VIII. Niespodzianki nie dla wszystkich okazują się przyjemne

- Atak się skończył, chyba się poddają.

Goku odetchnął z ulgą. Wcześniej statkiem mocno zarzucało, załogą jeszcze bardziej. Niektórzy ślizgali się po podłodze między jedną ścianą, a drugą. Wolałby nie być na pokładzie gdyby ich zestrzelili, ale nie mógł zrobić nic innego niż mieć nadzieję, że dowódca wyprowadzi ich żywych. Teraz nie czekał na pozwolenie, tylko pobiegł do punktu z kapsułami. Wszystkie miały ustawiony docelowy cel Ziemię, należało tylko potwierdzić kurs. Ktoś krzyknął, że ma się zatrzymać i nie wolno mu opuszczać Crodylii bez pozwolenia. Nie posłuchał. Na dole byli jego przyjaciele i rodzina.

Kapsuła mknęła naprawdę szybko i chwilę potem wszedł w atmosferę, a sekundę później statek walnął głośno o ziemię. Mimo to wstrząs nie był tak duży jak się spodziewał.

Na pierwszy rzut oka planeta nie wyglądała na zniszczoną: tak samo zielona jak zwykle. Może jedynie było nieco ciszej, ptaki nie śpiewały intensywnie jak zawsze. Natychmiast odnalazł skupienie znajomych energii. Na szczęście nie były daleko, jeśli poleci z maksymalną prędkością, w pięć lub dziesięć minut znajdzie się na miejscu.

Przemknął nad zdewastowanym miastem. W dole wyczuł skupisko małych energii. Mieszkańcy pochowali się w ruinach, pewnie z lękiem obserwowali jego przelot. Co Frieza mu mówił? Że można wygrać różnymi sposobami? Kiedyś tyran przyznał, że najbardziej lubił podbijać planety wprowadzając wysokie opłaty i odcinając je od surowców. Trwało to dłużej, ale straty na zdobytych ziemiach były malutkie, a gdy jeszcze dobrze się rozegrało sprawy politycznie, podbici witali go jak bohatera. Przywoził im jedzenie i paliwo. Wtedy Goku zapytał, po co mu byli żołnierze do mordowania mieszkańców.

Nie wszystkim się podobało, że wygrywam bez armii. To się nie zgadzało z ich oczekiwaniami, było za mało spektakularne. Imperium musi budzić strach, inaczej wrogowie uznają, że jest słabe i zaatakują. Trzeba podejmować decyzję co w danej sytuacji będzie najlepsze. A poza tym lubię fajerwerki.

Zobaczyli jego przybycie z daleka. Wszyscy żyli, choć Piccolo był mocno poturbowany, reszta trochę mniej. W pierwszej chwili wyglądali jakby zobaczyli ducha, a potem Gohan rzucił mu się na szyję. Jego słów nie sposób było zrozumieć, ginęły w śmiechu i łzach radości. Tylko Frieza się nie cieszył. Odwrócił wzrok nie mogąc znieść ckliwego widoku. Miał nadzieję, że o nim zapomną i zostawią samego. Potrzebował odpoczynku oraz spokoju.

Nie zauważył, gdy Goku kucnął przy nim.

- Dziękuję, że uratowałeś moich przyjaciół i syna.

Chciał odpowiedzieć, że poczeka na okazję i zabije osobiście, bez niczyjej pomocy. Są tylko żałosnymi robakami i nic dla niego nie znaczą. Byli potrzebni jedynie do zdobycia zalążka armii. Wypadało ułożyć w myślach obelżywą odpowiedź, żeby im miny zrzedły. Jednak nie dziś, gdy jest tak zmęczony.

- Pomóż mi.

Saiyanin się uśmiechnął, za to jego towarzysze byli kompletnie zbici z tropu. Kuririn nawet potknął się o kępkę trawy, gdy Goku podał Changelingowi rękę.


Wygrana bitwa to jeszcze nie koniec. Można rzecz: początek. Na odchorowanie spotkania z Savyllą będzie musiał znaleźć inny termin. Dobrze, że generał miał trochę antytoksyny w zapasie, bez tego nie byłoby mowy o obowiązkach dowódcy. Teraz Brienn i pozostali dowódcy robili porządek na orbicie, a wyznaczeni technicy szacowali straty. Ponad połowa statków, w tym większość należąca do nich, była mniej lub bardziej uszkodzona. Przekazy zostały przywrócone i wieści o bitwie się rozejdą. Cold nie mógł wysłać przeciwko nim dużej armii, bo podobno był związany walką przez swojego syna. W każdym razie i tak musieli naprawić szkody, aby jak najszybciej być gotowym do odparcia wroga. Nikt nie wiedział z jakim odzewem spotka się odbicie Ziemi. Jednym ze skutków ich zwycięstwa będą utrudnienia w zaopatrzeniu Króla Colda. Statki będą musiały latać dłuższą drogą, albo ryzykować wyprawy na niepewnych szlakach narażając się na straty. Pytanie: jak szybko Cold będzie mógł zareagować? I jakie wieści dotrą do jego uszu?

Na ekranie wyświetlało się ostatnie rozmieszczenie wojsk wroga. Jeżeli Imperium natychmiast wyruszy z odsieczą, mają cztery dni. Tymczasem potrzebują tyle lub nieco więcej na naprawę statków. W najlepszym wariancie uporają się z tym tuż przed ich przybyciem. W gorszym będą prawie bezbronni.

Z wyjściowej floty ocalało sześć okrętów. Wulkan został kompletnie zniszczony razem z załogą, a naprawa Zimowego Kwiatu była niemożliwa. Wszystko co mogło się przydać zostało zabrane i wykorzystane na pozostałych. Za to zdobyli dwanaście nowych jednostek, jedna o nazwie Poganiacz została zniszczona w walce. Pozostałe były w miarę dobrym stanie. Najchętniej obsadziłby każdą swoim dowódcą, ale miał dość kłopotów z własnym, nielicznym personelem. Znał mniej lub bardziej prawie wszystkich wyższych rangą podwładnych Savylli, dlatego po długiej analizie, wybrał kapitanów i ich zastępców na każdy statek. Przeniósł się też na główny okręt nowej floty. Czwarta Warta miała wszelkie udogodnienia, była nawet lepiej wyposażona niż jego poprzedni statek z czasu inwazji na Namek.

Asparagus czaił się za nim z jakimiś nowymi urządzeniami, które kiedyś zrobił i miał nadzieję, że się przydadzą. Po tym jak Frieza osobiście mu podziękował za służbę, nie mógł się od niego uwolnić. Gdziekolwiek się nie udał, widział za sobą jego cień. Gdyby nie potrzebował każdej, żałosnej istoty, wysłałby go do piekła razem z jego śmiesznymi wynalazkami: brzęczącym wykrywaczem materii organicznej oraz napędem ekonomicznym, który dymił na trzy jednostki średniej odległości. Z drugiej strony, kosmita miał też kilka niezłych zabawek, taką jak ta, którą zagłuszył nadajniki w najbliższej okolicy planety. I wielbił go jakby był bogiem. Chociaż chwilami Changeling wahał się, czy nie jest to przypadkiem miłość do potencjalnego źródła zarobku. Asparagus był młodzieniaszkiem bez znaczącego protektora, który umożliwiłby mu nawiązanie dobrych kontaktów na początku kariery wojskowego technika. Gdy pojawił się Frieza, pierwszy zgłosił się na ochotnika widząc w tym dla siebie szansę.

Stojący za plecami byłego lorda Korporacji i Imperium, Parsley westchnął. Kosmita był słynnym najemnikiem, doświadczonym dowódcą, ale miał jedną wadę. Szybko zmieniał strony gdy jego pracodawcy przegrywali, a on wpadał w niewolę. Mimo to nikt nie śmiał go zabić za zdradę. Był zbyt cenny. Najbardziej Friezę irytował jego ton, który brzmiał jakby robił mu łaskę. Wbrew powszechnie panującej opinii, nie zabijał każdego, kto go zdenerwował (lub miał pecha znaleźć się w złym miejscu i czasie). Zazwyczaj eliminował szeregowych. Ci i tak się nie liczyli, co za różnica czy jeden padnie w walce, czy zostanie zabity przez niego. Ostatecznie nie ma to znaczenia, zawsze znaleźli się nowi. Robaki były wszędzie, pałętały się bez celu po pokładzie, bazach, barach, jadalniach... Ich bezczynność go drażniła. Zgraja nieudaczników, która myślała, że jak są żołnierzami Imperium, to wszystko im się należy.

Teraz było zgoła inaczej, każdy był na wagę złota.

- Lordzie, masz gości.

Opuścił najemnika i sprawdził kto chce się z nim widzieć.

Małpa i karzeł. Od kiedy to miejsce zmieniło się w park osobliwości, żeby wpuszczać na statek każdą szumowinę?

- Son Goku i jego wspaniały przyjaciel, co was sprowadza?

Czemu go nie zdziwiło, że Saiyanin nie zrozumiał ironii, tylko uśmiechnął się głupkowato? Za to jego mały kolega zdał się wyczuć chłodne powitanie. Interesujące, że z nich wszystkich to on się pojawił, nie ten Nameczanin, który był przecież znacznie silniejszy. Człowiek bladł za każdym razem, gdy dłużej zatrzymał na nim wzrok.

A jednak podszedł do mnie po walce. On, nikt inny.

- Jak się masz?

Najbliżej stojący spojrzeli na nich jakby stali się niezwykle osobliwym zjawiskiem. Goku nie zauważył, jak jeden z żołnierzy kręci za jego plecami młynka koło czoła. Jasne, że nikt oprócz jego Nemezis nie odezwałby się do niego w ten sposób.

- Mam się dobrze Saiyaninie – odpowiedział sztucznie uprzejmie. Gdzieś ktoś kaszlnął, albo próbował zagłuszyć śmiech. – Tak się składa, że mam inne obowiązki, więc wymiana bezsensownych uprzejmości jest w tej chwili niepożądana.

- Uwolnij Bulmę i Tenshinhana.

Całkiem o nich zapomniał. Chwilkę obserwował swoich gości, po czym sięgnął do komunikatora.

- Tu Lord Frieza, rozkazuję natychmiast uwolnić ziemskich jeńców i wysłać ich na planetę.

Odłożył komunikator. Mały mnich przyglądał mu się zaciekawiony i chyba zdziwiony. Nie spodziewał się pewnie, że pójdzie tak łatwo.

- Gotowe, będą na was czekać na Ziemi.

- Kiedy odlecisz?

- Wkrótce. Nie musisz się martwić o swoją drogocenną planetę.

Przynajmniej, że ją zaatakuję. Cold albo Coola mogą mieć inne plany.

Nie odchodzili, więc uznał, że może mają coś do powiedzenia w cztery oczy. Kiwnął, żeby poszli za nim. Minęli stojących na baczność żołnierzy i techników uwijających się w pocie czoła. Korytarz był pełen dymu i iskier ze spawanego metalu. Śmierdziało ozonem.

- Masz mi coś więcej do powiedzenia? – zapytał gdy zamknęły się za nimi dźwiękoszczelne drzwi.

- A ty?

Kuririn przenosił wzrok to na jednego, to drugiego. Goku nie był już taki radosny jak przed chwilą.

- Przysięgnij, że nie zaatakujesz nas więcej.

- Mogę nawet przysiąc, że mnie więcej nie zobaczysz, tak jak sobie zażyczyłeś na Namek.

Wyglądało, że wystarczyło mu słowo. Bez wątpienia nie uwierzyłby ani trochę gdyby nie spędzili razem kilkunastu tygodni. W tym czasie wypracowali coś, co od biedy można nazwać „zawieszeniem broni". Changeling był delikatnie mówiąc zadowolony, że pozbył się niańki. Przy Goku nie było mowy o „rozrabianiu" jak nazwał to Saiyanin.

- Dobrze. Powodzenia Frieza i… – uśmiechnął się półgębkiem – nie rozrabiaj więcej.

Mimowolnie Changeling odpowiedział tym samym.

- Gdyby Ziemianie mieli lepszą technologię komunikacyjną oraz należeli do Korporacji i Imperium, na pewno jeszcze byś wiele usłyszał o rozrabianiu – odparł swobodnie.

- Ostrzegam, że jeżeli przesadzisz, to cię powstrzymam.

- Zawsze możesz próbować.

- Może Bulma coś zbuduje? – zaproponował Kuririn.

Changeling zerknął na niego zaciekawiony.

- Tak, będziecie słyszeć o moich zwycięstwach.

Przemknęło mu przez myśl, że może powinien podziękować za wszystko, ale jakoś tak to nie pasowałoby do dawnego Friezy. Z resztą, rozmowa był skończona, a obietnica zostawienia ich w spokoju była chyba wystarczającym podziękowaniem. Nie ma co szastać prezentami.


Kuririn nie znał się zbytnio na technice, ale statek, którym przylecieli na spotkanie z Friezą i wrócili na Ziemię, musiał być nowoczesny. Wcale nie dlatego, że mrugało mnóstwo kontrolek. Było „czuć" profesjonalizmem z daleka. Powierzchnie były tak gładkie i lśniące, że bał się po nich chodzić. I personel: w czyściutkich kombinezonach. Każdy wydawał się dokładnie wiedzieć co robić. Wszędzie trzeba było podawać kody indentyfikacyjne oraz przechodzić procedury kontrolne. Przy pierwszej dostali zielone opaski z dziwnymi oznaczeniami.

Żołnierze na ich widok zaczęli machać wesoło. Goku wyjaśnił mu, że to jego koledzy. Z oddziału.

- Dziwnych masz nowych znajomych – mruknął widząc uzbrojonych wojowników. – I co to za ubranie?

- Co z nim? – Saiyanin obejrzał kombinezon który nosił. – Nie mów, że brudny, bo Frieza będzie gadał tylko o tym.

- Skąd wiesz o czym będzie gadał? Dobra, nieważne… To strój jaki noszą żołnierze Imperium. I masz jego logo.

- Uparł się, że mam podnosić na duchu pozostałych. Poza tym jest wygodny. Chcesz taki, mogę załatwić.

- Nie – odpowiedział natychmiast. – Goku, czy ty wiesz co robisz? I dlaczego trzymasz się z tym potworem? Pamiętasz co nam zrobił? Zabił mnie, próbował zabić nas wszystkich. Jak mogłeś uwierzyć, że nie zaatakuje Ziemi?

Dobre pytanie. Changeling mógł zrezygnować z próby ataku wiedząc, że nie ma na razie szans w walce, ale wciąż pozostawał niebezpieczny niczym paczka z nitrogliceryną. Wystarczy lekko stuknąć żeby było wielkie bum. Także jego energia, nawet będąc wyciszoną, wydawała się niestabilna. Piccolo charakteryzował się spokojną i stonowaną Ki która zmienia się zależnie od jego woli, Gohan był wulkanem kumulującym energię do czasu eksplozji, a Vegeta wiecznie nabuzowaną mocą gotową do walki w każdej chwili.

- Po prostu wiem. Nie mogę powiedzieć dlaczego, obiecałem komuś.

- Mam nadzieję, że to dobry powód – mruknął bez przekonania. – Nie mogę się doczekać aż odlecą.

- Nie mogę uwierzyć, że przegapiłem walkę – poskarżył się kolejny raz. – Tak chciałem zmierzyć się z tym całym Savyllą.

- Nie ma nad czym ubolewać. Nie spotkałem nikogo, kto tak by oszukiwał. Dobrze, że nie żyje. Nie sądziłem, że to powiem, ale był gorszy niż Frieza.


Minęły trzy dni, prace były na ukończeniu. Tym wspanialej, bo wyglądało na to, że nikt nie zamierza ich niepokoić. Cold i Coola byli zbyt zajęci sobą żeby interweniować. Pewnie wszystko byłoby idealne, ale jak zwykle, jakiś element musiał popsuć plany. Frieza wpatrywał się w radar, na którym migał sygnał niedużego statku. Nie był zaskoczony, pojawienie się Ayta było kwestią czasu. Mało prawdopodobne, żeby nie zauważył kradzieży ośmiu okrętów wojennych.

Nawet nie wiedział, kiedy obok pojawił się Asparagus.

- Przyniosłem blokery.

Frieza wziął od niego pudełko z automatycznymi strzykawkami. Nie byłoby dobrze gdyby na spotkaniu nagle dopadła go niedyspozycja. Trucizna Savylli znacznie osłabła, jednak wciąż musiał brać coś żeby blokować jej działanie. Medyk powiedział, że potrzeba jakiś dwóch tygodni, żeby przestała być dokuczliwa, a miesiąca aby się rozłożyła. Gdyby należał do innej rasy, skutki byłoby gorsze. Znaczy, śmiertelne. A tak musiał tylko znosić mdłości, ból głowy, zaburzenia słuchu i widzenia oraz czasem niekontrolowane drżenie mięśni. Niestety do tego czasu nie mógł też skorzystać z kapsuł leczniczych.

Nie podobało mu się, że jego ludzie oczekują Ayta jakby był ich zbawcą. To raczej on powinien być tak traktowany. Poprowadził tych żółtodziobów do zwycięstwa.

Kim on jest? Nie znalazłem o nim żadnych informacji. Żałosne, tajemniczy bohater.

Dowiedział się od opozycji o tajnej armii i natychmiast ruszył ją odszukać. Stacjonowała na pobliskiej planecie, dobrze ukryta jako prywatne jednostki ochrony zaopatrzenia. Gdy przedstawił się jako syn Nivisa, symbolu ich rewolucji, opowiedział wzruszającą historię, a na koniec zaproponował poprowadzenie ich do zwycięstwa, rzucili się na niego jakby rozdawał dzieciom cukierki. Większość rzeczywiście była dzieciakami, którzy nie mieli bladego pojęcia o wojnie. Znali ją z filmów o bohaterstwie i przechwałek żołnierzy pijących w barach. Reszta to weterani, stęsknieni walki jako czegoś co przypominało im młodość oraz stare dobre czasy. Ta hołota nie wygrałaby niczego, gdyby nie udało się zabić Savylli i przejąć wrogich oddziałów. Imię Friezy budziło posłuch zarówno wśród zgrai młodzików jak i jego dawnych podwładnych. Tak samo jak te niestworzone historie, że ożywiły go smoki. Albo, że tak naprawdę jest martwy, wieje od niego zimnym wiatrem i wrócił po zemstę.

Ayta nie może poczuć, że ma szanse się sprzeciwić, dlatego Frieza postanowił przyjąć go w prywatnych kwaterach, bez tych wszystkich dyplomatycznych uprzejmości.

Moja armia, moje statki, moje zasady.

Słysząc otwierające się drzwi, poczekał jeszcze chwilę nim się odwrócił. Siedemnaście większych i mniejszych okrętów wyglądało pięknie na tle czerni kosmosu.

- Pewnie myślisz… – zaczął i urwał zapominając co zamierzał powiedzieć.

Changeling szedł do niego powolnym krokiem. Nosił paradny, ciemnozielony mundur komponujący się z kolorem tarcz na głowie, nogach i rękach. Przez ramię miał przewieszoną galową, kapitańską szarfę. Za nim niechętnie podążała Ogidy.

Z tym, że gościem nie był Ayta.

- Niespodziewane spotkanie prawda? – zapytał krzywiąc się w paskudnym uśmiechu.


Następnym razem wyjaśnią się pewne rzeczy (które do tej pory mogły budzić wątpliwości)