W tym rozdziale rozpanoszył się Bill. Eric musi poprzeżuwać to wszystko przez jakiś czas z oddalenia...

Niniejsze postaci należą do osób, które inkasują z tytułu powołania ich do istnienia pieniądze - z całą pewnością nie jestem jedną z nich.


8. Jęknęłam głośno i nakryłam twarz poduszką. Przekonałam się już i niemal zaakceptowałam fakt, że mój sen o Ericu nie był odosobnionym zjawiskiem, ale raczej początkiem serii. Od tego czasu miałam już wiele innych w podobnym tonie. Zaczynały się zwykle jako wspomnienia, by potem odejść od scenariusza i zamienić się w lubieżne fantazje. Nigdy dotąd nie miałam snów o Ericu, chociaż zawsze uważałam go za atrakcyjnego (w wypadku Erica tego typu osąd nie jest kwestią wyrażenia osobistej opinii – to stwierdzenie faktu), więc pozostawało mi założyć, że miało to coś wspólnego z moimi zagubionymi wspomnieniami. Szczerze mówiąc, zjawisko to budziło we mnie konsternację i zawstydzenie graniczące z upokorzeniem, ale nie miałam pojęcia, jak temu zaradzić. Obawiałam się, czy będę w stanie zachować zimną krew, kiedy znowu spotkam Erica na jawie, jeśli wszystkie te obrazy będą mi się kłębić w głowie. Pozostawanie nieporuszoną w jego obecności było wystarczająco trudne bez dodatkowych czynników. Moja pamięć chwytała się najdrobniejszych szczegółów jako pretekstów do roztoczenia przede mną zdecydowanie pikantniejszych wersji przeszłych wydarzeń. Wyprawa do Jackson nie była jedyną nicią przewodnią, która im przyświecała. Dziś na przykład moja podświadomość przyczepiła się do niesławnej orgii, na którą zabrałam Erica w charakterze ochroniarza. Och, uwierzcie mi, w ostatnim czasie przekonałam się, że wyobraźnia mogła zdziałać naprawdę niemało pracując nad wariacjami na bazie tego motywu.

Pocieszałam się nadzieją, że po prostu z czasem sny wygasną. Jak na razie nawiedzały mnie ze średnią częstotliwością co kilka nocy. Musiałam też ograniczyć czas, jaki spędzałam pod prysznicem i obniżyć temperaturę wody, której używałam w tym celu, bo z jakiegoś powodu ilekroć próbowałam się w ten sposób odprężyć, moje myśli miały tendencję do dryfowania w... niestosowną stronę. Starałam się też nie zastanawiać nad tym, ile prawdy zawierały w sobie te wizje, bo, cóż – niech mnie dunder świśnie...

Tymczasem, gdyby nie moje senne schadzki, byłabym na najlepszej drodze do zamiecenia całej sprawy pod dywan. Od dwóch tygodni z górą moje życie wróciło do swojego normalnego, nudnego (lecz kojąco znajomego) biegu i chodziło jak w zegarku. Poza krótką rozmową telefoniczną z Pam, która wyłożyła mi opracowaną wspólnie przez wszystkie strony biorące udział w „Wojnie Czarownic" (bo tak zaczęli to nazywać) oficjalną wersję wydarzeń, której miałam się trzymać na wypadek jakichkolwiek pytań z zewnątrz, nie miałam żadnego kontaktu z wampirami z Fangtazji. Nie mogłam powstrzymać się od zapytywania samej siebie, czy fakt, że osobą, która przekazała mi te informacje była właśnie Pam, był przypadkowy, czy też może Eric unikał rozmowy ze mną.

Jedynym wampirem, którego widywałam w tym czasie był Bill, który przychodził dość często do Merlotte's, aby zintegrować się z lokalną społecznością – a przynajmniej tak podejrzewam, bo nie widziałam żadnego innego powodu. Nasze interakcje były czysto grzecznościowe – zamienialiśmy kilka słów kiedy składał zamówienie, przy czym ja udowadniałam jak słabym materiałem na aktorkę jestem starając się wyglądać naturalnie. Głównie koncentrowałam się na tym, by odpowiedzieć mu w sposób cywilizowany, a on był dla mnie zaskakująco uprzejmy. Wykorzystując normy towarzyskie rzucał niezobowiązującymi uwagami o pogodzie i komentarzami o miejscowych wydarzeniach przeplatanymi zapytaniami w stylu „jak się dziś miewasz?" Wolałabym, żeby tego nie robił.

Nie dało się mu nic zarzucić. Zawsze miał dla mnie lekki uśmiech i konwencjonalny komplement. Kiedy z nim rozmawiałam, patrzył mi w oczy miękkim spojrzeniem, które zapewne miało w zamierzeniu komunikować mi, jak bardzo mu przykro. Nieco niepokoiło mnie, że kiedy odchodziłam od jego stolika, nie przestawał mnie bacznie obserwować.

Bill coś knuł.

Jakkolwiek jednak nie napawałabym się moim tymczasowym spokojem i przerwą w zmaganiu się z nadprzyrodzonymi aferami, stan ten miał jedną poważną wadę, o której musiałam pamiętać: był, jak sama nazwa wskazuje, tymczasowy. Jego data przydatności upływała dziś wieczór, wraz z nadchodzącą nieuchronnie pełnią księżyca. W ciągu minionych tygodni usilnie starałam się unikać rozmyślań nad głębszym znaczeniem tej fazy cyklu lunarnego dla mojego życia i martwienia się na zapas. Dziś miałam pełne prawo się martwić. Odwoziłam Jasona do Hotshot.

Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym przez cały dzień. Nawet o wampirach.

Troska zżerała mnie na długo zanim spotkaliśmy się przy opłotkach Hotshot z Calvinem Norrisem, który obiecał mi, że zajmą się Jasonem; na długo zanim spojrzałam w błękitne zwykle oczy mojego brata i odnalazłam je odmienione, palące się żółtym, dzikim blaskiem; wcześniej nawet, niż Jason zajechał tego popołudnia przed mój dom, i nim wyczytałam w jego myślach napięcie, jakiego nie zdarzyło mi się w nim wyczuć od czasu, gdy w Bon Temps zaczęły ginąć młode kobiety, a on był głównym podejrzanym w śledztwie toczącym się nie tylko na komendzie lokalnej policji, ale też w umysłach wszystkich naszych sąsiadów.

Wiedziałam, że Jason się przemieni, zanim on sam przyjął to do wiadomości. Teraz pozostawało mi tylko przetrwać jakoś samotną noc z własnymi myślami i mieć nadzieję, że nazajutrz mój brat wróci do mnie zdrowy fizycznie i psychicznie.

Było jeszcze za wcześnie, żeby spać, więc żeby zająć głowę czymś innym niż troska o Jasona przebrałam się w domowe ciuchy, zrobiłam sobie gorące kakao i zwinęłam się pod kocem z książką w ręku. Zdążyłam przeczytać może ze trzydzieści stron, zanim usłyszałam pukanie.

Mój i tak już nienajlepszy humor zważył się jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłam, że za drzwiami stoi Bill.

Ha. Wiedziałam, że coś kombinuje.

- Dobry wieczór, Sookie – powiedział najbardziej jedwabistym głosem, jaki miał w swoim repertuarze, a który, ku mojemu niezadowoleniu, posłał kilka nawykowych dreszczy wzdłuż mojego kręgosłupa.

- Cześć, Bill. Co cię sprowadza? - zapytałam szybko.

Nie miałam zamiaru zapraszać go do środka, jeśli przyszedł tu tylko po to, żeby zawiesić na mnie melancholijny wzrok. Moje życie uczuciowe było wystarczająco skomplikowane i bez tego.

- Chciałem z tobą porozmawiać.

Westchnęłam. Byłam zbyt dobrze wychowana, żeby trzymać go w progu, więc dałam za wygraną.

- O czym? Wejdź.

Przesunęłam się przepuszczając go do wnętrza.

- Wybacz, nie mam w domu true blood.

Skinął głową.

- Erica nie było tu od jakiegoś czasu – zauważył Bill neutralnym tonem potwierdzając swoją obserwację niezbyt dyskretnie biorąc głęboki wdech.

Zarówno ten gest, jak i jego słowa wprawiły mnie w zdenerwowanie. Nie jego pieprzony interes!

Heroicznym wysiłkiem woli zdławiłam dziecinną chęć, by odciąć mu się komentarzem, że poważnie wątpię, czy Eric pił butelkowaną krew, kiedy był u mnie ostatni raz w gościnie.

- Jeśli go szukasz, łatwiej byłoby zadzwonić do Fangtazji – poradziłam słodko.

Cóż mogę rzec? Musiałam zachować jakiś kompromis pomiędzy manierami a moim niezadowoleniem.

- Nie jestem tu, żeby rozmawiać o Ericu.

Całe szczęście.

- Jestem tu, bo się o ciebie martwię.

O? Uniosłam brew dając mu znać, by kontynuował.

- Sookie, muszę zapytać cię, dlaczego wydawałaś się zdziwiona, kiedy zobaczyłaś mnie w Merlotte's. Wiem, że to nie był przypadek. Nie daje mi to spokoju. Musiałem upewnić się, że wszystko w porządku.

Jasne, że musiał.

- Kiedy? - zapytałam niewinnie.

Udawanie głupszej niż jestem nigdy dotąd mi nie zaszkodziło.

Bill westchnął. Pomyślałam mimochodem, że Bill często wzdycha.

- Kiedy wróciłem z Peru.

Rozważyłam w duchu moje opcje. Mogłam iść w zaparte, ale Bill byłby w stanie bardzo łatwo mnie zdemaskować zadając pierwsze lepsze pytanie nawiązujące do zapomnianej przeze mnie rozmowy, którą musieliśmy odbyć, gdy spotkałam go w domu Pam (tyle zdołałam poskładać z informacji, której udzielili mi Pam, Eric i mimowolnie sam Bill) przed bitwą z czarownicami. Pomyślałam, że może lepiej dać mu coś, żeby się uspokoił.

- Nie pamiętam niczego z tej nocy – przyznałam.

Bill patrzył na mnie z odpowiednią do okazji oszołomioną miną.

- Niczego?

Pokręciłam głową.

- Prawdopodobnie skutek uboczny złamania przez Pam uroku, który Hallow rzuciła na Erica – wyjaśniłam poważnym tonem.

Byłam dumna z siebie. Nie skłamałam.

Moja logika była świadectwem, że spędzam ostatnio za dużo czasu z wampirami.

- Ale wszystko inne pamiętasz?

Cholera. Na chwilę zapomniałam, że Bill też jest wampirem.

- Och, uwierz mi, Bill, są w moim życiu rzeczy, o których wolałabym zapomnieć. Niestety, nie miałam tyle szczęścia – spróbowałam kolejnego uniku, tym razem patrząc na niego karcąco, jako że niektóre ze wzmiankowanych rzeczy miały ścisły związek z jego osobą. - Wybacz, ale nie chcę o tym rozmawiać.

Niestety wciąż patrzył na mnie nieprzekonany. Nad czymś usilnie rozmyślał.

Nie miałam zamiaru mu się zwierzać. Jak mówiłam: nie jego interes.

- Z Erikiem też o tym nie rozmawiałaś? - zapytał obchodząc sprawę od innej strony.

No rzesz... Niektórzy są po prostu odporni na aluzje.

- Nie czuję się upoważniona, żeby zdawać ci relację z moich rozmów z Erikiem – powiedziałam tym razem bardziej stanowczo. Sam mnie do tego zmusił. Próbowałam delikatniej, ale nie podziałało. – I szczerze mówiąc nie mam na to ochoty.

Nagle w mojej głowie zapaliła się lampka – Bill był zazdrosny. Mogłoby się wydawać, że ze wszystkich ludzi on właśnie nie chciałby rozmawiać ze mną o Ericu, ale w tej sekundzie zrozumiałam, że próbował mnie wybadać. Bill wiedział, że coś wydarzyło się pomiędzy mną a jego zwierzchnikiem. I domyślał się, że coś jest nie tak z moimi wspomnieniami z tego czasu. Całe te podchody miały na celu dowiedzenie się, czy Eric ukrył przede mną zmianę w charakterze naszej relacji oraz czy podtrzymał kontakt ze mną po powrocie do Fangtazji. Zagadką pozostawało dla mnie natomiast, jaki użytek Bill planował zrobić z tych informacji. Udawać, że o niczym nie wie i pozwolić mi myśleć, że jest nadal jedynym mężczyzną, jaki kiedykolwiek pojawił się w moim życiu? Czy może zaszokować mnie ujawniając prawdę w dogodnym dla siebie momencie? Zdałam sobie również sprawę, że możliwą przyczyną, dla której pojawił się na moim progu dopiero teraz była nadzieja, że do tego czasu Eric zdąży zaspokoić jakiekolwiek zainteresowanie dla mnie żywił i zostawi mnie samej sobie. Nie była to przyjemna myśl.

Podsumowując, wszystko wskazywało na to, że, o ile Bill nie był po prostu zazdrosny dla samej zazdrości, próbował sprawdzić, na ile ruszyłam naprzód ze swoim życiem i czy istnieje jakaś szansa na to, by naprawić sprawy pomiędzy nami. Musiałam teraz zadać samej sobie pytanie, jak się z tym czułam.

Nie będę ukrywać, że mi go brakowało i że pewna część mnie marzyła skrycie, żeby można było wrócić do tego, co było dawniej. Ale inna część podpowiadała mi, że była to jedna rzecz, która nigdy się nie wydarzy – nie ważne, co zdecyduję i czy dam mu drugą szansę, niemożliwe, by wymazać to, co się stało. Bill zranił mnie i chociaż z tego, co wiedziałam, nie miał zbyt wielkiego wyboru w kwestii odpowiedzenia na wezwanie Loreny, która była nie tylko jego kochanką, ale też wampirzycą, która niegdyś go przemieniła (istniał jakiś rodzaj mistycznej więzi pomiędzy wampirzym stwórcą, a jego potomkami, którego nikt nigdy dokładnie mi nie wytłumaczył, ale który zmuszał młodszego wampira do wykonywania rozkazów tego drugiego), ani nie kontrolował swoich czynów, kiedy zaatakował mnie wygłodniały na parkingu (kolejny barwny punkt w mojej biografii) – nie zmieniało to faktu, że w rezultacie zostałam skrzywdzona i to on był osobą, która wyrządziła mi krzywdę.

Nigdy nie miałam tak naprawdę okazji dania upustu uczuciom zdrady i gniewu, które narosły we mnie w wyniku całej tej sytuacji. Najpierw Bill po prostu zniknął, a kiedy w końcu dowiedziałam się, co się dzieje, nie mogłam się z nim skonfrontować, bo nie było go w mieście – wieści przynieśli mi Pam i Eric. Potem, gdy go odnalazłam, był nieprzytomny i skatowany przez tęże samą Lorenę (urocza kobieta). Rozmowa również nie bardzo wchodziła w grę. Być może mielibyśmy na nią szansę kiedy Bill się obudził, gdyby nie to, że do tego czasu niejaka Debbie Pelt nie zatrzasnęła mnie z nim w bagażniku, co miało dla mnie bardzo przykre konsekwencje. Ranny wampir i młoda kobieta w małej zamkniętej przestrzeni nie tworzą dobrego połączenia. Przynajmniej z punktu widzenia kobiety. Po uniknięciu śmierci z rąk (a raczej kłów) mojego byłego kochanka byłam tak wyczerpana i tak skoncentrowana na unikaniu dalszych obrażeń (co oczywiście mi się nie udało – ale przynajmniej przeżyłam), że nie miałam siły na prawdziwą konfrontację. Potem Bill wyjechał i tak się to jakoś wszystko rozpłynęło.

Kiedy byliśmy razem, byłam szczęśliwa, ponieważ nareszcie nie byłam samotna i czułam się kochana, choć dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę, że przynajmniej w części uczucie to mogło być złudne. A teraz... Wierzyłam, że mój ból nie był jego celem. Mimo to wątpiłam, czy kiedykolwiek znowu całkiem mu zaufam. Być może logicznie nie była to jego wina. Nie wiem. Nie byłam pewna. Bez względu na to, jak brzmiała odpowiedź, logika nie zawsze ma zastosowanie tam, gdzie w grę wchodzi serce.

Może kiedyś wybaczę Billowi: może – kiedyś – nie dziś. Póki co wszystko to było dla mnie zbyt bolesne.

Kontynuowaliśmy jeszcze przez jakiś czas rozmowę lawirując między drażliwymi tematami, ale kiedy Bill zorientował się, że nie jestem zainteresowana sąsiedzką pogawędką ani trochę bardziej, niż byłam jego pytaniami o moje poczynania w początkach stycznia, dał w końcu za wygraną. Kiedy wychodził, byłam przekonana, że zna mój sekret, chociaż żadne z nas nie przyznało tego na głos.


Osobiście uważam, że Bill i tak zadziwiająco łatwo wykręcił się sianem, ale staram się nie zmieniać Sookie zbyt drastycznie, stąd jej umiarkowane reakcje w tej kwestii.