Dwudziesty pierwszy marzec.

Data, która wryła się w pamięć wszystkich Ślizgonów i nie tylko.

Kiedy tego dnia uczniowie pojawili się na śniadaniu nic nie zapowiadało, że będzie to straszny dzień. Wszyscy siedzieli w Wielkiej Sali, zajadając smakołyki, przygotowane przez skrzaty. Śmiech był słyszalny wszędzie dookoła. Panowała ogólna radość, gdyż można było mówić, że oficjalnie nastała wiosna. Podbudowywało to wiele osób na duchu i nie tylko.

Dumbledore wstał i powiedział głośno:

-Chciałbym, żebyście świętowali nadejście wiosny razem z nami! Cieszcie się! Chcąc uniknąć wszelkich nieobecności oznajmiam, że tego dnia lekcje zostają odwołane!

Zapanowała ogólna radość. Uczniowie wiwatowali, śmiali się, klaskali i śpiewali wesoło. Dzień wolności był świetnym pomysłem.

Opuszczając Wielką Salę dało się słyszeć rozmowy o planach na dzisiejsze popołudnie. Niektórzy mówili o dodatkowym dniu samotnej nauki w bibliotece, inni chcieli spędzić kilka godzin w łóżku, wysypiając się dostatecznie. Jednakże większość uczniów poszła na błonia, zasiadając na nich w grupkach znajomych.

Pansy Parkinson także chciała spędzić ten czas z resztą Ślizgonów na błoniach. Planowali po-naśmiewać się z Pottera i reszty jego niedorozwiniętych przyjaciół. Jednak najpierw Pansy musiała wrócić do dormitorium po swoją różdżkę, o której zapomniała rano, gdyż zaspała. W Pokoju Wspólnym weszła po schodach na górę i otworzyła powoli drzwi. Jej przeraźliwy krzyk słyszano chyba w całych lochach. A na pewno usłyszał je Snape, który już po chwili był obok, patrząc z poirytowaniem na dziewczynę:

-Co się stało? - wysyczał, gdy wchodzili po schodach, żeby stanąć obok uczennicy.

-To nie ja, panie profesorze. Nie ja...

-Zamknij się! Biegnij po resztę Ślizgonów, ale najpierw przyślij tu Dumbledora. Opowiedz mu wszystko.

Pansy pokiwała głową i szybko wybiegła. Snape podszedł do ciała w dormitorium i lekko je odwrócił, choć nie miał żadnych wątpliwości, kto to jest. Przed nim na podłodze leżała Kate. W ręce trzymała butelkę a obok niej był kociołek z eliksirem w środku.

-Wywar Żywej Śmierci – mruknął. - Składniki potrzebne z rozkazu Czarnego Pana, co Kate...

Sprawdził jej puls. Nie było. Umarła.

Po chwili do pomieszczenie weszło kilku nauczycieli z Dumbledorem na czele. Przyjrzał się uważnie ciału i kociołkowi, po czym rzekł:

-Nie łatwo zdobyć te składniki, prawda Severusie?

-Zgadza się... Jednak zauważyłem, że ostatnio znikały one z mojej kolekcji... Już wiemy czemu.

-Toż to zbrodnia. Jak ona mogła?- szepnęła McGonagall.

Nauczyciele wyszli z dormitorium. Dumbledore stanął na schodach i powiedział do Ślizgonów zebranych w Pokoju Wspólnym:

-Czy ktoś ma z tym coś związanego? Czy ktoś znał powód?

Uczniowie spojrzeli po sobie z zapytaniem w oczach. Nikt, oprócz płaczącej w rogu Pansy, nie wiedział, po co tu są i co się stało.

-Musze stwierdzić, ze wasza koleżanka, Catherine Elizabeth Ring, popełniła samobójstwo. Zażyła Wywar Żywej Śmierci – oznajmił Dyrektor.

Ślizgoni popatrzyli po sobie z przerażeniem w oczach. Niektóre dziewczyny dołączyły do Pansy, pogrążając się w płaczu. Blaise spojrzał ze zdziwieniem na Draco. Odeszli razem do tyłu.

-Co ja zrobiłem...- szepnął Draco.

-Nie twoja wina. Ona była chora – stwierdził Blaise szeptem.

-Co?

-To, co słyszysz. Rozmawiałem o jej zachowaniu z Fredem, z Hermioną. Czytałem kilka książek. Nawet byłem w Skrzydle Szpitalnym. Kate była chora psychicznie. Miała schizofrenie.

Draco spojrzał z niepokojem w oczy Blaise'a. Oboje chcieli ją zobaczyć. Podeszli do Dumbledor'a i zapytali:

-Panie Dyrektorze. Czy można ją zobaczyć?

-Nie teraz, chłopcy. Zostanie przeniesiona do Skrzydła Szpitalnego. Za godzinę możecie obejrzeć jej ciało po raz ostatni – szepnął ze smutkiem.

Draco i Blaise wyszli z lochów, kierując się na błonia. Postanowili znaleźć Freda i powiedzieć mu o wszystkim. Miał prawo wiedzieć. W końcu zobaczyli go, otoczonego przez grupkę znajomych. Blaise pomachał do niego, skłaniając, by ten podszedł do nich.

-Co jest? - zapytał Fred.

-Kate nie żyje – szepnął Blaise. - Musisz wiedzieć.

-Żartujesz?

-Nie jesteśmy takimi debilami, żeby robić sobie jaja ze śmierci Ślizgonki – syknął Draco.

Fred zakrył twarz dłońmi i kręcił nią chwilę. Uklęknął. Blaise położył mu dłoń na ramieniu i poklepał lekko.

-Ona była chora, Fred. Pamiętaj o tym – szepnął.

Po chwil Fred wstał i spojrzał na nich ze łzami w oczach, po czym cicho powiedział:

-Kiedy można ją zobaczyć?

-Za jakieś pól godziny – powiedział Draco. - W Skrzydle Szpitalnym.

-Dobrze. Dziękuję wam – Fred poszedł w kierunku Hogwartu. Blaise i Draco ruszyli za nim. Cała trójka chciała ją zobaczyć. Ten ostatni raz.

Weszli do pomieszczenia i rozejrzeli się, przelatując wzrokiem wszystkie łóżka po kolei. W końcu ją zobaczyli. Podeszli cicho i stanęli obok. Wyglądała inaczej niż przez ostatnie dni.

-Jest piękna – szepnął Fred.

-Zgadza się... - przytaknął cicho Blaise.

Draco nic nie mówił i wpatrywał się w twarz Kate. Dotknął jej dłoni i stwierdził, że jest zimna. Fred nachylił się i lekko pocałował ją w usta. Blaise pogłaskał jej policzek. Wszyscy troje zwrócili uwagę na jedną, najpiękniejszą rzecz, która napawała ich szczęściem. Ona po raz pierwszy od dawna uśmiechała się.


Może nie jest to cudowne zakończenie, ale taki jest właśnie koniec. Dziękuję ty, którzy przeczytali to i przepraszam ich od razu. Wiem, że nie umywa się do reszty opowiadań, ale tak wyszło ^^