Od autorów: Standardowe zastrzeżenie: świat HP nie jest nasz. SZLAG!


Rozdział 8 – Rozpacz Wan i szalone portrety

Camelford, Bodmin Moor, Kornwalia, Anglia, początek listopada

Esther Cinchley była wdową. Jej mąż służył w 7. Pułku Spadochronowym i zginął dawno temu w wypadku podczas ćwiczeń. Teraz dobijała do osiemdziesiątki i jej ulubioną rozrywką było codzienne obchodzenie osiedla i rozmawianie z sąsiadami. Wszyscy traktowali ją tu jak ulubioną babcię. Nigdy nie miała własnych dzieci i zawsze chętnie zgadzała się zaopiekować cudzymi, więc dzieci bawiące się w jej małym domu lub ogródku stanowiły częsty widok.

Przez ostatnie czterdzieści lat, odkąd Esther mieszkała na tym osiedlu, musiała dzwonić po straż pożarną lub policję tylko trzy razy i za każdym razem chodziło o pomoc sąsiadowi.

Teraz Esther miała problem, który zaczynał ją naprawdę gnębić. Najwyraźniej jedni z jej najnowszych sąsiadów zapodziali gdzieś dwójkę dzieci. Ich trzecie dziecko, słodziutki sześciolatek Jason najwyraźniej zrobił sobie w zeszłym tygodniu krzywdę.

Esther rozmawiała z matką, która znów była w ciąży, o dwójce brakujących dzieci i po tej rozmowie czuła niepokój. Rozważała to przez przeszło dwa tygodnie. Wysyłanie dzieci do prywatnej szkoły z internatem to coś, co zamożni rodzice w Anglii robili dość często. Ale ci rodzice nie wyglądali na tak bogatych, by pozwolić sobie na takie luksusy. Najczęściej rodzice, którzy wysyłali dzieci do szkoły z internatem byli z tego bardzo dumni i rozpowiadali o tym wszem i wobec. Tymczasem Esther usłyszała skąpą historię o szkole gdzieś w Szkocji, bardzo ekskluzywnej i bardzo prywatnej.

Kilka dni temu Esther obserwowała małego Jasona, który z wyraźnym wysiłkiem wynosił śmieci. Zranił się w ramię, które trzymał na temblaku. Jako emerytowana pielęgniarka Esther widziała już mnóstwo dzieci z połamanymi kościami. Ale ten gips i temblak nie dawały jej spokoju. Nie wyglądały na coś, do czego przyznałby się jakikolwiek szpital w Anglii.

Coś tu było nie w porządku, a choć nie lubiła wsadzać nosa w nie swoje sprawy, nie mogła siedzieć bezczynnie, nie kiedy stawką było dziecko.

Spojrzała z wdzięcznością na policjanta, który wręczył jej filiżankę herbaty i zasiadł za swoim biurkiem.

- Pani Cinchley, proszę powiedzieć, co możemy dla pani zrobić? – spytał.


Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

Sfrustrowany Harry warknął i zamknął z hukiem książkę, co skierowało na niego spojrzenie Madam Pince, które mogłoby zabijać. Choć oddał miecz Dumbledore'owi, sny wciąż go prześladowały. Co gorsza nawet jego sny były jakieś nie w porządku.

Harry postanowił poszukać informacji o Godryku Gryffindorze w szkolnej bibliotece, która oczywiście zawierała setki książek poświęconych temu tematowi. W większości autorzy robili wszystko co w ich mocy, żeby udowodnić, że inni autorzy się mylą. Znalazł nawet jedną, w której dwadzieścia rozdziałów poświęcono rzekomym błędom w innych książkach, a tylko trzy samemu Godrykowi.

Jak na razie przebrnął przez połowę książek na ten temat i wciąż nie miał pojęcia czego tak naprawdę szuka. Westchnął zdenerwowany, odłożył książki i wyszedł z biblioteki. Był już czas obiadu i mógł równie dobrze coś zjeść.

Wszedł do Wielkiej Sali i skierował się do swojego stołu. Zauważył, że Erika i Eryk wrócili do swojego stołu z innymi pierwszakami. Cieszył się, że zaczynają powoli dochodzić do siebie.

Opadł ciężko na krzesło koło Ginny i westchnął.

Wszyscy patrzyli na niego przez moment w milczeniu. W końcu Ginny zdecydowała się przerwać ciszę:

- I co?

- Gówno. Wiesz, że w naszej bibliotece jest przeszło pięćset książek na ten temat? A większość twierdzi, że wszystkie inne się mylą! W jednej książce piszą, że miecz to tak naprawdę włócznia, a inna twierdzi, że to metafora… - zawahał się zażenowany - … pewnego męskiego organu, a Czarny Pan, którego pokonał Godryk był kobietą! I nie zamierzam wam mówić w jaki sposób Godryk ją pokonał! – wyrzucił z siebie, a jego uszy niebezpiecznie pociemniały.

- Harry, ale nie zamierzasz wystrzelić nagle z jakimś odkryciem jak w zeszłym roku? – spytała podejrzliwie Hermiona.

Zaśmiał się słabo.

- Nie Mionko, tym razem szukam po prostu historii. Ciągle śni mi się ten cholerny miecz i coś jest w tym nie tak, więc pomyślałem, że poszukam więcej informacji na ten temat.

Hermiona, uspokojona, że Harry nie przedstawi kolejnego artykułu naukowego, wróciła do swojego obiadu, podczas gdy Harry zaczął nakładać sobie jedzenie.

Serena Snape, która tego dnia siedziała z nimi, przysłuchiwała się tej rozmowie z rozbawieniem. Ta dziewczyna jest genialna, ale pod pewnymi względami brak jej pewności siebie tak samo jak Harry'emu, pomyślała.

- Harry, może sny by się skończyły, gdybyś po prostu zabrał miecz z gabinetu dyrektora? – zasugerowała.

- Myślałem o tym, ale jest kilka problemów. Po pierwsze nie mam żadnych możliwości, by zabezpieczyć półtorametrowy miecz, a noszenie go wszędzie ze sobą nie wchodzi w grę. Już to widzę. Idę korytarzem i coś wkurza mnie tak bardzo, że miecz staje w płomieniach. Ostatni raz, jak niosłem go przez korytarz, ludzie umykali na wszystkie strony – odpowiedział.

- Może nie patrz na wszystkich tak spode łba. Naprawdę, chyba za dużo czasu spędzasz z moim mężem – zażartowała Serena. – Naprawdę nie wiem, który z was dwóch rzuca więcej ponurych spojrzeń ostatnimi czasy.

Harry spojrzał na nią spode łba. Obrócił się do Ginny.

- Czy ja naprawdę tak często patrzę spode łba?

Ginny poklepała go delikatnie po policzku.

- Oczywiście, że nie, kochanie – zapewniła, po czym mrugnęła do Sereny tak, by Harry nie zobaczył.

- Ej, ale przecież teraz patrzy spode łba! – zaprotestował Ron.

- Dzięki, stary! Miło wiedzieć, kto jest po mojej stronie – stwierdził oschłym tonem Harry. – A, Hermiono, byłbym zapomniał. Zauważyłem dziś rano jakieś dwadzieścia miseczek z cytrynowymi dropsami rozstawionych w pokoju Wspólnym. Pierwszaki są zachwycone. Wiesz coś może o tym?

Hermiona zarumieniła się i zaczęła jąkać.

- Ja… ja? Nie no, co ty, Harry. Ja nie mam o tym pojęcia.

Wszyscy przy stole zachichotali. Tak naprawdę Hermiona czuła ogromne poczucie winy po wydarzeniach w gabinecie dyrektora. Skrzaty domowe poinformowały, że zapasy dropsów zwiększyły się z początkowych czterdziestu dwóch do nieco ponad czterech milionów. Oczywiście była to tajemnica, co znaczyło, że cała szkoła znała już historię cytrynowych dropsów.

- Harry – odezwała się jeszcze raz Serena. – Wiem, że to niepewne źródło informacji, ale skoro tak interesujesz się Godrykiem może spróbuj popytać o niego jakieś portrety?

Harry zamyślił się.

- Wie pani co, to dobry pomysł. W zamku musi być kilka tysięcy portretów. Może któryś z nich wie coś o mieczu, albo chociaż powie mi gdzie szukać informacji.

Ginny, siedząca u boku Harry'ego, westchnęła ciężko, unosząc sok do ust. Harry spędzał z nią w tym roku więcej czasu co było naprawdę fajne, ale jakoś bieganie po całym zamku i przepytywanie portretów nie było tym, co uważała za romantyczną randkę.

Harry chyba wyczuł jej nastrój, bo nachylił się i wyszeptał jej do ucha:

- Nie przejmuj się, kochanie. Coś wymyślimy.

Pocałował ją w czoło i wrócił do jedzenia.


Ministerstwo Magii, Departament Relacji z Mugolami

Niegdyś był to mały departament, ale to się zmieniło. Pod łagodnym przewodnictwem Artura Weasleya biuro zostało powiększone i zatrudniono nowych pracowników. W końcu byli odpowiedzialni za to, by Ministerstwo Magii pracowało ramię w ramię z mugolskim rządem Wielkiej Brytanii.

W rogu biura zabrzmiał dzwonek i pojawił się kawałek pergaminu. Sekretarka zerknęła na treść i przydzieliła go do odpowiedniego pudełka. Po krótkiej chwili wleciała sowa, złapała za uchwyt i zaniosła pudełko do miejsca przeznaczenia – Departamentu Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Dumbledore siedział w swoim biurze pogrążony w myślach. Najwyraźniej panna Granger dobrała się do jego zapasu cytrynowych dropsów i pierwszoroczniacy chętnie częstowali się cukierkami porozkładanymi po całym Pokoju Wspólnym. Zapomniał już, że uczniowie z pierwszego i drugiego roku musieli polegać na sowach od rodziców i starszych kolegach, bo nie mogli kupować samodzielnie słodyczy w Hogsmeade.

Muszę częściej interesować się naszymi pierwszakami. Gdybym wiedział to pięćdziesiąt lat temu, mógłbym z łatwością pozbyć się tych dropsów, pomyślał samokrytycznie.

Od ostatniego incydentu miecz nie opuszczał jego biura. Ale czuł, że wkrótce się to zmieni. Nawet on czuł rosnące w zamku napięcie. Przekazanie Harry'emu miecza było tylko jedną z rzeczy, które robił Hogwart szykujący się na nadchodzące wydarzenia.


Pokój Wspólny, ten sam wieczór

Harry siedział z Ginny na jednej z kanap w Pokoju Wspólnym. Hermiona pomagała Erice w zadaniu domowym, a Eryk po raz kolejny miażdżył Rona w czarodziejskie szachy. Harry czuł niepokój. Nie potrafił określić jego źródła, ale coś było nie tak i zaczynało go to męczyć.

Wisiorek Harry'ego drgnął kilka razy ostro, ostrzegawczo. Pamiętał dzień, gdy wydarzyło się to poprzednio. Musi z tym walczyć!


Camelford, Bodmin Moor, Kornwalia, Anglia

Tuż po zmroku obok domu rozległa się seria pyknięć. Z mroku wyłonili się Śmierciożercy i okrążyli budynek. W kilka sekund zapieczętowali wszystkie okna i drzwi. Na skinięcie dowódcy dom stanął w płomieniach.

Ku zaskoczeniu Śmierciożerców ze środka nie dobiegały żadne dźwięki. Dowódca szybko przeskanował budynek i odkrył, że jest pusty. Pokazał pozostałym, by się oddalić.

Zanim podążył za resztą, zawiesił nad płonącym budynkiem Mroczny Znak. Może ktoś uzna go za ostrzeżenie, mimo że nie dopadli swoich celów.

Ten atak był marnotrawstwem sił. Spalenie pustego domu było czasochłonne, a nie wywoływało takiego strachu. Z drugiej strony trzydzieści dziewięć innych drużyn Śmierciożerców powinno mieć więcej szczęścia.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Dumbledore niemal spadł z fotela, gdy za jego plecami Fawkes wydał z siebie przeszywający krzyk i wzbił się w powietrze. Kilkakrotnie okrążył z niepokojem pokój, po czym wyleciał z krzykiem przez okno.


Pokój Wspólny

Ginny uniosła głowę, gdy Harry wstał i upuścił książkę na ziemię. Widziała, jak zwija się, jakby próbował zasłonić się od ciosu.

Nagle w kuli ognia pojawił się Fawkes. Duży ptak okrążył Harry'ego, by wreszcie usadowić się na jego barku i zacząć śpiewać uspokajającą pieśń. Od czasu do czasu trącał go dziobem.

- Co się dzieje? – spytała Ginny.

Harry zignorował ją i zaczął sztywno iść do najbliższego wyjścia. Fawkes nie przestawał delikatnie śpiewać.

Ginny, Ron i Hermiona spojrzeli po sobie. To nie wyglądało na atak blizny. Po ataku Wan zdecydowanie zaostrzyli procedury bezpieczeństwa związane z maścią, łącznie z tym, że kilka słoiczków było poutykanych w kufrach Ginny i Hermiony.

- Ron, zostań tu – poleciła Hermiona. – Ginny i ja sprawdzimy co się dzieje.

Ginny podążyła za Harrym i chciała go wybić z tego dziwnego transu, ale Hermiona ją powstrzymała.

- Ginny, nie rób tego. Nie wiemy co się dzieje. Fawkes próbuje go uspokoić. Pójdźmy za nim i zobaczmy co zrobi.

Po kilku chwilach cel wędrówki Harry'ego był jasny. Szedł w stronę Skrzydła Szpitalnego, a obie młode kobiety następowały mu na pięty. Po drodze Harry kilkakrotnie stawał i dygotał i za każdym razem Fawkes zaczynał śpiewać głośniej.

Kiedy Harry dotarł do szpitala, podszedł do szafki z eliksirami i zniszczył zamykające ją zaklęcia. Madam Pomfrey wyszła ze swojego biura w samą porę by ujrzeć, jak Harry wyciąga Eliksir Słodkich Snów i wypija do dna.

Widziała, że coś jest nie tak. To pieśń Fawkesa wyciągnęła ją z gabinetu.

Ruchy Harry'ego stawały się coraz mniej skoordynowane. Podszedł do łóżka, a powieki zaczęły mu opadać. Fawkes zerwał się z ramienia i pofrunął na zagłówek łóżka.

Madam Pomfrey wciąż nie była pewna co się dzieje, ale wyciągnęła koc i nakryła młodego czarodzieja. Przeprowadziła kilka testów, ale nie znalazła żadnych fizycznych urazów, więc wróciła do swojego biura, by skontaktować się z dyrektorem.

Ginny i Hermiona zbliżyły się do nieruchomej postaci na łóżku, nie rozumiejąc co właśnie zaszło. Harry leżał w ciszy. Eliksir go uśpił, ale z jakiegoś powodu po jego policzkach spływały łzy.

Podskoczyły, gdy za nimi rozległ się głos dyrektora:

- Zastanawiałem się, gdzie zniknął Fawkes – powiedział smutno Dumbledore, patrząc na leżącego Harry'ego.

- Wie pan co się z nim dzieje? – spytała Ginny.

- Przypuszczam, że reaguje w ten sposób na kolejną serię ataków na mugoli. Sądząc po reakcji jego i Fawkesa, obawiam się, że ataki dziś w nocy są gorsze niż ostatnio.

Hermiona usiadła na łóżku, jej nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Jej rodzice byli bezpieczni na Grimmauld Place, ale martwiła się o wszystkie inne rodziny.

Ginny ujęła Harry'ego za rękę. Nawet przez sen próbował ją do siebie przyciągnąć.

- Dyrektorze, Harry nie odzyska świadomości jeszcze przez co najmniej kilka godzin. Przyszedł tu i wziął sobie jeden z moich najsilniejszych Eliksirów Słodkich Snów – odezwała się Madam Pomfrey.

Dumbledore nieuważnie skinął głową, nie spuszczając wzroku z Harry'ego i Fawkesa.

- Panno Granger, panno Weasley, dziś wieczorem nie możemy zrobić już nic więcej. Proponuję, byście wróciły do Pokoju Wspólnego. Bez wątpienia pan Potter dołączy do was jutro.

Ginny przez moment wyglądała, jakby chciała zaprotestować, ale w końcu puściła rękę Harry'ego i wyszła razem z Hermioną.


Gabinet dyrektora, następny dzień

Dumbledore siedział za biurkiem i czytał raporty opisujące niektóre ataki, do których doszło poprzedniej nocy. Madam Pomfrey zawiadomiła go wcześniej, że Harry Potter obudził się i wygląda na to, że nie czuje żadnych długotrwałych efektów. W związku z tym pozwoliła mu iść na lekcje.

Nagle w kominku rozbłysnął ogień i pojawiła się głowa Artrua Weasleya.

- Dyrektorze, czy ja i Molly moglibyśmy przyjść na moment? Natknąłem się na pewien problem w ramach moich obowiązków w Ministerstwie i ta sprawa dotyczy również twoich uczniów. Mogłaby nam się też przydać Madam Pomfrey z kilkoma dawkami eliksirów uspokajających, tak na wszelki wypadek.

- Oczywiście, możecie przyjść. Daj mi tylko kilka minut, żebym wezwał Madam Pomfrey – odpowiedział Dumbledore.

Artur skinął głową i ogień zgasł. Dumbledore podszedł do kominka, by zaprosić pielęgniarkę do swojego biura.

Kiedy Madam Pomfrey przyszła z torbą z lekarstwami, Dumbledore wskazał jej krzesło.

- Usiądź, Poppy. Artur Weasley i jego żona wkrótce do nas dołączą. Nie wiem czemu, ale uważam, musi to mieć jakiś związek z nocnymi atakami.

Poprzednia noc była naprawdę ciężka. Zginęła przeszło setka mugoli. Dwanaścioro uczniów obudziło się jako sieroty. Nauczyciele i pozostali uczniowie próbowali robić co w ich mocy, ale tego ranka atmosfera w szkole była fatalna.

Kominek ponownie obudził się do życia i do gabinetu wkroczyli Molly i Artur Weasleyowie oraz auror William Hill, prowadzący małe dziecko, najwyżej sześcioletnie.

Dumbledore uniósł brew w stronę Artura. Ten uśmiechnął się przepraszająco i wyjaśnił:

- Przepraszam za to najście, dyrektorze, ale natknęliśmy się na problem dziś rano, a że bezpośrednio dotyczy on dwójki twoich uczniów uznaliśmy twoją radę za bezcenną.

Dumbledore zaprosił ich do zajęcia miejsc w fotelach. Poppy, widząc małego chłopca, podeszła, by go zbadać. Był brudny, a jego usztywnione ramię wisiało na temblaku z kawałka szmaty.

Fiuu rozbłysło jeszcze raz i Remus z Tonks wyszli z ognia. Dumbledore spojrzał na parę pytająco.

Remus spojrzał na Tonks. Ta zarumieniła się i spuściła oczy, ale zaraz podniosła wzrok i spojrzała buntowniczo na Dumbledore'a.

- Ja też chcę tu być – powiedziała.

Dumbledore wbił w nią spojrzenie, ale po chwili wyraził zgodę.

- Dyrektorze, byłoby najlepiej, gdyby to auror Hill zaczął opowiadać. Został przydzielony do tej sprawy jeszcze przed atakami – rzekł Artur.

Wszyscy spojrzeli na Aurora Hilla, który odchrząknął i zaczął opowiadać:

- Kilka dni temu przejęliśmy skargę do mugolskiej opieki społecznej na rodzinę Stonesmithów z Camelford. Okazało się, że rodzice ci mają trójkę dzieci. Dwójkę tu, w Hogwarcie oraz sześciolatka Jasona – wskazał na chłopca. – Kiedy przybyliśmy dziś rano, by rozpocząć śledztwo, zastaliśmy zniszczony dom i rodziców przeszukujących pogorzelisko w poszukiwaniu czegokolwiek, co dałoby się uratować. Wyjaśniliśmy im powód naszego przybycia. Jeszcze przed moim przybyciem moi koledzy wyjaśnili im czemu ich dom został zniszczony. Chłopiec, Jason, siedział w samochodzie, podczas gdy my rozmawialiśmy z jego rodzicami. Ich postawa bardzo nas zaskoczyła. Byli przerażeni. Tak bardzo, że kazali nam zabrać dzieci od siebie, albo odmówią dalszej opieki nad nimi. Muszę przyznać, że choć pracuję nad podobnymi sprawami już piętnaście lat, rzadko zdarza mi się widzieć rodzica, który tak chętnie zrzeka się swoich praw do dziecka. Tak więc mamy trójkę magicznych dzieci. Dwójka jest tu w szkole, więc ich sprawa nie jest tak pilna. Ale Jasona już tak.

Widząc pytające spojrzenie Dumbledore'a, auror Hill westchnął.

- Tak, sprawdziliśmy Jasona. Wykazuje pewien poziom mocy magicznej i spodziewam się, że na jedenaste urodziny dostanie list z Hogwartu. Podejrzewam, że pani Lupin jest tu z powodu zainteresowania bliźniętami – kontynuował Hill. – Zaprosiłem tu państwa Weasley, bo to jedyni czarodziejscy rodzice, których znam, którzy mają doświadczenie z magicznymi dziećmi wychowanymi w mugolskich rodzinach. Choć muzę przyznać, że Harry nie był już dzieckiem, gdy państwo Weasleyowie go adoptowali.

Poppy skończyła badać Jasona i poprowadziła go do krzesła. Chłopiec był niezwykle podobny do starszego brata. Rozglądał się po dziwnych ludziach, nie bardzo rozumiejąc co się dzieje.

- Poppy, co z nim? – spytał delikatnie Dumbledore.

- Jest zmęczony i przydałaby mu się kąpiel. Jest lekko niedożywiony, ale nie zagłodzony, a jego złamane ramię zostało nastawione niepoprawnie. Trzeba je będzie ponownie złamać i nastawić prawidłowo – wyjaśniła pielęgniarka.

Molly przesiadła się koło Jasona. Uśmiechnęła się do niego i odgarnęła mu włosy z oczu. Chłopczyk popatrzył na nią nieśmiało.

Dumbledore przeniósł spojrzenie na Hilla.

- Proszę powiedzieć, czy chce pan dzisiaj znaleźć dom dla trojga rodzeństwa Stonesmith na stałe czy tymczasowo?

- Panie dyrektorze, mam uprawnienia jedynie do przyznawania tymczasowych praw opiekuńczych. Wie pan to przecież. Chciałem skonsultować się z panem i dowiedzieć się czy może państwo Weasleyowie zechcieliby przygarnąć te dzieci. Wiem, że auror Tonks pracowała z dwójką starszych dzieci, ale nie zdawałem sobie sprawy, że jest tym tak mocno zainteresowana.

- Nasze zainteresowanie jest zarówno profesjonalne jak i prywatne, Aurorze Hill – wtrącił się Remus. – Moja żona bardzo lubi bliźnięta, podobnie jak ja i z tego powodu ta sytuacja żywo ją zajmuje. Jednocześnie jako dyrektor wykonawczy Fundacji im. Blacka i Diggory'ego dla Ofiar Wojny jestem też zainteresowany nimi z przyczyn zawodowych.

Wyglądało na to, ze Tonks chce coś dodać, ale ugryzła się w język, gdy Remus położył jej dłoń na ramieniu.

Dumbledore skinął głową i zwrócił się do Weasleyów:

- Rozumiem, że cała trójka waszych dzieci bardzo zaprzyjaźniła się z bliźniętami w szkole. Ale czy przyjęlibyście do rodziny nowe dzieci?

Zanim zdołali odpowiedzieć Tonks zawołała:

- Jeśli oni nie przyjmą, ja to zrobię!

- Tonks, nie możesz – zaoponował delikatnie Remus, patrząc jej w oczy.

Jej warga zadrżała, ale patrzyła mu buntowniczo w oczy.

- Nimfko, nie odrzucam tych dzieci – kontynuował Remus. – Chciałbym je adoptować do naszej rodziny, ale nie możemy. Nimfko, jesteś aurorem. Te dzieci właśnie straciły rodziców. Chcesz ich narazić na ponowną utratę matki?

- Szlag, Remus! To nieuczciwe – krzyknęła.

- Wiem, skarbie, ale wiesz, że to prawda. Jason będzie potrzebował przez najbliższych kilka lat mamy na pełny etat. Takiej, która zawsze przy nim będzie. Jesteś gotowa na taką zmianę? – spytał.

Tonks zerwała się na nogi i zaczęła chodzić po biurze, a jej włosy gwałtownie zmieniały kolor. Molly przez moment przyglądała się młodszej kobiecie, po czym zabrała głos:

- Dyrektorze, uważam, że najmądrzej byłoby przyznać nam tymczasową opiekę, podczas gdy zbadane zostaną inne możliwości.

Dumbledore uśmiechnął się do Molly znacząco.

- Wyślę wieczorem firmę budowlaną, żeby zajęli się dobudowywaniem kolejnej sypialni do waszego domu – zaproponował Remus.

Artur skinął głową z wdzięcznością.

- Kolejna sprawa: jak to powiemy bliźniętom? – spytał Dumbledore.

Poppy posłała Dumbledore'owi ostrzegawcze spojrzenie i zaproponowała, że zabierze Jasona do Skrzydła Szpitalnego, by doprowadzić do porządku jego ramię.

- Hmmm… Może faktycznie najlepiej będzie, jeśli Poppy zajmie się tym problemem, podczas gdy my omówimy kolejne kwestie – zgodził się dyrektor.


Lekcja Obrony Przed Czarną Magią dla drugiego roku

Hałas był ogłuszający. Severus siedział w rogu klasy, usiłując ukryć uśmiech, ale nawet on musiał przyznać, że pomysł Harry'ego zadziałał. Harry wyczarował balony, a klasa ćwiczyła celność strzelając w nie zaklęciami iskrowymi.

Dzieciaki niszczyły balony i miały fantastyczną zabawę, a Harry przechadzał się między nimi i poprawiał technikę strzelecką.

Nagle Severus aż podskoczył, gdy koło niego pojawił się Zgredek. Huk pękających balonów kompletnie zagłuszył odgłos aportacji skrzata. Zgredek podał Snape'owi notatkę. Ten przeczytał ją i przywołał Harry'ego.

Wręczył notatkę młodemu czarodziejowi i zajął jego miejsce w klasie, chodząc między uczniami i nadzorując ćwiczenie.

Profesorze Potter,
proszę zabrać pana Weasleya z Wróżbiarstwa, pannę Weasley z Eliksirów oraz bliźnięta Stonesmith z Transmutacji i przyprowadzić wszystkich do mojego biura.
Albus Dumbledore
Dyrektor Hogwartu

Harry dopisał dodatkowe komentarze u dołu kartki. Jeden do profesor Trelawney, drugi do profesor Snape. Prosił w nich, by Weasleyowie spotkali się z nim pod klasą profesor McGonagall.

- Zgredku, mógłbyś zabrać to do nauczycielek Eliksirów i Wróżbiarstwa? – spytał.

Mały skrzat skinął głową, wziął notatkę i zniknął z pyknięciem.

Niedługo później Harry spotkał się z przyjaciółmi przed drzwiami klasy Transmutacji.

- Siemasz, stary! Cieszę się, że wyrwałeś mnie z Wróżbiarstwa. Trelawney właśnie zaczęła przewidywać, że albo będę miał czternaścioro dzieci albo zostanę stratowany na śmierć przez czternaście wściekłych hipogryfów nim skończą dwadzieścia lat – powiedział Ron z szerokim uśmiechem.

Harry parsknął z rozbawieniem. Trelawney przepowiadała śmierć i zniszczenie od wielu lat, z reguły to on był jej celem. Potrząsnął głową i wszedł do klasy. Odchrząknął, by przyciągnąć uwagę profesor McGonagall. Nauczycielka odwróciła się od tablicy i spojrzała na niego.

- Przepraszam, pani profesor, ale dyrektor poprosił mnie, bym zaprowadził pana i pannę Stonesmith do jego gabinetu – powiedział.

- W porządku, profesorze Potter. Panie Stonesmith, panno Stonesmith, weźcie swoje rzeczy i udajcie się proszę z profesorem Potterem.

Bliźnięta zebrały swoje zeszyty oraz książki i wyszły za Harrym z klasy. Za drzwiami Erika spojrzała z lękiem na Harry'ego.

- Profesorze Harry, czy zrobiliśmy coś złego? – spytała.

- Nie sądzę. Dyrektor chce się zobaczyć z nami wszystkimi, nie tylko z tobą i Erykiem – odpowiedział z uśmiechem. Zauważył, że Eryk nie tylko trzymał siostrę za rękę, ale złapał też dłoń Ginny.

Ku zaskoczeniu Harry'ego, w gabinecie dyrektora było już wiele osób. Dumbledore siedział za biurkiem, a Molly i Artur stali za nim. Z boku stali Remus i Tonks razem z Williamem Hillem.

Harry czuł napięcie w pokoju. Tonks wyglądała, jakby chciała podbiec do bliźniąt, ale Remus objął ją i powstrzymał. Harry poprowadził bliźnięta na dwa fotele stojące przed biurkiem dyrektora, a potem stanął przy krześle Eriki.

- Co się stało? – spytał bezpośrednio.

Dubledore wyglądał, jakby odczuwał ciężar wszystkich swoich lat.

- Ostatniej nocy wybuchł pożar. Dom pana i panny Stonesmith został spalony do gołej ziemi. Nie martwcie się, nikomu nie stała się krzywda. Ale dopóki dom nie zostanie odbudowany, potrzebujemy znaleźć inne miejsce dla panny Stonesmith i jej dwóch braci.

Erika gwałtownie podniosła głowę.

- Jason? Jest tutaj? – przerwała dyrektorowi, który uśmiechnął się do niej delikatnie.

- Tak, panno Stonesmith. Madam Pomfrey właśnie się nim zajmuje. Podejrzewam, że za godzinę albo dwie będziecie mogli się z nim zobaczyć.

Eryk nachylił się i wyszeptał coś siostrze do ucha. Ta gwałtownie wciągnęła powietrze i spojrzała twardo na dyrektora.

- W końcu to zrobili, prawda? – spytała. Starała się być silna, ale Eryk tulił się do niej z oczami wypełnionymi łzami. Jej własne uczucia wrzały pod tym z wysiłkiem utrzymywanym spokojem. Objęła brata. Ginny uklękła przy nich i próbowała pocieszyć rodzeństwo. Dolna wargi Eriki zadrżała, ale wyrzuciła z siebie: - W końcu nas wykopali, bo jesteśmy dziwadłami, prawda?

Harry podskoczył, jakby ktoś go uderzył. Spojrzał na dwójkę dzieci, potem na dyrektor.

- Proszę im powiedzieć prawdę – wydusił przez zaciśnięte zęby. Położył dłoń na ramieniu Eriki.

Dumbledore westchnął i zdjął okulary. Ze wszystkich rzeczy, jakie musiał zrobić jako dyrektor, ta była najboleśniejsza. Zmęczonym gestem pomasował nos, nałożył ponownie okulary i spojrzał na bliźnięta. W jego oczach wyraźnie przebijał smutek.

- Przykro mi to mówić, Eriko, ale masz rację. Wasi rodzice bali się niezwykłych zdolności jakie masz ty i twoi bracia. Dziś rano zrzekli się praw rodzicielskich. Ministerstwo Magii wkroczyło, by upewnić się, że wasza trójka otrzyma najlepszą możliwą opiekę.

Erika przytuliła brata mocno do siebie. Eryk zaczął płakać. Erika zmarszczyła brwi i starała się opanować.

- Wszystko będzie dobrze – zapewniła go cicho. – Nie pozwolę, żeby nas rozdzielili. I tak nam lepiej bez nich! – zakończyła stanowczo.

Tonks usiłowała wyrwać się Remusowi, ale ten ją powstrzymał. Widząc to Molly wystąpiła naprzód i uśmiechnęła się do bliźniąt.

- Eriko, Eryku, nazywam się Molly Weasley. Jestem mamą Ginny i Ronalda…

- I moją – wtrącił się Harry. Kiedy Molly uniosła na niego błyszczące oczy, odpowiedział delikatnym uśmiechem.

- Tak, jestem też mamą Harry'ego – potwierdziła Molly. – Chcielibyśmy bardzo, żebyście zostali z nami przez jakiś czas.

Erika popatrzyła na Harry'ego, a łzy, które tak długo dzielnie powstrzymywała, wreszcie wypełniły jej oczy.

- Będziemy mogli z tobą mieszkać, profesorze Harry? I z Ginny, i z Ronem? Będziecie naszą rodziną? I Jasona?

Harry uśmiechnął się, choć i on miał łzy w oczach.

- Tak, choć będziecie moją rodziną niezależnie od tego, gdzie będziecie mieszkać. Molly to wspaniała mama. Przygarnęła mnie, gdy moja rodzina odwróciła się ode mnie. Będziesz mogła pojechać z nami do domu na Boże Narodzenie. Zrobimy wielkie przyjęcie świąteczne, co ty na to?

Eryk przsłuchiwał się wszystkiemu uważnie, trzymając siostrę za rękę. Wstrzymał oddech i czekał, aż Erika podejmie decyzję. Dziewczynka spoglądała przez dłuższą chwilę w oczy Harry'ego, potem Molly, wreszcie skinęła głową.

Molly otworzyła ramiona. Erika spojrzała na nią nieśmiało, ale podeszła, żeby się przytulić. Potem Molly przyciągnęła do nich Eryka.

Tonks uśmiechnęła się lekko, ale był to wyraźnie wymuszony grymas. Molly spojrzała na bliźnięta i spytała, czy chciałyby odwiedzić swojego brata w Skrzydle Szpitalnym.

Artur poczekał aż Molly, bliźnięta i wszyscy uczniowie wyjdą z biura.

- Nimfo, będziemy o nich dbali – zapewnił delikatnie. – To tylko tymczasowe. Da ci czas, by rozważyć wszystkie możliwości.

Tonks spojrzała na niego i pokiwała głową z wdzięcznością.


Skrzydło Szpitalne, Hogwart

Molly wprowadziła swoją świeżo powiększoną rodzinę do Skrzydła Szpitalnego. Poppy spojrzała na gromadę, która wmaszerowała do środka. Erika i Eryk zapiszczeli na widok Jasona i chcieli do niego podbiec, ale pielęgniarka ich zatrzymała.

- No, już. Dajcie mu chwilę. Nic mu nie będzie. Niedługo możecie go nawet wziąć na drugie śniadanie. Ale na razie musi odpoczywać.

Na widok brata i siostry Jason uśmiechnął się od ucha do ucha. Erika podeszła i usiadła koło niego. Poppy uśmiechnęła się do pulchnej rudowłosej czarodziejki.

- Nic mu nie będzie, Molly – powiedziała, widząc jej zatroskane spojrzenie. – Ramię szybko się goi. Jedno mnie martwi. Odkąd tu jest, nie powiedział ani słowa.

Poczuła jak ktoś ciągnie ją za suknię. Spojrzała w dół na Eryka.

- On nie mówi, Madam Pomfrey – rzekł cicho chłopiec. – Już od dawna.

Poppy i Molly wymieniły spojrzenia i pielęgniarka podziękowała Erykowi za informację.

Harry siedział obok Eriki i przyglądał się Jasonowi. Uśmiechnął się do niego, gdy chłopczyk słuchał jak Erika opowiada mu o magii, jakiej się uczy. Próbowała to zademonstrować, transmutując paczkę chusteczek z szafki w pudełko czekoladowych żab. Niestety coś poszło nie tak i odkryła, że trzyma pudełko czekoladowych chusteczek. Jason nie miał nic przeciwko. Czekolada to czekolada, niezależnie od jej kształtu.

Harry nachylił się do chłopca i wyczarował misia ubranego w koszulkę „Kocham Hogwart". Podał misia Jasonowi, który zrobił wielkie oczy. Wziął zabawkę, przytulił ją do siebie i spojrzał na mężczyznę o szmaragdowych oczach.

- Jasonie, nazywam się Harry. To Ginny, a to Ron. Będziemy teraz częścią twojej rodziny, tak jak Eryk i Erika – powiedział. Potem pokazał panią Weasley i kontynuował: - To Molly. Przez pewien czas będziesz mieszkał z nią i z Arturem.

Jason spojrzał na Erikę, szukając potwierdzenia. Dziewczynka skinęła głową i zaczęła mu opowiadać wszystko czego dowiedziała się o Weasleyach i o ich wspólnym życiu w przyszłości.

Molly podeszłą do nich i uśmiechnęła się do chłopczyka.

- Jasonie, skarbie, zjemy teraz drugie śniadanie z twoimi braćmi i siostrami, a potem zabierzemy cię do twojego nowego domu. Mam nadzieję, że ci się tam spodoba, a Eryk i Erika będą ci mogli wysyłać listy ze szkoły. Wiem, że za nimi tęskniłeś.

Uśmiechnął się do niej nieśmiało. Jedną ręką przycisnął do siebie czekoladowe chusteczki i misia, a drugą wyciągnął do niej. Molly widziała zaufanie w jego oczach, które wzruszyło ją tym bardziej, że znała część historii jego i jego rodziny.

Wzięła go za rękę i podniosła wzrok, czując że Harry kładzie jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnęła się delikatnie, widząc zrozumienie w jego oczach.

Harry pocałował ją delikatnie w policzek i wymamrotał:

- Kocham cię, Molly.


Harry i obrazy

Przez następny tydzień Harry spędzał niemal każdą wolną chwilę wędrując po zamku i rozmawiając z portretami. Interesowały go zwłaszcza te najstarsze, które mogły istnieć już w czasach Założycieli. Niestety pozostało bardzo mało takich obrazów, a te istniejące najczęściej nie były zaklęte.

Pewnego wieczoru, godzinę przed ciszą nocną, Harry wrócił do Pokoju Wspólnego wyraźnie utykając. Miał rozdarte szaty i kilka zadrapań na twarzy, co sprawiało, że wyglądał jakby starł się z kilkoma rozwścieczonymi kotami.

Ginny i Hermiona pomagały Erice przy pracy domowej z Zaklęć. Eryk znów grał z Ronem w szachy. Wszystkich zaskoczyło, że choć Erika była bystra i wygadana, to jednak jej bliźniak okazał się zdolniejszym czarodziejem. Co wieczór kończył zadania domowe przed siostrą.

Harry usiadł ciężko na kanapie przy Ginny i Erice. Odchylił się i zamknął na moment oczy.

- Co ci się stało? – spytała Ginny, zaskoczona jego wyglądem.

Uchylił jedno oko i spojrzał na nią.

- Poszedłem szukać kolejnych portretów, z którymi można pogadać. Jeden z nich powiedział mi o kilku starych, wyblakłych obrazach, które zostały przeniesione do jednego z najniższych poziomów lochów dawno temu. Chyba znalazłem wejście do tej części podziemi, ale jest zabezpieczone. Znalazłem klapę w małej komórce, ale kiedy ją uniosłem, wyleciały z niej setki nietoperzy. Udało mi się zatrzasnąć klapę i zniknąć nietoperze. A przynajmniej większość z nich. Chyba powinienem się tego spodziewać. Bazyliszki, nietoperze, ptaki, pająki i troll w łazience dziewczyn. W tym zamku jest więcej dziwacznych stworów niż ludzi – westchnął. – Co ciekawe tego włazu nie ma na Mapie Huncwotów. Z tego co wiem równie dobrze może być to wejście do zamkowych ścieków.

- Harry, powinieneś być bardziej ostrożny – zganiła go Hermiona, marszcząc brwi. – Nietoperze mogą przenosić całą masę paskudnych chorób. Poza tym słyszałam, że najniższe poziomy zostały odcięte ze względów bezpieczeństwa. Nie chciałbyś się tam utknąć samemu.

Harry popatrzył na nią.

- Zgłaszasz się na ochotnika do pomocy? – spytał z uśmiechem.

Hermiona uniosła rękę do gęstych, puszystych włosów i zmarszczyła brwi.

- Eee… chyba jednak nie – odpowiedziała.

- Tak też myślałem – mruknął Harry.

Wyciągnął swój szkicownik i powiększył go do normalnych rozmiarów. Erika, która właśnie skończyła pracę domową, uznała, że czas najwyższy pobawić się we „wkurz nowego starszego brata". Usiadła obok Harry'ego. Przyglądała się narysowanym już wcześniej rysunkom, podczas gdy Harry przeglądał kolejne kartki, szukając czystej strony. Ku jej zadowoleniu odkryła, że pomiędzy obrazkami Ginny i miecza, znalazły się też rysunki z nią i Erykiem. Był nawet jeden przedstawiający Jasona trzymającego misia. Potem coś wpadło jej w oko.

- Profesorze Harry?

- No?

- Dlaczego zmieniłeś obrazek miecza? – spytała z ciekawością.

Ginny wtuliła się w ramię Harry'ego i spojrzała na narysowany przez niego obrazek miecza.

- Zmieniłem obrazek? O co ci chodzi? – spytał, patrząc na Erikę.

- Cofnij o kilka stron. Ten obrazek nie jest taki sam jak na początku – wyjaśniła dziewczynka z niezachwianą pewnością.

Harry patrzył to na jeden to na drugi rysunek. Były subtelne różnice między nimi dwoma. Nieznaczne. Na ostatnich rysunkach na rękojeści widać było cienie. Rozmyte, ale zauważalne.

Podał szkicownik Ginny, wstał i oznajmił:

- Zaraz wracam.

Wyszedł z Pokoju Wspólnego i pobiegł do swojego dormitorium. Po kilku chwilach wrócił z myśloodsiewnią. Wcisnął się z powrotem na swoje miejsce między Ginny i Eriką, położył myśloodsiewnię na stole i umieścił w niej wspomnienie tego poranka, gdy miecz pojawił się w jego łóżku.

Aktywował myśloodsiewnię w trybie prezentacji, żeby wszyscy mogli zobaczyć miecz.

- SUPER! – krzyknął Eryk, odrywając się od gry. Ron, widząc swoją szansę, gdy uwaga przeciwnika była skierowana gdzie indziej, usiłował zabrać z planszy jedną z wież przeciwnika, ale Hermiona mocno uderzyła go w tył głowy.

- RONALDZIE BILIUSIE WEASLEYU! NIE MOGĘ UWIERZYĆ, ŻE CHCIAŁEŚ TO ZROBIĆ! – wrzasnęła, patrząc na niego wściekle.

Eryk natychmiast odwrócił się z powrotem do planszy i spojrzał podejrzliwie na Rona. Potem wykonał ruch wieżą i uśmiechnął się szeroko.

- Szach-mat, stary! – zawołał chłopiec z radością.

Ron opadł na siedzenie, jakby otrzymał cios w twarz.

- Ja pierniczę!

Hermiona uderzyła go ponownie.

- Ronald, wyrażaj się!

Harry i Ginny roześmiali się, ale zaraz wrócili do oglądania miecza. Harry cofnął się o kilka stron w szkicowniku. Miecz w myśloodsiewni był identyczny do tego narysowanego. Jego rysunki były z reguły niezwykle precyzyjne. Ginny stwierdziła kiedyś, że narysował jej portret, na którym każdy pieg odpowiadał prawdzie.

- Zastanawiam się, czy powinienem iść jeszcze raz popatrzeć na miecz? Nie wiem czemu rysunki się zmieniły. Co myślisz, Gin? – spytał.

Zanim jego narzeczona zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pyknięcie i miecz pojawił się tuż przed nim. Zanim spadł na podłogę, Harry chwycił go za rękojeść.

- Co za marnotrawstwo! – jęknął obserwujący z boku Ron. – Tak wspaniały refleks szukającego i siedzi na trybunach!

Harry wyszczerzył się do niego, po czym spojrzał na miecz.

- Chyba nie musisz już iść po miecz – mruknęła z uśmiechem Ginny.

Harry roześmiał się i zaczął dokładnie badać klingę miecza. Tym razem dostrzegł różnice. Miecz nie był zbyt ozdobny, ale po obu stronach klingi wyryto herb Gryffindora. Teraz pomiędzy dwoma herbami dostrzegł kilka innych wgłębień. Jeszcze subtelniejsze były wgłębienia wplecione w same herby.

- Czy to na pewno ten sam miecz? – spytała Hermiona.

- Tak, to na pewno ten sam miecz. Słyszę jak mi śpiewa – zapewnił Harry. – Ale jednocześnie w jakiś sposób się zmienił.

- Śpiewa ci? – spytała Ginny.

Harry odłożył szkicownik na stół i, wciąż trzymając jedną ręką miecz, ujął dłoń Ginny drugą ręką.

- Wsłuchaj się w to umysłem – polecił delikatnie. – Zamknij oczy i usłysz to, co ja.

Po chwili Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze.

- Harry, to jak dzwonki, setki dźwięczących dzwonków, ale niezmiernie delikatnych. Niemal uspokajających.

- To pieśń miecza. To słyszę za każdym razem, gdy go trzymam – wyjaśnił.

Ostrożnie odłożył miecz na stół i wpatrywał się w niego przez moment.

- Chyba nie ma co go odnosić. Dyrektor powiedział mi, żebym go zatrzymał, jeśli się jeszcze pojawi – uznał. Spojrzał na zegar naścienny. – Dobra, mamy jutro co robić, więc idę pod prysznic i położę się dzisiaj wcześniej.

Ron, Hermiona i Ginny spojrzeli na niego ze zrozumieniem, po czym sami zaczęli się pakować. Harry przyciągnął do siebie Ginny, by pocałować ją na dobranoc. Objął ją ramionami, a ona wsunęła mu palce we włosy, odwzajemniając pocałunek z niemniejszą pasją

Nagle Harry przerwał pocałunek, czując że są obserwowani. Obrócił się ujrzał Erikę, przypatrującą im się uważnie.

- Nie przeszkadzajcie sobie – powiedziała z uśmiechem dziewczynka. – Patrzę, żeby wiedzieć jak ma mnie całować mój chłopak.


Weekend w Hogsmeade, drugi tydzień listopada

Wan czekała ukryta za krzakami. Wyszła wcześniej, by uniknąć innych uczniów. Koordynacja czasowa nie będzie łatwa, ale Danny powinien już na nią czekać. Powiedział jej, że będzie. O, jest! Jej cel się zbliżał i był sam.

Michele McGlover, drobna, śliczna blondynka z trzeciego roku szła do miasta. Była jednym z nielicznych mugolaków, którzy nie poprosili Brygady o ochronę. Wan uniosła różdżkę i wypaliła zaklęcie. Potem wyszła zza krzaków i dołączyła do idącej drogą Michele.

- Wan, jestem taka zadowolona, że do mnie dołączyłaś – powiedziała Michele. – Gdzie pójdziemy najpierw? To dopiero moje drugie wyjście do Hogsmeade.

- Oczywiście do Trzech Mioteł, głuptasku! Czy mówiłam ci już, że mój przyjaciel chce cię poznać?

Michele pokiwała głową z szerokim uśmiechem.


Dormitorium chłopców z siódmego roku, Hogwart

Ktoś energicznie potrząsnął Harrym, który zamrugał i sięgnął po swoje okulary.

- Blaise? Co jest grane? – spytał sennie.

- Harry, Wan zniknęła. Wyszła wcześnie, jeszcze przed śniadaniem!

Harry natychmiast odzyskał całkowitą przytomność.

- Wyślij swoją drużynę do Trzech Mioteł. Będę tam pewnie przed wami, ale poczekam na was. W międzyczasie obudzę Rona, Hermionę i Ginny. Jeśli będziecie przede mną nie róbcie nic, chyba że ten cały Danny będzie próbował odejść.

Blaise skinął głową i wypadł pędem z pokoju.

Harry ubrał się pospiesznie, potem potrząsnął Ronem.

- EJ, RON! Wstawaj. Wan wyszła wcześniej.

Ron sturlał się z łóżka, rozglądając się szaleńczo.

- Już wyszła? Aleśmy spieprzyli sprawę! – warknął.

- Nie ma czasu. Czekaj z Ginny i Hermioną we Wrzeszczącej Chacie. Idę je obudzić.

Ron potaknął i zaczął się wbijać w ubranie.

Harry patrzył na niego przez moment, by upewnić się, że jego przyjaciel naprawdę już nie śpi, po czym zmienił się w Skrzydło i zniknął w rozbłysku płomienia.

Hermiona właśnie wychodziła spod przykrycia, gdy tuż przed nią wybuchła kula ognia. Pisnęła zaskoczona i upadła na łóżko, podczas gdy Harry zmieniał się z powrotem w człowieka.

- Mionko, Wan już wyszła. Obudź Ginny i spróbujcie dojść do Wrzeszczącej Chaty. Przy odrobinie szczęścia będziecie miały piętnaście minut na przygotowania – syknął Harry, starając się mówić cicho.

Hermiona była tak skoncentrowana na jego słowach, że nawet nie zarejestrowała, że jest na wpół naga przed swoim najlepszym przyjacielem.

- Zaraz ruszamy – zapewniła.


Trzy Miotły

Harry zmienił się znów w Skrzydło i zniknął, by pojawić się wysoko nad Trzema Miotłami. W oddali widział drużynę Blaise'a pędzącą drogą. Nie chcieli, by dźwięk aportacji zaalarmował ich cele.

Skrzydło przeleciał za oknami pokoju numer trzy. Jego bystre oczy spostrzegły, że w środku znajdują się trzy osoby, a nie dwie. Wylądował za Trzema Miotłami i zmienił w człowieka. Obszedł budynek dookoła i dotarł do frontowych drzwi razem z ludźmi Blaise'a.

Harry gestem polecił im zachowanie ciszy.

- W pokoju są trzy osoby. Jeśli wejdziemy wszyscy razem, przyciągniemy za dużo uwagi. Chcę, żebyście wchodzili pojedynczo, każdy co minutę.

Kiedy wszyscy potwierdzili przyjęcie rozkazu, Harry wszedł do pubu i udał się prosto do pokoju numer trzy. Przez drzwi dochodziły głosy dwóch osób i łkanie trzeciej. Harry nie był pewien co się dzieje, ale zaczynał żałować konieczności zachowania dyskrecji.

Po dziesięciu długich minutach wszyscy zgromadzili się przy drzwiach. Harry rozejrzał się. Wszyscy stali w gotowości z wyciągniętymi różdżkami. Harry wymamrotał zaklęcie, które zniknęło zawiasy, a potem zniszczył zaklęcie zamykające. Skinął głową Blaise'owi, który potężnie kopnął w drzwi. Te runęły do środka, a drużyna wpadła zaraz za nimi.

Blaise ogłuszył Wan, a Harry obrócił się do Danny'ego i wymruczał „Ossium Populatio".

Danny runął na ziemię wijąc się z bólu. Harry podszedł i odebrał mu różdżkę.

- Widzisz Danny, to nie może równać się z Cruciatus, ale zaklęcie wzrostu kości rzucone na całe ciało jest niemal równie bolesne – powiedział spokojnie, jakby omawiali pogodę. Potem rozproszył zaklęcie.

Harry spojrzał na łkającą dziewczynę w kącie. Wan była w pełni ubrana, tymczasem Michele siedziała tylko w podartej bieliźnie, która zwisała w strzępach i nie zapewniała jakiejkolwiek osłony. Harry transmutował poduszkę w ogromną bluzę z kapturem i podszedł do dziewczyny.

Podał jej bluzę, a ona natychmiast przycisnęła ją do piersi.

- Michele, spójrz na mnie. Znasz mnie, prawda? – spytał łagodnie.

Dziewczyna potaknęła, a po jej policzkach wciąż spływały łzy.

- Za kilka minut wszyscy gdzieś pójdziemy. Będziesz bezpieczna, ale potrzebuję, żebyś była dla mnie silna. Będziesz mogła się upewnić, że ta dwójka już nigdy nikogo nie skrzywdzi, ale będziesz musiała być silna. Dobrze?

Ponownie potaknęła.

- Teraz się odwrócę i ukryję cię przed innymi, żebyś mogła ubrać bluzę. Potem pójdziemy do jednego miejsca niedaleko. Upewnię się, że nic ci nie grozi. Ufasz mi?

- Ta… tak, Harry. Ufam ci. Przepraszam, nie… nie mogłam się powstrzymać – wyjąkała.

- W porządku, Michele, wszystko będzie dobrze. Obiecuję. Już jesteś bezpieczna.

Harry odwrócił się, by pozwolić dziewczynie na ubranie bluzy.

- Blaise, jesteśmy gotowi do transportu? – spytał.

- Tak. Oboje więźniowie związani.

- Dobrze. No to zobaczymy, czy Hermiona rozgryzła w końcu to zaklęcie do robienia świstoklików – powiedział, wyciągając linę z kieszeni. – Blaise, weź jeden koniec i przeciągnij go przez ich więzy. Wszyscy złapcie za sznur.

Harry popatrzył na Michele. Uśmiechnęła się przez łzy i złapała linę. Mrugnął do niej, a potem szybko sprawdził czy wszyscy inni dotykają świstokliku. Skinął głową i aktywował go za pomocą różdżki.


Wrzeszcząca Chata

Wszyscy pojawili się w miejscu, które kiedyś było salonem Wrzeszczącej Chaty. Harry runął na twarz. Jęknął i rozejrzał się. Wszyscy stali na nogach.

- Hermiono, nie możesz tego naprawić? – spytał.

- Przykro mi Harry, ale z zaklęciem wszystko w porządku. To po prostu twoje kiepskie lądowanie – odparła z uśmieszkiem, ale mina jej zrzedła, gdy ujrzała Michele.

- Michele, co ty tu robisz? – spytała, podchodząc do dziewczyny. Michele wybuchnęła płaczem. Hermiona otoczyła ją ramieniem i przeszły do drugiego pokoju, by porozmawiać. Ginny podążyła za nimi, by pomóc.

- Ron, Blaise, przygotujcie naszych gości na naszą małą imprezkę. Ja pójdę po naszych przyjaciół

Ron i Blaise skinęli głowami. Harry zmienił się w Skrzydło i zniknął.


Grimmauld Place

Harry pojawił się w salonie na Grimmauld Place i rozejrzał.

- TONKS! – krzyknął na całe gardło.

Remus wpadł do pokoju. Najwidoczniej przed chwilą wybiegł z kuchni, bo w ręku wciąż trzymał widelec z nabitym na niego kawałkiem bekonu.

- Harry! Co tu robisz? Co się stało? Coś złego? – spytał.

- Potrzebuję Tonks. Jest tu?

- Tak, na górze. Ubiera się – odpowiedział Remus, wyraźnie nie rozumiejący o co chodzi.

- Pójdziesz po nią? Potrzebuję, żeby AUROR Tonks poszła ze mną i wzięła za sobą dwa komplety antyteleportacyjnych kajdanek – rzekł ponuro Harry.

Remus skinął głową, upuścił widelec i wbiegł po schodach.

Po chwili Tonks i Remus wspólnie zeszli na dół. Zatroskana Tonks zbliżyła się do Harry'ego, kajdanki zwisały jej z paska.

- Co się tu dzieje na miłość Merlina? Nie zdążyłam nawet wypić porannej herbaty!

- Wkrótce się dowiesz, ale najpierw musimy ściągnąć dyrektora i Madam Pomfrey. Remus, jeśli chcesz wziąć w tym udział deportuj się do Wrzeszczącej Chaty, ale NIE WCHODŹ, póki ktoś po ciebie nie wyjdzie. Jasne?

Remus i Tonks spojrzeli po sobie. Cokolwiek się działo, Harry był śmiertelnie poważny.

Harry zmienił się w Skrzydło i podleciał do Tonks. Złapała pióro i zniknęli. Pojawili się w Hogwarcie, by zabrać Madam Pomfrey i dyrektora.


Wrzeszcząca Chata

Danny i Wan byli mocno przywiązani do dwóch krzeseł z prostymi oparciami. W pobliżu na małym stoliku leżały dwie różdżki, fiolka Veritaserum i myśloodsiewnia Harry'ego. Przed dwójką więźniów stały liczne krzesła. Za więźniami stali ludzie Blaise'a. Oboje więźniowie zostali uciszeni zaklęciem.

Ron i Blaise rozmawiali przy wejściu do Wrzeszczącej Chaty. Hermiona i Ginny wciąż przebywały w drugim pokoju z Michele. W rozbłysku pojawił się Skrzydło, przynosząc ze sobą Tonks, Madam Pomfrey i dyrektora. Harry znów zmienił się w człowieka i powstrzymał Madam Pomfrey, która chciała zbadać Wan.

- Madam Pomfrey, pani podopieczna jest w drugim pokoju – rzekł chłodno, wskazując na drzwi. – Potrzebuje eliksiru uspokajającego i zapewne należałoby sprawdzić czy nie została zgwałcona. Ginny i Hermiona się nią zajmują.

Madam Pomfrey przez moment patrzyła na Harry'ego, a potem popędziła do drugiego pomieszczenia.

- Harry, co tu się dzieje? – spytał dyrektor.

- Proszę zaczekać jeszcze chwilkę, panie dyrektorze. Blaise, zaraz powinien być tu Remus Lupin. Jak tylko dotrze, pozwólcie mu proszę wejść.

Po trzech minutach Remus Lupin wkroczył do Chaty. Blaise podszedł do stołu i złożył wspomnienie w myśloodsiewni. Harry pokazał, by wszyscy zajęli miejsca.

- Panie dyrektorze, auror Tonks, to co zaraz zobaczycie miało miejsce podczas poprzedniej wizyty w Hogsmeade. Właśnie dlatego dziś tu jesteśmy – wyjaśnił Harry, po czym skinął Blaise'owi głową, nakazując rozpoczęcie projekcji. Scena nad myśloodsiewnią zamigotała przez chwilę, wreszcie pojawił się widok na Trzy Miotły.

Wszedł wysoki, młody mężczyzna. Wan pomachała mu, a on uniósł dłoń w odpowiedzi. Podszedł do barmana i rozmawiał z nim przez chwilę półgłosem. Potem pokazał jej za plecami dłoń z wyprostowanymi trzema palcami.

Wan zobaczyła to, zebrała swoje rzeczy i udała się na górę. Z łatwością odnalazła pokój numer trzy. Otworzyła drzwi i rozejrzała się. Poczuła podmuch wiatru, ale zignorowała go i weszła do środka.

Po kolejnej minucie do pokoju wszedł Danny i zamknął za sobą cicho drzwi. Obrócił się do dziewczyny, przywołując na twarz najlepszy ze swoich uśmiechów.

Wan zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała namiętnie. Zaczęła zabierać się do jego rozporka, ale powstrzymał ją.

- Za chwilę, moja śliczna. Najpierw powiedz mi czy zostałaś przyłapana? Tak się o ciebie martwiłem!

- Nie, skarbie, nikt nic nie widział. Poczekałam na mecz quidditcha, gdy Pokój Wspólny był pusty i wtedy się tam wśliznęłam – odpowiedziała, jej dłonie wciąż pracowały nad zamkiem. – Tak dawno cię nie widziałam! Pragnę cię, a ty musisz być gotowy eksplodować, biedactwo! Poczekaj, zaraz cię zaspokoję.

- Za chwilkę, kotku. Chcę wiedzieć ile to trwało? Czy cierpiał? Odzyskał siły? – spytał Danny.

- Wrzeszczał prawie przez godzinę. To było takie zabawne! Nie wiem na ile wyzdrowiał, bo niechętnie mówi co potrafi zrobić. Ci który wiedzą, nie chcą mówić, chyba tylko tyle że jest bardzo potężny. Niektórzy mówią, że ma nawet więcej mocy niż ten głupek Dumbledore – powiedziała.

- Wciąż przekazujesz moje wiadomości swoim przyjaciołom? – spytał. Oddychał coraz ciężej, jej zabiegi nawet przez spodnie dawały efekty.

- O tak, Danny. Uwielbiają wiadomości od ciebie.

- Dobrze, bardzo dobrze Wan. Postaram się znaleźć trochę więcej proszku dla ciebie. Jeśli będziesz miała okazję, by zneutralizować jego maść zrób to i wyślij mi sowę. Zrozumiałaś?

- Tak, tak, rozumiem – wydyszała, ocierając się kroczem o jego nogę.

Usiadł na skraju łóżka i potarł jej piersi przez materiał bluzki. Jęknęła z rozkoszy i uklękła przed nim. Szybko rozpięła jego rozporek i wypuściła go ze spodni. Zatrzymał ją.

- Wan, chcę, żebyś udowodniła jak bardzo mnie kochasz – powiedział stanowczo.

- Zrobię dla ciebie wszystko, Danny. Wszystko! – zawyła żałośnie.

Uśmiechnął się.

- Dobrze, kotku. Wyślę ci sowę, żebyś przyprowadziła mi zabawkę na nasze następne spotkanie. Chyba ci się to spodoba. Zrób to dla mnie i na następny weekend Hogsmeade przyniosę ci pierścionek.

Skinęła głową, akceptując jego żądania, a potem jęknęła z rozkoszą, gdy złapał jej głowę i pchnął ku dołowi.

Harry skinął głową strażnikowi za Dannym. Ten podciągnął rękaw koszuli więźnia, ujawniając Mroczny Znak, świadczący o służbie dla Voldemorta.

- Auror Tonks, dziś rano pojmaliśmy tę dwójkę, która była w towarzystwie innej uczennicy, która, jak podejrzewam, nie znalazła się z nimi z własnej woli. Była sponiewierana i bardzo zdenerwowana. Zanim pojmaliśmy tę dwójkę, ubrania uczennicy zostały z niej zdarte.

Danny potrząsał głową, usiłując zaprzeczyć tym słowom. Wan patrzyła z przerażeniem na Danny'ego i jego znak.

- Pani auror, rzeczona uczennica, Michele McGlover, znajduje się w sąsiednim pokoju pod opieką Madam Pomfrey, Hermiony Granger i Ginny Weasley. Mam powody przypuszczać, że została napadnięta po drodze do miasteczka i rzucono na nią zaklęcie Imperius. Różdżki więźniów leżą na stole. Proszę je sprawdzić, jeśli łaska.

Tonks podeszłą do stołu i wymamrotała zaklęcie nad każdą różdżką, wreszcie wybrała jedną.

- Świerk, dziesięć cali, czyja to różdżka? – spytała.

- Należy do panny Wan Chang – odparł ponuro Dumbledore.

- Wan Chang, jesteś aresztowana pod zarzutem użycia Zaklęcia Niewybaczalnego – powiedziała lodowatym tonem Tonks. Podeszłą do więźniów i skuła oboje kajdankami antyteleportacyjnymi.

- Harry, są już zabezpieczeni. Mógłbyś zlikwidować osłony antyteleportacyjne? Potrzebujemy wsparcia dodatkowych autorów – poprosiła Tonks.

Harry skinął głową i rozproszył osłony nałożone przez niego na Chatę.

- Remusie, mógłbyś pójść do ministerialnego biura DPCzP i poprosić dwóch aurorów, by ci towarzyszyli? – spytała Tonks.

Remus skinął głową i deportował się.

Harry zdjąć zaklęcie ciszy nałożona na Wan.

- Podejrzewam, że chce pan z nią porozmawiać, panie dyrektorze – powiedział cicho.

Wan rzucała spojrzenia na wszystkie strony, szukając szansy na ucieczkę, albo choć jednej przyjaznej twarzy. Ginny i Hermiona wróciły do pokoju. Spojrzenia jakie rzuciły Wan były twarde i zimne jak głaz.

- Panno Chang, czy zdaje sobie pani sprawę z wagi swoich dzisiejszych czynów? – spitał Dumbledore głosem przepełnionym żalem.

- Pa.. panie dyrektorze, ja nie wiedziałam, że on… on… że on jest Śmierciożercą. Myślałam, że mnie kocha. Powiedział mi, że jestem wyjątkowaaaa…. – Wan rozpłakała się.

Madam Pomfrey wróciła do pokoju, obejmując jednym ramieniem bardzo bladą Michele. Dziewczyna spojrzała na Wan i splunęła jej w twarz.

- Mam nadzieję, że wyślą cię za to za zasłonę, ty głupia pizdo! – wrzasnęła, a potem padła na Madam Pomfrey i zaniosła się płaczem.

Trzymając łkającą dziewczynę w ramionach, Madam Pomfrey spojrzała na dyrektora i Tonks.

- Wciąż jest rozchwiana emocjonalnie. Chciałaby zabrać ją do Skrzydła Szpitalnego. Harry… Harry i jego towarzysze dotarli zanim zdążyli zrobić coś poważniejszego niż napędzić jej porządnego stracha – wyjaśniła.

Dumbledore zerknął pytająco na Tonks, która skinęła głową.

- W porządku, Poppy. Zabierz ją do zamku. Na pewno ktoś przyjdzie do niej później, by spisać jej zeznania. Panno Granger, panno Weasley, czy mogłybyście pomóc Madam Pomfrey z panną McGlover?

Gdy cztery kobiety mijały Harry'ego i Blasie'a, Michele zatrzymała się na moment i dotknęła przelotnie ramion obu młodych mężczyzn.

- Dziękuję wam – wyszeptała.


Później, ten sam wieczór

Gdyby Harry wiedział wcześniej ile czasu zajmie im to wszystko, mógłby zamiast tego uznać po prostu, że warto rzucić wszystkie informacje Aurorom i zapomnieć o całej sprawie.

Zanim spisano wszystkie zeznania, przesłuchano więźniów i sprawdzono różdżki, nadszedł już niemal czas kolacji. Harry i jego przyjaciele powlekli się powoli do zamku. Całą sprawę skomplikowało odkrycie, że Danny był pracownikiem Ministerstwa, który przeszło rok przekazywał informacje Voldemortowi.

Teraz Harry przemierzał ciche zamkowe korytarze. Wiedział, że powinien udać się do Pokoju Wspólnego i spędzić czas z przyjaciółmi, ale nie mógł. Nie tego wieczoru. Do ostatniej bitwy zostało już niespełna pół roku i czuł presję upływającego czasu.

Zeznania Danny'ego ujawniły drugie i trzecie dno w różnych planach, niektóre były realizowane od wielu lat. Tymczasem Harry szykował się dopiero od półtora roku. Ministerialne siły obronne sprawowały się coraz lepiej pod kuratelą Moody'ego, tak samo jak Brygada Feniksa, ale czas działał na ich niekorzyść.

Wieść o aresztowaniu Wan rozeszła się po zamku lotem błyskawicy. Wielu mugolaków i uczniów półkrwi odetchnęło z ulgą, a potem poprosiło Brygadę, by przestali ich pilnować. Harry czuł, że to błąd, ale nie był w stanie przekonać zbyt wielu do zmiany zdania.

A za tydzień lub dwa miał się odbyć proces Wan i jej chłopaka Śmierciożercy. Jeszcze więcej zmarnowanego czasu!

Powoli, nie wiedząc nawet czemu, skierował się ku Wieży Astronomicznej. Stojąc na płaskiej, otwartej platformie powiódł spojrzeniem od zamku skąpanego w księżycowej poświacie aż do widocznego w oddali jeziora. Widok był kojący, ale dziś nie zdołał go pocieszyć. W głębi duszy widział nadchodzącą armię, kłębiącą się tuż za horyzontem.

- Harry? – odezwał się ktoś delikatnie za jego plecami.

Delikatny uśmiech wpłynął na jego usta. Jak ona to robi?

- Hej, Ginny. Piękna noc, prawda? – spytał cicho.

Stanęła za nim i objęła go ramionami, przytulając się do jego pleców.

- Co cię gnębi, Harry? Wan?

Przykrył jej dłonie swoimi.

- Nie tylko ona i nie tylko wojna. Czuję, że on nadchodzi. Jest tam gdzieś, gromadząc siły, a ja czuję, że nie robię wystarczająco wiele, by temu zapobiec – przerwał i wskazał światła Hogsmeade w oddali. – Spójrz tam. Nie mają pojęcia, że za niecałe sześć miesięcy wojna wkroczy do ich domów. I ode mnie zależy, by ją zatrzymać. Czasami… czasami chciałbym… - urwał.

- Co byś chciał? – spytała. – Powiedz mi, proszę.

Westchnął ciężko.

- Czasami chciałbym być zwykłym Harrym, normalnym gościem z normalnymi problemami. Gin, nawet jeśli go pokonam, nigdy nie będę mógł się pokazać publicznie. Będę wtedy Pieprzonym Chłopcem, Który Pokonał Voldemorta.

Obróciła go i usadziła na jednej z ławek. Nawet w ciemnościach widział jej delikatne rysy twarzy otoczonej przez włosy.

- Harry – zaczęła delikatnie, kładąc mu dłonie na ramionach. – Czy jest ktoś na świecie, komu byś zaufał, że to zrobi?

Zastanowił się przez moment.

- W sumie nie. Dumbledore nie może tego zrobić, tak samo jak Remus czy nawet Ron. To chyba moja robota.

- Robisz to, bo wiesz, że nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić. Robisz to dla tych wszystkich dobrych ludzi, którzy nie znają twojego imienia i nigdy go nie poznają, ale jeśli zawiedziesz staną się ofiarami Voldemorta. Oboje wiemy, że Voldemort nie poprzestanie na Wielkiej Brytanii. A kiedy już będzie po wszystkim możemy zacząć wspólne życie, bezpieczni i szczęśliwi. Nie będziesz się ukrywał, Harry, bo to do ciebie nie pasuje. Wiem, że czujesz ciężar całego świata spoczywający na twoich ramionach, ale patrzysz na to z niewłaściwej perspektywy. Nie próbuj ratować całego świata, bo to za dużo dla jednej osoby. Uratuj Eryka, Erikę i Jasona. Uratuj twoją rodzinę, przyjaciół i przyszłość.

Uśmiechnął się i wyciągnął rękę, by pogładzić ją po policzku.

- Od kiedy zrobiłaś się taka mądra, panno Weasley?

- Czyżbyś nie wiedział, panie Potter? My Weasleyowie wszyscy jesteśmy mądrzy. Sam mi to kiedyś powiedziałeś.

Harry wstał, pocałował ją lekko, a potem objął ramieniem i ruszyli w drogę powrotną do Pokoju Wspólnego.

Na szczycie wieży Albus Dumbledore wyłonił się z cienia. Dobra robota, Ginewro, bardzo dobra robota.


Następny poranek

Harry wstał wcześniej, chcąc zbadać jeszcze raz te niższe poziomy lochów. Później miał pójść do Hogsmeade z Ginny, Ronem i Hermioną, ale na razie miał trochę wolnego czasu, a ta klapa w podłodze naprawdę go męczyła.

Dotarł do komórki i stanął nad klapą. Zdecydował się rzucić zaklęcie tarczy w taki sposób, by nietoperze mogły wylecieć, ale nie mogły do niego dotrzeć. Następnie uniósł klapę zaklęciem lewitacji. Jak poprzednio nietoperze wystrzeliły z otworu, ale nie mogły przedostać się przez jego tarczę.

Nietoperze! Były ich tysiące. Kiedy większość wyleciała, rzucił zaklęcie powstrzymujące i unieruchomił je w jednym kącie, z dala od klapy.

Opuścił tarczę i wreszcie mógł się bliżej przyjrzeć otworowi.

- Lumos Flotima – mruknął, przywołując jasną kulę światła.

Tak! Do ściany była przyczepiona drabina. Zszedł po niej ostrożnie, a kula światła podążała za nim. Ostrożnie sprawdzał każdy szczebel, by upewnić się, że udźwignie jego ciężar. Większość starych części Hogwartu wydawało się nietkniętych zębem czasu, ale to nie była właściwe pora na beztroskę.

Na dole drabiny okazało się, że stoi na początku długiego, niknącego w oddali korytarza. W obu ścianach bocznych znajdowały się w regularnych odstępach ciężkie stalowe drzwi.

Podszedł do jednych z drzwi i spróbował je otworzyć, ale te ani drgnęły. Spróbował zaklęcia otwierającego. Coś rozbłysło mu przed oczami i został ciśnięty na przeciwległą ścianę.

- Nie poszło za dobrze – uznał oszołomiony, opierając się o ścianę. Zawahał się, ale postanowił nie próbować więcej. Wrócił do drabiny, wyjął szkicownik i wykonał szybki rysunek korytarza. Pokaże go potem Dumbledore'owi i zobaczy co dyrektor wie na ten temat.

Wspiął się po drabinie i powoli przeniósł ściśnięte nietoperze z powrotem do korytarza. Kiedy tego dokonał, zatrzasnął klapę.


Ministerstwo Magii, Sala Sądowa nr 10, końcówka listopada

- Oskarżeni wstać, Sąd idzie! – warknął woźny.

Wan Chang i Danny Wong powoli podnieśli się z miejsc. Kajdany utrudniały im ruch.

Harry i liczni członkowie Brygady siedzieli na widowni. Dwa dni wcześniej składali swoje zeznania. Patrzyli w ciszy, jak ława przysięgłych siada na swoich miejscach, by ogłosić wyrok. Na to pracowali i na to czekali. Nikt z nich nie chciał tego przegapić.

- Oskarżani siadać! – powiedział woźny.

Amelia Bones stała z boku. Akcje sabotażowe i ujawnianie tajnych informacji przez Daniela Wonga zrobiły Ministerstwu wiele złego. To on przekazywał Voldemortowi informacje dotyczące mugolskich rodzin uczniów Hogwartu. Udowodniono mu też wykorzystywanie jego pozycji do uwalniania przeklętych przedmiotów do społeczności mugolskiej. Został również oskarżony o dwukrotne usiłowanie zabójstwa Harry'ego Pottera i rozliczne inne przestępstwa. Amelia była wściekła. To był jeden z jej ludzi, członek jej administracji i chciała, by sprawiedliwości stało się zadość.

- Oskarżeni zostali przesłuchani pod wpływem Veritaserum, a ich historie skonfrontowano z zeznaniami świadków. Otrzymali wszelkie prawa przewidziane przez nasz system sądowniczy. Nadszedł czas na odczytanie wyroku – ogłosił przewodniczący składu sędziowskiego. – Danielu Wong, wstań i wysłuchaj wydanego wyroku.

Jeden z woźnych pchnął Daniela, który wstał z ponurą miną.

- Danielu Wong – czytał dalej przewodniczący. – Zostałeś oskarżony o następujące czyny: współpraca z przestępcą znanym jako Voldemort: sąd uznaje cię za winnego.

Wielu widzów wzdrygnęło się na dźwięk tego imienia. Sędzia zignorował ich i odczytywał dalej wyrok.

- Szpiegostwo w czasie stanu wyjątkowego: winny. Usiłowanie zabójstwa: winny. Porwanie nieletniego: winny. Próba gwałtu na nieletnim: winny. Za każde z tych przestępstw grozi kara śmierci. Czy chcesz wygłosić jakieś oświadczenie przed usłyszeniem wyroku?

- Możecie mnie zabić, ale Lord Voldemort zatriumfuje! – krzyknął Śmierciożerca.

Jeden z woźnych zamknął mu usta zaklęciem uciszającym.

- Czy ktoś w sądzie chce wygłosić oświadczenie lub apel dotyczący tej osoby nim ogłoszę wyrok? – spytał sędzia. Odczekał chwilę i gdy nikt się nie odzywał, kontynuował: - Danielu Wongu, wyrokiem tego sądu zostaniesz wyprowadzony z tego pomieszczenia i zaprowadzony natychmiast do Komnaty Śmierci, gdzie zostanie przeprowadzona twoja egzekucja i niech Światło zlituje się nad twoją duszą. Woźni, wyprowadzić skazanego.

Czterej woźni wyszli na środek Sali. Jeden z nich odczepił kajdany od podłogi i cała czwórka wyciągnęła z Sali Daniela Wonga, którego oczy wychodziły na wierzch z przerażenia.

Sędziowie poczekali aż Wong zostanie wyprowadzony i przeszli do sprawy Wan Chang. Dziewczyna wstała bez napominania. Oczy wbijała w stopy, a po jej twarzy spływały łzy. Przewodniczący składu sędziowskiego spojrzał na nią surowo.

- Wan Chang, zostałaś oskarżona o następujące czyny: współpraca z przestępcą znanym jako Voldemort: sąd uznaje cię za niewinną. Spisek w celu przeprowadzenia napaści: winna. Porwanie nieletniego: winna. Użycie Zaklęcia Niewybaczalnego: winna. Każde z tych przestępstw oznacza wyrok więzienia. Czy chcesz coś powiedzieć, nim ogłoszę wyrok?

Uniosła na sędziego poznaczoną śladami łez twarz.

- Prze… przepraszam… Robiłam tylko to, co powiedział mi Danny. Myślałam, że mnie kocha, on… on… on mnie okłamaaaa… - rozpłakała się.

Nagle gdzieś na tyłach Sali wszczął się tumult.

- WAN CHANG, HAŃBA CI! Sprowadziłaś wstyd na siebie i naszą rodzinę! – wrzasnęła Cho Chang. Jej rodzina trzymała ją, by nie zaatakowała siostry, a Wan padła na kolana, zanosząc się płaczem.

- Cisza, albo będę musiał opróżnić salę! – krzyknął sędzia, waląc młotkiem w stół.

Po chwili rodzice Cho zdołali zapanować nad córką, która z powrotem zajęła miejsce.

- Czy ktoś w sądzie chce wygłosić oświadczenie lub apel dotyczący tej osoby nim ogłoszę wyrok? – spytał sędzia.

- Ja – odezwał się spokojnie Albus Dumbledore, wstając ze swojego miejsca do wtóru zaskoczonych okrzyków widzów.

- Sąd rozpoznaje Albusa Dumbledore'a. Może pan wyjść naprzód i wygłosić oświadczenie – powiedział zaskoczony sędzia.

Dumbledore wyszedł przez widownię i stanął obok Wan.

- Wysoki Sądzie, przed nami siedzi dziecko. Ma zaledwie piętnaście lat. Znalazła się pod wpływem mrocznych sił i odwiedziono ją od światła tak skutecznie, jakby była pod wpływem Imperio. Proszę o pobłażliwość wobec tego dziecka w nadziei, że można ją zawrócić z jej drogi. Zdaję sobie sprawę, że Wysoki Sąd nie może pozostawić jej czynów bez kary. Proszę, by jej prawo do użycia magii zostało znacznie ograniczone i by nie zezwolono jej na swobodne używanie różdżki, póki nie skończy dwudziestu jeden lat. W międzyczasie Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie będzie pracowała z dziewczyną i jej rodziną, by upewnić się, że Wan Chang nie odejdzie więcej od światła.

Kiedy skończył, położył delikatnie dłoń na ramieniu Wan. Po widowni przeszedł pomruk. Sędziowie naradzili się, po czym ponownie obrócili się do oskarżonej.

- Wan Chang, po naradzie, biorąc pod uwagę twój młody wiek, Sąd postanawia skazać cię na piętnaście lat w Azkabanie. Jednak w świetle apelacji Albusa Dumbledore'a Sąd zawiesza wykonanie wyroku i przydziela cię pod połączoną opiekę Dyrektora Hogwartu i twoich rodziców. Będziesz musiała zapłacić piętnaście tysięcy galeonów grzywny. Twoja różdżka zostanie przekazana szkole i będzie poddawana regularnym testom, by upewnić się, że wykorzystujesz ją tylko do pracy szkolnej. Każde naruszenie tych warunków skutkować będzie natychmiastowym odwieszeniem wyroku. Woźny, rozwiązać więźnia. Posiedzenie uznaję za zakończone.

Wan opadła na krzesło blada jak trup. Nie mogła się zmusić, by spojrzeć na swoją rodzinę. Piętnaście tysięcy galeonów! Tyle pieniędzy!

Dumbledore patrzył, jak woźny rozpina kajdany Wan, a potem rozejrzał się po Sali, szukając wzrokiem jej rodziców. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzał Harry'ego i jego ludzi, patrzących na niego z nieukrywaną wrogością. Magia wylewająca się z Harry'ego była dostrzegalna nawet z odległości dwudziestu metrów.

Całą grupą wyszli z sali sądowej, by wrócić do Hogwartu.


Pokój Wspólny, ten sam wieczór

Pokój Wspólny był dość zatłoczony, gdy profesor Sprout otworzyła drzwi i wprowadziła do środka bladą Wan Chang. W pokoju zapadła cisza, gdy wszyscy odwracali się w jej stronę. Dziewczyna wzdrygnęła się pod ich ciężkimi spojrzeniami. Profesor Sprout zaprowadziła dziewczynę do jej dormitorium i zostawiła tam.

Zniesmaczona sobą i pozbawiona różdżki Wan usiadła na łóżku, by zastanowić się nad tą żałosną egzystencją, którą stało się jej życie. Obok jej poduszki leżał kawałek pergaminu. Podniosła go i przeczytała: „Będziemy Cię obserwować". Wiadomość była niepodpisana.

Harry patrzył, jak profesor Sprout wraca z dormitorium i wychodzi z Pokoju Wspólnego. Odwrócił się do Blaise'a, który rozmawiał w pobliżu z Susan.

- Rozpuść wici – polecił. – Nie będzie żadnego odwetu przeciwko Wan. Uważam, że dyrektor myli się, sprowadzając ją tu z powrotem, ale na razie to zostawmy. Albo udowodni, że faktycznie zmieniła się na lepsze, albo sama znajdzie sposób, by się pogrążyć. Nie chcę, by ktokolwiek potem powiedział, że to przez nas.

- Tak jest. Zajmę się tym – potwierdził Blaise.


Od autorów: Czy to Harry będzie tym dyrektorem, który w końcu pozbędzie się cytrynowych dropsów? Wątpliwe, bo a) nie planujemy pisania aż o tak odległej przyszłości, b) mamy dla niego inne plany.

Harry i super moce? W porównaniu do jego rówieśników - pewnie. Ale w porównaniu do Voldemorta? To zupełnie inna historia, jak się wkrótce przekonacie.

Co do szat Brygady, każdy członek, nowy czy stary, ma zestaw. Kiedy szkoła połączyła domy, normalne szaty też się zmieniły. Wyglądają podobnie do starych szat, tylko hogwardzkie insygnia bojowe zastąpiły symbole domów. Każdy uczeń ma nowe szkolne szaty, niezależnie czy jest w Brygadzie czy nie. Brygada ma tylko stroje galowe, żadnych bojowych. Te szaty galowe wyglądają inaczej niż nowe szaty szkolne (srebrne a nie czarne).


Od tłumacza: Tym razem przerwa była dłuższa, aż niektórzy z Was zaczęli się niecierpliwić ;) Staram się tłumaczyć najszybciej jak mogę, ale czasami różne sprawy życiowe wchodzą w paradę. Dołóżcie do tego jeszcze problemy sprzętowe i jest jak jest ;)

Dzięki wielkie wszystkim czytelnikom i czytelniczkom za recenzje, uwagi i słowa zachęty. Jak zwykle zapraszam na mój blog o książkach „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blok[kropka]pl.

W następnym rozdziale:
- pewne zaklęcie wyrwie się na wolność wywołując nieoczekiwane efekty
- nowa piosenka marszowa
- gdzie trafi rodzeństwo Stonesmith?
- zbliża się Boże Narodzenie