Fun fact, który pomoże Wam w zrozumieniu jednej z kwestii Harry'ego:

Pytanie Severusa Snape'a, zadane Harry'emu na pierwszej lekcji eliksirów („Co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?"), ma też inną, ukrytą i całkiem nieoczywistą odpowiedź. Asfodelus to roślina liliowata, której podarowanie komuś oznaczało kiedyś wieczny żal. Piołun natomiast wyraża zgorzknienie. Pytanie Snape'a można więc interpretować również jako wyznanie „gorzko żałuję śmierci Lily".

Myślę, że całkiem prawdopodobnym jest to, by Harry – już jako dorosły mężczyzna – zdał sobie sprawę z podobnej gry symboli.


Mokradła


Śni mu się, że goni zbiegłego Śmierciożercę na jednych z nienanoszalnych mokradeł. Drzewa wyciągają nad nim swoje bezlistne gałęzie. Niebo jest granatowe i miejscami pochmurne, a powietrze lepkie i duszne. Jego stopy na zmianę grzęzną w błocie, to zapadają się w szeleszczących liściach. Nie słyszy żadnych odgłosów lasu, choćby i cichego pohukiwania sów, ani także innych aurorów.

Wszystko, co rozbrzmiewa mu w uszach, to jedynie dźwięki własnego przyśpieszonego podnieceniem oddechu i biegu przyszłej ofiary. Ta nie próbuje się bronić, a jednocześnie nie przestaje biec. Niejednokrotnie potyka się o wystające z ziemi konary, jednak przez cały ten czas ani razu się do niego nie odwraca. Wie, że trzy sekundy nieuwagi są w stanie zaważyć na jej życiu.

Dla niego jest jedynie szybko poruszającą się plamą czerni. Opór, który wykazuje pomimo świadomości nieuchronnego, doprowadza go na skraj szaleństwa. Pragnie przekląć ją czymś ostrym i żarzącym niczym koniec rozgrzanego pręta, przeciąć skórę na głębokość mięśni i dostrzec na jej twarzy paletę cierpienia.

Cierpienia, które stanie się jego odkupieniem.

Gdy Śmierciożerca potyka się po raz kolejny, a dystans pomiędzy nimi znacznie się zmniejsza, niedzielony gęsto usianymi drzewami, on sam wykrzykuje inkantacje tnącego zaklęcia. Z jego różdżki wystrzeliwuje czerwona wiązka klątwy, przecina ciemne powietrze, a następnie gładko ciało byłego sługi Czarnego Pana.

Na mokradłach rozlega się paraliżujący krzyk. Kilka ptaków zrywa się z drzew. W tej samej chwili jego żołądek i płuca miażdży przerażenie.

Jak to możliwe, że w krzyku rozpoznaje głos Lily?

Gdy znajduje się bliżej córki, ta ściska palcami swój rozcięty brzuch. Kaptur jej czarnej szaty opada na plecy, ukazując włosy, odcinające się miedzianą barwą od panującego półmroku.

Lily, tak bardzo mi przykro. Zaraz ci pomogę. Wszystko będzie dobrze. Wyjdziesz z tego, rozumiesz, kochanie? Wszystko będzie dobrze… – mówi bez składu. Podchodzi do niej na uginających się nogach, nie dowierzając w to, co widzi.

Kobietą wstrząsają krwawe torsje. Gdy jednak dostrzega, jak się do niej zbliża, wpada w popłoch i na moment wydaje się całkowicie zapomnieć o bólu. Próbuje się podnieść. Jej blade, smukłe dłonie, nie wiedzieć kiedy, stają się brudnoczerwone.

Nie podchodź do mnie! – wrzeszczy. Jest przerażona. Szuka wzrokiem różdżki, która wypadła jej z dłoni. Nie jest w stanie stanąć na nogach, więc czołga się metr, by jej dosięgnąć. – P–potworze, nie podchodź do mnie!

Potworze?

– Koszmar? – spytała Nagini gdzieś za jego plecami.

Harry oddychał ciężko. Jego koszulka i czoło lepiły się od potu. Znad zasłony odgradzającej łóżko wciąż nie prześwitywało światło poranka. W dormitorium rozbrzmiewały śpiące oddechy Draco i Rona. Przypomniał sobie, jak sam nie potrafił jeszcze rzucać zaklęć wyciszających.

– Obudziłem cię? – odpowiedział.

– Krzyczałeś – powiedziała Nagini.

– Mhm – mruknął. – Idź spać.

– Kim jest Lily?

– Nikt ważny. – Przypominało to ciche warknięcie i z całą pewnością sam nie uwierzyłby w podobną odpowiedź.

– Nikogo ważnego nazywasz „kochaniem"? – drążyła Nagini. W jej głosie nie pobrzmiewał sarkazm, a jedynie nieznacznie zaciekawienie.

Harry pomyślał, że być może zaczyna tracić zmysły z przewrażliwienia. Nie wiedzieć czemu, nagle przemknęło mu przez myśl, że troska i pytania węża są jedynie sprytną grą, która dążyła do odkrycia jego prawdziwej tożsamości. Koniec końców Nagini inteligencją dorównywała człowiekowi: bez wątpienia wszystko, czego zdążyła się o nim dowiedzieć, musiało się ze sobą kłócić, piętrzyć kolejne pytania i tworzyć wątpliwości.

Jedenastolatek, który aportował się bez magii i wiedział, gdzie znajdują się wszystkie horkruksy Czarnego Pana (czym w ogóle były horkruksy), sam w sobie nie wydawał się kimś szczególnie godnym zaufania.

– O co ci chodzi? – powiedział.

– Nie denerwuj się. Możesz ze mną porozmawiać. – Dotknęła jego pleców. – Czy ta Nikt Ważny umarła?

– Spotkało ją coś gorszego niż śmierć – odparł sucho.

– Przykro mi, Harry. – Na moment zapadła pomiędzy nimi cisza, przerywana jedynie dźwiękami śpiących oddechów Rona i Draco. – Czym jest coś gorszego niż śmierć? – spytała po chwili.

Harry miał ochotę westchnąć. Prawdopodobnie, dzięki fanatycznym poglądom Voldemorta, nie była w stanie wyobrazić sobie czegoś gorszego niż fizyczny koniec człowieka, jego zgnilizna i rozpad.

– Zapomnienie – powiedział krótko. – Spotkało ją zapomnienie.

– Wciąż ją pamiętasz – odpowiedziała cicho.

– Tylko ja.

– To wystarczy.

– Nie. Nie wystarczy. Wszyscy powinni pamiętać ją w sposób, w jaki ja ją pamiętam. Kiedy mnie zabraknie… – nieznacznie pokręcił głową – zniknie. Wtedy będzie tak, jakby naprawdę nigdy nie istniała.

– Do tego czasu jest w stanie minąć nawet wiek – odparła Nagini. – Ciesz się wspomnieniami i nie rozpamiętuj przeszłości.

– Merlinie. Wciąż sama rozpamiętujesz przeszłość – mruknął. – Rozpamiętujesz Toma.

– Tom wróci. Wiem o tym. A Lily? Czy możesz mieć niezachwianą pewność, że tak się stanie, Harry? – spytała, pełznąc w górę jego pleców.

– Idę wziąć prysznic i się przejść – powiedział chłodno.

Pomyślał, że nie wytrzyma ani chwili dłużej w tej małej, ciemnej przestrzeni, wysłuchując wywodów węża lub wsłuchując się w nocny bezruch, który wydawał się powoli doprowadzać go do szaleństwa.

Gdy Harry wziął chłodny prysznic, poczuł się nieznacznie lepiej, wciąż jednak nie mógł przestać rozmyślać o swoim śnie. Od dawna nie widział kogoś równie przerażonego co Lily, gdy znalazł się tuż obok niej. Nazwała go potworem. Prawił ją zabił, chcąc przysporzyć jednemu ze zbiegłych Śmierciożerców jeszcze więcej bólu tuż przed jego śmiercią. Wiedział, że to tylko koszmar. Senna mara spowodowana rozmową z Tiarą poprzedniego dnia. A jednak, nawet nie wiedząc czemu, zaczął zastanawiać się nad tym, czy w głębi duszy jego córka mogła nie mieć o nim identycznego zdania.

W jaki sposób reagowała na artykuły w Proroku Codziennym o zlikwidowanych przez niego Śmierciożercach? W czasie ostatnich największych pościgów była zaledwie dziewczynką, jednak nawet wtedy musiała zdawać sobie sprawę z tego, że „likwidacja" to tyle samo co „zabójstwo". Jak mogła czuć się, jedząc płatki śniadaniowe i przeglądając poranną gazetę, której nagłówek zdobiło zdanie „Harry Potter zlikwidował kolejnych ośmiu Śmierciożerców"?

Harry pierwszy raz od dziesięciu lat miał prawdziwą ochotę na to, aby się upić, a jednocześnie szczerą chęć, by przekląć swoje krótkie ręce i nogi. Gdyby wypił choć połowę z tego, co jego dorosła wersja, posłałby sam siebie na drugi świat. (Jeżeli byłoby to tylko możliwe – pomyślał z niechęcią).

Wszedł do Pokoju Wspólnego, oświetlanego mdłym, zielonkawym światłem, a tam spotkało go kolejne nieprzyjemne odkrycie.

Vincent Byrne przymknął czytaną książkę, po czym obrzucił lekceważącym spojrzeniem jego piżamę, mokre włosy i bose stopy. Siedział na fotelu, z wyciągniętymi nogami i podwiniętymi rękawami koszuli.

– Nie możemy spać? – spytał Vincent.

– Wygląda na to, że spostrzegawczość także mogę dodać do twoich innych, niezliczonych zalet – sarknął Harry, kierując się w stronę stolika z magiczną zastawą.

Dwa dzbanki o szmaragdowej barwie wypełnione były świeżą kawą oraz herbatą niezależnie od dnia oraz godziny. Zaś odstawiane obok nich filiżanki automatycznie znikały, zastępowane czystymi. Harry pomyślał, że wygodnictwo Ślizgonów miało także swoje inne, pozytywne strony. W Gryffindorze z całą pewnością nie byłby w stanie napić się świeżej kawy o czwartej nad ranem, o ile uprzednio nie poprosiłby o nią Zgredka.

Chłopak uśmiechnął się nieznacznie. Harry zauważył, że po raz kolejny, gdy to robił, unosił się wyłącznie lewy kącik jego ust. Gestowi temu było najbliżej do ostrzegawczego grymasu.

Harry usiadł z filiżanką kawy w fotelu naprzeciwko niego. Póki co nie chciał wracać do swojego dormitorium. Był pewien, że tej nocy już nie zaśnie, a nie miał najmniejszej ochoty wsłuchiwać się w śpiące oddechy Draco i Rona przez kolejne trzy godziny.

– Mawia się, że bezsenność dotyka jedynie złych ludzi – odezwał się Vincent, ignorując jego komentarz.

Harry miał ochotę prychnąć.

– Poczucie winy? – spytał, upijając kilka łyków. – Nie definiuje złych ludzi.

– Strach przed karą – poprawił go Vincent. Wzruszył nieznacznie ramionami, patrząc na kominek, w którym pląsały czerwone płomienie ognia. – Jedynie strach przed karą.

– Wciąż siedzisz tu w koszuli od szkolnego mundurka, choć jest już po czwartej. Uwzględniłeś w tym osądzie siebie samego? – powiedział obojętnie Harry.

Poczuł niesmak na języku, bardziej gorzki niż czarna kawa, kiedy mimowolnie przemknęło mu przez myśl, że patrzenie na dziecko, które mogłoby być jego wnukiem, sprawia mu przyjemność. Z całą pewnością nie był to pociąg, jednak i tak wydawało mu się to niewłaściwe: nie potrafił oderwać spojrzenia od jego smukłych palców, które postukiwały w trzymaną książkę, wybijając jakiś znany jedynie ich właścicielowi utwór. Na jednym z nich znajdował się rodowy sygnet Byrne'ów, a one same – wciąż ruchliwe i na swój sposób delikatne – w żaden sposób nie pasowały do drugiego Ślizgona.

Chłopak, o dziwo, wyglądał na autentycznie rozbawionego jego słowami.

– Być może – powiedział, odwracając wzrok od ognia i patrząc na Harry'ego. – Jednak uwzględnienie w nim Złotego Chłopca jest nieco zaskakujące.

– Słuchaj – odpowiedział Harry, z nieukrywaną irytacją – nie mam zamiaru wdawać się w tobą jakiekolwiek dyskusje i potyczki. Nie wchodź mi w drogę, a ja nie będę wchodził w drogę tobie.

– Znaleźliśmy się już na tej samej drodze – zauważył Vincent. – Dzięki twojej impertynencji.

– I jak wnioskuję, zejście z niej oznacza okazanie ci szacunku i posłuszeństwa?

– Jedynie okazanie szacunku i przestrzeganie zasad. Już w pierwszym dniu twojego pobytu w Slytherinie obrażasz najznamienitszego z jego domowników, podważasz pielęgnowane przez nas wartości i zawiązujesz niemile widziane stosunki ze zdrajcami krwi.

– Wasz najznamienitszy Ślizgon zabił moich rodziców – wycedził Harry. – Potraktował ich pieprzoną Avadą Kedavrą, po czym próbował zabić i mnie. Jak mogę okazywać mu szacunek, Byrne?

Vincent odłożył książkę na stół i przeszedł Pokój Wspólny, pochodząc do stołu z magiczną zastawą.

– Możesz okazywać szacunek jego dokonaniom – powiedział. Brzmiał tak, jakby na jego wargach ponownie pojawił się ten sam zadowolony grymas. – Podświadomie i tak prawdopodobnie już to robisz. Niewielu przechodzi obojętnie wobec jego zasług, niezależnie od podzielanych politycznych poglądów. Czarny Pan miał wspaniały umysł. Był wizjonerem. Potrafił wcielać w życie najmroczniejsze i największe ze swoich wizji. – Vincent usiadł z filiżanką naprzeciwko Harry'ego. Upił kilka łyków herbaty, po czym odstawił porcelanę na stół i kontynuował: – Otwarcie ignorując jego dokonania, znajdujesz się w mniejszości. A mniejszość od zawsze spotykały nieprzyjemności. Zdrajca krwi także nie jest wart narażania się. I tak niczego nie osiągnie, a jedynie będzie się pławił w twojej sławie Złotego Chłopca.

– Voldemort zasługuje jedynie na moją pogardę – odparł Harry. Vincent zmarszczył czoło i posłał mu nieprzyjemne spojrzenie, kiedy otwarcie i bez strachu wymówił imię Czarnego Pana. – I nic tego nie zmieni. Był wizjonerem… – prychnął. – Czegokolwiek dotknął, rozpadało się na kawałki, po czym gniło. Był socjopatą, dla którego świat przypominał szachową planszę, a wszyscy ludzie mniej lub bardziej ważne figury. To właśnie osoby, które ślepo go uwielbiały, Byrne, takie jak ty, były jego narzędziami. – Niemal wycedził: – I sam zdecyduję, kto będzie godny mojej przyjaźni.

– Slytherin mógłby sprawić, że staniesz się kimś wielkim – odezwał się Vincent, wstając z fotela. Sięgnął po książkę oraz pustą filiżankę ze stołu. – Ale pierw musiałbyś tego chcieć. – Podszedł do rzeźbionego kominka, po czym wrzucił ją do niego, roztrzaskując o tylną ścianę. Harry obserwował, jak odłamki zielonej porcelany zajmują płomienie ognia. Chłopak spojrzał na niego. – Muszę jednak przyznać, że jesteś ciekawą zagadką, Harry.

– Ty za to jesteś nudny do granic możliwości – odparł Harry chłodno, odwzajemniając jego spojrzenie.

– Może – powiedział Vincent. – Ale jednocześnie jestem wyjątkowo dobry w rozwiązywaniu zagadek.

Ktoś szturchnął go, wyrywając tym samym z zamyślenia. Oderwał wzrok od profesora Quirrella, siedzącego za katedrą i przeglądającego właśnie podręcznik dla pierwszych klas (mężczyzna sprawiał wyjątkowo zwyczajne i niebudzące żadnych podejrzeń wrażenie, co niezmiernie irytowało Harry'ego), po czym spojrzał na Draco.

– Gapisz się na niego od dziesięciu minut – szepnął chłopiec. – Zakochałeś się w nim, czy co?

– Może Amortencja jest robiona z czosnku – podsunął usłużnie Ron, który siedział obok nich. – Albo jakiś inny miłosny urok działający na wybraną osobę.

Harry zawsze sądził, że wyobrażenie intensywnego zapachu czosnku, który niezmiennie unosił się w sali obrony przed czarną magią, kiedy przedmiotu nauczał Kwiryniusz Quirrell, było mocno przesadzone. I cóż, naprawdę wolałby nie wyprowadzać się z błędu, przesiadując dwie godziny w dusznej i zatęchłej klasie, w której systematycznie zamykano wszystkie okna.

– Najwidoczniej – sarknął Draco. – Potter, nie umiesz zrobić notatek?

– Jakich notatek? – spytał Harry, marszcząc brwi.

Czuł się śmiertelnie zmęczony po nieprzespanej nocy i rozmowie z Vincentem Byrne'em, a na dodatek od początku lekcji jego myśli krążyły wyłącznie wokół horkruksów i samego Voldemorta. Nie potrafił przestać zastanawiać się nad tym, na ile Czarny Pan był świadomy tego, co się wokół niego działo.

– Mam n–nadzieję, że zrobiliście n–notatki – odezwał się Quirrell niemal w tej samej chwili.

– Stary, przepisuj szybko – szepnął Ron, podsuwając mu zeszyt.

Siedzieli jednak w drugiej ławce, notatek było półtorej strony, a mężczyzna znajdował się już przed katedrą.

Harry poczuł uderzenie gorąca. Spojrzał na profesora, zaraz po tym mając ochotę przekląć sam siebie czymś niewybaczalnym.

– H–Harry, masz n–notatki? – spytał Quirrell, odwzajemniając jego spojrzenie.

Nie wiedzieć nawet kiedy, mężczyzna znalazł się tuż obok niego. Wydawało mu się, że Quirrell coś do niego mówił, jednak nie rozumiał z tego ani jednego słowa: wszystkim, na czym mógł się skupić w tej chwili, był ból rozsadzający jego czoło, znacznie intensywniejszy i przeszywający niż ostatnim razem.

Quirrell wyciągnął ku niemu dłoń, a on – sądząc, że chce go dotknąć, a nie sprawdzić notatki, które mu właśnie zasłaniał – odsunął gwałtownie rękę. Wyciągnięte palce nauczyciela zawisły w powietrzu, tuż nad jego ramieniem. Mężczyzna spojrzał na niego nieczytelnym spojrzeniem.

Wydawało się, że w klasie zapadła całkowita cisza, a każdy śledził rozgrywającą się pomiędzy nimi scenę.

– Przepraszam, zamyśliłem się, profesorze. Przepiszę wszystko po lekcji – powiedział Harry, usilnie starając się przybrać neutralny wyraz twarzy.

Utrzymywanie z kimś kontaktu wzrokowego nigdy nie kosztowało go równie wiele. Wydawało mu się, że patrzy na niego sam Voldemort.

Quirrell zabrał dłoń. Przez chwilę nic nie mówił. Przez cały czas jego twarz miała ten sam nieczytelny wyraz, oscylujący gdzieś pomiędzy beznamiętnością i zamyśleniem. Jego wargi, zwykle wygięte w uśmiechu budzącym względną sympatię, wydawały się zastygnąć w nieokreślonym grymasie.

– Dobrze, dziecko – odpowiedział wreszcie nauczyciel. Bez jakiegokolwiek zająknięcia lub niepewności dotąd wciąż słyszalnej w jego głosie.

Harry miał wrażenie, że jeszcze moment a jego serce wyrwie się z klatki piersiowej. Czy możliwym było to, że Voldemort zauważył jeden ze skutków ich połączenia? Ból, którym eksplodowało jego czoło, gdy tylko znajdował się w pobliżu mężczyzny lub gdy ten zwracał na niego uwagę?

Od dawna nie czuł równego przerażenia. Gdy Quirrell odwrócił się od niego, kierując się w stronę katedry, dodatkowo poczuł nieopisaną wściekłość. Minęło tyle lat. Tak wiele razy pokonał Czarnego Pana. A jednak – pomimo tego wszystkiego – i tak był w stanie sparaliżować go w ciągu niecałej minuty i sprawić, że przypominał sam sobie to bezsilne dziecko spod komórki, którym niegdyś był.

Harry odczuł pewną satysfakcję, gdy Severus Snape, odczytując jego imię i nazwisko z listy obecności, jedynie niezauważalnie się skrzywił. Po tych wszystkich latach nie darzył mężczyzny tą samą nienawiścią co niegdyś, a szacunkiem i niechętnym zrozumieniem, jednak wspomnienia nieuzasadnionych obelg, którymi traktował go przez szkolne lata, wciąż budziły w nim irytację.

Cieszył się, że przynajmniej w drugim życiu przydział do domu Salazara Slytherina oferował mu od nich immunitet. (Choć prawdopodobnie, sądząc po chwilowym grymasie nauczyciela, jedynie pozorny).

– Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów – powiedział Severus Snape.

Harry pomyślał, że była to przemowa, którą mężczyzna niezmiennie raczył każdy nauczany rocznik. W klasie na moment zapanowała cisza. Draco wyglądał na czymś nieznacznie ucieszonego, jakby przewidywał, że za moment rozpocznie się równie niezmiennie odpytywanie przypadkowych osób. (Szczególnie uczniów z Gryffindoru).

– Longbottom! – rzucił znienacka Snape, odrywając intensywne spojrzenie od Harry'ego. – Co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?

Chłopiec niemal podskoczył na swoim miejscu ze strachu, co kilku Ślizgonów skwitowało drwiącymi uśmieszkami i parsknięciami.

Harry poczuł przypływ irytacji na nauczyciela. Neville i tak będzie odczuwał wobec Severusa Snape'a przerażenie niesłabnące przez każdy kolejny rok szkoły: być może rozpoczęcie nauki od podobnego zapytania jeszcze bardziej pogłębi ten stan.

– N–n–ie w–wiem, p–profesorze – wyjąkał chłopiec, próbując patrzeć wszędzie, byleby nie na Mistrza Eliksirów.

Harry zignorował rękę Hermiony, przewidując, że mężczyzna i tak jej nie zapyta, po czym sam podniósł swoją. Wiedział, że Neville'owi zostanie zadane więcej niż jedynie jedno pytanie, przed czym szczerze pragnął go uchronić.

– Tak, Potter? – spytał niechętnie Severus Snape.

– Wywar Żywej Śmierci, sir – odparł Harry. Widząc zmarszczone czoło profesora, nie potrafił się powstrzymać i dodał: – Chyba, że ma pan na myśli ukryte znaczenie. Wtedy będzie to gorzki żal.

– Słucham? – powiedział chłodno nauczyciel.

– Asfodelus należy do rodziny kwiatów liliowatych. Podarowanie go komuś oznacza wyrażenie wiecznego żalu. Piołun natomiast oznacza zgorzknienie.

– Bardzo… dobrze – odpowiedział powoli Severus Snape, nie patrząc mu w oczy. Czy wyrażenie gorzkiego żalu nie pasowało wręcz idealnie do jego uczuć wobec mimowolnej zdrady matki Harry'ego? Z całą pewnością nie takiej odpowiedzi się spodziewał. – Dziesięć punktów dla Slytherinu – dodał. Brzmiał przy tym tak, jakby był zmuszony do wypicia filiżanki cytrynowego soku lub wyjątkowo gorzkiego eliksiru. Zwrócił się do Longbottoma wyglądającego, jakby spuszczono z niego całe powietrze: – A tobie, Longbottom, radziłbym zajrzeć do książki. Na następnej lekcji będziesz pytany.

– Uczyłeś się całe wakacje, Potter? – szepnął Draco.

Mężczyzna przez ten czas spisywał na tablicy recepturę na napój przeciwko czyrakom, który za moment mieli uwarzyć. Harry wbijał ponure spojrzenie w jego plecy: prawdopodobnie bezwiednie stał się wrogiem publicznym Gryffindoru.

– Aż go zatkało – dodał Ron.

– To dziwne – powiedział Draco. Zmarszczył brwi i również spojrzał na Severusa Snape'a. – O co chodziło z tym ukrytym znaczeniem, że aż tak się skrzywił?

– Najważniejsze, że dostaliśmy punkty – odpowiedział Ron, nieznacznie wzruszając ramionami.

– Tak. Najważniejsze są punkty – mruknął Harry.

Po kolacji Harry siedział na swoim łóżku, ze znudzeniem przeglądając podręczniki do eliksirów oraz transmutacji. Materiał szkolny dla pierwszych klas (prawdopodobnie było tak również z każdym kolejnym rocznikiem) wydawał mu się tak prozaiczny, że zaczynał poważnie zastanawiać się nad tym, czy nie powinien w jakiś sposób ukrywać się ze swoją wiedzą.

Same wybitne oceny i idealnie rzucone zaklęcia, których wciąż nie przerabiał na lekcjach, mogłyby zwrócić na niego uwagę Albusa Dumbledore'a. Cóż, jeszcze większą uwagę. Był pewnien, że stał się ulubionym obiektem zainteresowania starca już w chwili, w której trafił do domu Salazara Slytherina, a nie patrona wszystkich Złotych Chłopców – Godryka Gryffindora.

Przez cały czas wydawało mu się, że o czymś zapomniał. Gdy pięć minut później Draco, grający właśnie z Ronem w szachy na ciemnozielonym, grubym dywanie, wydał z siebie coś pomiędzy krzykiem a piskiem, wiedział już, co to było: Nagini.

– W–wąż – wyjąkał Draco, zauważając powoli pełznącą do niego Nagini. Ron przyglądał jej się z zaniepokojeniem, jednak – w porównaniu do drugiego chłopca – nie zerwał się z podłogi.

Harry westchnął w irytacji. Odłożył czytaną książkę i podszedł do węża. Wziął go na ręce i syknął w wężomowie:

– Powiedziałem ci, że masz się im nie pokazywać.

– Nudziłam się – mruknęła Nagini, przechylając nieznacznie łebek i obrzucając uważnym spojrzeniem Draco i Rona. – Grają w szachy. Zawsze lubiłam patrzeć, gdy Tom to robił.

– Rozmawiasz z wężami, Potter? – sapnął w niedowierzaniu Draco.

– To mój wąż. Powinienem wam o tym powiedzieć – odpowiedział niechętnie Harry. – Jest niegroźna. Chce jedynie popatrzeć, jak gracie w szachy.

– Popatrzeć? – Nie wiadomo było, co bardziej zszokowało jasnowłosego chłopca. Fakt, że Harry był w stanie rozmawiać z wężami, czy może to, że Nagini pragnie „popatrzeć" na ich grę.

– Rozumie zasady? – Ron zmarszczył brwi, patrząc na jej błyszczące w zielonkawym świetle łuski.

– Ron pyta, czy rozumiesz zasady – przetłumaczył Harry na wężomowę.

– Oczywiście – powiedziała, wydając się przy tym nieznacznie urażona. – Tom mnie ich nauczył.

Po pół godzinie Draco nie rzucał już niepewnych spojrzeń w kierunku węża, kiedy musiał wyciągnąć dłoń i przesunąć którąś z figur. Harry obserwował ich grę, leżąc na łóżku.

Nie potrafił nie myśleć o Ronie, bez słowa akceptującym ciche towarzystwo Nagini i nie wykazującym przed nią jakiegokolwiek strachu. Miał wrażenie, że była to zupełnie inna, dotąd skrzętnie ukrywana wersja jego przyjaciela.

A być może z drugim życiem było tak jak z czytaniem po raz drugi tej samej książki lub obejrzeniem ponownie tego samego filmu – dostrzegało się rzeczy, które dotychczas pozostawały niezauważone.

Tego samego wieczoru, kiedy wszystkie zasłony wokół łóżek zostały zasłonięte, a dormitorium pogrążyło się w sennej ciszy, Draco wyciągnął spod poduszki notes z pergaminowymi kartkami, pióro oraz różdżkę. Wykonał nią ruch, który zalecała jedna z książek w bibliotece Malfoy Manor (przypominał symbol omegi), po czym wyszeptał bezgłośnie „Lumos".

Jego serce nieznacznie przyśpieszyło, gdy na końcu głogowej różdżki pojawiło się niebieskawe światło, oświetlając przestrzeń łóżka, dotąd zatopionej w całkowitej ciemności. Odłożył ją na bok, oparł się wygodnie o poduszki i otworzył gruby notatnik.

Czuł się niesamowicie senny, a na dodatek obiecał swojemu ojcu, że napisze do niego dopiero w piątek, po upłynięciu całego tygodnia nauki (Narcyza Malfoy nie ustalała dla niego podobnych ograniczeń), ale nie był w stanie czekać ani chwili dłużej. Chciał, by ten otrzymał jego list, z każdą z nowych wieści, jeszcze tego samego poranka.

Drogi ojcze!

Wiem, że miałem napisać do ciebie dopiero w piątek, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Wiem także, że wciąż możesz być na mnie zły za zaproponowanie Harry'emu Potterowi spotkania w Hogsmeade, które było bardzo lekkomyślne z mojej strony, ale po tym liście na pewno przestaniesz się na mnie gniewać. Mam ci tyle do powiedzenia!

Wczorajszego dnia Harry Potter trafił do Slytherinu. Gdy tylko spotkałem go u Madame Malkin wiedziałem, że tak może się stać, mama nazwałaby to „intuicją", ale to wciąż takie zaskakujące. Czy sam nie mówiłeś tyle razy, że trafi do Gryffindoru, jak jego ojciec oraz matka?

Jednak to nie wszystko.

Harry Potter ma węża i rozmawia z nią (podobno to samica, ojcze) w wężomowie! Wcale mi się nie przewidziało i nie przesłyszało. Ron Weasley, który trafił z nami do dormitorium (wspomnę o nim w następnym liście), także był świadkiem ich rozmowy. To brzmiało tak… dziwnie. Jak szeleszczące, mroczne syki. Na dodatek ten wąż musi być naprawdę inteligentny – pragnął obserwować moją grę w szachy. Wyobrażasz to sobie, ojcze?

Harry Potter jest zupełnie inny niż historie o nim w Proroku Codziennym. Albus Dumbledore musi być nim bardzo rozczarowany. Sam się o tym przekonasz, gdy tylko go poznasz. Jest w nim coś mrocznego i… sam nie potrafię tego nazwać.

Ma bardzo silną aurę. Wydaje się zbyt inteligentny na kogoś, kto wychował się z mugolami. (Naprawdę. Przez jedenaście lat wychowywali go jacyś mugolscy krewni. Obrzydliwe). Przez większość czasu przypomina zwykłe dziecko, ale czasami… Tego także nie potrafię wyjaśnić. Mam wrażenie, że czasami, kiedy się zamyśli, jego twarz przybiera taki dziwny i niepokojący wyraz. Wygląda wtedy zupełnie inaczej. W takich chwilach jego zielone oczy mają w sobie coś z Belli i profesora Snape'a. Wiem, ojcze, jak to brzmi, ale gdy to widzę, nie mam najmniejszej ochoty wyrywać go z tego stanu.

Mam nadzieję, że już się na mnie nie gniewasz. Jestem bardzo senny i chcę już położyć się spać. Jeżeli nic ciekawego się nie wydarzy, napiszę do ciebie dopiero w piątek. Proszę, ucałuj ode mnie mamę.

Twój,

Draco

Gdy następnego dnia Harry wiązał krawat, siedząc na łóżku, Nagini uparcie mu się przyglądała.

– Powiesz to wreszcie? – spytał.

– Kiedy zdobędziesz resztę horkruksów? – odparła. Zaraz po tym zadała kolejne pytanie: – Kiedy ożywisz Toma?

Harry zerknął mimowolnie na Rona, który pakował właśnie książki do szkolnej torby. Draco przebywał w łazience. Teoretycznie ci i tak nie byli w stanie zrozumieć ani jednego słowa z ich wspólnych rozmów w wężomowie, jednak publiczne wspominanie o Voldemorcie i bez tego wydawało mu się lekkomyślne. Choć niemal nigdy mu się to nie zdarzyło, istniała realna szansa, że podczas jednej z nich nieświadomie mógł przestawić się na język angielski.

– To nie jest czas na takie rozmowy – powiedział. Zaniepokoiło go to, że Nagini wciąż tak dobrze pamiętała o jego pustych obietnicach. – Zaraz zaczynają się lekcje.

Syknęła w wyrazie nieukrywanej irytacji.

– A kiedy będzie odpowiedni czas? Otrzymałeś różdżkę i znajdujemy się wewnątrz Hogwartu.

– Nie wiem, gdzie znajduje się reszta horkruksów – odpowiedział.

– Wcześniej powiedziałeś, że wiesz. – Natychmiastowo pożałował kłamstwa. – Kłamałeś?

– Nie kłamałem – powiedział. W jego głosie pobrzmiewało wystudiowane rozdrażnienie. – Po prostu moje źródło zawiodło. Muszę najpierw dowiedzieć się, gdzie tym razem zacząć ich szukać.

Przez chwilę nic nie mówiła, jedynie wpatrując się w niego swoimi ślepiami.

– Dlaczego jeden horkruks nie wystarczy? Nie możesz ożywić go jedynie dzięki pierścieniu? – zaczęła ponownie drążyć.

Dotknął palcami jej łusek w wyrazie fałszywej czułości, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

– Ożywię go, Nagini – odparł znacznie spokojniej. – Obiecałem ci i dotrzymam słowa. Chcę tylko, by tym razem był kompletny. Tom potrzebuje całej duszy, a nie zdobędzie jej dzięki twojej niecierpliwości.

– Nie wierzysz mi? – kontynuował, gdy wąż wciąż milczał, patrząc na krzątającego się Rona.

– Zabijesz mnie, jeżeli nie będę ci wierzyć.

Harry parsknął śmiechem i klepnął palcami jej łuski.

– Skąd przyszło ci do głowy coś równie niedorzecznego? – spytał, wciąż rozbawiony.

– Tom nie wybrał mnie przypadkowo – powiedziała chłodnym tonem. – Sądzisz, że nabiorę się na twoje kłamstwa?

Na moment jego ręka zamarła. Zabrał ją i powiedział, tym razem nie kryjąc zdenerwowania:

– Więc po co, do cholery, tu jesteś? Do niczego cię nie zmuszałem, Nagini. To była twoja decyzja.

– Mimo wszystko jesteś jedyną szansą na ożywienie Toma – odpowiedziała ostro.

Ron spojrzał na nich z nieczytelnym wyrazem twarzy, który oscylował gdzieś pomiędzy zmieszaniem, zaskoczeniem i zaciekawieniem. Najwidoczniej, nawet nie rozumiejąc z ich rozmowy ani jednego słowa, po ich wściekłych sykach nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że była to kłótnia.

– To może, eee… ja pójdę napić się herbaty – mruknął Ron, zaraz po tym wychodząc z pomieszczenia do Pokoju Wspólnego.

– Chcesz go ożywić? – zażądała odpowiedzi Nagini. – Kim tak naprawdę dla ciebie jest?

Wstał, powstrzymując się od palącego pragnienia przeklęcia jej tu i teraz.

– Panem – syknął, czując do siebie obrzydzenie za to krótkie słowo. – Chcę go ożywić, Nagini. Jednak to trudniejsze, niż początkowo sądziłem. Nie wiem, gdzie szukać kolejnych horkruksów. Na dodatek znajduję się w pieprzonym Hogwarcie. Co mi po różdżce, skoro i tak będę miał problemy z opuszczeniem zamku? Nie mogę zwracać na siebie uwagi Dumbledore'a!

– Dobrze – powiedziała wreszcie niechętnym tonem. – Nie unoś się.

– Zaraz muszę wyjść – odparł, podnosząc z podłogi swoją torbę z książkami. Spojrzał na węża z kwaśną miną. – Mogę zabrać cię ze sobą, jeśli chcesz. – Pomyślał, że i tak nic nie stoi na przeszkodzie, by wziął ją ze sobą na lekcje tego dnia: i tak nie miał mieć żadnych z Quirrellem (lub też z Voldemortem).

Kiwnęła obojętnie na znak zgody, patrząc gdzieś w skrawek nieba rozciągający się za otwartym oknem.

Harry pomyślał, że wąż już mu nie ufa – jeżeli w ogóle robił to naprawdę przez ostatnie dwa miesiące.