Później, Drugie Śniadanie w Wielkiej Sali

Spostrzegawcza Lily: Dzień 4

Suma Obserwacji: 24

Wiecie, naprawdę dużo kosztuje dziewczynę, by szczerze być w stanie nazwać siebie uprzejmą.

Widzicie, uprzejmość jest raczej skomplikowanym słowem i dużo bardziej skomplikowaną cechą. Kiedy mówi się o naprawdę szczerze byciu uprzejmym, w zasadzie jest tylko bardzo wybiórcza grupka ludzi, która faktycznie ma umiejętność bycia takim kimś. Sztuka uprzejmości – ekstremalna dowcipność, znakomita gładkość i całkowite dobre wychowanie – nie jest niestety czymś co każdy Tom, Dick i/czy Harry może osiągnąć. Użytkowanie uprzejmości może mieć również fatalne skutki uboczne. Jak wiemy, użyta niepoprawnie lub przez jakąkolwiek niezdolną osobę uprzejmość może bardzo dobrze doprowadzić do końca świata.

Biorąc to pod uwagę uznałam to za prawdziwe i głębokie osiągnięcie, że dzisiaj, właśnie teraz, ja, Lily Christine Evans, zdecydowanie wypracowałam honor nazywania siebie uprzejmą.

Tak, to prawda. Głupiutka, chciwa, wypełniona złą karmą Lily Evans jest o tak BARDZO uprzejma, że wierzę iż zasługuję na jakieś oklaski lub możliwie nagrodę. Byłam tak świetna. Nie wielu mogłoby zrobić to co ja i mimo tego wyjść bez szwanku, ale ja to zrobiłam.

Po prostu promieniuję uprzejmością, jestem tak uprzejma.

Gdy zmierzałam do klasy Eliksirów, Zadanie trzymane luźno w mojej lewej dłoni, myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, iż byłam o wiele zbyt bliska dostania ataku paniki, niż jest to uważane za zdrowe. Naprawdę, nie żartuję. Sądzę, że byłam o szept od padnięcia na podłogę, tracąc przytomność. Ja nie robię takich rzeczy. Oddaję wszystkie zadania, jestem pełna szacunku dla moich wszystkich profesorów (bez względu na to jak wielką urazę trzymamy), i po trzecie i główne, nie słucham Jamesa Pottera, kiedy mówi mi by nie robić tych rzeczy. To po prostu nie ja. Nie o to mi chodzi. I nagle znienacka, oto jestem, zachowując się… cóż, jak nie ja. Co zmusiło mnie do zrobienia takiej rzeczy – coś oprócz mojej kompletnej głupoty i chciwego stylu życia? Lecz nawet te raczej potępiające cechy nie wydają się wystarczające. Ale wciąż zamierzałam to zrobić. Nie miałam wyboru jak tylko to zrobić. I to mnie przerażało.

Dobra, tak czy inaczej, nie zasłabłam czy umarłam, czy zemdlałam, czy coś, chociaż wewnętrznie hiperwentylowałam, a zewnętrznie zagryzałam tak mocno wargę, że praktycznie krwawiła. Dotarłam do klasy żywa, ku mojemu rozczarowaniu.

- Co się z tobą dzieje? – zapytała Grace, zajmując miejsce obok mnie, gdy weszłyśmy do klasy, trochę zmartwionym tonem. – Wyglądasz strasznie blado, Lil.

Przesunęłam ręką po twarzy, mając nadzieję, że to jakoś ukoi moi nerwy albo może sprawi, że nie będą tak widoczne. Tego tylko mi teraz brakowało – zostać wysłaną do Skrzydła Szpitalnego bo wyglądałam na chorą.

- Nic. Wszystko w porządku – zapewniłam, celowo przesuwając książki po biurku tak by zasłaniały Zadanie. Grace posłała mi spojrzenie.

- Nie bądź osłem, Lily. Cały poranek zachowujesz się jak szalona. Zamierzasz mi powiedzieć co się dzieje czy mam to z ciebie wyciągnąć?

Skrzywiłam się lekko na to ultimatum. Mogłam jej powiedzieć, prawda? Nic strasznego by się nie stało. Jak wspomniałam wcześniej Grace będzie całkowicie zachwycona całą sprawą. Pomyśli, że zamieniłam się w jakiegoś renegata czy coś. Jest moją przyjaciółką. Nie będzie mnie osądzać po fakcie, że zachowuję się nie jak ja i że robię coś niesamowicie głupiego, prawie komicznego. Po to są przyjaciele, by cię wesprzeć, kiedy jesteś niesamowicie głupi.

Lecz zanim mogłam wymyślić jakąś przyzwoitą wymówkę lub ostatecznie stracić odwagę i powiedzieć jej wszystko o głupim zakładzie, uwaga Grace została przyciągnięta do czegoś za mną. Czując lekką ulgę za chwilowe odwrócenie uwagi, odwróciłam się w krześle, by zobaczyć na kogo patrzyła. Nie byłam tak zaskoczona, jak powinnam być, znajdując stojącego tam Pottera. Wyglądało na to, że zawsze znajdował się tam, gdzie się go nie chciało.

- W porządku, Evans? – spytał z chłopięcym uśmiechem ze złośliwym błyskiem w jego oczach. Powstrzymałam się od spiorunowania go wzrokiem. Cieszył się moim nieszczęściem o wiele bardziej, niż było to potrzebne.

- W porządku, Potter – wymamrotałam, zmuszając się uśmiechu. – A ty?

- Całkiem nieźle – powiedział, unosząc brwi. Mogłam powiedzieć tylko ze sposobu, w jaki wciąż się do mnie uśmiechał, że ani przez sekundę nie uwierzył w moją uśmiechniętą fasadę. Jednak jedyna inna opcja dla mnie była taka, by zacząć krzyczeć tu i teraz, więc rozumiecie dlaczego wybrałam podtrzymywanie swojej farsy.

- To miło – odparłam cicho, spuszczając wzrok. Już nie chciałam na niego patrzeć. Potter roześmiał się.

- Prawdę mówiąc – dodał, łapiąc mój wzrok mimo tego, że moja głowa była spuszczona – myślę, że mogłem znaleźć dziesięć galeonów tego ranka, więc powiedziałbym że czuję się lepiej niż tylko w porządku, nieprawdaż? – Rzucił mi znaczące spojrzenie, wyzywając mnie bym mu zaprzeczyła. Chciałam posłać mu gniewne spojrzenie, ale wiedziałam, że nie powinnam. Chciałam odeprzeć atak z bardziej usiłowanymi-dowcipnymi-komentarzami, ale zanim cokolwiek powiedziałam, Grace wtrąciła się do rozmowy.

- Mogłeś znaleźć dziesięć galeonów? – wybełkotała, patrząc to na Pottera, to na mnie niedowierzająco. – Po prostu nie znajduje się dziesięciu galeonów, James! Co wy…

- Reynolds!

Głos profesor Abbott zabrzmiał przez pomieszczenie, przerywając i natychmiast zatrzymując Grace. Nasza trójka skierowała wzrok na Abbott, która patrzyła na nas wilkiem ze swojego miejsca z przodu klasy. Grace zamknęła usta, jej przemówienie ucichło. – Panie Potter – powiedziała gniewnie, wciąż patrząc na nas z jej najpaskudniejszą miną – sugeruję, by zajął pan swoje miejsce. Teraz.

- Przepraszam za to, pani profesor – odpowiedział Potter, wciąż się uśmiechając. Z łatwością odszedł do swojego miejsca po drugiej stronie klasy, wcale nie speszony faktem, że profesor właśnie warknęła na niego przed całą klasą, kiedy ja prawie kuliłam się w swoich butach, a ona nawet jeszcze publicznie mnie nie zauważyła. Nienawidziłam, jak mógł być taki beztroski, jak to wszystko w ogóle dla niego nic nie znaczyło. Odwróciłam się z powrotem w swoim krześle, wyczuwając, że Potter wciąż mnie obserwuje, nawet po tym jak zajął swoje własne miejsce. Gdy ukradkiem na niego zerknęłam, opierał się swobodnie na krześle, patrząc na mnie. Błysnął w moją stronę swoim najbardziej triumfalnym uśmiechem.

Głupi zarozumiały łajdak.

Potem lekcja odbywała się normalnie. Jak zwykle Abbott zamierzała zebrać nasze zadania pod koniec lekcji, co oczywiście zostawiło mnie z całymi czterdziestoma minutami przejmowania się tym. Zastanawiałam się nad oddaniem niczego, ale domyśliłam się, że to prawdopodobnie byłoby tak złe jak oddanie listu. Potem zastanawiałam się nad poproszeniem Grace o skopiowanie jej, ale zaraz to wykluczyłam, bo profesor Abbott będzie wiedziała lepiej. Następnie rozważałam za i przeciw dziesięciu galeonów i jak wygranie ich by wpłynęło na mnie, moje życie i mój ogólny status chciwej osoby. Gdy zaczęło być to nudne, zaczęłam rysować. A gdy to stało się nudne, zapisałam notatki. W sumie była to bardzo produktywna lekcja i zanim wiedziałam, zadzwonił dzwonek na drugie śniadanie.

- Zadania! Na moje biurko! Już! – zawołała głośno Abbott, upewniając się, że jej żądanie dotarło nawet do tych najszybszych opuszczających klasę. Były jęki i protesty, ale każdy zaczął podchodzić do biurka Abbott z zadaniem.

To był czas. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie powinnam być tym tak zszokowana – odliczałam minuty od cholernej sekundy, gdy wkroczyłam do klasy, na Merlina! – ale byłam. Spojrzałam na Zadanie, patrząc na moje kształtne pismo z cichym uczuciem strachu. Powiedziałam sobie, że wszystko będzie dobrze; że za dwadzieścia lat nikogo nie będzie obchodzić, że Lily Evans nie oddała swojego zadania z Eliksirów. Jakoś tym myślom nie udało się mnie pocieszyć.

Wzięłam głęboki wdech, wiedząc, że jeśli dalej będę się guzdrać, to nic nie oddam. Powtarzałam swoją mantrę, że wszystko będzie dobrze, gdy spojrzałam ostatni raz szybko na moje Zadanie… a wtedy coś przyszło mi do głowy. Prędko użyłam swojej różdżki do skopiowania listu na inny pusty pergamin. Z finalnym westchnieniem złapałam oryginał i przeszłam do przodu klasy. Jak spokojnie i szybko mogłam, położyłam oryginalną kopię na szczycie rosnącej góry zadań, patrząc z nieco chorym uczuciem jak zniknęła pod papierami moich kolegów z klasy. To wszystko. Koniec. I szok ze wszystkich szoków, jak tylko zobaczyłam, że pergamin całkowicie zniknął, chore uczucie, które gotowało się w moim żołądku odeszło. Tak po prostu zniknęło. Zamiast tego czułam… spokój.

Ta, spokój.

Wiem, wiem, jak mogłam być spokojna? Ale prawdą było, że to był koniec. Oddałam to i teraz już nie mogłam zrobić nic, by to zmienić. Mogę oblać albo i nie. Abbott może zdecydować się przeczytać mój list na głos całej klasie jako jakaś forma kary i zmusić mnie do patrzenia, jaki moi koledzy z klasy podśmiewają się ze mnie, ale co mogłam zrobić? Nic. Nic nie mogłam zrobić. I zaakceptowałam to. I w jakiś dziwny zaświatowy sposób, przypuszczam, że był również trochę… z siebie dumna. Zrobiłam to. Naprawdę to zrobiłam. Z motywami, bez motywów, i tak to zrobiłam. Oficjalnie byłam sprawiającą kłopoty. Razem z lekkim uczuciem paniki, które przyszło z taką deklaracją (i z więcej niż lekkim poczuciem kompletnej wesołości) także czułam się usatysfakcjonowana. Nawet zrealizowana. Nie byłam już dłużej Lily Evans Świętoszkiem. Byłam Lily Evans Pisarką Skandalicznego Listu.

I wierzcie lub nie, Lily Evans Pisarka Skandalicznego Listu miała plan.

Dobry plan.

Uprzejmy plan.

Po oddaniu Zadania i szybkim zebraniu książek z mojego biurka, złapałam kawałek pergaminu, który zawierał kopię mojego listu, którą zrobiłam wcześniej. Przeszukałam prędko pomieszczenie, z ulgą znajdując osobę, której szukałam. Wyprostowując się i trzymając wysoko brodę, wzięłam ostatni głęboki wdech i przeszłam dumnie przez klasę. Podeszłam śmiało na drugą stronę klasy, zatrzymując się tuż przed biurkiem, gdzie Potter, Black, Remus i Peter wciąż zbierali swoje książki do wyjścia.

- Cześć, Evans – odezwał się Peter, pierwszy zauważając, że tam stoję. Rzucił przelotne spojrzenie na Pottera, sprawiając, że wyobraziłam sobie, iż Potter powiedział swoim przyjaciołom o zakładzie. On, w przeciwieństwie do mnie, wydawał się mieć nie mieć problemu by to zrobić.

- Cześć, Peter – powitałam go z uśmiechem. Cicha wymiana zdań przyciągnęła uwagę trzech innych Huncwotów i gdy tylko zauważyli moją obecność, wszyscy wymienili spojrzenia, wyglądając jakby mieli jakąś cichą rozmowę w kilka sekund. Potter pierwszy przysunął się do mnie, a pewne siebie spojrzenie, które nosił, sprawiło, że chciałam wybuchnąć śmiechem.

Ale nie zrobiłam tego. Jeszcze nie.

- No, to jest miła niespodzianka – powiedział z zarozumiałym uśmiechem, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. – Przyszłaś na pogawędkę, Lily? Albo może masz coś, co chciałabyś mi dać?

Chichoty nie mogły się doczekać na wyjście, ale zmusiłam się do ich połknięcia, nie chcąc zrujnować mojej zabawy. Był tak cholernie napuszony całą tą rzeczą, że było to niemal smutne. Widocznie przypuszczał, że stchórzyłam i oddałam prawidłowe zadanie. Phi. Najwyraźniej nie zna mnie tak dobrze, jak myśli.

Utrzymując moje chłodne i opanowane, uprzejme zachowanie, jedynie uśmiechnęłam się w odpowiedzi do Pottera, sięgając po kopię mojego listu z kupki książek, które trzymałam.

- Prawdę mówiąc – powiedziałam, wyciągając w jego stronę list – chciałam ci to dać.

Pergamin widocznie nie był tym, czego oczekiwał; jego mina tyle mi powiedziała. Przyjrzał się zaciekawiony pergaminowi w mojej wyciągniętej ręce, posyłając mi niepewne spojrzenie. Powoli zabrał go z mojej dłoni, a ja obserwowałam z uśmiechem, gdy cicho zaczął czytać. Czekałam na nieuniknioną odpowiedź, gdy Potter powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, co to było.

- Co to jest? – zapytał Syriusz, stając przy boku Pottera. Patrzyłam na reakcję Pottera, gdy skanował kawałek pergaminu. Syriusz przysunął się do niego bliżej, starając się lepiej widzieć list znad ramienia Pottera, ale Pottera odsunął go z jego zasięgu wzroku.

- Nic takiego – poinformowałam Syriusza. – Obiecałam Potterowi, że pozwolę mu popatrzeć na moje zadanie.

Niedowierzające spojrzenie, które rzucił mi Syriusz kazało mi sądzić, że może jednak Potter nie powiedział swoim przyjaciołom o tym całym zakładzie. Jednak nie byłam tym zainteresowana. Nie obchodziło mnie czy reszta o tym wiedziała. Nie odrywałam wzroku od Pottera. Jego twarz była kompletnie pusta, gdy jego oczy skanowały stronę. Nie było sposobu, bym dowiedziała się, co się dzieje w jego głowie. Jego twarz była pozbawiona wszelkich emocji.

A potem, po czasie, który wydawał się wiecznością, w końcu na mnie spojrzał. Niewielki uśmiech tańczył na jego wargach.

- Nie zrobiłaś tego – odezwał się, mrużąc na mnie oczy.

Zaśmiałam się.

- Oczywiście, że tak – powiedziałam z bardzo uprzejmym uśmiechem. – I przypuszczam, że wkrótce będziesz miał coś dla mnie w zamian?

Potter powoli pokręcił głową. – Kłamiesz – upierał się.

Nie mogłam się powstrzymać i uśmiechnęłam się do niego zadowolona, gdy delikatnie wzruszyłam ramionami. To był koniec. Wygrałam. Mógł zaprzeczać temu jak tylko chciał, ale prędzej czy później będzie musiał się poddać. Ta myśl wypełniła mnie taką wesołością, że wiedziałam, iż muszę niedługo stamtąd wyjść albo zniszczę moją całą uprzejmą fasadę niekończącym się napadem chichotów.

- Wierz w co chcesz - skończyłam, wciąż obserwując minę Pottera. Wciąż nie było znaku na to, że mi uwierzył, ale nie przejmowałam się. Wiedziałam, że za jego wątpliwą miną był wewnętrznie zszokowany moim zachowaniem. I za to znowu się uśmiechnęłam.

Następnie, jak on zrobił to mnie tyle razy wcześniej, odwróciłam się na pięcie i swobodnie wyszłam z klasy, cały czas cicho się do siebie śmiejąc.


Potem, Zielarstwo

Spostrzegawcza Lily: Dzień 4

Suma Obserwacji: 24

Wiecie, myślę, że bycie uprzejmą naprawdę pomogło mojemu usposobieniu. Dopiero tego ranka byłam kompletnym wrakiem – martwiąc się tym głupim listem i tym śmiesznym zakładem – ale teraz, gdy już jest po tym, a ja zdobyłam swoje miejsce w Świecie Uprzejmych… no, powiedzmy, że życie wygląda trochę jaśniej.

Jak na przykład podczas drugiego śniadania, kiedy Emma siedziała, patrząc na mnie gniewnie, z Maciem przy stole Ravenclaw, nie zdenerwowałam się ani nie starałam się machać do niej w bardzo przyjaznym geście, jak zwykle robiłam. Zamiast tego po prostu ją zignorowałam i nie pozwoliłam by to mnie zmartwiło. To bardzo odświeżające uczucie, to nie martwienie się. Sądzę, że je lubię.

A teraz myślę…

O.

Co to jest?

Liścik?

Hmm. Prawdopodobnie.

Bzdury. Nie oddałaś tego. –JP

No, no, no, co my tu mamy? Kolejna seria liścików od Jamesa Pottera, jak widzę. Biedny palant nie nauczył się od ostatniego razu? Jeśli chce być walonym przez latające kawałki pergaminu, w porządku, nie ma sprawy, kim jestem by odmówić? Przypuszczam, że lepiej dla mnie. Jednakże… czy tym razem powinnam odpowiedzieć? Na jego liściki, mam na myśli? Już nie jestem na niego zła, co nie? Tak czy inaczej, nie jestem pewna, czy uprzejmi ludzie coś takiego robią. Chodzi mi o rzucanie pergaminem w głowy ludzi. Nie wygląda to na to, co by robił James Bond.

Hmm.

Interesujące.

Jeśli nie masz dziesięciu galeonów, zrozumiem. Naprawdę. Możesz być za to moim własnym niewolnikiem. –LE

Jeśli jesteś uprzejmy jak ja, oświadczenia takie jak „Możesz być moim własnym niewolnikiem" nie są specjalnie brane jako insynuacje seksualne. Raczej są brane jako zabawne, dowcipne komentarze. Dlatego właśnie lubię być uprzejmą. Gdyby Nieuprzejma-Lily coś takiego powiedziała, bardzo prawdopodobnie wzięto by to jako puszczalski, przekornie flirtujący komentarz, co, wiecie, fuu.

Jak dobrze jest być uprzejmą.

Choć brzmi to bardzo intrygująco, nie bardzo sądzę, że byłoby to fair, ze względu na to, że przegrałaś. Jeśli ty nie masz pieniędzy, może ty będziesz moim własnym niewolnikiem…?

Widzicie? Będąc zagorzałym członkiem w Świecie Uprzejmych pan Potter może mówić takie rzeczy w nie flirtujący sposób.

Jako twoje pierwsze zadanie, możesz zacząć spisywać dla mnie te notatki o roślinach Riciferd.

Spisać notatki? Masz na myśli, że jeszcze nie wiesz wszystkiego, co można tutaj wiedzieć? Evans, masz poślizgi!

Przeciwnie, panie Potter. Ja nigdy się nie ślizgam. O, i pisz schludnie, proszę.

Wiesz co, zaczynasz zachowywać się, jakbyś faktycznie wygrała zakład…

Znowu do tego wracamy? Ja wygrałam, ty przegrałeś. Wiem, że nie słyszysz tego często i przepraszam za umniejszenie twojego pewnego siebie męskiego ego, ale będziesz musiał znaleźć jakiś sposób, by sobie z tym poradzić.

Może więc po prostu pójdę zapytać Abbott o twoje zadanie, co?

Może powinieneś.

Dobra. Chyba tak zrobię.

W rzeczywistości, wiem, że tak zrobię.

To byłby moment, gdzie zaczynasz panikować i przyznajesz, że naprawdę nie oddałaś tego głupiego listu.

Dalej, w każdej chwili.

Czekam.

Najlepiej kiedyś w tym wieku, jeśli można.

Naprawdę nie rozumiem, jak dajesz radę pisać te małe liściki do mnie, jak i również spisywać wszystkie notatki z tablicy.

Nie muszę ich spisywać. Mam swoją własną niewolnicę do robienia tego.

Poważnie? Więc upewnij się, że twoja własna niewolnica pisze schludnie. Muszę móc przeczytać notatki, wiesz.

Moja własna niewolnica zawsze pisze schludnie. Nigdy nie ma poślizgów.

Cóż, więc dobrze dla ciebie. Twoja własna niewolnica brzmi doskonale.

Jest doskonała.


Później, Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 4

Suma Obserwacji: 26

- Co to było?

Niezadowolony głos Grace nabrzmiewa spoza mnie i nie mogę powstrzymać westchnięcia. Doprawdy, staram się tu pracować. Nie wszyscy z nas są super mądrzy i mogą pstryknąć palcami i mieć te rzeczy skończone, wiecie. A ponieważ Prefekt Naczelne muszą nadążać z ocenami i życiami, a ja już jestem z tym do tyłu, naprawdę nie mogę sobie pozwolić na dodatkowe komplikacje.

I to naprawdę nie ma znaczenia, że nie robiłam swojego wypracowania, ale raczej gapiłam się na to urocze dziecko kilka regałów dalej, bo nie w tym sedno. Chodzi, oczywiście, o to, że mogłam pisać właśnie moje wypracowanie i gdybym to robiła, Grace nie powinna przeszkadzać mi ze swoim „co to było", ponieważ nie wiem co „to" było. Nawet nie wiem co „to" jest!

- Co było co? – zapytałam, udając, że dalej piszę wypracowanie na Zaklęcia, chociaż zamiast tego piszę to.

- To! – krzyczy, machając ramionami w powietrzu. Patrzę na nią pusto. Ojej, w końcu się załamała. Wiedziałam, że to któregoś dnia się zdarzy, ale… co za okropne wyczucie czasu, co? Przeszłam z posiadania dwóch najlepszych przyjaciółek do jednej, do żadnej… Będę musiała przeprowadzić przesłuchania czy coś. Na nowe najlepsze przyjaciółki, o to mi chodzi. Chyba że sprawię, że Emma znowu zacznie ze mną rozmawiać i może spróbuję odszalenić Grace. Przypuszczam, że to będzie dużo, ale jestem mądrą dziewczyną, zrobię to. Dobra, nie mądrą, ale jestem uprzejma, co musi się jakoś liczyć, prawda? Zastanawiam się…

- Lily!

Jak miło. Czy ona gadała?

- Czy ty słuchałaś, co ja mówiłam?

Madame Pince ucisza nas. Grace ją ignoruje. Ja potrząsam głową.

- To – Grace mówi powoli po raz trzeci – jest totalnym obłędem, który dział się przez cały poranek! Najpierw z tym kawałkiem o dziesięciu galeonach na Eliksirach, potem z tym całym szalonym wymienianiem liścików na Zielarstwie – tak, nie myśl sobie, że tego nie widziałam, Lily Christine Evans! Zamierzasz powiedzieć mi co się dzieje, czy mam to z ciebie wydusić?

Zajmuje mi jakąś chwilkę, by domyśleć się o czym ona, do jasnej ciasnej, wygaduje. Wtedy mi świta w głowie.

Potter.

„To" jest Potterem i mną.

- Cóż, z trudem nazywam wymienianie liścików obłędem, Grace – odpowiadam nonszalancko, wciąż rozważając czy powiedzieć jej o zakładzie. – To znaczy, ty i ja robimy to cały czas.

Grace piorunuje mnie wzrokiem. – Tak, ale ostatnim razem, gdy my wymieniałyśmy liściki, nie zignorowałam kompletnie części planu z wymienianiem liścików i nie zaczęłam liczyć punktów za każdy raz, gdy zdołałam rzucić kawałkiem pergaminu w twoją głowę, czyż nie?

Uczciwy punkt. To była fajna zabawa – również całkiem sprytna z mojej strony. Chociaż przypuszczam, że rzucanie w niego pergaminem było trochę niedojrzałe. Zabawne, ale niedojrzałe. Hmm. Może następnym razem – no, jeśli będzie następny raz. Wątpię, że Potter jest chętny do marnowania czasu na wymienianie się ze mną liścików. Pierwszy raz robił to tylko dlatego, ponieważ byłam na niego zła, a tym razem robił to tylko dlatego, bo chciał swojego dziesięć galeonów (których nie dostanie, bo przegrał). Tak naprawdę nie ma powodu by znowu to robić. Nie to, że chciałabym by to zrobił czy coś. Nie lubimy się, a ludzie, którzy siebie nie lubią, nie lubią wymieniania się ze sobą liścikami.

Nawet jeśli wspomniane liściki są jakoś zabawne, ponieważ obydwoje jesteśmy tak uprzejmy oraz sprytni i w ogóle.

- No i?

Szlag. Znowu się wyłączyłam.

- Eee… nic się nie dzieje, Grace – mówię z niewinnym wzruszeniem ramion. Grace posyła mi spojrzenie. – Naprawdę – zapewniam. – Dałam mu przeczytać swoje wypracowanie z Eliksirów, a on miał co do niego pytanie. To wszystko.

To nie było tak naprawdę kłamstwem, gdy się nad tym zastanowi. W zasadzie dałam mu to, co oddałam jako moje wypracowanie z Eliksirów, a on w zasadzie miał w związku z tym pytanie/komentarz, więc to nie było tak naprawdę okłamywanie jej. Nie to że miałoby to znaczenie, że jej skłamałam. Wygląda na to, że choć jestem tak bardzo wypełnioną złą karmą dziewczyną, zawsze miałam zdolność do bycia zaskakująco dobrą kłamczuchą. Nie to, że to jest dobra rzecz czy coś. Kłamanie jest złe i ludzie nie powinni tego robić. Zwłaszcza ludzie, którzy są Prefekt Naczelnymi. Sądzę, że jest to jakoś nielegalne czy coś.

- Wymienialiście się liścikami przez okropnie długi czas, jak na zadanie ci jednego pytania, Lily! – warknęła Grace. Rzuciłam jej własne nieprzyjemne spojrzenie. Nie wiem dlaczego tak bardzo się tym denerwuje. Doprawdy, czy ona i Emma nie były tymi, które mówiły mi jakim Potter jest miłym i przyjaznym facetem?

- Czemu taka jesteś? – pytam, wyrażając głośno moje niepokoje. – Ty i Emma zawsze mówiłyście, że Potter jest doskonałym przyjacielem, a teraz nagle wymieniam się paroma liścikami z cholernym facetem i znikąd staje się on Ponurym Żniwiarzem?

- Więc teraz jesteście przyjaciółmi? – pyta prędko Grace, przekręcając moje słowa, zdenerwowanie raptem znikło z jej głosu. Zamiast tego brzmi szczególnie gorliwie. – Ty i James?

Przewracam oczami. – Nie, nie jesteśmy przyjaciółmi – tracę nad sobą panowanie, posyłając jej minę. – Nie możemy siebie znieść! Wiesz o tym!

Grace podejrzliwie mruży na mnie oczy.

- Ale właśnie powiedziałaś, że dałaś mu swoje wypracowanie! – Daje mi to „coś tu jest nie tak" spojrzenie. – Nie bardzo dajesz swoje wypracowania ludziom, których nienawidzisz, prawda?

To prawda, ale większość ludzi również nie ma dziesięcio galeonowych zakładów z ludźmi, których nienawidzą.

- To nie tak – mówię jej, choć, dziwna rzecz, to w zasadzie dokładnie tak jest. – To… uch… sprawa Prefektów Naczelnych. Nie zrozumiałabyś tego.

- Czego bym nie zrozumiała? – pyta Grace. – Czego mi nie mówisz?

Przerywam i jej nie odpowiadam. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czemu po prostu nie mówię Grace o głupim zakładzie. To nie jakaś ważna sprawa i to nie tak, że ona jest Emmą i skarciłaby mnie za to. W rzeczywistości Grace prawdopodobnie oklaskałby niedbałe wysiłki i przywitałaby mnie w swoim świecie. Ja po prostu… to tylko… przypuszczam, że ona ma rację. Jak mogę raz mówić, że Potter i ja jesteśmy wrogami, a potem robić z nim zakłady i wymieniać się liścikami? Może jestem po prostu zdezorientowana. Może to przez tę całą zmianę Zły-Potter/Przyjazny-James, w którą on mnie wciąga. Domyślam się, że chodzi o to, że nie potrafię jeszcze odgadnąć którym on jest. Ostatnim razem, kiedy uznałam jakąś relację Przyjaznego-Jamesa między nami, skończyłam z gulą zielonego paskudztwa na głowie. Kto chciałby zostać postawiony w tej sytuacji raz jeszcze?

- Ja… mówię ci wszystko – odpowiadam bez przekonania parę chwil później, już nawet nie przejmując się by ukryć moje kłamstwo. Grace rozumie oczywistą aluzję.

- Cóż – mówi, wstając ze swojego miejsca – idę na trening Quidditcha. Lecz jeśli nagle przypomnisz sobie coś, o czym zapomniałaś mi powiedzieć – przerywa, posyłając mi znaczące spojrzenie – wiesz, gdzie mnie znaleźć, prawda?

Potakuję, lecz moje wciąż niespokojne wątpliwości z uznaniem choćby cywilnej relacji z Jamesem Potterem powstrzymują mnie od zrobienia tego, co wiedziałam, co chce Grace – bym powiedziała jej tu i teraz o zakładzie. Gdy nic nie mówię, słyszę westchnięcie Grace i patrzę jak odchodzi chwilę później.

To oczywiste, że mam dużo do przemyślenia.

Pfff. Po prostu moje szczęście.


Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 4

Suma Obserwacji: 27

Coś jest ze mną nie tak. Coś poważnie i nieodwracalnie nie tak. Jestem nienormalna. Jestem chora. Po prostu to wiem.

Inaczej dlaczego się nie przejęłam, nawet nie mrugnęłam powieką, kiedy Amos wcześniej do mnie podszedł? I choć, tak, przypuszczam, że lepiej jest zachowywać się przy nim naturalnie, jak to zrobiłam, niż chichotać i flirtować, jak zwykle robiłam, ale chichotanie i flirtowanie jest tym, co dziewczyna powinna robić przy facecie, który jej się podoba! Ledwie spojrzałam na chłopaka! Nic nie zrobiłam!

Ugh. To wszystko wina Grace! I Pottera! Obydwoje NISZCZĄ MOJE ŻYCIE!

RAZEM!

Czy nie zdają sobie sprawy, że moje życie jest już wystarczającym dysfunkcyjnym bałaganem? Naprawdę nie muszą przychodzić z ich wrogą uprzejmością i denerwująco trafnymi oskarżeniami, by zrobić je gorszym. Już jest wystarczająco dosyć złe, dziękuję wam bardzo.

NIE POTRZEBUJĘ TEGO!

Czemu po prostu nie mogę być jak każda inna dziewczyna? Czemu po prostu nie mogę swobodnie nienawidzić tych, których zawsze nienawidziłam, być przyjaciółkami z dziewczynami, z którymi zawsze byłam przyjaciółkami i flirtować z facetem, którego zamierzam poślubić? Czemu nie mogę? To naprawdę tak dużo do proszenia, ten maleńki kawałek normalności w moim niezwykle nienormalnym życiu?

Nie, nie sądzę.

Nie wiem co robić. Już nie chcę do nikogo się odezwać. Za każdym razem gdy to robię, zawsze robię albo mówię coś głupiego. Nie można mi dalej ufać. Oficjalnie postanowiłam zostać i ukrywać się w moim łóżku przez cały weekend. Izolacja jest jedynym sposobem na, mam nadzieję, wyzdrowienie z udręki, której stawiłam czoła pod rękoma uczniów Hogwartu.

Nie opuszczę tego pokoju przez cały weekend. Nie opuszczę, nie opuszczę, nie opuszczę!

Chyba że będę musiała użyć ubikacji. Albo zjeść. Ale tylko po to. Po nic innego.

Ta, nic innego.


Sobota, 20 Września, Śniadanie w Wielkiej Sali

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 28

Znowu bardzo wcześnie wstałam tego ranka. Jednak ta zmiana mojego wewnętrznego budzika jest jeszcze szaleńcza niż wcześniej, ponieważ dzisiaj jest SOBOTA – albo jak lubię to nazywać Dzień-Snu – ale ja nie spałam. Wszyscy inni spali – nawet Emma, który zazwyczaj znika wcześnie w poranki Dnia-Snu – ale ja nie. Zastanawiam się, czy to stanie się moją rutyną. To całe wczesne wstawanie. Przypuszczam, że nie jest tak źle, gdy się do tego przyzwyczai – na pewno inaczej, ale nie źle. Nie obudziłam się dzisiaj wystarczająco wcześnie, by zobaczyć wschód słońca, ale nawet bez wschodu słońca było dosyć miło. Wszyscy dalej spali, więc nawet zdołałam opuścić dormitorium i zbiec na śniadanie bez niszczenia planu „chowania się w łóżku". Nikt nawet się nie dowie, że wyszłam.

I wiecie co? Nigdy nie widziałam tak pustej Wielkiej Sali, jaka była wcześnie rano. Jest tylko kilkoro uczniów siedzących przy każdym stole i choć wygląda to raczej dziwnie, jest to również jakoś pocieszające. Nie musiałam walczyć o mleko i nie musiałam martwić się wyglądaniem ładnie, bo Amos mógł mnie zobaczyć… byłam tylko ja, Szósto-roczna Mary Sue, Krukon Roy i grupka innych nieznanych osób, wszyscy wyglądający równie wymięcie jak ja, o tej porze rano. O, i profesor Dumbledore, ale to raczej nie niespodzianka, ponieważ Dumbledore jest zawsze wszędzie (Obserwacja #28: Dumbledore nigdy nie wygląda wymięcie. Przenigdy. Nawet nie o tej bezbożnej godzinie, kiedy jest w porządku wyglądać wymięcie, bo nikt cię nie osądza. Chciałabym, by ktoś go o tym powiadomił. To musi być męczące, cały czas bycie nie wymiętym. Jednakże to Dumbledore i w ogóle, więc zakładam, że to nie ma znaczenia).

Więc teraz zamierzam tutaj siedzieć, wypoczywać, co jakiś czas rzucając uprzejmy uśmiech Szósto-rocznej Mary Sue, która siedzi naprzeciwko mnie i ogólnie jedząc przyjemne, nie-dramatyczne śniadanie.

Jak do tej pory cudowny poranek.


Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 31

Obserwacja #29) Najwyraźniej Mary Sue, Roy, Dumbledore i ja nie jesteśmy jedynymi nie śpiącymi w Dzień-Snu.

Nikt nie oczekuje, że sprawy pójdą nie tak, kiedy je się gofry. Poważnie, nie żartuję. Po prostu nie. Gofry nie są rodzajem jedzenia, które wysyła ostrzeżenia wskazujące na to, że potencjalnie może stać się coś złego. Zamiast tego sprawiają, że sądzisz, iż sprawy będą dalej spokojne i satysfakcjonujące, tak jak same gofry. Może dlatego tak bardzo je lubię. Gofry. Ponieważ wyglądają tak bezpiecznie i w ogóle, kto mógłby się oprzeć? Albo może dlatego, że mam słabość do truskawkowych gofrów – jednak nie z syropem, z masłem, bo syrop jest lekki i w ten czy inny sposób, kiedykolwiek używam syropu, kończy on w moich włosach. Niezawodnie za każdy razem. Ale nie o to chodzi. Sens w tym, oczywiście, że miałam uśpioną czujność z powodu gofrów i w ogóle. Oto byłam ja, siedzące niewinnie przy stole, jedząc moje gofry, od czasu do czasu posyłając uśmiech Szósto-rocznej Mary Sue i ogólnie cieszyłam się moim porankiem Dnia-Snu. Nie mogłam spodziewać się problemu, kiedy jadłam gofry (które, tak na marginesie, były cholernie świetne. Obserwacja #30) Jedzenie jest zdecydowanie lepsze wcześnie rano. Te gofry były najlepszymi, jakie kiedykolwiek kosztowałam. I pomyśleć, że jadłam śmieci, którymi karmiono mnie później? Phi!). Nie miało być żadnego problemu. Absolutnie żadnego.

Nie widziałam jak to nadchodzi.

Dopóki nie usiadło obok mnie.

- Cześć, Lily.

Obserwacja #31) Tak jak profesor Dumbledore, James Potter nigdy nie wygląda na wymiętego.

Chyba bezpiecznie jest powiedzieć, że przestałam oddychać. James Potter siedział obok mnie. Właśnie wtedy. Właśnie tam. Wcześnie rano. Przecząc spokojowi zapewnionemu przez gofry. On był… on… tutaj! Tuż obok mnie! Ta sama osoba, którą zamierzałam kompletnie ignorować, siedziała tuż obok mnie! Czułam się taka zdradzona. Moja karma osiągnęła tak nieprzezwyciężalny punkt, że mogła teraz skazić nawet niewinność miłej porcji bezpiecznych gofrów. Życie nie mogło być tak niesprawiedliwe dla wszystkich ludzi.

- Ja… co ty tu robisz? – zdołałam wybełkotać, gdy tylko przeszedł mi początkowy wstrząs tym, że James Potter siedział obok mnie tak, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Potter nawet nie podniósł na mnie wzroku, kiedy odpowiedział.

- Jem.

- Tak, widzę to – wymamrotałam beznamiętnie, zerkając na astronomiczną ilość śniadania, którą Potter właśnie układał w stosie na jego już przelewającym się talerzu. Gofry, jak zauważyłam, nie były jednym z jego wyborów. W zasadzie były jedyną rzeczą, której nie wybrał. – Jesteś prawdziwym odrażającym utylizatorem odpadków, wiesz o tym?

Przestał ładować jedzenie na swój talerz. – Utylizatorem czego?

Przewróciłam oczami, nie fatygując się z odpowiedzią. Jeśli nie chciał uważać na Mugoloznastwie, to okej. Nie zostanę jego prywatną korepetytorem… ee, chociaż on jest moim. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jest głupim cholernym palantem i jeśli jest zbyt pochłonięty robieniem głupich Porterowych rzeczy jak robienie zakładów z szalonymi Prefekt Naczelnymi, które nie powinny żyć albo wymienianiem się liścikami z dawnym wrogiem, bo myśli, że zabawnie jest ją zdezorientować, by zwrócić uwagę na to, czym jest utylizacja odpadów, tak więc nie będę go edukować. Jeśli o mnie chodzi, zasługuje na swoją ignorancję. Może powinien po prostu przestać być takim cholernym palantem, a wtedy dowie się co to utylizacja odpadów.

- Nieważne – westchnęłam, kiedy Potter wciąż patrzył na mnie dziwnie. – Chodziło mi o to, co robisz tutaj teraz. Jest wcześnie. Naprawdę wcześnie. Jesteś tego świadomy?

- Doskonale świadomy – odpowiedział Potter z uśmiechem, ostatecznie uznając, że więcej jedzenia nie zmieści się na tym jednym talerzu leżącym przed nim i przeniósł się na drugi. Ten postanowił zapełnić całkowicie jajecznicą i tostami. – Zawsze wstaję tak wcześnie.

- Ale jest sobota – spróbowałam znowu. – Żadnych lekcji. Mógłbyś spać do południa, gdybyś chciał.

- Wiem – powiedział Potter, wzruszając ramionami. Posłał mi kolejny głupi uśmiech. – Ale jedzenie zawsze jest lepsze wcześnie rano.

Powstrzymałam grymas niezadowolenia i zamiast tego zmarszczyłam brwi. To była moja obserwacja. Moja. Tak czy inaczej, za kogo on się uważa, wstając wcześnie, tak jak ja? To powinna być moja pora – jedyna pora dnia, kiedy nie muszę martwić się niczym ani nikim. Potter nie może tak po prostu najeżdżać na tę porę. To w ogóle nie było fair. No i co, jeśli w zasadzie odkrył korzyści wczesnego wstawania przede mną i robił to już przez długi czas? Gdzie jest jego zmysł rycerskości? Czy on nie ma dosyć przyzwoitości by odejść i dać mi te kilka spokojnych minut?

Oczywiście, że nie.

Westchnęłam markotnie, zmuszając się by nie spiorunować wzrokiem idioty siedzącego obok mnie. – O, i zakładam, że tak naprawdę tylko to wystarcza facetowi, hmm? – sarknęłam. – Trochę dobrego jedzenia?

- Jesteśmy niewybredni – roześmiał się Potter, znowu wzruszając ramionami. – Ale są także inne powody.

- Jakie?

- Otóż ludzie, oczywiście – odparł Potter z szelmowskim uśmiechem. Ale tym razem nie patrzył na mnie. Patrzył na Szósto-roczną Mary Sue. – Czyż to nie prawda, Marley?

Jego nacisk na jej imię zdezorientował mnie, a chichocząca i potakująca odpowiedź Mary Sue (Marley?) tylko bardziej zbiła mnie z tropu. Byłam całkiem ładna. Przez chwilę się zastanawiałam czy może on ją bzykał.

- O, więc jednak znasz moje imię, tak? – zażartowała Mary Sue/Marley, również uśmiechając się do niego. Starałam się trzymać brwi w miejscu. Dobra, poważnie mam nadzieję, że on jej nie bzyka. Jakby dopiero teraz zauważając, że tam siedziałam Mary Sue/Marley odwróciła się do mnie i wytłumaczyła: - Potter bardzo lubi nazwiska w Quidditchu. Powiedziałam mu, że jestem pewna, że nawet nie wie jak się nazywam.

Czy mogę powiedzieć, że poczułam lekką ulgę słysząc to?

- Zatem jesteś w drużynie Quidditcha? – zapytałam.

Marley skinęła głową. – Ścigająca – powiedziała mi.

- Szlag by to – zaklął Potter, zwracając naszą uwagę. Przejrzał szybko stół. – Znowu zapomnieli cholernego ketchupu.

- Ketchupu? – spytałam, obserwując go dziwnie, gdy kontynuował swoje poszukiwanie po stole. – To śniadanie. Do czego, na brodę Merlina, potrzebujesz ketchupu?

Potter nawet nie przejął się podniesieniem wzroku na moje pytanie. Gdy nie udało mu się znaleźć przyprawy na stole Gryffindoru, wstał z miejsca i zaczął przeszukiwać inne stoły w Sali. Zajęło mu parę sekund by mi odpowiedzieć. – Oczywiście do jajek.

Jajecznica?

Z ketchupem?

Fuj.

- Co? – wypaliłam, całkowite obrzydzenie pojawiło się na mojej twarzy. – To cholernie obrzydliwe, Potter!

Zachowując się, jakbym właśnie potępiła samą Królową, Potter od razu zaprzestał swojego przeszukiwania stołu Ślizgonów, jego wzrok przyleciał do mnie. W rzeczywistości miał czelność wyglądać na zszokowanego moim obrzydzeniem.

- Obrzydliwe? – zawołał. – Jajecznica i ketchup są najświetniejszą rzeczą od krojonego chleba!

Przewróciłam oczami. Och, błagam. I ja jestem Królową Nilu.

- Aha – mruknęłam.

Potter spiorunował mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się szeroko.

- Wiecie co? – wtrąciła Marley-dawniej-znana-jako-Mary-Sue, powodując, że Potter przestał gniewnie patrzeć, a ja przestałam go prowokować. – Myślę, że ten mały blondyn znów mógł go wziąć, James.

Na wzmiankę o tym „małym blondynie" piorunujący wzrok Jamesa przeniósł się na chłopaka siedzącego niedaleko od nas przy stole Puchonów. – Zamorduję cholernego gnojka – burknął, już podnosząc się ze swojego miejsca. Wytężyłam wzrok by zobaczyć kto to był. Spotkałam znajomą kupkę błyszczących blond włosów.

- Timmy'ego, Tommy'ego, jakkolwiek, do jasnej cholery, mu na imię… - James dalej burczał, przenosząc nogę przez ławkę.

- To jest Thomas! – krzyknęłam, sprawiając, że Potter się zatrzymał. – Thomas Dunn. Nie możesz zamordować Thomasa Dunna!

Potter spojrzał na mnie beznamiętnie.

- A czemu, do cholery, nie? – zapytał, raz jeszcze piorunując wzrokiem oskarżonego trzeciorocznego.

Siedziałam rozdziawiając usta jak ryba, nie wiedząc jak odpowiedzieć. Oczywiście nie mogłam wyjawić mu prawdziwego powodu – że nie mógł zamordować Thomasa Dunna ze względu na fakt, że Grace, Emma i ja (nie wspominając większości X-uchromosowanej populacji Hogwartu i może również nawet kilku Y-uchromosowanych istot) wszystkie nielegalnie pożądałyśmy przystojnego małolata, ponieważ, wiecie, to był Potter. Jednakże nie mogłam mu pozwolić pójść i psychicznie i/lub fizycznie skrzywdzić kochanego Thomasa (na co, chociaż był to tylko ketchup, Potter wyglądał, że chciał zrobić).

- Bo nie! – powiedziałam, szukając porządnego powodu. – Bo… bo jesteś Prefektem Naczelnym, dlatego! Prefekci Naczelni nie mordują małych chłopców! To niezgodne z przepisami – i prawem, jeśli o to chodzi!

Potter zacisnął zęby. – Ta, cóż, wszystko robi się kiedyś pierwszy raz. – I ku mojemu kompletnemu zdumieniu, poszedł parę kroków w stronę stołu Hufflepuffu.

Doprawdy! To był ketchup!

- Oj, siadaj, cholerny głąbie! – warknęłam, łapiąc za ramię Jamesa i ciągnąc go z powrotem do stołu. Potter spojrzał na mnie gniewnie, ale niechętnie zrobił, co mu powiedziano. Popatrzyłam na niego spode łba. – Ja pójdę po twój cholerny ketchup, dobra?

Potter opadł na swoje miejsce z głuchym odgłosem, posyłając mi parszywe spojrzenie, ale i tak kiwnął szorstko głową. Odwzajemniłam jego wzrok. Jakim prawem dawał mi nieprzyjemne spojrzenia? To ja miałam przysporzyć sobie problemu, idąc zabrać jakiś cholerny ketchup ze stołu Puchonów, ponieważ mój partner Prefekt Naczelny wydawał się zastanawiać nad popełnieniem zbrodni. To ja powinnam być zła, nie on.

Lecz przypuszczam, że dziewczyna musi robić co do niej należy. Nie mogłam pozwolić facetowi iść tam i skrzywdzić biednego Thomasa – jedną z bardzo niewielu rzeczy pozostawionych nam dziewczynom na świecie do uśmiechania się. Więc choć było to raczej irytujące i choć moje gofry zaczynały być zimne po całej tej bezmyślnej pogawędce, rzuciłam Jamesowi ostatnie spojrzenie, zanim podniosłam się z mojego miejsca i pomaszerowałam do stołu Hufflepuffu, zatrzymując się, kiedy dotarłam do miejsca, gdzie siedział Thomas Dunn wraz z jego trzeciorocznymi kolegami.

- Em, Thomas? Przepraszam – odezwałam się uprzejmie, delikatnie poklepując ramię chłopca. Śmiech grupy zamarł, gdy Thomas Dunn odwrócił się na swoim miejscu, by na mnie spojrzeć. – Czy możesz, proszę, podać mi ten ketchup, bym mogła odnieść go do stołu Gryffindoru?

Thomas wpatrywał się we mnie, zdając się zbity z tropu moją prośbą, ale sekundę później wydawało się mu przejść, gdy sięgnął po butelkę ketchupu. Położył go na mojej wyciągniętej dłoni.

- Proszę. – Zaciekawienie wciąż widniało na jego twarzy. – Jesteś Lily Evans, prawda? – zapytał. – Prefekt Naczelna?

Skinęłam głową, w końcu znajdując jakiś pożytek z tego cholernego tytułu. Thomas również skinął głową.

- Bliżej jesteś nawet ładniejsza – poinformował mnie po prostu, wciąż kiwając głową. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu na jego komentarz i może także trochę się zarumieniłam, choć rozpaczliwie próbowałam tego nie zrobić. Co za czarujący mały chłopiec – cóż, oczywiście złudzeniowy, ale wciąż czarujący. Bardzo się cieszę, że nie pozwoliłam Potterowi go zabić.

- Cóż, ee, dziękuję – wymamrotałam cicho, dalej się uśmiechając. Odwróciłam się, żeby odejść, ale w ostatniej sekundzie zatrzymałam się i zwróciłam do Thomasa, zajmując miejsce na ławce obok niego.

- Posłuchaj – powiedziałam, przyglądając mu się ostrożnie, czując, że jestem winna dzieciakowi by przynajmniej go ostrzec, ze względu na fakt, że jest tak złudzeniowo czarujący i w ogóle. – Oto mała rada ode mnie dla ciebie, okej? Widzisz tamtego faceta? – Wskazałam w kierunku Pottera.

- Pewnie – odpowiedział Thomas. – Wszyscy znają Jamesa Pottera.

Pokiwałam głową. – Tak, otóż tak czy owak, muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. – Podniosłam butelkę ketchupu. – Widzisz ten ketchup? Jeśli zdarzy ci się stwierdzić, że jest nieobecny na stole Hufflepuffu, a obecny na stole Gryffindoru, proszę, w imię wszystkiego co magiczne, nie zabieraj go zanim tamten Senior Psychopata będzie miał okazję go użyć, dobrze? Ma małego bzika na punkcie ketchupu.

Zaskakująco Thomas potaknął ze zrozumieniem. – Taa, wiem – powiedział. – Już wcześniej objechał mnie za to kilka razy. Mówi, że to jego ketchup.

Uśmiechnęłam się. – Tak, otóż musicie mu wybaczyć. – Przysunęłam się bliżej Thomasa i jego przyjaciół, jakbym mówiła im sekret. – Ma mały problem z ego – szepnęłam. – Sądzi, że posiada ziemię i w ogóle.

Grupa parsknęła śmiechem.

- Jednak pracujemy nad tym – zapewniłam ich z moim własnym chichotem. Grupa dalej się śmiała, gdy podniosłam się z ławki i zaczęłam odchodzić.

- To była przyjemność robić z wami interesy, panowie! – zawołałam przez ramię. Grupa wciąż się śmiała, wykrzykując pożegnania, gdy wróciłam do stołu Gryffindoru.

Kiedy usiadłam przy moich gofrach podałam ketchup wciąż gniewnie patrzącemu Jamesowi i wymieniłam niewielki uśmiech z chichoczącą Mary-Marley.

- Z czego śmiali się ci bufoni? – warknął Potter, cierpka mina wciąż trwała na jego twarzy.

Wywróciłam oczami. – Śmiali się z tego zabawnego kotka na twojej twarzy.

Grymas zadowolenia Pottera nie ustał. – O, ha, ha – zadrwił. – Jesteś po prostu taka zabawna, Evans. – Uśmiechnęłam się do niego zawadiacko, ale Potter nie odpłacając więcej swoimi piorunującymi spojrzeniami, zdecydował – całkowicie niegrzecznie i bez absolutnie żadnego pozwolenia, że pozwolę sobie dodać – podniósł górę swoich jajek pokrytych keczupem i chlapnął je bezceremonialnie na mój talerz.

- Ej! – krzyknęłam, patrząc na moje wypełnione keczupem i jajecznicą gofry. – Trzymaj się swoich cholernych talerzy!

- Jedz – rozkazał Potter. Spojrzałam na niego z wściekłością.

- Nie, z pewnością nie będę jeść! – zawołałam, bezradnie próbując widelcem odłączyć jajecznicę zaatakowaną keczupem od moich gofrów. Było to obrzydliwe i nie działało. Fuj. – Spójrz, co zrobiłeś! – warknęłam, wskazując na swój talerz. – Wszystkie gofry są zmieszane z keczupem, a truskawki są zmieszane z… ugh! Obrzydlistwo!

- Jedz! – było jedyną odpowiedzią, którą dostałam.

Byłam zbulwersowana. Spojrzałam wilkiem na Pottera. Nie chciałam „jeść"! Naprawdę, naprawdę nie chciałam tego jeść. To było kompletnie obrzydliwe. Chciałam wymiotować. Ale wydawało się, że niezależnie od obecnego stanu mojego żołądku, nie miałam zbyt wielkiego wyboru w zjedzeniu czy nie zjedzeniu cholernych jajek, bo James cały czas wskazywał na mój talerz w raczej wrogi sposób, rzucając mi wyraźne „Zrób-To-Albo-Wepchnę-Ci-To-Do-Buzi" spojrzenie, które wiedziałam, że nie było to groźbą. Więc co miałam zrobić? Pozwolić mu wepchnąć wielką gulę do mojej buzi? Nie miałam wyboru. Było to takie niesprawiedliwe.

- Wygląda trująco – burknęłam, niepewnie nabierając na widelec czerwoną i żółtą kluchę. Marley zaśmiała się, ale ja nie widziałam jak to w jakikolwiek sposób było komiczne. Gdy widelec zaczął się coraz bardziej zbliżać do moich ust sytuacja stawała się coraz mniej dowcipna.

- Och, po prostu to zrób – powiedział niecierpliwie James, przewracając oczami. Nie odpowiedziałam mu, ani nawet nie spojrzałam gniewnie. Jedynie jęknęłam z protestem.

- To naprawdę nie jest takie złe, Lily – zapewniła Marley, biorąc kawałek swoich czystych jajek. Powstrzymałam impuls spiorunowania jej wzrokiem. Nie zrobiłam tego, ponieważ byłaby to bardzo dziecinna rzecz. Prawie tak dziecinne jak trzymanie widelca zawierającego okropnie wyglądającą substancję blisko twojej buzi, ale nie wkładając go do środka. Prefekt Naczelne nie są dziecinne. Zwłaszcza „bliżej nawet ładniejsze" Prefekt Naczelne. Trzymając się tej myśli podniosłam widelec do ust i wepchałam do środka dziwną kluchę.

- Nareszcie!

Rzecz była niechlujna i płynna w moich ustach i została tam przez chwilę, wypełniając moje kubki smakowe. Potter i Marley patrzyli na mnie wyczekująco, czekając na moją reakcję. Pozostawałam cicho. Po kilku chwilach mielenia i smakowania, odkryłam, że jajecznica i keczup nie były trujące i nie były najgorszą rzeczą, jaką smakowałam. Zgadza się, to nie żaden deser lodowy czy miska ryżu, ale nie jest to również psia karma. Nie coś, co kiedykolwiek znowu zjem, ale nie tak obrzydliwe, jak się wcześniej spodziewałam.

- Lubisz to – zarzucił mi James parę chwil później, uśmiechając się zuchwale.

Przełknęłam mocno, wywracając oczami. – Przypuszczam, że jest w porządku.

I naprawdę nie było takie złe, nie kłamałam. W każdym razie widok tego obok moich gofrów już dłużej nie wywoływał we mnie odruchu wymiotnego. Lecz niezależnie od tego odkryłam, że kiedy zerknęłam na mój talerz i zobaczyłam keczup i jajecznica połączone z moimi goframi i truskawkami, nagle poczułam się nieswojo. Naprawdę, prawdziwie nieswojo. Dokładnie nie jestem pewna dlaczego, ale tak było. To znaczy, swobodnie rozmawiałam z Potterem przez jakiś czas, a poza paroma drażniącymi się spojrzeniami, jeszcze nie był okropny. Więc dlaczego teraz czuję się nieswojo? Nie byłam pewna, ale wiedziałam, że mój apetyt zniknął razem z moim komfortem. Cicho wzdychając odsunęłam swój talerz w stronę Jamesa.

- Proszę – rzekłam. – Już nie jestem głodna.

James posłał mi dziwne spojrzenie. – Nie miałem zamiaru… to tylko trochę keczupu, Lily. Nie musisz wychodzić.

Potrząsnęłam głową. – Nie, to nie to. Po prostu nie jestem już głodna.

Tak naprawdę chodziło mi o to, że już nie czułam się komfortowo, ale nie mogłam mu tego powiedzieć.

Potter potaknął, wciąż wyglądając trochę niepewnie. Nie sądzę, że mi uwierzył.

- Dołączysz do nas jutro? – spytała Marley.

Pytanie zbiło mnie z tropu. Przyłączę się do nich jutro? Nie sądzę. Marley wydawała się wystarczająco miła, ale powinnam unikać Pottera. Nawet z moją nietkniętą uprzejmością dziewczyna może zostać tylko obnażona komuś, kogo stara się unikać tyle razy, że już go nie unika. Nie sądzę, że wolno mi jeść z nimi jutro. To zasady, eee, natury, tak myślę.

- Um, może.

Czułam, jak zaczyna palić mnie twarz.

- O, dobrze – powiedziała Marley, uśmiechając się do mnie twarzą tak niewinną, że moje serce zaczęło walić. Nie byłam pewna, dlaczego tak trudno było mi skłamać. Nigdy wcześniej nie załamałam się pod presją.

- Eee, tak. Ja, um, muszę jednak iść. Do zobaczenia… jutro.

Potem wyszłam tak szybko jak mogłam z Wielkiej Sali, jak wariatka, którą byłam.


Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 32

Dziesięć.

Dziesięć razy w moim ostatnim wpisie odwołałam się do niego jako „James".

Jest źle. Jest naprawdę, naprawdę źle.

Co ja wyprawiam? Co on wyprawia? O Merlinie, jestem taka zdezorientowana! Skąd, do jasnej ciasnej, się to wszystko wzięło? Czy nie dość mnie torturował? W jednej chwili jest ikrą diabła, która zawsze mnie nienawidziła i zawsze będzie, a w następnej jest tą zupełnie normalną osobą, rozmawiającą ze mną i robiącą ze mną zakłady i zachowującą się, jakbyśmy byli… byli… sama nie wiem, przyjaciółmi czy coś!

Ale nie jesteśmy. Przyjaciółmi, o to mi chodzi. Nawet nie jesteśmy tego bliscy.

Nie sądzę.

I okej, tak, zasadniczo wymieniasz się liścikami ze swoimi przyjaciółmi, robisz zakłady ze swoimi przyjaciółmi i jesz śniadanie ze swoimi przyjaciółmi, ale nie w tym sęk. No i co, że napisałam o nim tak dużo, jak napisałam o Grace i Emmie – moich prawdziwych przyjaciołach – przez te ostatnie dni? I tak większość z tego było narzekaniem! I tak, narzekam na Emmę, która jest moją przyjaciółką, ale to co innego. Ona nie jest… cóż, ona jest, ale… ON nie jest…

Szlag by to.


Później Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 33

NIE zaprzyjaźnię się z Jamesem Potterem.

NIE zaprzyjaźnię się z Jamesem Potterem.

NIE zaprzyjaźnię się z JAMESEM POTTEREM.

NIE ZAPRZYJAŹNIĘ SIĘ Z JAMESEM POTTEREM!


Później Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 33

Po prostu będę trzymać się planu – Planu: Ukrywanie się. Dalej będę ukrywać się w moim dormitorium, kompletnie odizolowana od świata zewnętrznego, który OBEJMUJE JAMESA POTTERA. Nie nabiorę się znowu na te jego głupie „miłe" sztuczki. Nie mogę. Nie zrobię tego. W zasadzie nie dam nawet sobie okazji na to, ponieważ właśnie został ogłoszony odpowiednikiem Dżumy, a ja muszę unikać Dżumy jak… cóż, jak ognia. Inaczej umrę.

Dosłownie.


Wciąż Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 33

Raport Zadania Domowego: 10:35

Wypracowanie na Zaklęcia

Status: W połowie zrobione

Pytania z Transmutacji

Status: Pff. Jasne.

Przepowiednie na Wróżbiarstwo

Status: Jeszcze jedna historyjka o fatalnym położeniu i skończę

Wypracowanie na OPCM

Status: Będzie skończone

Co za zajęte życie prowadzę.


Wciąż Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 35

Obserwacja #35) 10:43 Wstaje Emmeline. Włóczy się po pokoju, nie zwracając na mnie żadnej uwagi (jednak, gwoli sprawiedliwości, trzy strony mojego łóżka były zasłonięte kotarami) i prędko opuszcza dormitorium parę minut później. Doskonały Obserwator zauważa, że może być to pognanie na niegrzeczną randkę z panem Fultonem Maciem.

Obserwacja #36) 11:22 Grace mamrocze przez sen odniesienia do Quidditcha. Wiecie, takie jak „Walnij to!", „Szybciej!" albo „Użyj swojej miotły!". Nawiasem mówiąc wszystkie to szalone mamrotanie mogą bardzo dobrze być brane za ekstremalne insynuacje seksualne, co Doskonały Obserwator uważa za całkiem komiczne.

Obserwacja #37) 12:03 Alkoholem nie można się bawić. Ta obserwacja jest udowodniona, kiedy Elisabeth i Carrie na stałe opanowały ubikację, jęcząc i narzekając zaciekle, gdy opróżniły się z wczorajszego zapasu Ognistej Whiskey.


Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 38

Raport Zadania Domowego: 15:52

Wypracowanie na Zaklęcia

Status: Skończone.

Pytania z Transmutacji

Status: Nie mają większego sensu, niż parę godzin temu.

Przepowiednie na Wróżbiarstwo

Status: Umarłam przynajmniej trzy razy w tym tygodniu. Muszę nauczyć się być bardziej kreatywną.

Wypracowanie na OPCM

Status: Prawie skończone.


Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 39

Szlag by, umieram z głodu. Jednak nie mogę zejść do Wielkiej Sali. Może mam tu jakieś słodycze…


Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 39

Rozważałam za i przeciw czy zejść na dół na kolację czy kontynuować Plan: Ukrywanie się. Cholernie umieram z głodu, ale nie sądzę bym była już gotowa stawić czoło światu zewnętrznemu. Wydaję się wciąż być podatna na oszustwo. Muszę zaostrzyć się odosobnieniem. To jedyny sposób.

Zatem w końcu postanowiłam wytrzymać, choć żyję cały dzień tylko z Cukrowych Piór i Czekoladowych Żab i łaknę jakiegoś prawdziwego jedzenia. Po prostu nie sądzę, że mogę ryzykować. Po pierwsze, zarażę się Dżumą i umrę, a po drugie, sądzę że zrobiłam coś, by zdenerwować jeszcze bardziej Emmę, ponieważ wierzę, że wcześniej rzuciła we mnie butem, jednak nie mogę być całkowicie pewna, ponieważ moje kotary były zasunięte i nie mogłam zobaczyć. Jednakże zauważyłam jak wypadła z pokoju. Dlatego, rozumiecie, nie mogę wyjść. Choć umieram z głodu.

Nie wiem co jest bardziej żałosne: ja czy mój plan.


Późno, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 5

Suma Obserwacji: 40

Teraz zamierzam iść spać. Idę teraz spać z, jestem tego pewna, najbardziej pustym żołądkiem w Anglii.

Nienawidzę Jamesa Pottera.


Niedziela, 21 Września, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 42

Raz jeszcze obudziłam się wcześnie tego ranka. Jednak w odróżnieniu od wczoraj, tym razem nie mogę zakraść się na dół do Wielkiej Sali, chociaż mój żołądek tak gwałtownie burczy, że myślę iż mogę się chemicznie spalić, jeśli wkrótce czegoś nie zjem. Ale nie mogę. Muszę po prostu tutaj siedzieć w tym opuszczonym łóżku, marząc o jedzeniu, dopóki ktoś się nie obudzi a ja namówię go do przyniesienia mi trochę jedzenia.

To będzie długi poranek, mogę powiedzieć.


Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 42

Po tym jak leżałam w łóżku tak długo, że wydawało się to wiecznością, przysłuchując się burczeniu mojego brzucha, próbując wszystkiego by oderwać od tego swoje myśli, Grace w końcu się obudziła i mogłam przekonać ją, by wykradła mi trochę jedzenia z Wielkiej Sali.

- Dlaczego po prostu nie podniesiesz swojego leniwego tyłka i sama sobie nie przyniesiesz? – zrzędziła Grace, ze zmęczeniem zakładając adidasy. Nerwowo zagryzłam wargę. Powinnam jej powiedzieć? Już i tak była na mnie zła za to, że nie powiedziałam jej tamtego dnia o tym, co się działo z Dżumą…

- Niedobrze się czuję.

Kłamstwo wyszło z moich ust, zanim mogłam je powstrzymać.

- Co jest? – zapytała Grace.

- Myślę, że zjadłam coś gorzkiego – wyjaśniłam szybko. – Zatrutą jajecznicę.

Grace podniosła brew. – Od kiedy ty jesz jajecznicę? Porzuciłaś swoje zwyczaje z goframi?

Westchnęłam żałośnie.

Um, nie. Dżuma mnie zmusiła.

- To było jednorazowe – powiedziałam beznamiętnie. Mój żołądek wydał kolejne głośne burczenie. Posłałam Grace rozpaczliwe spojrzenie. Wywróciła oczami, wzdychając.

- Każdego dnia stajesz się większym dziwakiem, Evans – rzekła, rzucając mi spojrzenie, poczym złapała swój sweter i opuściła dormitorium.

Zaufaj mi, kochana Grace, nikt nie wie o tym lepiej niż ja.


Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 43

Obserwacja #43) Nawet po przespaniu się i/czy zjedzeniu zadanie z Transmutacji nie stało się prostsze. Jak już, to jest trudniejsze.

Nienawidzę zadań domowych. Nienawidzę McGonagall. Nienawidzę całego pojęcia Transmutacji i wszystkiego, z czym się ona wiąże.

Głupie cholerne pytania…


Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 44

Obserwacja #44) Nawet po ukończeniu całej reszty zadania domowego, zadanie z Transmutacji nie stało się prostsze. Jak już, to jest trudniejsze.


Później Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 44

Prawie dochodzi ósma godzina, a moje zadanie z Transmutacji wciąż jest nieskończone.

Oficjalnie zaczynam panikować.

Jeśli tego nie skończę McGonagall mnie zamorduje – ja się zamorduję. Nie rozumiem czemu mam z tym wszystkim tyle trudności. Szczerze to nie jest tak trudne. Potrafię rozszyfrować tysiącletnie runy z miłością mojego życia siedzącą dwa siedzenia przede mną, ale nie umiem odpowiedzieć na parę marnych pytań z Transmutacji z pomocą wszystko-wiedzącego podręcznika?

Najwyraźniej nie.

Grace jest na szlabanie, więc ona mi nie pomoże.

Emmeline nie odzywa się do mnie, więc ona mi nie pomoże.

Mój korepetytor jest uosobieniem Dżumy, więc on mi nie pomoże.

Więc co, do jasnej ciasnej, dziewczyna ma zrobić?


Późno, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6

Suma Obserwacji: 44

Postanowiłam, że zmiana scenerii będzie jedyną rzeczą, która włączy mój silnik Transmutacji. Jak by nie patrzeć, zostałam skazana na wygnanie do mojego pokoju na cały weekend. To ekstremalne zablokowanie mózgu, które wydawałam się mieć, musiało być skutkiem gapienia się w ścianę przez czterdzieści osiem godzin. Sądzę, że takie coś mogłoby każdego doprowadzić do szału.

Więc odrzucając całe ryzyko, niebezpieczeństwo i Plan: Ukrywanie się, wywnioskowałam, że miła, szybka wycieczka do Pokoju Wspólnego będzie biletem do uruchomienia ponownie mojej inteligencji. Szybko zebrałam moje nieskończone zadanie i podręcznik, i zeszłam na dół pierwszy raz, tak się wydawało, od wieków.

Szczerze mówiąc, kiedy schodziłam po schodach, patrząc jak powoli ukazuje mi się Pokój Wspólny, spodziewałam się, że coś się zmieniło. Nie wiem co, ale po prostu miałam takie uczucie, że jakoś podczas mojej dwudniowej nieobecności, ktoś lub coś się zmieniło. Ale nic takiego się nie stało. Chodzi mi o zmianę. Szkarłatne kanapy wciąż były na swoim miejscu, drewniane stoliki na swoich pozycjach, ciekawscy pierwszoroczni chowający się w kącie, pewni siebie szóstoroczni rozsiadający się przed ogniem… Wyglądało dokładnie tak samo. Wszyscy byli dokładnie tacy sami. Wydawało się to prawie dziwne.

Wybrałam miejsce na niezajętej kanapie blisko ognia, ale nie tak blisko, bym musiała wysłuchiwać bezsensownej rozmowie siedzących tam szóstorocznych. Miejsce to także dawało mi doskonały widok na drobiazgową inspekcję pokoju. Coś musiało się zmienić. Czułam to.

Rozpoczęłam najpierw od kanap, przyglądając się, kto je zajmował. Szóstoroczni opanowały, oczywiście, większość, siedząc swobodnie i przyjaźnie rozmawiając. Dostrzegłam wśród nich Marley i uśmiechnęłam się oraz pomachałam jej, gdy spotkała mój wzrok. Kilku trzeciorocznych siedziało na innej kanapie, grając w karty, jednak nie w Eksplodującego Durnia, co jest jedyną znaną mi czarodziejską grą karcianą. Potem przeniosłam wzrok na podłogę, gdzie parę dziewczyn, które, jak przypuszczam, były pierwszo lub drugorocznymi, uczyło się z dosyć wielkiego podręcznika. Wyglądały na całkowicie pochłonięte pracą, a ja miałam jedynie nadzieję, że wkrótce będę robić to samo. Następnie spojrzałam na stoliki. Przy pierwszym siedzieli Chris Lynch i młodsza blondynka, grający w cichą partię szachów. Przy drugim był Syriusz, Remus i Peter. Ich głowy były blisko siebie i skupiali się na czymś na stole. Obserwowałam ich z ciekawością przez parę minut, zastanawiając się jakie szaleństwo teraz knuli, dopóki nagle nie zorientowałam się, że brakowało jednego z nich. Nie było z nimi Dżumy. Zaintrygowana zagryzłam wargę, zastanawiając się dlaczego był nieobecny. Gdzie mógł być?

Wtedy go zobaczyłam.

Siedział przy następnym stoliku. Uczył się.

Ta, uczył.

Pohamowałam chęć do roześmiania się głośno na tę absurdalność. Alarmy w mojej głowie bardzo głośno dźwięczały – coś się święci. Musi. Nigdy przenigdy, w ciągu siedmiu lat, w których go znam, nie widziałam Jamesa Pottera uczącego się. Nigdy. On po prostu tego nie robi. Nie wiem czemu, po prostu nie. A jednak był tam, cicho przewracał strony książki, czytając i od czasu do czasu zapisywał coś na pergaminie leżącym obok jego łokcia. I robił to pomimo tego, że kilka stóp od niego jego przyjaciele wyraźnie planowali pełno kawałów. Wyglądało to tak dziwnie, że byłam trochę oszołomiona. Pomyślałam, że może się nie uczy. Może tak naprawdę przegląda świńskie magazyny i spisuje interesujące fakty o swoich ulubionych modelkach czy coś. Wyciągnęłam trochę wyżej szyję, starając się zobaczyć, co robił, bez rzucania się przy tym w oczy. Nie mogłam nic zobaczyć.

I oto stwierdziłam, że coś się zmieniło. Jedynie nie było to coś, czego się spodziewałam.

Po obserwowaniu ostrożnie Pottera przez jeszcze parę chwil, odwróciłam się do mojej własnej nauki, zdecydowana by zignorować te głośne alarmy w mojej głowie, które krzyczały do mnie, bym dowiedziała się co działo się z tą zagadką, którą jest James Dżuma Potter. Wiedziałam, że nie mogę teraz się tym zajmować. Miałam zadanie z Transmutacji do skończenia.

Otworzyłam swój podręcznik i spojrzałam na pierwsze pytanie mojego zadania:

Wyjaśnij skutki ruchu machnięcia w lewo ręką przy przemienianiu zwierząt. Wyjaśnij okrężny ruch ręką.

Ugh.

Ruch machnięcia w lewo ręką? To… cóż, to… eee… coś robi?

I okrężny też?

Cóż za odpowiedź, Geniuszu Evans. Skoro już przy tym jesteś, znajdź również lek na raka, dobra?

Czytając parę następnych pytań, chyba po raz miliardowy tej nocy, znalazłam dla każdego tak samo żałosną odpowiedź. Przejrzałam podręcznik, ale nie potrafiłam znaleźć wystarczających informacji do pomocy albo może po prostu nie umiałam połączyć tego, co czytałam. Przejrzałam swoje pośpiesznie spisane notatki z ostatnich kilku lekcji.

Nic. Nada.

Starałam się nie jęknąć głośno, gdy przeszłam przez połowę pytań i wciąż nie potrafiłam znaleźć jakiejkolwiek odpowiedzi. To nie była moja lokalizacja; to byłam ja. Myśl ta ogromnie mnie przygnębiła. Westchnęłam do siebie, odwracając wzrok od podręcznika ze zmarszczeniem brwi. Od razu, jakby przyciągnięte jakąś siłą magnetyczną, moje spojrzenie powędrowało do Prefekta Naczelnego. Tylko po to, aby go sprawdzić, rozumiecie. No wiecie, by zobaczyć, czy dalej się uczył i w ogóle.

Uczył się.

Albo czytał sprośne magazyny. Dalej nie byłam całkiem pewna, czy tego nie robił. Jednak, gdyby to robił, wyobrażam sobie że nie miałby takiej zagadkowej miny. Chyba że uczył się kobiecej anatomii, ale, wiecie, fu.

Wyglądał na tak zaangażowanego, tak przejętego pracą, tak jak te dziewczyny, które wcześniej widziałam na podłodze. Zastanawiałam się, czy on naturalnie był tak pilny pod każdym względem czy tylko w tym, co obecnie robił. A potem zaczęłam zastanawiać się czy może mógł sobie pozwolić na bycie tak pochłoniętym, bo nie miał nic innego do kończenia. A jeśli nie miał nic innego do kończenia, oznaczałoby to, że skończył swoje zadanie z Transmutacji, czyż nie? A jeżeli, jak sądziłam, istotnie skończył swoje zadanie, zaczęłam się zastanawiać co zrobiłby pan Dżuma, gdybym niewinnie do niego podeszła i poprosiła o pomoc z moim. Moja pierwsza myśl była taka, że na pewno by mnie wyśmiał i powiedział, jak żałosna jestem. Jednak druga – i zadziwiająco bardziej dominująca – myśl była taka, że wyciągnie obok siebie krzesło, powie mi bym usiadła, a potem pomoże mi tak sumiennie, jak teraz pracował. I im więcej o tym myślałam, tym bardziej moja druga myśl zaczynała nabierać dla mnie sensu. Wszak był on moim korepetytorem. To była jego praca, by pomóc mi z takimi rzeczami. Więc nie będzie to głupie z mojej strony, gdy po prostu do niego podejdę i poproszę go o pomoc, prawda? Nie sądzę.

I zanim to wiedziałam – czy dałam mojemu mózgowi kolejną szansę na przeanalizowanie mojego szalonego planu – zorientowałam się, że cicho podniosłam się z mojego miejsca, z książką w ręku powoli idąc do stolika Jamesa.

Cicho za nim stanęłam, przyglądając się jak jego pióro przesuwało się szybko po jednym z różnych pergaminów rozsypanych po stoliku. Nie zauważył mnie.

- Cześć – odezwałam się nagle, tonem nieco głośniejszym niż zamierzałam. Potter podskoczył na dźwięk mojego głosu, odwracając głowę by na mnie spojrzeć. Jego zaskoczenie było jasne, a ja zagryzłam nerwowo wargę.

- Lily! – powiedział, marszcząc brwi. – Ja… em… ta, hej.

Przyglądał mi się ostrożnie, widocznie zastanawiając się, co robiłam stojąc przy jego stoliku, nawiązując z nim rozmowę. Też zaczynałam się nad tym zastanawiać.

- Mam do ciebie pytanie – rzekłam cicho, mój żołądek się przewracał. Stojąc tam, mój pomysł już nie wydawał się taki wspaniały.

- Tak? – zachęcił.

Dalej nerwowo skubałam wargę. Nie chciałam kontynuować. Co by powiedział, gdybym po prostu odwróciła się na pięcie i odeszła? O Merlinie, nie mogę tego zrobić. Przypomniałam sobie o moim niedokończonym zadaniu, o fakcie, że James jest moim korepetytorem i o jego pracowitości. Zmusiłam się do kontynuowania.

- Ja… otóż tak sobie myślałam – ponieważ jesteś moim korepetytorem i w ogóle, i to jest twoja praca itd. – że… cóż, że kiedy te głupie pytania z Transmutacji nie mają dla mnie żadnego sensu, to tak jakby mój obowiązek by do ciebie przyjść, prawda? Ponieważ jesteś moim korepetytorem i to twoja robota. A gdybym do ciebie nie przyszła, nie byłbyś tak naprawdę moim korepetytorem, bo byś mi nie pomagał – nie to, że musisz czy coś! Po prostu pomyślałam, że prawdopodobnie powinieneś i w ogóle, bo… cóż, bo jesteś moim korepetytorem i… och szlag by to… - Urwałam, rumieniąc się wściekle na moje śmieszne mamrotanie. Byłam całkiem pewna, że gdyby sufit się teraz otworzył i uformował wysoką chmurę i błyskawica wybrałaby ten właśnie moment by we mnie uderzyć, nie byłabym tym zdenerwowana.

Oczy Pottera błyszczały oczywistym rozbawieniem, a niewielki uśmiech tańczył na jego ustach. Czekałam, aż ze mnie zakpi; otwarcie zaśmieje się mi w twarz z mojej śmieszności i głupoty. Ale nie zrobił tego. W ogóle. Zamiast tego posłał mi ten sam niewielki uśmiech i łagodnie spytał: - Czy to twój sposób na poproszenie mnie o pomoc, Lily?

Nie wiedziałam co powiedzieć. Czy to była pułapka? Czy w ciągu kilku minut będę żałować twierdzącej odpowiedzi? Nie było sposobu bym to wiedziała.

- Jeśli tak, to co byś powiedział? – skontrowałam, uchylając się od odpowiedzi.

James dalej ostrożnie mnie obserwował, jego oczy przeszukiwały moją twarz w sposób, który sprawił, że chciałam wybiec z pokoju tak szybko jak to możliwe. Znowu czułam jak moja twarz się rozgrzewa w zakłopotaniu. Czemu tak na mnie patrzył?

- Powiedziałbym – zaczął znudzonym tonem – że powinnaś usiąść. – Wskazał głową na krzesło obok niego. Moje serce przestało tak mocno walić w mojej piersi. Cicho wypuściłam oddech, którego nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam. Zgodził się. Cholerne zadanie będzie skończone. Czułam taką ulgę, że mogłabym zaśpiewać. Nie przejmując się, że teraz całkowicie upokarzałam się przed nim, usiadłam na wyznaczonym miejscu, delikatnie kładąc przede mną książki. Potter zaznaczył stronę, na której był w swojej dosyć dużej książce (nie sprośnym magazynie) i przesunął swoje papiery.

- Jeśli jesteś w czegoś środku, nie musisz, oczywiście, mi pomagać – powiedziałam, zerkając na wiele stron jego notatek, które wyglądały na raczej ważne. – Mogę poczekać aż Grace wróci albo…

- Nie martw się tym – zapewnił, odrzucając moje protesty.

- Co robiłeś – jeśli mogę zapytać?

- To rozszerzona praca z Numerologii – odpowiedział swobodnie James, wzruszając ramionami. Przysunął swoje notatki, żeby mi pokazać. – Profesor Vector musi mieć to skończone dla jakiegoś francuskiego uczonego i poprosiła mnie o pomoc.

Spojrzałam na numery i skomplikowane formuły, a potem na wielką książkę, której używał. I to i to wyglądało zagranicznie i całkowicie przytłaczająco. – Wygląda dosyć trudno – skomentowałam, przesuwając palcem po jego niechlujnych gryzmołach.

- Niektóre z tego jest – potwierdził James, jego głos wciąż nonszalancki. – Profesor Vector mówi, że nawet ona ma z tym trochę problemu, więc nie martwię się, jeśli coś z tego mnie wysili. Lubię wyzwanie.

Jego wzmianka o problemach profesor Vector zaintrygowała mnie. – Poczekaj chwilkę – powiedziałam, przyglądając mu się sceptycznie. – Mówisz, że robisz coś na profesorskim poziomie?

James znowu wzruszył ramionami. – Zakładam, że mam do tego smykałkę. Nic szczególnego.

Zakładam, że mam do tego smykałkę. Nic szczególnego.

Zakręciło mi się w głowie na jego słowa. James Potter, którego znałam nigdy nie zlekceważył komplementu. James Potter, którego znałam był zarozumiałym łajdakiem, który uważał się za Boga. James Potter, którego znałam przechwalałby się swoimi wspaniałymi umiejętnościami i talentami. Kim był ten oszust? Gdzie był zarozumiały łajdak, którego znałam? Zamknięty w szafie? Ukryty w lochach? Na dnie Wielkiego Jeziora?

To było szalone. Genialnie i absurdalnie szalone. Nie tylko teraz znowu zachowywał się miło, ale również nie był już złośliwym pozerem. Szaleństwo. Czyste szaleństwo.

- Nie – stwierdziłam, że mówię, gwałtownie potrząsając głową, gdy znów spojrzałam na skomplikowane formuły. – To… to niesamowite, Potter. Naprawdę. Numerologia jest trudna, a ty robisz to na poziomie profesor Vector… musisz mieć więcej niż do tego smykałkę.

James jedynie po raz kolejny wzruszył ramionami.

- Dobra, dosyć tych nudnych rzeczy – powiedział, chrząkając. – W czym potrzebowałaś pomocy?

Podałam mu czystą kartę pytań. Spojrzał na nią zagadkowo.

- Wszystkie? – zapytał.

- Wszystkie – odparłam, krzywiąc się.

Skinął głową, posyłając mi nieznaczny uśmiech. – Jesteś dziwną dziewczyną, Evans.

Evans. Nie nazwał mnie Lily. Nigdy mnie to nie martwiło, ale jakoś teraz nazwisko źle wyglądało. Może to przez dziesięciorazowy błąd z „Jamesem". Może to przez to, że przyzwyczaiłam się, że nazywa mnie Lily. Nie wiedziałam. Wyjątkowo nie chciałam wiedzieć.

- Przepraszam – mruknęłam, znowu się czerwieniąc. Przeklęłam swoje śmieszne geny rudowłosej.

- Za co?

- Za bycie głupią – odpowiedziałam beznamiętnie, wskazując na pustą kartę pytań. James roześmiał się.

- Nie jesteś głupia – powiedział. – Niektórzy ludzie po prostu nie pojmują rzeczy.

- Ale ja zawsze pojmuję rzeczy – upierałam się. – Transmutacja jest jedyną głupią rzeczą, która sprawia mi kłopot i nie mam pojęcia dlaczego.

- Każdy ma swoje słabości – powiedział uprzejmie. Przewróciłam oczami.

- Nie ty – wymamrotałam bez namysłu. – Ty jesteś we wszystkim dobry.

Niestety moja ukochana buzia zdrajczyni musiała znowu uderzyć. Czułam się jak największa idiotka w całym świecie. Pomyśleć, że już dosyć pochwaliłam faceta?

- Zaufaj mi – odpowiedział cicho, w najdziwniejszym tonie. – Także mam swoje słabości.

Dziwny dźwięk w jego głosie sprawił, że podniosłam na niego wzrok, nawet w moim zażenowaniu. Kiedy to zrobiłam, byłam zaskoczona dostrzegając niewielki cień szkarłatu malujący jego policzki. Czy to mogła być prawda? Czy ja i moje śmieszne komplementy sprawiły, że James Potter się zarumienił? Czy było to w ogóle możliwe?

- Eee, dobra – rzekł Potter, raz jeszcze chrząkając, szkarłat wciąż na jego policzkach. – Zacznijmy z tym, dobrze?

I przez około godzinę, to właśnie robiliśmy.

Tak, z pewnością był pracowity. Tak naprawdę to było całkiem zabawne, wiecie, ponieważ zamiast po prostu podawania mi odpowiedzi, jak robił każdy inny, Potter w istocie starał się tłumaczyć mi rzeczy w prawdziwie korepetytorskim stylu – nie to, że cokolwiek rozumiałam i mu to powiedziałam, ale on powiedział, że go to nie obchodzi. Dalej mi tłumaczył, dopóki w końcu nie skłamałam i powiedziałam mu, że rozumiem. Przypuszczam, że było to miłe z jego strony, nawet jeśli była to kompletnie przegrana sprawa.

Skończyliśmy około dziewiątej, a Pokój Wspólny zaczęli opuszczać młodsi uczniowie, bo szli do łóżek. Jednakże nic z tego nie zauważyłam, bo zbyt bardzo się bawiłam rozmawiając z Jamesem. Był taki miły, trochę tak jak przed incydentem z „zieloną kluchą" i po prostu miał sposób mówienia o rzeczach tak, by się go słuchało. Było to dosyć dziwne, siedzenie tam, rozmawianie z nim jakbyśmy byli jakimiś… przyjaciółmi czy coś.

Ale nie jesteśmy. Przyjaciółmi, o to mi chodzi. Nawet jeśli lubię z nim gadać. Także lubię gadać ze sprzedawcą pocztowych sów w Hogsmeade, ale nie jesteśmy przyjaciółmi. W każdym razie, kto wie jak długo będzie trwała ta rzecz? Stanowczo sądzę, że James Potter może być tylko miły dla mnie przez tak długi czas.

- Szlag! – zaklął Potter, zerkając na zegarek, gdy ten wybił dziesiątą. Zaskoczyło mnie jak późno było. – Lepiej pójdę na górę. Wciąż mam do napisania wypracowanie na Mugoloznastwo.

Pokiwałam głową, zdziwiona tym, że nagle byłam strasznie zmęczona.

- Dziękuję, że mi pomogłeś – powiedziałam, wstając i zaczynając zbierać swoje rzeczy.

- To moja praca – zapewnił James z zadowolonym uśmiechem, przedrzeźniając to, co wygadywałam wcześniej. – Jako twój korepetytor i w ogóle.

- Tak, tak – zaśmiałam się, wywracając oczami.

Dotarliśmy do miejsca, gdzie dormitoria chłopców odłączają się od dziewczyn i zatrzymaliśmy się. Nagle poczułam się niezwykle niezręcznie, stojąca tam. James przesunął ręką przez swoje włosy, a ja zagryzłam wargę. Wstrętne zwyczaje, obydwie rzeczy.

- Tak, cóż, jeszcze raz dziękuję – bąknęłam, odwracając się do schodów. – Dobranoc, James.

James.

Nazwałam go Jamesem.

Na głos.

Moje spojrzenie wróciło do niego w chwili, gdy imię wyszło z moich ust. Przysięgam, że nigdy w moim życiu nie widziałam tak zszokowanego Jamesa Pottera. Byłam pewna, że śmierć byłaby wtedy zbyt litościwa. Co się ze mną dzieje? Co ja wyprawiam?

- Branoc, Lily – odpowiedział cicho parę chwil później.

I zanim którekolwiek z nas mogło zrobić lub powiedzieć coś jeszcze kompletnie głupiego, pognałam w górę schodów i do mojego dormitorium.

Jestem tak bardzo głupia.


Bardzo Późno, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 6 (możliwie 7?)

Suma Obserwacji: 44

Po leżeniu w tym zapomnianym łóżku całymi godzinami i zrywając całą noc oraz te rozmowy i czyny w maleńkie kawałki, całkowicie je analizując, doszłam do raczej pocieszającego wniosku:

To w porządku, że nazwałam go Jamesem.

Naprawdę. Bo wiecie co? Jak na teraz, dzisiaj, jest miły. Jest miły i fajnie się z nim rozmawia. Ludzie, którzy są mili i fajnie się z nimi rozmawia zasługują, by nazywać ich po imieniu, nawet jeśli nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, nawet jeśli wydawało się to szalone.

Ponadto, jeśli ta cała uprzejmość jest po prostu kolejnym żartem z jego strony, postanowiłam że to też w porządku, ponieważ wtedy przynajmniej będę wiedzieć na pewno, że on nigdy nie dorośnie. Będę wiedzieć na pewno, że wszystkie przyszłe próby bycia po tym „miłym" będą na próżno. Będę to wiedzieć na pewno.

A w międzyczasie, kiedy jest on dla mnie miły i kiedy nazywam go Jamesem, on może robić za mnie zadania z Transmutacji.

Nie będziemy przyjaciółmi, ale również nie będziemy wrogami.

Już nie widzę żadnych minusów tej sytuacji. Nie sądzę, by jakiekolwiek były.

Hurra!