co o tym myśli.

– Strajk przebiegał spokojnie – mówię, co wcale nie jest kłamstwem. Poza wszystkim, w tym konkretnym wypadku uznaję racje robotników. Czasy są ciężkie, a kryzys nie sprzyja zwłaszcza im. – Obawiamy się jednak, że to spowoduje inne… wystąpienia dzisiejszej nocy.

Ledwo wypowiadam te słowa, a już się na siebie złoszczę. Z kim ja rozmawiam o takich sprawach? Mimo wszystko, to jest były śmierciożerca. Którego. Nienawidzę.

Zaczynam sam dla siebie stanowić enigmę.

– Wracamy do zajęć?

Tym razem moja propozycja zostaje przyjęta łaskawym skinieniem głowy.

– Mam nadzieję, że już czujesz się normalnie. Nie chcę mieć jeszcze bardziej uwalanej krwią posadzki.

Wytknięcie słabości, to takie w jego stylu.

– Nie czuję się normalnie, bo nic nie jest normalnie – mamroczę cicho.

Niestety, Mistrz Eliksirów dosłyszał.

– Oświeć mnie, co masz na myśli, Potter. – Jego mina jest cokolwiek podejrzliwa.

– Nic. Świat jest skurwiały.

Ku mojemu zaskoczeniu, Snape zdobywa się na coś w stylu niemal zupełnie nie ironicznego półuśmiechu i nagle widzę jego oczy z całkiem bliska. Nie płonie w nich ogień piekielny, jeśli o to chodzi. Są tam za to rzeczy, o których nic nie wiem i o których być może nigdy się nie dowiem. Tajemnice i zagadki. Labirynt.

– Tak, Potter, twoje spostrzeżenie jest zaskakujące w swojej słuszności. W końcu udało ci się coś zauważyć… zniszczony sen idioty. Jednakże, skurwiały świat nie stanie się mniej skurwiałym, gdy go tak nazwiemy.

Milcząco przyznaję mu rację. Nazywanie rzeczy po imieniu sprawia, że stają się przerażająco rzeczywiste.

Chociaż, czasami to pomaga. Przynajmniej mi.