Rozdział 8
Siedział na ławce przed szpitalem. Spędził tutaj całą noc, nie zasypiając choćby na chwilkę. Przez parę ostatnich godzin stan Belli lekko się poprawił, ale w dalszym ciągu nie wybudziła się. Natomiast dziecku nic nie było. Sztucznie były mu dostarczane wszystkie niezbędne do życia składniki. I chociaż za to dziękował Bogu. Ale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli stan Belli się pogorszy, dziecko może nie przeżyć.
Wypalał kolejnego papierosa, marząc o tym, że to wszystko, co się dzieje, to tylko i wyłącznie jeden wielki koszmar i za chwilę się z niego obudzi. Zadzwoni do Belli i usłyszy jej uroczy głos... śmiech... Ale prawda była znacznie inna. O wiele gorsza. Całą noc spędził sam, ale teraz potrzebował kogoś, kto mu pomoże. Wyciągnął telefon z kieszeni i wykręcił bardzo dobrze znany mu numer.
- Cześć, synku - powitał go ciepły głos. Dawno nie dzwonił do swojej matki, ale teraz bardzo jej potrzebował, jak jeszcze nigdy dotąd.
- Cześć, mamo, mogłabyś przyjechać, proszę... Ja już sobie sam nie radzę... nie dam rady... proszę cię, przyjedź - szeptał do słuchawki, a głos zaczął mu się łamać.
- Boże, synku, co się stało? Gdzie jesteś?
- Jestem w szpitalu. Bella, ona... Mamo, przyjedź proszę - mówił, błagając.
- Oczywiście synku. Niedługo będę.
- Dziękuję.
Gdy Esme zobaczyła swojego jedynego syna, serce pękło jej na pół. Kiedy do niej zadzwonił, nie miała najmniejszego pojęcia, co się stało ani kim jest Bella, o której wspomniał. Lecz gdy zobaczyła wyraz jego twarzy, a w jego zielonych tęczówkach dostrzegła targające nim uczucia, nie liczyło się nic poza tym, że jej syn cierpi. Wyglądał okropnie i musiała go zmusić, by choć na chwilę wrócił do domu. Nie chciał. Chciał zostać przy Belli.
Poszli we dwójkę do sali, w której leżała dziewczyna, i wtedy zrozumiała, że Edward darzy ją ogromnym uczuciem i przeżywał to samo co ona jakiś czas temu, gdy jej mąż umierał.
Wrócili do jego mieszkania, a całą drogę ze szpitala do domu nie odezwał się ani słowem. Cierpiał, a jego matka w pełni to rozumiała i cierpiała wraz z nim.
- Synku - powiedziała delikatnie, biorąc jego twarz w swoje dłonie. - Synku, opowiedz mi wszystko od początku - poprosiła, a jej syn przymknął powieki i spod nich wypłynęły pojedyncze łzy.
- Mamo. - Spojrzał na nią zaszklonymi oczami. - Mamo, Bella... - Przerwał na chwilę, chcąc poukładać sobie ostatnie parę miesięcy w głowię i uporządkować wszystkie swoje myśli. - Poznaliśmy się już dawno temu w klubie. Coś nas do siebie przyciągało w pewien sposób. Wylądowaliśmy u niej w mieszkaniu... Kochaliśmy się... Oboje nie chcieliśmy związku. Jakiegokolwiek związku, dlatego postanowiliśmy zostać przyjaciółmi... z dodatkami. Odkąd ją pierwszy raz zobaczyłem, zafascynowała mnie. Stanowiła dla mnie zagadkę, którą chciałem rozwiązać. Okazała się cudowną, pełną ciepła w sobie osobą, na dodatek niezwykle upartą i równocześnie uroczą. Poznawaliśmy się nawzajem. Spotykaliśmy się prawie codziennie. Świetnie się ze sobą dogadywaliśmy. Rozumiałem się z nią jak z nikim innym, nawet nigdy się nie pokłóciliśmy. Była... Jest wspaniałą osobą i nawet gdy goliła nogi moją maszynką, nie byłem w stanie się na nią złościć. Ale od jakiegoś czasu zdawałem sobie sprawę, że dla mnie to coś więcej niż tylko przyjaźń. Zrozumiałem, że ją kocham, ale... Ale bałem się jej to powiedzieć. Nie chciałem niszczyć tego, co jest między nami. Bałem się, że ją całkowicie stracę, a wiedziałem, że wtedy sobie nie poradzę, bo jej potrzebuję. Parę dni temu przyszła do mnie późnym wieczorem... chciała mi coś powiedzieć, ale uciekła, a ja jej nie zatrzymałem. Tamtej nocy została zgwałcona... Nie miałem o tym pojęcia. Nie odzywała się do mnie. Dzwoniłem do niej wielokrotnie, ale nie odbierała. Aż w końcu poszedłem do niej wczoraj wieczorem. Otworzyła mi drzwi i to nie była ta sama uśmiechnięta Bella sprzed paru dni. Powiedziała mi, że została zgwałcona, a ja tak po prostu wyszedłem. Mamo... mnie to wszystko przerosło, nie byłem w stanie sobie z tym poradzić. Nie było mnie tylko chwilę... nie minęło nawet pięć minut... gdy do niej wróciłem... mamo, ona próbowała popełnić samobójstwo. Próbowałem ją ocucić, wykrzyczałem jej wszystko to, co do niej czuję, a ona tuż przed tym gdy zamknęła oczy, wyszeptała, że mnie kocha... Mamo, to wszystko moja wina. Gdybym ją wtedy zatrzymał... gdybym nie zostawił jej wtedy, gdy mnie najbardziej potrzebowała... Mamo, gdyby nie ja, wszystko mogłoby być cudownie, a teraz... leży w szpitalu, w śpiączce... nie wiadomo, czy kiedykolwiek się obudzi, a na dodatek jest w ciąży... Mamo, będę miał dziecko, tyle że ono również może nie przeżyć. Mogę stracić ich oboje i to wszystko moja wina... - mówił przez łzy, a Esme słuchała dokładnie tego, co opowiadał jej syn. Nie mogła zrozumieć, ile cierpienia go teraz spotkało. Zakochał się po raz pierwszy w życiu i teraz może stracić kobietę, którą kocha i cząstkę ich dwojga. Słuchając tej historii, i po jej policzkach popłynęły łzy. Nie tylko dla tego, że utożsamiała się ze swoim jedynym synem, ale również przez to, co spotkało tę biedną dziewczynę. Lecz nie mogła znieść tego, gdy z ust Edwarda padały słowa, że to jego wina.
- Synku, to nie jest twoja wina, słyszysz. W niczym nie zawiniłeś... - próbowała do niego mówić, ale do Edwarda nie docierały słowa matki. Obwiniał się o wszystko bez wyjątku. O to, że jego głupota i strach zniszczyły wszystko.
- Ja nie mogę ich stracić. Słyszysz, mamo, nie mogę...
- Nie stracisz ich! Musisz tylko w to mocno uwierzyć.
Podszedł do pianina i wziął do ręki ramkę z jej zdjęciem. Usiadł na kanapie i zaczął się w nie wpatrywać. Wszystkie wspomnienia na nowo go obezwładniły, a łzy ponownie popłynęły po jego policzkach. Nie umiał sobie z tym poradzić. Tego było za wiele i po prostu go to przerosło. Był tylko zwykłym marnym człowiekiem, który bał się wyznać swoje uczucia, i za to wszystko spotkała go tak wielka kara.
Przejechał palcem po jej sylwetce. Marzył o tym, by ją dotknąć. Poczuć jej ciepłe ciało przy swoim. Zobaczyć szczęście i zadowolenie w jej niesamowitych brązowych tęczówkach. Ten uroczy, mały i zadarty nosek. Szeroki i ciepły uśmiech. Chciał na nowo przytulić to drobne ciało, które tak bardzo do niego pasowało.
Jego umysł na nowo zaatakowały wspomnienia.
Wpadła do niego pewnego dnia późnym wieczorem, od razu po swoich zajęciach na uczelni. Nie widzieli się parę dni. Nie uprawiali seksu od dobrych dwóch tygodni. Jedli rozbawieni kolację u niego w kuchni. Wystarczyło jedno spojrzenie. Skrzyżowanie się ich oczu i sielankowa, rozbawiona atmosfera prysła, by mogło zastąpić ją pożądanie i napięcie. Nawet nie zorientował się, kiedy siedziała na jego kolanach, intensywnie go całując i zdzierając z niego koszulę. Kochali się na podłodze w kuchni i to był ten intensywny i niezapomniany seks.
Kochał to, gdy omdlewała w jego objęciu, gdy jej oczy zachodziły mgłą, a twarz bladła. Wilgotne wargi rozchylały się... gdy rozkosz i żądza ją obezwładniały. Gdy drżącymi dłońmi dotykała jego pleców, a paznokcie wbijała w jego ramiona. Kiedy miedzy krótkimi i urywanymi oddechami na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Gdy szukała jego ust, kiedy wstydziła się słów i spojrzenia mu w oczy. Kochał to, gdy wyczerpana, zmęczona i nieprzytomna leżała koło niego wtulona.
Czar prysł, a więcej łez wypłynęło spod jego przymkniętych powiek. Kochał ją. Kochał każdą krzywiznę na jej ciele... te trzy pieprzyki wzdłuż karku... bliznę na udzie z dzieciństwa, drobne dłonie zaciskające się w piąstkę na jego włosach na karku... jej usta. W dalszym ciągu czuł smak jej ust na swoich. Szloch wyrwał się z jego gardła i poczuł, że jego matka przytula go do swojej piersi, starając się uspokoić, ale to było za trudne.
Minęło kilka dni. Edward, gdyby nie praca, do której musiał wrócić, przesiadywałby przy łóżku Belli non stop. Jej stan się ustabilizował, dziecku nic nie było, ale w dalszym ciągu się nie wybudziła. Przychodził co dzień, a widok jej na szpitalnym łóżku, podpiętej do różnych urządzeń i aparatur ciągle go przerażał. Był jak cień człowieka. Bez niej czuł się martwy.
Usiadł obok jej łóżka i wziął jej dłoń w swoją. Robił tak za każdym razem. Cały czas miał nadzieję, że za chwilę się obudzi. Chciał być wtedy przy niej, gdy otworzy oczy i pierwsze, co zobaczy, to on. Chciał ją przeprosić i przede wszystkim wyznać jej, jak bardzo jest dla niego ważna.
-Bells - zaczął. Nie ważne było, czy go słyszy, czy też nie, ale po prostu musiał jej to wszystko powiedzieć. To, czego nie zdążył, bo myślał, że będzie mieć czas. - Bells, nie możesz umierać, słyszysz? Nie możesz mnie zostawić tutaj samego... Musisz się obudzić, dla mnie... dla nas... dla naszego dziecka. Bella, ja mam ci tyle do powiedzenia... myślałem, że będę mieć czas ci to wszystko wyjaśnić, ale... Piękna... - delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy mimo łez - pamiętam jak dziś, jak na początku denerwowałaś się, gdy tak do ciebie mówiłem i nie mogłaś zrozumieć, że jesteś piękna. Twoje spojrzenie, uśmiech, wyraz twarzy... od samego początku mnie zafascynowałaś. Ruch twojego ciała. To, w jaki sposób się poruszałaś, jak mówiłaś i ekscytowałaś się błahymi rzeczami. Jesteś taka cudowna w tym swoim sposobie bycia... Odkąd cię zobaczyłem wtedy w klubie, wiedziałem to, a ty cały czas z uporem maniaka wmawiałaś mi, że tak nie jest, aż w końcu się poddałaś. Nie wiem, może wreszcie w to uwierzyłaś albo po prostu odechciało ci się, mam jednak nadzieję, że to pierwsze - powiedział i przerwał na chwilę, chcąc pozbierać myśli. Powracał do wspomnień, ale opowiadając jej to wszystko, na jego twarzy pojawiał się cień uśmiechu. - A pamiętasz to, gdy poprosiłaś mnie, bym coś ci zagrał na pianinie? Nie chciałem, bo... bo wtedy miałem już pewien plan. Chciałem skomponować dla ciebie krótki utwór i dopiero wtedy coś ci zagrać. Jakiś czas temu dobrnąłem do końca, ale bałem ci się to zagrać. Właściwie nie wiem czemu. A wtedy w sobotę, gdy wyjechaliśmy za miasto, gdy zapytałem o twoje największe marzenie... Bells, chcę je spełnić. Może nie teraz, nie za rok, czy za dziesięć lat, ale chcę je spełnić i tym cię uszczęśliwić. Nie wyjawiłem ci wtedy swojego marzenia, bo moim marzeniem jest to, by być z tobą. Już na zawsze. Nie możesz odejść, bo cię kocham. Jesteś dla mnie wszystkim. Bałem ci się to powiedzieć, bo myślałem, że cię stracę... Myślałem, że nie będziesz chciała być ze mną w ten sposób. Jak mogłem być tak głupi... Ale proszę cię, obudź się, bo ja nie potrafię bez ciebie żyć.
