Emilly biegała w kółko po trawniku udając samolot, Jack tuż za nią. Bawili się już tak od godziny, mimo to nie byli ani znudzeni, ani zmęczeni. Po prostu cieszyli się swoim towarzystwem. Dziewczynka była bardzo szczęśliwa, ze spędzała czas ze swoim ojcem, któremu bardzo na nie zależało. Rozśmieszał ją, dbał o nią i okazywał jak bardzo ją kocha i jest z niej dumny, nie to co Pete, który na każdym kroku spoglądał na nią jak na jakąś zarazę, od której trzeba się trzymać z daleka. Natomiast Jack cieszył się, ze dostał druga szansę. Nigdy sobie nie wybaczył tego co stało się z Charliem, a teraz kiedy myślał, że stracił wszystko co było dla niego cenne, dostał największy prezent od życia. Córeczkę, jego i Carter.

Jack dogonił córkę i wziął na ręce, złapał pod brzuchem i zaczął się kręcić, „robiąc nią samolot". Emilly zachichotała, a kiedy O'Neill przestał nią kręcić usadowił na swoich ramionach. Odwrócił się w stronę domku i wtedy ujrzał obserwującego go Daniela i Tealc'a. Dziewczynka szeroko się uśmiechnęła, a następnie krzyknęła:

-Wujek T, wujek Daniel!- Jack postawił ją na ziemię, a ona podbiegła do dwóch zbliżających się mężczyzn i zarzuciła swoje małe rączki wokół ich kolan. Daniel pogłaskał ją po włoskach, wtedy dziewczynka podeszła do Jaffa. Teal'c przykucnął przy niej i podniósł na ręce witając się. Jack wyszedł im naprzeciw, przybierając uśmiech, mimo iż wiedział, że nie przyjechali w celach rekreacyjnych.

-T! Daniel! Co was sprowadza w moje skromne progi?- zapytał. Panowie spojrzeli na siebie, podczas gdy Emilly bawiła się tatuażem Teal'ca.

-Przejdziemy się?- oznajmił dr Jackson. O'Neill spojrzał na niego podejrzanym wzrokiem. Teal'c postawił Emilly na ziemię. Dziewczynka chwyciła go za rękę i pociągnęła w kierunku stawu, prosząc aby się z nia pobawił. Jack westchnął. Ufał Danielowi, nie miał żadnych podstaw, aby twierdzić, że ten odbierze mu dziecko bez uprzedzenia dlaczego. O'Neill westchnął. Emilly i Teal'c zniknęli za rogiem, nie mając wyjścia udał się z przyjacielem do domu. Kiedy weszli do środka, Daniel zamknął drzwi i usiadł na kanapie. Jack natomiast skierował się do kuchni, po czym kilka minut później wrócił z piwem i sokiem. Podał piwo Danielowi, na co ten zaskoczony, że jego przyjaciel zadowolił się sokiem odparł.- A ty nie pijesz? Nigdy nie umiałeś się obejść bez piwa.

-Oszalałeś! Tutaj jest małe dziecko, nie mam zamiaru mieć ani kropelki alkoholu w moim obiegu krwionośnym, kiedy wiem, że jestem za nią odpowiedzialny. Nie wiem czybym przeżył, gdy coś by się jej stało!- wytłumaczył i podniósł szklankę z sokiem pomarańczowym do ust. Zrobił głębokiego łyka, po czym odłożył szklankę na stolik.- Po co przyjechaliście? Zakładam, że nie na ryby.

-Nie. Przyjechaliśmy po Emilly. – spojrzał na pułkownika.- Jack wiesz, że muszę ją zabrać. Ona ma dom, matkę i ojca, którzy ją kochają.

-Taa… kochają, jasne.- odburknął.- Szczególnie Pete, prawda? Tak bardzo ją kocha, że zostawił ją tutaj samą. Jaki wspaniały akt okazywania uczuć, Daniel!- zamilkł. Wstał i podszedł do kominka, gdzie stały fotografie, następnie odwrócił się w stronę przyjaciela.- Powiem ci coś Danielu! Emilly ma ojca, ja nim jestem i nie zamierzał jej tak po prostu oddać. Chce być częścią jej życia. Nie uważasz, że ona na to zasłużyła? To jeszcze małe, niewinne dziecko. Ma prawo znać swoją całą rodzinę! A ja nią jestem!

„Nawet nie wiesz, jak bardzo się z tobą zgadzam. Dużo bym dał, aby Emilly miała prawdziwą rodzinę, a ty i Sam moglibyście być razem, szczęśliwi. Tak jak na to zasługujecie." Westchnął. Nie był wcale zadowolony z tego, że to on musiał zabrać dziewczynkę ze sobą. Od momentu kiedy zobaczył ich razem w ogrodzie wiedział, jaka Emilly jest szczęśliwa będąc w Ramonach swojego ojca. Widział iskierki nadziei w oczach Jack, iskierki których nigdy wcześniej u niego nie widział.

-Zrozum! To jest niemożliwe. Pete spartaczył sprawę i ją tutaj przywiózł. Inaczej nigdy byś się o niej nie dowiedział. Jack nie możesz być dla niej ojcem jakim byś chciał być. Musze ją zabrać, dopóki nie jest za późno.

-Za późno? O czym to na miłość boską mówisz!

-Musze chronić moją chrześnicę. Nie mogę ci pozwolić na jakikolwiek kontakt z nią. Daj jej odejść.

-To moja córka, nie mogę jej tak po prostu zostawić. To moja córka.

-Gdybyś ją kochał wystarczająco mocno, pozwoliłbyś jej odejść!- odparł Daniel. To był cios poniżej pasa. Bolało go cierpienie Jacka, nie chciał mu odbierać Emilly, ale wiedział, że jest to konieczne. Dla ich własnego dobra. Dla Sam, dla Jacka i dla owocu ich miłości. Może w niedalekiej przyszłości los pozwoli im być razem, ale do tego czasu, nie mogli skończyć w więzieniu wojskowym.

- A czy ty kiedykolwiek pozwoliłeś odejść Sha're?- zapytał. Nie oczekując odpowiedzi wyszedł z domku, zostawiając Daniela z opuszczoną głową.

„Masz rację Jack, absolutną rację." Powiedział do siebie. Dopił piwo i skierował się do sypialni. Otworzył drzwi pokoju i wszedł do środka. Następnie wyciągnął z szafy ubrania Emilly i spakował je do torby. Kiedy skończył rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok spoczął na fotografii, którą dziewczynka zawsze miała przy sobie. Zdziwił się, że w tej chwili stała przy łóżku. „Widocznie Jack ją tutaj odłożył." Podniósł zdjęcie i wrzucił do torby. Wiedział, że to jedyna pamiątka po Jacku, jaką Emilly kiedykolwiek miała. „Zasłużyła przynajmniej na to, aby mieć to zdjęcie przy sobie." Gdy skończył zapiął zamek torby i wyszedł z pokoju. Przeszedł przez salon. Wyszedł z domku i skierował się w stronę helikoptera, który stał kilkadziesiąt metrów od posiadłości Jacka.

Tymczasem Jack przeszedł tyły jego posiadłości, nigdzie nie było śladu jego córki. Chwycił się za głowę i spojrzał w dół. Niedaleko niego, na trawie leżał koc, a na nim powinny znajdować się zabawki dziewczynki. Zamiast tego koc był pusty. „Nie!" krzyknął po cichu i biegiem udał się w stronę samochodu. Kiedy tam dotarł usłyszał tylko dźwięk startującego helikoptera. Chwilę później zobaczył go na własne oczy. Przyjrzał się bliżej, póki jeszcze mógł. Wojskowy pojazd z dwoma pilotami i trzema pasażerami na tyłach. Rozpoznał Teal'ca i siedzącą na jego kolanach Emilly. Dziewczynka wpatrywała się w okno z przyciśniętą rączką do szyby. Mógłby przysiądź, że jej czekoladowe oczy były mokre od płaczu. Jack zaczął biegnąć za unoszącym się coraz wyżej helikopterem, wiedział, że to bez sensu, gdyż i tak go nie zatrzyma, ale musiał coś zrobić. Cokolwiek.

-Emilly! Emilly! Proszę nie!- krzyknął. Jego kolana zapadły się pod nim i upadł na ziemię, czuł napływające łzy do oczu. Ponowienie uniósł głowę, jednak helikopter z jego córeczką zniknął z pola widzenia. Został sam. Całkiem sam. Odebrano mu nadzieję, jego światło życia. Jego Emilly.- Cokolwiek się wydarzy, zawszę będę cię kochać, skarbie.- Wymamrotał pod nosem.- Znajdę sposób. Obiecuję.

Nie pamiętał jak dużo czasu upłynęło od momentu, kiedy helikopter z jego córką zniknął z pola jego widzenia. Na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy, gdy wreszcie podniósł się z ziemi. Zawsze był dość skrytym człowiekiem, prawie nigdy nie okazywał uczuć. Nawet kiedy opuściła go Sara. Płakał tylko kiedy zmarł jego syn, a teraz ponownie ocierał łzy z policzków. Przez Emilly. No może nie konkretnie przez samą nią, lecz przez fakt, ze ich rozdzielono. Był jej ojcem, mimo to, nikt nie chciał się jak na razie z tym liczyć. Nawet jego najlepszy przyjaciel, który jak to mówią „podszedł go od tyłu" i zabrał dziewczynkę.

Jack w końcu skierował się do domku, nie przestając myśleć o tych kilkunastu godzinach. Cudownych godzinach, które spędził z córką. Być może jedynych godzinach jakie mógł z nią spędzić, przecież sam Daniel mu wyznał, że nigdy nie miał się dowiedzieć, że jest ojcem. Wszystko to było winą Peta, a raczej wszystko to zawdzięczał temu glinie.

Szedł przed siebie z opuszczoną głową. Musiał wymyślić jakiś plan. Musiał ją ponownie zobaczyć. Nie mógł przecież udawać, że Emilly nie istnieje. Włożył ręce do kieszeni i kopnął znajdujący się na jego drodze kamyk. Wtedy zauważył leżącą na trawniku lalkę. Tą samą lalkę, którą Emilly wcześniej miała na kocu. Tą samą o której mówiła Sam, gdy się poznali. Major Matt Mason. Jack przykucnął i chwycił zabawkę w swoje duże dłonie. Następnie starannie ją oczyścił i udał się do domu.


TBC

życzę wszystkim wesołych świąt i smacznego jajka :) dziękuję za komentarze oraz zachęcam do pisania nowych, naprawdę pomagają :)