Po dość długiej przerwie mam nadzieje w końcu zacząć intensywnie pisać :)
Nim się obejrzała, a czas, jaki poświęciła swoim towarzyszom dobiegł końca, gdy do jej apartamentu weszły dwie młode dziewczyny niosąc w rękach bajeczna suknię balową. Dziewczęta ukłoniły się, po czym zaraz weszły do łazienki, aby przygotować kąpiel, dla ich pani.
- Masz zamiar dzisiaj z nim pertraktować na temat warunków?
- Tak, tak uzgodniliśmy.
- Więc pamiętaj, że musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby dobrze na tym wyjść.
- Rodney! Wiem, co robię.
- Wiem Elizabeth. Przepraszam. Ja po prostu… za wiele zależy od tego traktatu.
- Wszyscy to wiemy doktorze McKay.- Teyla położyła dłoń na jego ramieniu.- Myślę, że my także powinniśmy się przygotować do dzisiejszego balu.
- Tak, oczywiście. Porozmawiamy później.- udali się do własnych apartamentów, zostawiając dr Weir samą razem ze służkami.
Po gruntownej kąpieli oraz ułożeniu włosów, makijażu i założeniu sukni, Elizabeth powolnym krokiem zeszła z kręconych schodów, wprost do sali balowej. Wzrok wszystkich zatrzymał się na niej. Wyglądała naprawdę prześlicznie w muślinowej bladoniebieskiej sukni . Włosy rozprostowała, a następnie Terra spięła je w kłosa, przyozdabiając go wsuwkami z brylantami. U spodu schodów stanął książę i z uśmiechem na ustach wyciągnął do kobiety swoja dłoń, a kiedy ta ją chwyciła, poprowadził Elizabeth na środek sali, prosząc ją tym samym do tańca. Przyjęli pozycje do walca, a gdy z instrumentów popłynęły pierwsze takty muzyki. Pary powoli dołączali do nich, a wśród nich był John Sheppard razem z Charlott.
Orkiestra zaczęła grac kolejny utwór, więc Fryderyk poprowadził Elizabeth w stronę stołów, przy których siedzieli niektórzy z zaproszonych gości. Usiedli na swoich miejscach, a kelnerzy podali im wino. Joachim stanął zaraz za księciem i szepnął mu coś do ucha, jednak książę szybko go oddalił, skupiając całą swoją uwagę na kobiecie, która przy nim siedziała.
- Moja pani, czy miałaś okazję porozmawiać ze swoim zespołem?
- Tak.
- To świetnie. Możemy, zatem porozmawiać o naszym losie.- położył swoja rękę na jej dłoni, delikatnie ją głaszcząc. Kobieta speszyła się, jednak nie cofnęła reki. Teraz nawet musiała przetrzymać umizgi księcia, podpisanie traktatu było priorytetem.
- Jak sobie życzysz, Fryderyku.
Książę wstał od stołu zaraz po posiłku, poprowadził Elizabeth do mniejszej sali, jednej z tych, gdzie zazwyczaj spotykała się jego rada. Strażnicy zamknęli za nimi drzwi. Usiedli przy długim stole, rozpoczynając negocjacje. Najpierw omówili wstępne kwestie dotyczące wyprawy dr McKaya, z których bardzo dużo udało się wywnioskować. Choćby sam fakt, że Kostalijczycy posiadają działający ZPM, a nawet pradawną inskrypcje jak można samemu je wytwarzać. Co prawda nikt się na nią nie natknął, ale fakt, że coś takiego istniało, był bardzo pociągający, jeśli chodzi o negocjowanie wymiany. Następnym punktem na ich liście była ewentualna pomoc, jaką naukowcy Atlantydy mogli zaproponować w poszukiwaniu zaginionej inskrypcji, oraz legendarnej broni. Książę oczywiście przedstawił także swoje różne propozycje, a kiedy w końcu doszli do porozumienia, zawołano dwóch świadków: Joachima oraz dr McKaya. Podpisano traktat. Dr Weir odetchnęła z ulga, bardzo korzystny dla niej sojusz był ukoronowaniem pracy, jaką włożyła w misję. Mogła teraz spokojnie odetchnąć z ulga, Atlantyda miała ZPM oraz żywność, a co najważniejsze sojuszników i kolejne miejsce do ewentualnej ewakuacji, Kostalia natomiast otrzymała pomoc medyczną, naukową, militarną, leki, a także możliwość kształcenia ich uczonych na Atlantydzie oraz wszelaką pomoc w zrozumieniu technologii pradawnych, jaką dysponowali mieszkańcy planety oraz terapię genową.
Gdy tylko Joachim oraz Rodney opuścili ich trzymając w swoich rekach identyczne duplikaty podpisanego sojuszu, Fryderyk wstał z krzesła, nalał dla nich dwa kieliszki szampana, gdy podszedł do małego barku i podał kobiecie. Spojrzał na nią pożądliwym wzrokiem, podziwiają kształty, które opinał materiał jej sukni. Najchętniej zdarłby z niej te cudne fatałaszki i kochał się namiętnie tu i teraz. Czuł jak rośnie jego pożądanie, pragnął jej, ale nic nie mógł z tym zrobić. Była jego gościem honorowym, zhańbienie jej oznaczałoby zerwanie sojuszu oraz plamę na jego honorze. Nie mógł po prostu zaprosić jej do swojego łoża. Jeśli tego pragnął, musiał najpierw zdobyć jej serce, sprawić by została jego żoną.
- Czy mówiłem ci, jak cudownie wyglądasz w tej sukni, pani?- słabo się uśmiechnęła, książę przez cały czas prawił jej komplementy. Nie, że jej to nie schlebiało, ale teraz, gdy traktat został podpisany, najlepiej uciekła by z tego pokoju i poszukała Johna. Musiała mu powiedzieć co do niego czuje.- Nie, a więc wybacz, moja pani. Wygladasz jak prawdziwa królowa, ale jednak czegoś mi tutaj brakuje.
- Fryderyku?- spytała ostrożnie, nie wiedziała co chodzi mu po głowie, ale coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że władca nie adoruje jej dla zabawy czy kaprysu. Widziała w jego oczach czyste pożądanie, i chyba tego bała się najbardziej.
Mężczyzna wezwał do siebie Joachima, który wchodząc do pokoju, przyniósł średniej wielkości granatowe pudełko, na którym znalazł się herb Kostalii. Otworzył je i ukazał zawartość Elizabeth.
- Przyjmij ten podarek, na znak przyjaźni miedzy naszymi ludami. Chociaż nie ukrywam, że chciałbym, aby nasza przyjaźń wypuściła solidniejsze korzenie, niż podpisany sojusz.
Fryderyk chwycił brylantowa kolię i prezentując ją w całej jej okazałości, zawiesił na szyi dr Weir. Kobieta odruchowo przejechała palcami po krystalicznie czystych, bezbarwnych brylantach, wzruszona gestem.
- Są piękne. Dziękuję bardzo, ale to za wiele.
- Ależ skąd. Pasują jak należy. W dodatku zasługujesz na to aby je nosić, moja droga. Nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto mógłby być godny noszenia tych szlachetnych kamieni mojej praprababki. A teraz, jeśli pozwolisz, nie chcę już słyszeć ani jednego słowa sprzeciwu, że nie możesz ich zatrzymać.
Kiwnęła porozumiewawczo głową, nie było sensu dalej nad tym rozmyślać. Książę był nieugięty. Jeszcze raz mu podziękowała, po czym wrócili na sale balową. Nie miała ochoty na dalszą zabawę, postanowiła wiec usiąść przy stole i obserwować resztę. Właśnie trwała trzecia tura tańców i z tego, co zauważyła, jej towarzysze świetnie się bawili. Teraz, nawet i ona mogła sobie pozwolić na wypoczynek. Do końca wizyty zostały wprawdzie dwa góra trzy dni, ale skoro większość badań już się rozpoczęła, a traktat został podpisany, kobieta mogła sobie przeznaczyć nadchodzące dni na wypoczynek, który tak bardzo jej się należał. Elizabeth podeszła do stołu, przy którym wcześniej siedziała, lecz zanim zdążyła tam dotrzeć, zatrzymała się, usłyszawszy wymianę zdań między dwoma żołnierzami księcia oraz samym monarchą.
- Znajdźcie ją i natychmiast przyprowadźcie.
- Tak jest, wasza wysokość.- odeszli, a Fryderyk instynktownie wyczuwając, że jest obserwowany, odwrócił się, spoglądając wprost na dr Weir.
- Czy coś się stało?- zapytała, kiedy ten poprowadził ją na środek parkietu. Orkiestra zaczęła grać walca. Inne pary przystanęły, robiąc miejsce władcy. Była to też doskonała okazja, aby wymienić najnowsze plotki oraz napić się szampana, którego cały czas serwowała służba.
- Nie, moja droga. Przyjechał narzeczony mojej siostry, a ona gdzieś zniknęła.- wyszeptał.
Rozejrzał się po sali balowej, do której właśnie wszedł gruby mężczyzna z brodą, otoczony służbą. Książę zmarszczył brwi, po czym przeprosił Elizabeth, tłumacząc, że musi się przywitać. Ta jednak ruszyła razem z partnerem. Stanęli przed, jak się okazało potężnym i majętnym lordem Percivalem Darthybrook. Mężczyzną dość nieprzyjemnym i zarozumiałym, z jego oczu tryskała złość, która okazała się uzasadniona. Książę poprosił gościa oraz Elizabeth do biblioteki, nie chcąc psuć balu sceną, którą mógłby w każdej chwili urządzić Darthybrook. Fryderyk znał go od dawna i wiedział, że ten typek jest zdolny do wszystkiego, a szczególnie wtedy, jeśli coś idzie nie po jego myśli. A tak było.
Gdy tylko drzwi prywatnej biblioteki władcy się zamknęły, lord Percival lubieżnym wzrokiem przyjrzał się Elizabeth, po czym oblizując usta, rozsiadł się niczym król w wygodnej, skórzanej sofie tłumacząc księciu, co zobaczył i co było powodem jego złości. Elizabeth słuchała jego słów i z każda chwilą nie mogła ukryć swojego rozczarowania zachowaniem Shepparda. Owszem nie była wcale zdziwiona, że po raz kolejny lądował on w ramionach pięknej miejscowej kobiety wtedy, gdy miał misję do wykonania. Zraniona kobieta usiadła na najbliższym fotelu, zastanawiając się czy wszystko, co jej powiedział, co zrobił, było tylko kolejnymi kłamstwami. W między czasie panowie nadal prowadzili rozmowę.
- Tak więc widzisz, nie poślubię twojej siostry, wasza wysokość. Na co mi zhańbiona dziewka, choćby nie wiem, z jakim posagiem i błękitną krwią w żyłach.
- Licz się ze słowami!- warknął.
- O nie. Przyprawiono mi rogi, wiec chcę zadośćuczynienia, inaczej…
- Znowu będziesz mi grozić buntem? Ostrzegam cię, Darthybrook! Chciałem załagodzić sprawę małżeństwem, ale jeśli nie chcesz już mojej siostry zawsze jestem gotów rozpętać wojnę.
- Jak sobie chcesz… Jeszcze do tego wrócimy, wasza wysokość.- skłonił się z uśmieszkiem, który nic dobrego nie zwiastował, po czym opuścił pokój, a za nim wyszedł Fryderyk, wołając swoją straż pałacową.
Elizabeth nadal siedziała na swoim miejscu, wszystko, co działo się wokół niej wirowało. Słyszała krzyki Fryderyka, żołnierzy, nawet jakieś przekleństwa, które pod adresem brata rzucała siostra, a między tym wszystkim jej mózg pokazywał jej chwile spędzone z Johnem, jak mówi jej jak mu na niej zależy, a także wyobrażenia tego, co opowiedział im Percival, jak to John i siostra księcia ze sobą obcują. Miała dość, żołądek odezwał się, wiedziała, że jeśli za chwilę go nie uspokoi, nie uspokoi siebie, zwymiotuje. Powoli wstała i wyszła na balkon, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wzięła dwa głębokie oddechy i odwróciła się słysząc głosy. Wtedy ujrzała Johna, przytrzymywanego przez dwóch strażników, oraz księżniczkę Charlott, Joachima i księcia. Przez chwilę ukrywała się za zasłonką i podsłuchiwała, jednak zdajać sobie sprawę, iż to nie ma sensu, wyszła ze swojego ukrycia i stanęła po prawicy księcia.
- Zhańbiłeś moją siostrę, sir. Nie mogę pozwolić na coś takiego w moim własnym domu. Zostaniesz wtrącony do moich lochów, dopóki nie postanowię, co z tobą zrobię. Zejdź mi z oczu.- żołnierze wyprowadzili majora Shepparda, a książę skierował słowa potępienia do siostry. Nie trzeba było długo czekać, aby wybiegła ze łzami w oczach z biblioteki.
- Panie, na szczęście nikt z obecnych gości na balu nie zauważył zniknięcia księżniczki oraz majora, ani nie wie o ich wyczynie. Myślę, że skandalu nie będzie, o ile wasza wysokość obwieści zerwanie zaręczyn siostry, gdyż zakochała się w sir Johnie. Myślę, że ich ślub mógłby złagodzić sytuację…
- Nie.- przerwała Joachimowi Elizabeth. Podeszła bliżej księcia i złapała go za ramię, spoglądając prosto w oczy.- Proszę, wasza miłość. Na pewno jest coś, co dałoby się zrobić, aby każda ze stron była zadowolona. Nie musimy ich wiązać małżeństwem. Wątpię, czy twoja siostra, panie, byłaby szczęśliwa z moim podwładnym, nie mówiąc już o przeprowadzce na Atlantydę i…
- Moja droga, poślubiłby ją i został tutaj. Niestety ten ślub nie jest mi ani trochę na rękę. Znam Darthybrooka nie od dziś, będzie się dąsać, ale gdy tylko usłyszy ile dostanie w zamian za małżeństwo z moją siostrą, będzie nie tylko całować mnie po stopach, ale sam wypleni wszystkich buntowników z północy własnym mieczem. Tak więc widzisz, Charlott zostanie żoną lorda z północy i zapewni dzięki temu mariażowi pokój w moim królestwie, a ja będę mógł w końcu zostać królem, kiedy tylko się ożenię.
- A więc zwolnisz majora Shepparda z więzienia?- zapytała.
- Nie. Widzisz, kochana, zhańbił on moją siostrę, a co a tym idzie splamił mój honor. O świcie stawi się na placu ćwiczebnym i zginie za swoje czyny. A później porozmawiamy o zadośćuczynieniu za jego czyny…- roześmiał się.
- Nie! Błam panie, litości.- padła mu do stóp. Głupota Shepparda, człowieka, którego kochała, tam ją właśnie doprowadziła. Musiała zrobić wszystko, by tylko zachować życie swojego drugo dowodzącego, aby uratować kruchy i rozpadający się sojusz. To nie był koniec, po raz kolejny trzeba było stanąć do walki o przyszłość Atlantydy.
- Lady Elizabeth.- kazał jej wstać.- Jest tylko jedna rzecz, która może mnie zadowolić. Która sprawi, że major nie zginie, a sojusz między nami zostanie zachowany. Jedyna rzecz, która sprawi, że zapomnę o całej sprawie…
- Czego żądasz, wasza wysokość?- zapytała, a on tylko wyszczerzył swoje białe żeby i pocałował jej dłoń.
TBC
