Lydia tym razem trzymała się bliżej niego, kiedy podjęli podróż. Derek zniknął wśród krzewów i stracił go z pola widzenia bardzo szybko, co zmartwiło go o wiele bardziej niż chciał przyznać. Jego ciało było odprężone jak nigdy po tym jak alfa zabrał jego ból. To nie było całkiem leczenie, bo siniaki nadal znajdowały się na jego skórze, ale genialnie pomagało na wszelkie stłuczenia, których doświadczył.

Zdał sobie sprawę, że był trochę egoistą. Pojęcia nie miał czy Lydia nie odczuła równie mocno ataku na nich. Co prawda nie widział, aby fizycznie ktokolwiek starał się ją skrzywdzić, ale coś mogło umknąć jego uwadze. Tymczasem trzymała się na koniu coraz mniej pewnie, zapewne zmęczona długą podróżą. Nie sądził, aby to były pierwsze przenosiny. Podejrzewał wręcz, że kolejne kilka dni będzie wyglądało podobnie, aż dostaną się w bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli odpocząć na dłużej. Nawet ich wilkołaczy obrońcy nie byli w stanie całego życia spędzić w biegu.

- Myślisz, że gdzie jedziemy? – spytała Lydia, nie patrząc na niego, ale przed siebie, gdzie z trudem dostrzegali ostatniego z wilkołaków.

Był pewien, że ktoś poruszał się za nimi, pilnując tyłów, ale nikogo nie dostrzegł, kiedy odwracał się kilkukrotnie.

- W głąb terytorium – odparł spokojnie.

- Stiles… - zaczęła Lydia.

- Nie. Jest w porządku – westchnął. – Nic się nie stało. W zasadzie nic mi nie zrobił. Mają tylko dziwne zwyczaje, to mylące.

Zmarszczyła brwi, a potem spojrzała na dół, na siebie i wydała z siebie dziwny dźwięk. Z zaskoczeniem dostrzegł, że zaczęła się histerycznie śmiać. Jeśli miała dostać załamania nerwowego teraz, to nie była dobra chwila. Wątpił, aby taka miała nadejść kiedykolwiek.

- Lyds – zaczął ostrożnie.

- Nie, wybacz. Jestem… Jestem naga… Ta kobieta, ta wilkołaczyca powiedziała, że to ubranie z największą ilością materiału, jakie mogła znaleźć. Jestem naga przed moim przyszłym…

- Lyds – przerwał jej ostro.

Nazywała go jej przyszły królem o wiele za często, kiedy byli w Beacon Hills. To stanowiło ich prywatny żart. Nikt nie odgadłby, że jest synem Johna Stilińskiego tylko na niego patrząc. Lydia upewniała się, że każdy wiedział jaka będzie jego przyszłość. Wspominanie o tym tutaj nie było bezpieczne. Z gości szybko mogli stać się zakładnikami.

- Jestem damą dworu – poinformowała go z jakąś dziwną desperacją.

- I nic się nie zmieniło. Tylko teraz jesteś damą dworu, która przeżyła. Niewiele z twoich przyjaciółek mogłoby to powiedzieć – oznajmił jej.

- Nie miewam przyjaciółek. Wiesz o tym. Nie miewam przyjaciółek, bo chcą jedynie przysług od naszej rodziny. Nie mam innego przyjaciela. Rozumiesz? – spytała. – To co zrobiłeś tam, kiedy na nas napadli… Stiles, nie powinieneś był. Właśnie przez wzgląd na naszą przyjaźń. Widzę jak on na ciebie patrzy…

- Lyds – westchnął.

- Widzę to – powiedziała twardo.

Miał odpowiedzieć coś uspokajającego, ale jego koń stanął dęba, kiedy tuż przed nimi pojawił się Derek Hale.

- W las, teraz – rzucił mężczyzna, wskazując dłonią najbliższą gęstwinę.

Słyszał strzały przeszywające powietrze gdzieś niedaleko. Wyjął miecz z pochwy, ale po chwili go schował, zdając sobie sprawę, że nie tego Derek od nich oczekiwał. Ściągnął lejce, skręcając we wskazanym kierunku. Laura zresztą już czekała na nich na skraju lasu.

- Lydia! – krzyknął krótko.

Dereka nie było nawet w zasięgu jego wzroku.

Strzała wbiła się tuż przed jego koniem i zwierzę wierzgnęło.

- Lydia! – rzucił jeszcze raz, trochę bardziej spanikowany.

Kobieta wyprzedziła go w końcu, na co liczył. Wolał mieć ją na oku, co okazało się dość przydatne, kiedy zdał sobie sprawę, że są okrążani.

- Zawracaj! – rozkazał.

- Ale – zaczęła Lydia niepewnie.

Laura walczyła z napastnikiem nieopodal chyba kupując im czas, ale przewaga liczebna rosła. I chociaż wilkołaczyca poruszała się niezwykle szybko, nie sądził, aby to przeżyła. To musiała być zasadzka, ale pojęcia nie miał dlaczego Derek i pozostali nie wyczuli tego jakoś. Zapach ludzi w końcu powinien być dla nich swoistym ostrzeżeniem.

- Powiedziałem! – rzucił za siebie. – Znajdą cię – dodał.

- Znajdą? – spytała niepewnie.

- Znajdą – powiedział jedynie, wjeżdżając koniem pomiędzy napastników.

Laura przeturlała się obok, ale zmusił konia do stratowania dwóch mężczyzn. Zwierzę nie było zadowolone, więc zeskoczył, dobywając miecza. Nie był specjalnie szkolony do walki wręcz. Rycerze jego ojca jednak upewnili się, że posiadał podstawy. Zamachnięcie się czymś tak ciężkim jak miecz Dereka miało swoje plusy. Samo uderzenie miało siłę, która rozpychała ludzi i uszkadzała zbroje. Ktoś upadł przed nim i ze zdumieniem dostrzegł na swoim ostrzu krew. Nie zdążyło go nawet zemdlić. Kolejny napastnik stanął już przed nim. Nie miał pojęcia jak radziła sobie Laura, ale wyczuwał jej obecność za plecami. Nikt przynajmniej nie atakował go od tyłu, więc musiał po prostu pilnować, aby i ona była chroniona z tej strony. Na szczęście napastnicy nie napływali, co oznaczało tylko, że główny atak był właśnie odpierany przez Dereka.

- Lydia? – spytała krótko Laura.

- Bezpieczna – odparł, chociaż mógł mieć tylko taką nadzieję.

Lydia sądziła, że była tylko damą dworu, ale on znał ją na tyle dobrze i długo, aby wiedzieć, że jej hart ducha pozwoli jej przeżyć nawet najgorsze. A ucieczka przez terytorium wilkołaków w pojedynkę przed ludźmi Argentów chyba się do tego właśnie zaliczała.

Uniósł miecz po raz kolejny, nie czując się zbyt dobrze, kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma na sobie zbroi, która chroniłaby go przed uderzeniami. Mężczyzna przed nim jednak się zawahał i pozostali zaczęli się wycofywać, czego początkowo nie zrozumiał dopóki nie dostrzegł, że odgłosy bitwy niedaleko ucichły. I to mogło oznaczać tylko wygraną wilkołaków.

Laura chyba próbowała ruszyć w pogoń za niedobitkami, ale przyklęknęła na trawie obok niego i dostrzegł, że jej ramiona są skąpane we krwi. Rana na boku nie wyglądała wcale lepiej, więc pochylił się, starając się unieść ją tak, aby nie sprawić jej więcej bólu. I jego żebro zabolało jak diabli. Mógł dostać płazem miecza, bo nie dostrzegał krwi na swoim boku. Pocięta gdzieniegdzie koszula zaskoczyła go jednak, bo nie spodziewał się, że ma tak wiele powierzchownych ran. Walka musiała go rozproszyć. Zawsze był dobry w działaniu pod presją.

- Nie, daj mi chwilę – poprosiła kobieta.

- Jasne – odparł, wsuwając się pod jej ramię.

Nie miał pojęcia jak wilkołaki szkoliły swoje konie, ale jego wierzchowiec nie oddalił się zanadto, więc podeszli bliżej i pomógł Laurze wspiąć się na siodło. Obejrzał się jeszcze za siebie, niepewny jak daleko odjechała Lydia.

- Derek ją znajdzie – poinformowała go Laura. – Dobrze zrobiłeś – dodała.

Nie powiedział słowa, bo w zasadzie nie był aż tak tego pewien. Uratował życie Laurze, ale Lydia została sama. Nienawidził dokonywania takich wyborów, ale wiedział, że Martin sobie poradzi, jeśli zostanie do tego zmuszona.

Wyciągnął miecz, kierując go w stronę gęstwiny. Ktoś przedzierał się w ich kierunku i przygotował się do kolejnego ataku. Erica jednak wychynęła spośród drzew i spojrzała na niego, marszcząc brwi.

- Gdzie kobieta? – spytała krótko i rzeczowo.

Derek był tuż za nią i sądząc po ilości krwi na nim, walka, którą stoczyli, nie była łatwa. Mężczyzna rzucił tylko okiem na swoją siostrę i zamarł. Stiles nie sądził, że ta zwykle stoicka twarz jest w stanie pokazać tak wiele emocji.

- Nic mi nie jest – powiedziała Laura uspokajająco. – Lydia odjechała, skąd przybyliśmy – dodała.

Erica bez słowa ruszyła przed siebie. Zemdliło go, kiedy próbował śledzić jej bieg. Poruszała się o wiele za szybko jak na możliwości jego wzroku.

Derek spojrzał na niego, marszcząc brwi. I wzrok wilkołaka zatrzymywał się kolejno na jego ranach, jakby katalogował je. Stiles niemal czekał na pytanie czy jego skóra też będzie uzdrawiała się długo jak kości.

- Jakim cudem nie przewidzieliście ataku? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.

Derek zbił usta w wąską kreskę, patrząc na niego z lekko zirytowaną miną.

- Użyli jemioły – poinformował go wilkołak, jakby to miało cokolwiek mu wyjaśnić.

ooo

Przenieśli się w kolejne miejsce w pośpiechu. Skręcili tak gwałtownie w głąb terytorium wilkołaków, że zaczął się zastanawiać czy kiedykolwiek wrócą chociaż pod granicę. W miarę upływu czasu, teren stawał się coraz bardziej urozmaicony, aż wyjechali na otwartą przestrzeń, zostawiając za sobą las. Nie był zbytnio zaskoczony, kiedy Erica dołączyła do nich wraz z Lydią, kiedy zatrzymali się nad kolejnym strumieniem.

Martin zeskoczyła z konia zanim Erica zdążyła ją powstrzymać i rzuciła się biegiem w jego stronę. Objęła go tak mocno, że wyrwała z jego ust jęk, więc zacisnął mocniej wargi, starając się oddychać przez nos.

- Lyds – powiedział ostrzegawczo.

Odsunęła się od niego, pewnie przypominając sobie, że mieli się nie dotykać. Derek jednak obserwował ich z oddali i nie reagował, więc objął ją ramieniem, starając się uregulować swój oddech.

Po ranach Laury nie było nawet śladu. Nie mógł tego samego powiedzieć o sobie. Zadrapania szczypały, kiedy sól z jego potu dostała się do jego ran. Najchętniej wykąpałby się w strumieniu, ale to mogło nie być bezpieczne. Nie zostawali tutaj zresztą na długo. Nikt nie zabrał się za rozkładanie namiotów i nie rozpalano ognisk. Opatrywano rannych, a raczej oczyszczano ich z jemioły. Wydawała się osłabiać nie tylko zmysły wilkołaków, ale również ich umiejętność samoleczenia, za którą Stiles zabiłby w tym momencie.

Derek podszedł do nich bliżej, więc zabrał swoją dłoń z ramienia Lydii, robiąc kolejny bolesny oddech. Alfa spojrzał na jego bok i zmarszczka między jego brwiami stała się tylko głębsza. Nie wyruszyli poprzednio dopóki Laura nie ozdrowiała do tego stopnia, że mogła iść. Jemu oddano ponownie konia, ale to wcale nie pomogło, bo czuł każdy krok zwierzęcia. Nie miał jak amortyzować tego ruchu.

- Zostaw nas samych – rozkazał Derek.

Lydia zadrżała, spoglądając na niego w szoku. Stiles nie miał wątpliwości, że kobieta się nie ruszy, więc popchnął ją w stronę Laury i Erici, które starały się doprowadzić jakoś do porządku. Ich szaty były pocięte przez miecze i nie miały takich zdolności regeneracyjnych jak ich ciała. To przynajmniej wyjaśniało, dlaczego ubrania wilkołaków wydawały się po prostu ponaszywanymi na siebie łatkami. Uzupełniano nacięcia, wzmacniając je nićmi przez cały ten czas, aż stawały się sztywne i stanowiły swoistego rodzaju zbroję, która jednocześnie nie krępowała ruchu.

- Ściągnij koszulę – rzucił Derek, kiedy tylko Lydia znalazła się daleko od nich.

- Nie pomożesz mi. Żebro jest złamane – westchnął Stiles.

- Nie możemy czekać czterech tygodni, aż wyzdrowiejesz – poinformował go Hale.

Stiles nie oczekiwał niczego innego.

- Spowolnię was, ale jeśli się rozdzielimy, Lydia znajdzie się w Beacon Hills o wiele szybciej – rzucił, nie wiedząc nawet jak zostanie przyjęta jego propozycja.

Derek wydawał się zaskoczony.

- Chcesz zostać w głębi mojego terytorium dłużej? Zostawisz kobietę na naszej łasce? – zdziwił się alfa.

Faktycznie jeszcze wczoraj nie zdobyłby się na coś podobnego, ale Lydia musiała zanieść jego ojcu wieści. A on nie miał szans na przedostanie się przez granicę w tym stanie. Rozdzielenie ich też ze względów strategicznych było najlepszym pomysłem. Nawet jeśli jedno nie miało dostać się do Beacon Hills, zawsze pozostawało drugie na tyłach. Argentowie natknąwszy się wyłącznie na Lydię mogliby pomyśleć, że zginął w lasach terytorium wilkołaków. Ona nie zdradziłaby go nawet, gdyby ją przepytywali.

- Jest waszym gościem, a nie branką – odparł Stiles, używając tych samych słów, którymi Derek uraczył go dobę wcześniej.

Hale wydawał się zadowolony, chociaż nie miał pojęcia, skąd wyciągał ten wniosek. Żaden mięsień nie drgnął na twarzy mężczyzny. Coś takiego jednak promieniowało z niego.

- Lydia musi znaleźć się w Beacon Hills na czas, zanim zostaną powzięte przygotowania do wojny przeciwko wam – ciągnął dalej Stiles. – Ktoś musi się przedostać przez granicę – dodał.

- Wrócimy do miasta – zdecydował Derek nagle. – Może znajdę medyka, który będzie wiedział, co zrobić z twoimi żebrami – dodał.

- Nie ma sposobu na przyspieszenie leczenia. Muszę to przeczekać. Regenerujemy się sami, ale potrzebujemy więcej czasu niż wy – wyjaśnił, spoglądając wymownie na Laurę, która chichotała z Ericą nieopodal.

Lydia stała obok skrępowana. Wiedział, że samotna podróż nie spodoba się jej, ale nie mieli innego wyjścia.

- Zostałeś z moją siostrą – powiedział Derek nagle i coś w jego tonie zwróciło uwagę Stilesa.

To brzmiało prawie jak podziękowania, chociaż alfa nie użył akurat tego słowa. Spoglądał jedynie na niego znowu tak intensywnie, że przez jego ciało przebiegł dreszcz. Gdyby ten mdlący ból nie trwał od dłuższego czasu, może nawet odczułby pewną satysfakcję, że jednak zaskoczył wilkołaka. Derek kazał im uciekać, ale on nie miał tego w zwyczaju. I nie planował popełniać kolejnych błędów w kwestii Argentów, skoro wiedział teraz jak wiele znaczył dla nich honor i cudze życie.

- Nie mógłbym inaczej – powiedział wprost. – Dlatego liczę, że ochronisz kogoś, kogo ja uważam za siostrę – dodał.