Kilka następnych dni było koszmarnych. Wszyscy nie tylko chodzili przygnębieni ale także strasznie nerwowi. Przygotowując posiłki w kuchni nasłuchałam się od samurajów, jak to Shinsengumi urządzili triumfalny powrót, maszerując przez miasto w swoich uniformach, cali okrwawieni. Wszyscy uważali, że są tak silni, że na pewno pokonają Ishin-shishi. To z pewnością nie podnosiło morali. Sama też miałam nerwy w strzępach. Kenshin oczywiście nic mi nie mówił, co mnie okropnie denerwowało bo nie wiedziałam co się dzieje. Jedyne rzeczy których się dowiadywałam pochodziły z podsłuchiwania i opowieści innych samurajów. Teraz nawet nie przyszło by mi do głowy, żeby się wymknąć i dowiedzieć czegoś na własną rękę. Za bardzo się bałam. Szybko jednak zrezygnowałam z fochów, kiedy zobaczyłam, jaki to ma wpływ na Kenshina. Kiedy się zorientowałam, że to mu wcale nie pomaga, zupełnie zmieniłam nastawienie. Starałam się mu pomagać jak tylko mogłam, niestety ograniczało się to jedynie do pokazywania, że jestem przy nim i pilnowania, żeby pamiętał o jedzeniu.
Z każdym dniem było coraz gorzej. Dochodziły do nas nieciekawe informacje, w dodatku podejrzewałam, że nieco przekręcone, biorąc pod uwagę to co pamiętałam z historii. 3000 żołnierzy Shinsengumi ruszyło na stolicę. Siły Bakufu mimo przewagi liczebnej, nie dawały rady ich pokonać. Kenshin również brał udział w walce. Kiedy go nie było, a wiedziałam, że gdzieś tam toczy się bitwa, myślałam, że zwariuję. Godziny ciągnęły się niemiłosiernie i miałam wrażenie jakby czas się zatrzymał, żeby jeszcze bardziej mnie torturować. To, że wiedziałam jak to się skończy wcale nie pomagało. Na historii wpajali nam tyle razy, jak to Ishin-shishi zdołało pokonać Shinsengumi i wprowadzić erę Meiji. Z tego co pamiętałam Battousai miał zniknąć pod koniec tej całej wojny, po jakiejś ważnej bitwie. Do końca jeszcze brakowało całkiem sporo. To powinno mnie pocieszyć. Przecież Kenshin miał wrócić. Ale kiedy już byłam w samym środku tego wszystkiego, wcale nie wydawało mi się to takie pewne. A jeśli moja obecność w przeszłości coś zmieniła? Chyba nawet wolałabym być tam z nimi, walczyć. Robić cokolwiek, a nie siedzieć tak bezczynnie! W dodatku moja wyobraźnia wcale nie pomagała. Tylko jeszcze bardziej się nakręcałam.
Kiedy wreszcie samurajowie zaczęli wracać z pola bitwy, miałam wrażenie jakbym dostała załamania nerwowego. Szybko jednak się z tego otrząsnęłam, bowiem razem z Okami-san musiałyśmy zająć się rannymi. Kobieta poleciła mi zająć się jakimś mężczyzną i zabrałam się za to od razu, jednocześnie zastanawiając się gdzie był Kenshin. Z ledwością udało mi się założyć opatrunek. Na szczęście samuraj nie był poważnie ranny. Zaraz jednak Okami-san posłała mnie do następnego. Już miałam się nim zająć, kiedy zobaczyłam, jak Himura wsuwa się do pomieszczenia, podtrzymując jakiegoś samuraja, prawie dwa razy od niego większego. Chciałam od razu rzucić się na pomoc Kenshinowi, ale Okami-san mnie powstrzymała. Musiałam się zając tym, którego zaczęłam opatrywać. Z niechęcią się do tego zabrałam, patrząc jak kobieta opatruje ciężej rannego towarzysza Kenshina. Usłyszałam jeszcze jak chłopak wymiguje się od opatrunku, twierdząc, że jest tylko lekko ranny, po czym wyszedł z pomieszczenia. Jakoś udało mi się skupić na tym co powinnam była robić, ale jak tylko skończyłam, zanim Okami-san zdążyła przydzielić mi kogoś następnego do opatrzenia udało mi się przekonać ją, że Kenshinem też trzeba się zająć, bo z pewnością nie był do końca szczery w podaniu faktycznego stanu swoich obrażeń. Okami-san zgodziła się ze mną i posłała do niego, stwierdzając, że sama sobie poradzi. W końcu jakoś sobie radziła, kiedy jeszcze mnie tu nie było.
Kenshina odnalazłam w naszym pokoju. Kiedy rozsunęłam ze złością shoji, aż podskoczył. Po czym cicho jęknął, bo ruch podrażnił rany. Stojąc nadal na progu, widziałam tylko jego nagie plecy. Siedział tyłem do mnie, z opuszczoną hakamą. Na prawym ramieniu i lewym boku widniały, nadal krwawiące, dość głębokie cięcia.
- Kenshin! – Wrzasnęłam od drzwi. – Co ty sobie wyobrażasz?! Nie jesteś ciężko ranny? – Mówiłam nadal podniesionym głosem, który wręcz ociekał sarkazmem. Tym razem poważnie mnie zdenerwował.
Obeszłam go i stanęłam przed nim. Miał opuszczoną głowę.
- To nic takiego. Inni ucierpieli o wiele bardziej – powiedział cicho grobowym tonem.
Przewróciłam oczami i rzucając jednocześnie opatrunki obok niego usiadłam przed nim. Bez słowa zaczęłam przyglądać się mu, żeby ocenić jego stan. Z westchnieniem zaczęłam go opatrywać, zupełnie ignorując jego mamrotanie, że może zrobić to sam. Byłam tak wściekła i zmartwiona, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że był tak blisko... bez hakamy. Zapach jego krwi skutecznie odpędzał takie myśli.
Chociaż kiedy owijałam bandażem ranę na jego boku, przy czym musiałam się do niego przybliżyć jeszcze bardziej, stwierdziłam, że dla niego chyba nie do końca. Odsuwając się zauważyłam, jak na policzki wpływa mu rumieniec.
Zignorowałam to. Miałam mu coś do powiedzenia.
- Słuchaj Kenshin – zaczęłam w miarę spokojnie. Spojrzał na mnie. Kiedy byłam pewna, że patrzy mi w oczy, kontynuowałam. Raczej głośno. – Cokolwiek się stanie... Nie waż mi się zginąć! Rozumiesz?!
Kiedy to usłyszał wyglądał na zaskoczonego. Nie pozwoliłam mu dojść do słowa. Dobrze wiedziałam, co ma zamiar powiedzieć.
- Rozumiem, że robisz wszystko dla większego dobra... i tak dalej, ale to nie znaczy, że masz dać się zabić! Cokolwiek się będzie działo, masz zrobić wszystko, żeby wyjść z tego żywy! Jasne? Nie pozwolę Ci zostawić mnie samej w tym całym bajzlu!
Zaczynałam histeryzować. Już nawet nie zależało mi na tym, żeby mówić nie używając współczesnego języka. Poczułam, że oczy mnie pieką. Wkurzyło mnie to, nie miałam zamiaru się mazać. Byłam wściekła!
- Jeśli mnie nie posłuchasz... i dasz się zabić... Możesz być pewny, że tego pożałujesz! – Ciągnęłam coraz bardziej płaczliwym tonem. – Choćbym miała oddać duszę najgorszym demonom, sprowadzę cię z powrotem i tak cię urządzę, że...
Nie dałam rady sprecyzować groźby, bo głos zaczął mi się trząść. Spojrzałam nieśmiało na Kenshina, niepewna jak zareaguje na mój wybuch. Patrzył na mnie takim łagodnym wzrokiem, że aż zrobiło mi się głupio. Spuściłam głowę, ale od razu uniósł ją, głaszcząc mnie po policzku.
- Nie zostawię cię samej – powiedział. Zabrzmiało to dość uroczyście, ale mi nie wystarczyło.
- Przysięgasz? – Chwyciłam za przegub jego ręki, tej, którą wciąż trzymał na moim policzku. – Przysięgasz, że cokolwiek się stanie, zrobisz wszystko, żeby wyjść z tego żywym?
Jego wzrok spoważniał. Poczułam, jakby mnie nim przeszywał na wylot.
- Przysięgam – powiedział, po czym mnie pocałował. Kiedy to zrobił, poczułam kilka rzeczy na raz. Motyle rozszalały mi się w brzuchu, łzy zaczęły spływać po policzkach, a na drugiej ręce, którą trzymałam na jego ramieniu, poczułam coś ciepłego i mokrego. To mnie momentalnie otrzeźwiło. Jaka byłam głupia! Od razu się od niego odsunęłam, zabierając jednocześnie dłoń z jego ramienia. Spojrzał na mnie trochę zaskoczony. Pokazałam mu ją. Cała była we krwi. Jego. W dodatku na pewno sprawiłam mu ból, ściskając miejsce, w którym miał rozcięcie.
- Gomenasai – powiedziałam, wycierając rękę i chwytając za bandaże. – Powinnam była doprowadzić cię do porządku zanim zaczęłam na ciebie wrzeszczeć.
Resztę jego obrażeń opatrzyłam w milczeniu. Kenshin nie zgłaszał więcej sprzeciwów. Mimo wszystko musiało go nieźle wszystko boleć i był też okropnie wyczerpany. Kiedy skończyłam, miałam zamiar zostać z nim i dopilnować, żeby odpoczął, ale wkrótce potem przyszedł jakiś samuraj z poleceniem od Okami-san, żebym zeszła jej pomóc jeśli skończyłam już zajmować się Kenshinem. Zrezygnowana kazałam chłopakowi wypoczywać i powlokłam się na dół.
Okazało się, że nie tylko ludzie ucierpieli w bitwie. Ogień podłożony przez Shinsengumi szybko rozprzestrzenił się po dużych obszarach miasta, a ponieważ większość ludzi zaangażowana była w walkę, brakowało osób które mogłyby zmniejszyć szkody. Pogorzeliska można było zobaczyć w większej części miasta, o czym mogłam się sama przekonać, idąc ulicami z Kenshinem, kilka dni po walce. Rano tego dnia oświadczył, że gdzieś mnie zabiera i nie wyjaśnił niczego więcej. Mimo odniesionych obrażeń, już następnego dnia po bitwie, Kenshin zaczął wychodzić, znikając na kilka godzin za każdym razem. Wyglądało to na sprawy Ishin-shishi, więc mimo, że mi się nie podobało musiałam się z tym pogodzić. Kiedy jednak zabrał mnie ze sobą nie miałam pojęcia o co może chodzić. Męczyło mnie to całą drogę, przez ponure ulice, na których rzadko spotykaliśmy jakichś ludzi, wszyscy którzy musieli coś załatwić, albo nawet spróbować naprawić szkody, wyglądali na bardziej zaniepokojonych i nerwowych niż wcześniej. Zresztą trudno im się dziwić. Nawet ja byłam zaniepokojona, mimo, że szłam z Kenshinem.
Miejscem, do którego zmierzaliśmy, okazał się most nad rzeką. Zdumiałam się kiedy Kenshin przystanął na nim, opierając się o barierkę, jakby na coś czekał. Wokół nie było ludzi oprócz jakiegoś włóczęgi pod mostem. Aż podskoczyłam, kiedy usłyszałam głos Katsury-san dochodzący właśnie od niego.
- Spójrzcie na nas teraz. Frakcja Choushuu w Kioto została zniszczona. Jesteśmy ścigani jako wrogowie cesarza. W Hagi do głosu dochodzą konserwatyści... Był przewrót we władzach na prowincji. Przez jakiś czas będę w ukryciu.
Cała ta polityczna mowa Katsury-san była dla mnie niezrozumiała. Byłam pewna, że Kenshin wiedział o co chodzi, ale po co ja byłam potrzebna przy tej rozmowie?
- Nie mogę wrócić do Hagi – kontynuował Katsura-san. – Ale jeśli zostanę tutaj, zostanę złapany.
- Co mam zrobić? – spytał Kenshin. – Kohagiya nie jest już bezpieczną kryjówką.
- Zorganizowaliśmy schronienie w wiosce za miastem. Możecie się tam ukryć, dopóki nie postanowicie co zrobić. Skontaktuję się z wami przez Iuzukę.
- Minako-chan? – zwrócił się do mnie, co mnie trochę zaskoczyło, mimo, że przecież po coś zażyczył sobie mojej obecności.
- Hai?
- Jeśli nie masz dokąd pójść, czy mogłabyś tam zamieszkać z Himurą?
Jego pytanie zupełnie mnie zaskoczyło. Czy przed chwilą właśnie tego nie ustalił? Pyta się mnie o zdanie? Tak, jakby Kenshin pozwolił mi, żebym postąpiła inaczej!
- Młoda para wzbudzi mniej podejrzeń od samotnego chłopaka. Oczywiście byłoby to tylko na pokaz.
Zaniemówiłam. Zrobiło mi się gorąco na samą myśl, że miałabym być żoną Kenshina, nawet jeśli byłoby to udawane.
- Onegai, dbaj o niego – dodał na koniec Katsura-san i zaczął się oddalać, nie czekając na moją odpowiedź.
Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Przez szok przebijała mi się tylko jedna myśl. Czy Kenshin będzie chciał tylko udawać? Biorąc pod uwagę wszystko co wcześniej mówił i robił wynikałoby, że nie. Ale nagle wydało mi się to tylko myśleniem życzeniowym. Ta myśl oszołomiła mnie jeszcze bardziej. Czy ja chcę, żeby on chciał się ze mną ożenić naprawdę? Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić Kenshin się odezwał.
- Wydaje mi się niewłaściwe pozostawiać tobie podjęcie tej decyzji... – spojrzał na mnie nieśmiało. – Ale bądźmy razem. Nie wiem jak długo to potrwa, ale... zostańmy małżeństwem, tak naprawdę.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Nawet nie zdenerwowało mnie pierwsze zdanie. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe.
I nagle poczułam jak na twarz wypływa mi uśmiech. Wiedziałam, że to szaleństwo, ale musiałam to zrobić.
Rzuciłam mu się na szyję, obejmując najmocniej jak mogłam. W pierwszym momencie nie zareagował, na pewno nie mniej zaskoczony ode mnie, w końcu w tych czasach nie okazywano uczuć.
- Zróbmy to – powiedziałam wtulając głowę w jego szyję i wtedy też mnie objął. Stając tak przytuleni na środku mostu poczułam się bezpieczna. Poczułam, że wszystko się ułoży, że wszystko będzie dobrze...
Ślub wzięliśmy jeszcze tego samego dnia. Kiedy już przestaliśmy się ściskać, Kenshin zabrał mnie do świątyni shinto, tej samej, od której wszystko się zaczęło. Idąc tam byłam jednocześnie szczęśliwa i myślałam, że to szaleństwo. Nie miałam pojęcia czy dobrze robiłam. Gdybym była w moich czasach nigdy bym nie pomyślała o wyjściu za mąż w takim wieku, nawet gdybym była w ciąży albo coś. To przypomniało mi o domu. Ze zdumieniem pomyślałam sobie, że nawet gdybym miała możliwość powrotu do moich czasów, chyba bym tego nie zrobiła. Wolałabym zostać tutaj, z Kenshinem. Zrobiło mi się smutno na myśl o rodzinie, o tych wszystkich, których tam zostawiłam. Ale od razu dotarło do mnie, że Kenshin potrzebuje mnie bardziej. Nie ma rodziny, nikogo oprócz mnie. No właśnie, a co będzie jeśli w pewnym momencie przeniosę się z powrotem do moich czasów? Jeśli nie będę miała na to wpływu? Spojrzałam na Kenshina. Może to się nigdy nie zdarzyć, ale jeśli tak się stanie... wtedy będę się martwić – postanowiłam w przypływie optymizmu. A do tej pory mam zamiar cieszyć się tym co mam.
Mieliśmy wielkie szczęście, że świątynia nie spłonęła. Jej lokalizacja na szczycie wzgórza na obrzeżu miasta z pewnością miała w tym swój udział. Kiedy tam dotarliśmy trochę się zdziwiłam, okazało się bowiem, że do świątyni przybyło sporo osób szukających schronienia lub modląc się o koniec walk. Powinnam była to przewidzieć. Odnalezienie jakiegoś kapłana pomiędzy gośćmi świątyni zajęło nam trochę czasu. Kenshin przedstawił naszą sytuację. Powiedział, że w związku z obecnym stanem rzeczy w mieście i w całym kraju, kiedy nawet najbliższa przyszłość jest niepewna, chcielibyśmy pobrać się jak najszybciej. Kapłan nie wyglądał na zaskoczonego i przemknęło mi przez myśl, że ostatnio pewnie często słyszy takie prośby. Przyjrzał nam się uważnie i gdy stwierdził, że najwyraźniej naprawdę chcemy wziąć ślub, zgodził się go nam udzielić. Chwilę później klęczeliśmy naprzeciwko siebie w głównej salce świątyni, ja w moim znoszonym kimonie, tym samym które dostałam od Okami-san, Kenshin w połatanej hakamie... Nie tak wyobrażałam sobie swój ślub. Mimo wszystko nie żałowałam tego co robiłam.
Najpierw wypiliśmy trzy czarki sake. Zaczynając od najmniejszej, najpierw Kenshin, potem ja i tak na zmianę aż do ostatniej, największej. Następnie złożyliśmy przysięgę, ale podekscytowanie, połączone z sake spowodowało, że nawet nie wiedziałam co mówię. Zanim się obejrzałam staliśmy już przy torii u podnóża wzniesienia, na którym znajdowała się świątynia.
Postanowiliśmy, że do domku we wsi, w którym mieliśmy się schronić, przeniesiemy się od razu. Już o zmierzchu byliśmy na miejscu, razem z całym naszym skromnym dobytkiem. Chatka okazała się malutka, z jedną izdebką. Stała przy drodze, w pewnym oddaleniu od reszty domów w wiosce. Przed nią rozpościerało się małe poletko, akurat wystarczające dla dwóch osób.
Przez całą drogę, a nawet potem, gdy już ujrzałam miejsce przeznaczenia, nie byłam w stanie myśleć o niczym innym jak tylko: Jestem żoną Kenshina! Jestem żoną Kenshina! I tak w kółko. Byłam jak w transie, nic do mnie nie docierało.
Dopiero kiedy znaleźliśmy się w środku chatki uzmysłowiłam sobie, że... jestem żoną Kenshina! A to oznaczało... noc poślubną.
Kiedy to sobie uświadomiłam momentalnie poczułam podekscytowanie. Zrobiło mi się gorąco, ale jednocześnie poczułam też zdenerwowanie. W końcu miał to być mój pierwszy raz. I to po ślubie. Nie sądziłam, że będę z tym czekać do ślubu. To tak jakoś samo wyszło. Kiedy wcześniej działo się coś między mną i Kenshinem nie byłam taka zdenerwowana, ale z drugiej strony zawsze wychodziło to jakoś spontanicznie.
Było już dość późno, więc jak tylko weszliśmy, zostawiliśmy pakunki, których nie było znowu tak wiele i razem zabraliśmy się do rozkładania futonu. Ręce trochę mi się trzęsły. Zauważyłam też, że Kenshin miał zaróżowione policzki. Chyba myślał o tym samym, co ja. Jego zażenowanie podniosło mnie trochę na duchu. Rozłożywszy futon usiedliśmy na nim obok siebie. Zrobiło się niezręcznie. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Cisza zaczęła doprowadzać mnie do szaleństwa. Spojrzałam mu w twarz, ale nie mogłam widzieć jego wzroku, bo pochylał lekko głowę, przez co oczy zasłaniała mu grzywka. Po chwili musiał poczuć, że się w niego wpatruję, bo podniósł wzrok i napotkał moje spojrzenie. Choć wydawało mi się to niemożliwe, serce zaczęło mi walić jeszcze szybciej. Stwierdziłam, że nie wytrzymam dłużej, jeśli go nie dotknę. Wciąż patrząc mu w oczy sięgnęłam do niego jedną ręką i chwyciłam za pas podtrzymujący hakamę. Pociągnęłam go delikatnie, tak, żeby się rozwiązał. W tym momencie oczy Kenshina zrobiły się zupełnie złote i zanim się obejrzałam, jego usta znalazły się na moich, a chwilę potem leżeliśmy na futonie pozbywając się ubrania. Zupełnie zapomniałam o zdenerwowaniu, szczególnie, że wydawało mi się jakby jego usta i ręce były wszędzie. Kiedy znalazł się we mnie poczułam jak oczy zachodzą mi łzami, ale Kenshin szybko sprawił, że zapomniałam o bólu. Kochaliśmy się do późnej nocy.
Następnego dnia byłam cała obolała, ale szczęśliwa jak nigdy. Razem z Kenshinem zaczęliśmy doprowadzać naszą chatkę do bardziej znośnego stanu. Wyszorowaliśmy ją i wysprzątaliśmy. Po południu wybraliśmy się do wioski, żeby uzupełnić zapasy pożywienia, korzystając z naszych skromnych zasobów finansowych. Kenshin załatwił sobie również koszyk do noszenia na plecach. Miał on się nam przydać do uwiarygodnienia naszej przykrywki, jako, że Kenshin miał udawać handlarza lekami. Podejrzewałam też, że tylko dzięki tej przykrywce będziemy w stanie jakoś związać koniec z końcem, bo nie sądziłam, żeby Ishin-shishi miało możliwości, żeby nas ciągle finansować. W końcu mieli na głowie ważniejsze rzeczy.
Tak więc w następnych dniach zaczęliśmy chodzić do wioski, a czasami także nawet nieco dalej, żeby sprzedawać lekarstwa. Okazało się, że Kenshin jest w tym całkiem dobry. Ja ze swojej strony również starałam się pomagać, często więc rozmawiałam z napotkanymi ludźmi, usiłując zyskać ich sympatię. Szybko staliśmy się znani w wiosce. Nikt nie wydawał się wątpić w naszą tożsamość, odgrywanie naszej roli okazało się być całkiem łatwe. Dzięki zawartym znajomościom udało mi się zyskać inny sposób na zarobienie pieniędzy. Ponieważ oprócz handlowania z Kenshinem nie miałam nic innego do roboty, przez resztę dnia miałam czas. Z nadejściem wiosny mieliśmy zamiar obsadzić nasze poletko, ale na razie zajęłam się szyciem.
Życie w naszej chatce płynęło powoli i naprawdę spokojnie. Już po kilku dniach od naszego zamieszkania tam, w pobliżu zaczęła się kręcić gromadka dzieci z wioski. Jeśli nie miałam akurat nic innego do roboty, co zdarzało się raczej często, przyłączałam się do zabawy. Czasami tylko przyglądałam się jak się bawią z Kenshinem, szczególnie chłopcy, którzy na przykład udawali, że z nim walczą, używając do tego patyków znalezionych w okolicy. Lubiłam patrzyć jak bawi się z dziećmi. Wyglądał tak niewinnie między nimi, tak młodo. I coraz częściej się uśmiechał. Kiedy byliśmy sami, kiedy handlowaliśmy lekami, kiedy bawił się z dzieciakami z wioski, na jego twarzy pojawiał się uśmiech. Nie byłam pewna czy zdawał sobie z tego sprawę, ale cieszyłam się, że zyskał trochę spokoju i szczęścia.
Dodatkowo, gdy tak przyglądałam się bawiącemu się z dziećmi Kenshinowi, myślałam sobie, że też chciałabym mieć dziecko. Właściwie dziwiłam się, biorąc pod uwagę jak często się kochaliśmy, że jeszcze nie zaszłam w ciążę. Z drugiej strony czasy nie sprzyjały rodzeniu dziecka, a Kenshin mógł w każdej chwili zostać odwołany z naszej kryjówki, żeby wykonać jakieś zadanie, albo co gorsze musieć brać udział w jakiejś bitwie. Wiedziałam, że nawet będąc w ciąży nie powstrzymałabym go przed zrobieniem tego co uważał za słuszne.
Mijały miesiące, zrobiła się zima, a my coraz częściej rozmawialiśmy. Kenshin zaczął się otwierać.
- Ponad rok temu – zaczął któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy przytuleni, opatuleni kocem. – Ponieważ chciałem ochraniać szczęście ludzi w tym kraju, pokłóciłem się z moim mistrzem i odszedłem. Chciałem zakończyć konflikty i stworzyć nową erę. Dlatego dołączyłem do Choushu Ishin-shishi i zostałem hitokiri Battosaiem. Myślałem, że uda mi się z pomocą Hiten Mitsurugi Ryuu. Ale w rzeczywistości, to nie było takie proste.
- Wciąż zabijałem i zabijałem – mówił beznamiętnym głosem – nie przybliżając nowej ery nawet odrobinę. Byłem zwykłym mordercą.
Miałam ochotę go pocieszyć, zaprzeczyć, ale słuchałam tylko bojąc się głębiej odetchnąć. Chciałam usłyszeć wszystko, a bałam się, że jeśli mu przerwę, to nie będzie kontynuował.
- Wyzbyłem się wszelkich uczuć, ale gdzieś w mojej świadomości wciąż był obecny zapach krwi. Aż do chwili kiedy cię spotkałem. Swoimi pytaniami przebiłaś się przez otaczającą mnie mgłę. Przywróciłaś mi na wpół utracone człowieczeństwo. Już nie czuję zapachu krwi. Tylko ciebie pachnącą jaśminem. Po raz pierwszy zrozumiałem, że nieważne jak wielki jest Hiten Mitsurugi Ryuu, jak bardzo będę się starał poprawić swoje umiejętności, jeden człowiek nie może zmienić świata sam. I z pewnością nie może udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za szczęście wszystkich ludzi. Jedyne co jest w stanie zrobić, to chronić szczęście ludzi, których spotyka na swej drodze, jednego po drugim. Ale przedtem, moje dni jako hitokiri Battousai będą trwać. Pójdę naprzód, po trupach, aż do dnia, kiedy nowa era zostanie osiągnięta. Ale kiedy już nastanie... może to głupota z mojej strony, ale chciałbym wtedy chronić ludzi bez przelewania krwi, bez odbierania życia. Żeby odpokutować za odbieranie szczęścia innym...
Zrobiło mi się cieplej, kiedy to powiedział. Więc jednak chciał przestać, jednak jakoś na niego wpłynęłam.
- Minako? – Powiedział jeszcze. Spojrzałam mu w oczy z niemym zapytaniem.
- Przysięgam, że ochronię twoje szczęście.
- Wiem – stwierdziłam, mocniej się do niego przytulając.
5
