Rozdział 8. Zazdrość
No właśnie, nienawidził proszku Fiuu. Niewątpliwie już o tym wspominał. Ach, nieważne. Tym razem to Syriusz pomógł mu wstać. Chłopak mógłby przysiąc, że animag z ulgą przyjął możliwość zmiany zajęcia, nawet jeśli miałoby to być jedynie podniesienie chrześniaka z podłogi. Po chwili wszystko stało się jasne. Oprócz niego w pokoju znajdował się tylko skrzat domowy do tego wyglądający na co najmniej znużonego. W zasadzie nie tyle znużonego co poirytowanego. A każdy kto choć trochę zna się na skrzatach domowych może potwierdzić, że zdenerwowanie jednego z nich do takiego stopnia, że widać na jego twarzy poirytowanie jest naprawdę wielkim wyzwaniem. Animag ponownie opadł na sofę i zaczął bawić się swoimi kciukami kręcąc nimi kółka w powietrzu. Harry był pewny, że tym właśnie zajmował się podczas całej jego nieobecności co podkreślało jeszcze urażone spojrzenie, które rzucał mu mężczyzna. W opinii Syriusza jego postawa była całkowicie usprawiedliwiona. W końcu zostawiono go na dwie godziny w pustym, nudnym pokoju, podczas gdy jego przyjaciele prawdopodobnie znajdywali się w wielkim niebezpieczeństwie narażeni na zaatakowanie przez jakąś szaloną rodzinę. Co więcej, jego wrogowie świetnie się w tym czasie bawili, a przynajmniej mieli jakieś zajęcie. On zaś skazany był na towarzystwo irytującego skrzata domowego, którego dokładnie co dwie minuty pytał o godzinę. Zadałem mu więc to pytanie jakieś sześćdziesiąt razy i tyle też odpowiedzi dostałem, wykalkulował Syriusz. Całkiem nieźle.
- Syriuszu – krzyknął w końcu Harry tracąc cierpliwość. Zaczynał się już niepokoić. – Wiem, że zajęło nam to nieco więcej czasu niż przewidywaliśmy i przepraszam cię za to. Ale mógłbyś przestać mnie w końcu ignorować?
- Przepraszam, mówiłeś może coś? – zapytał zaskoczony Syriusz.
Remus zachichotał cicho.
- Dobrze się bawiłeś, Łapo?
- Lepiej uciekaj – warknął animag, a wilkołak natychmiast zastosował się do jego rady.
Nagle Syriusz stanął twarzą w twarz z pewnym krzywonosym Mistrzem Eliksirów, który wybrał właśnie ten moment, by wejść do gabinetu.
- Jestem całkowicie zdolny zrozumieć dlaczego chcesz uciec od tego towarzystwa, ale muszę cię poprosić, byś znalazł na to inny sposób – warknął Snape, gdy wilkołak upadł na ziemię, a na jego ciało natychmiast opadł Black.
- Severusie – z lekkim rozbawieniem powitał go zielonooki czarodziej. – Co takiego ważnego robiłeś, że skazałeś mojego ojca chrzestnego na samotne siedzenie w tym pokoju?
- Nie mogłem pozwolić, by jakiś były Gryfon zrujnował moje eliksiry – odpowiedział beznamiętnie mężczyzna.
- A właśnie, co do tego – wtrącił Harry. – Mógłbyś przyrządzić dodatkowe dwie porcje Wywaru Tojadowego na następną pełnię księżyca?
- Oczywiście. Przecież nie mam nic innego do roboty, a to jeden z najprostszych istniejących eliksirów. Nie ma żadnego problemu – odpowiedział sarkastycznie Mistrz Eliksirów.
- Proszę – zaczął błagać go chłopiec. – Będę twoim dłużnikiem. W nadchodzącym roku szkolnym dam ci dużo wymówek, byś mógł ukarać mój dom utratą punktów. Albo wyszoruję twoje kociołki. Albo… Proszę.
- Jest całkiem przekonywujący nie sądzisz, Severusie? – zza pleców wciąż kotłujących się na dywanie mężczyzn dobiegł głos Lucjusza Malfoya.
- Gdybym był na twoim miejscu – a, dzięki Bogu, nie jestem – zgodziłbym się. Znając Harry'ego i tak będzie męczył cię na tyle długo, że ostatecznie sam się poddasz – wtrącił animag z podłogi.
- Hej, wcale nie jestem taki zły! – zaprotestował chłopak wydymając wargi. – Syriuszu, próbowałem ci pomóc, okazałbyś choć trochę wdzięczności. Udawaj chociaż, że jesteś po mojej stronie.
Skruszony mężczyzna mruknął coś niewyraźnie pod nosem. Przy dużej ilości wyobraźni można by to uznać za przeprosiny.
- To co, przygotujesz te eliksiry? – ponownie zapytał Harry, rzucając Severusowi błagalne spojrzenie.
Snape burknął coś zrzędliwie, a chwilę po tym ręce pełne już miał uczepionego jego szyi czarnowłosego czarodzieja wykrzykującego mu do ucha podziękowania.
Nie wiedząc jak mógłby to skomentować Severus zmienił temat wyciągając z kieszeni szaty fiolkę z krystalicznie czystym płynem.
- Mam coś dla ciebie od pani Pomfrey.
- Mówiłem ci już, że jesteś moim ulubionym Mistrzem Eliksirów? – zapytał młodzieniec wesoło.
- Sam się tego domyśliłem – odpowiedział były Śmierciożerca i szpieg Jasnej Strony swoim zwyczajowym ślizgońskim głosem, choć w jego oczach można było dostrzec iskierki rozbawienia. – A teraz pij!
- Dlaczego wszystkie eliksiry smakują tak beznadziejnie? – zapytał po przełknięciu płynu, po czym natychmiast zmienił temat. – Chciałbym byście nauczyli mnie tańczyć!
- Co? - równocześnie zapytali Syriusz i Remus. Lucjusz ograniczył się do Mógłbyś proszę powtórzyć?, natomiast Severus postanowił wyrazić swoje emocje poprzez zdumiony wyraz twarzy.
- Przecież wszyscy potraficie tańczyć, prawda? Ja też chcę się tego nauczyć.
- Ale po co, na Salazara? – zapytał Malfoy.
- Za dwa tygodnie wychodzę za mąż, a z tego co wiem na ślubach zazwyczaj się tańczy – mówiąc to chłopak spuścił głowę, by po chwili obdarzyć ich promiennym uśmiechem. – Poza tym taniec to fajna zabawa.
- Dobrze więc, zaczynajmy – powiedział Syriusz oferując chrześniakowi ramię. – Możemy?
Młodzieniec uśmiechnął się do niego i wstał. W tym czasie Lucjusz włączył jakąś wolną, dostojną muzykę.
Dwie godziny i jeden zraniony palec później (na nieszczęście dla siebie Remus nie miał dość refleksu, by cofnąć nogę na czas) Harry tańczył właśnie w ramionach Lucjusza, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie, a do ich uszu dobiegł wesoły głos.
- Kochanie? Wróciłam. Było wspaniale, powinieneś… - Pani Malfoy zatrzymała się gwałtownie wchodząc do pokoju.
- Witam panią – powiedział radośnie Harry chcąc przerwać zapadłą ciszę. – Jak minęły pani wakacje?
- Jak. Śmiesz. Ty. Mała. Szmato. Won z mojego domu! – wybuchnęła nagle gospodyni, podczas gdy obiekt jej wściekłości drgnął i cofnął się.
- Kochanie – wtrącił Lucjusz rzucając trzęsącemu się chłopakowi zaniepokojone spojrzenie. – Sądzę, że zaszła mała pomyłka. My wcale…
- Nie kochaniuj mi tu teraz, Lucjuszu Malfoyu – pisnęła blond włosa czarownica. – Zdradzasz mnie z tą… tą szlamą. Jesteś obrzydliwy.
- Myli się pani – powiedział cicho piętnastolatek. – Po pierwsze, nie jestem szlamą. Nie, proszę mi nie przerywać. Po drugie, sądzi pani, że Lucjusz panią zdradza? Tak, mówię mu po imieniu. Nie sądzi pani, że jest on na tyle inteligentny, by nie robić takich rzeczy w gabinecie, do którego w każdej chwili może się ktoś dostać za pomocą proszka Fiuu? Być może sądzi pani, że jestem szmatą. Ale chyba nawet pani przyzna, że zapraszanie byłego profesora, ojca chrzestnego i Mistrza Eliksirów, którzy nie znoszą się nawzajem, by dołączyli do mojej i Lucjusza orgii jest co najmniej dziwne. Być może następnym razem postara się pani nieco rozważniej ocenić sytuację nim wyciągnie pani pochopne wnioski i zacznie obrażać ludzi. Lucjuszu, jeśli nie chcesz, bym przebywał teraz z wami pójdę do ogrodu. Miłego dnia, pani Malfoy.
Wychodząc z pokoju otarł się o gospodynię i prawie wpadł na jej potomka. Udało mu się jednak uniknąć kolizji. Rzucając w stronę młodzieńca Witaj Draco, mam nadzieję, że dobrze bawiłeś się w Hiszpanii, ruszył do ogrodu nie czekając nawet na odpowiedź.
- Brawo, Narcyzo. Teraz przebiłaś samą siebie – zadrwił z wściekłością Lucjusz. – Naprawdę sądzisz, że jestem na tyle zdesperowany, iż nie potrafię wytrzymać tygodnia bez seksu? Gdybym przespał się z tym chłopcem musiałbym być albo zboczeńcem, albo samobójcą.
- Samobójcą? – wtrącił Draco, unosząc lekko brew.
- Od niedawna ten chłopak jest narzeczonym Czarnego Pana – wyjaśnił chłodno Severus. – A żaden normalny człowiek nie ośmieliłby się dotknąć czegoś co należy do niego.
- To był Harry Potter – powiedział wolno młody Malfoy, jak gdyby tłumaczył coś małemu i upośledzonemu dziecku. – Czemu Czarny Pan chciałby wyjść za cholernego Chłopca-Który-Nie-Chciał-Umrzeć?
- Uważaj na swój język – równocześnie upomnieli go rodzice po czym ponownie skupili swoją uwagę na sobie.
- Cóż więc takiego robiłeś Lucjuszu? Najwyraźniej wymagało to nie tylko goszczenia chłopaka w naszym domu, ale jeszcze tulenia go w ramionach.
- Zaprosiłem go do dworu, by trzymać Harry'ego z dala od Dumbledore'a i tych niebezpiecznych mugoli. A tuliłem go w ramionach, gdyż stracił równowagę, gdy uczyłem go tańczyć – odpowiedział Śmierciożerca z zadowolonym z siebie uśmieszkiem.
- Och… - zaczęła Narcyza. – Chyba jestem ci winna przeprosiny…
- Jesteś winna przeprosiny swojemu mężowi? – zapytał Syriusz z niedowierzaniem. – Obraziłaś mojego chrześniaka, doprowadziłaś go do łez, a teraz myślisz, że jesteś winna przeprosiny Malfoyowi?
- Syriuszu – odpowiedziała blond włosa kobieta tonem kompletnie wypranym z emocji. – Cóż za niespodzianka, sądziłam, że nadal się ukrywasz…
- Nie waż się mi grozić, Narcyzo – warknął animag. – Znam tyle brudnych sekretów o tobie i twojej tak zwanej rodzinie, że nawet Dementorzy by sobie z tym nie poradzili.
- Przestańcie zachowywać się jak sześciolatki – wtrącił niecierpliwie Snape. – Black!
- Zgadzam się z Severusem – powiedział Remus. Widząc zranioną twarz animaga pospiesznie kontynuował. – Oczywiście z Syriuszem także się zgadzam. Ale być może wrzeszczenie na siebie to nie najlepszy sposób, by przekonać drugą osobę do swoich racji.
- Chodźmy więc znaleźć Harry'ego, byś mogła go przeprosić, Narcyzo – zasugerował Lucjusz.
Kobieta nie wyglądała na zachwyconą, ale powstrzymała się od głośnego wyrażenia swoich obiekcji. Rozkazujący ton w głosie jej męża był zbyt wyczuwalny.
W tym czasie Harry dotarł w końcu do ogrodu. Usiadł, podczas gdy wciąż płynące łzy moczyły mu policzki.
Podoba ci się to, prawda, szmato? Kochasz ból, odmieńcu. Błagaj mnie, dziwko, błagaj… - bełkotliwy głos wuja rozbrzmiał echem w jego głowie.
Nigdy nie błagał, nigdy nie płakał, nigdy nie pokazał jak bardzo cierpi i jak bardzo czuje się upokorzony. Promienie słońca powoli wysuszyły jego łzy. Trawa za jego plecami była miękka i pachniała latem. Zamknął oczy i skrzyżował dłonie za karkiem, a kruczoczarne włosy rozsypały się wokół jego głowy.
Chcesz tego, dziwko. Chcesz, bym wsadził penisa do twojego ciasnego tyłeczka, prawda, chłopcze? No powiedz…
- Nie, wujku, nigdy tego nie chciałem – wyszeptał, nadal z zamkniętymi oczami.
- Kimże jest twój wujek, kolego? – wysyczał jakiś głos w pobliżu, po czym coś prześlizgnęło się po jego brzuchu.
- Kimś, kogo już nigdy nie chcę widzieć na oczy – odpowiedział miękko, po czym zmierzył swoimi na wpół przymkniętymi szmaragdowymi oczami zielono-brązowego węża. – Mieszkasz w ogrodzie?
- Tak, odkąd się wylęgłam. Teraz sama mam już potomstwo – odpowiedział wąż. – Nazywam się Scira. A tobie jak na imię, Wężousty?
- Harry – przedstawił się. – Co u twoich dzieci?
- Są bezustannie głodne. – Zwierzę wydało z siebie rozbawiony syk. – Nie jest już tak łatwo zdobyć dla nich jedzenie. Dzisiaj znalazłam trzy myszy. Można by pomyśleć, że to całkiem niezły łup. Ale już z daleka wyczułam ich smród. Chyba były otrute. Moje potomstwo nie dostało dzisiaj żadnego dobrego pokarmu – poskarżyła się Scira, zwijając się na brzuchu chłopaka. – Teraz trochę sobie odpocznę. Nie masz nic przeciwko, prawda? Promienie słońca tak wspaniale mnie grzeją…
- Nie ma sprawy. – Harry uśmiechnął się, zamykając ponownie oczy. Wąż na jego ciele drzemał unosząc się lekko, zgodnie z rytmem jego oddechów.
Tak właśnie zastali go pozostali czarodzieje, gdy pospieszyli do parku po naradzie. Nie poświęcili ani krzty uwagi wspaniale utrzymanym trawnikom czy idealnie przystrzyżonym żywopłotom.
Cóż, Syriusz z pewnością był pełnym miłości, troski i inteligencji człowiekiem. Niestety, nigdy nie pozwalał sobie na chwilę luzu czy chłodnej analizy, gdy jego bliscy byli zagrożeni. Zawsze działał instynktownie i porywczo. A z pewnością wąż na brzuchu jego chrześniaka mógł zwiastować niebezpieczeństwo.
Na szczęście Remusowi nie brakowało wcześniej wspomnianych cech. Poza tym, jako wilkołak o niesamowicie wyostrzonych zmysłach szybko wyczuł, że ani Harry, ani zwierzę nie wydawało się szczególnie podenerwowane. Wstrzymał więc Syriusza, który był już w pełni gotowy do przeprowadzenia akcji ratunkowej na chłopaku. Sam zaś przemówił miękko do młodzieńca leżącego na trawie, tak, aby go nie przestraszyć:
- Harry? Zdajesz sobie sprawę, że leży na tobie wąż?
- Tak. Nazywa się Scira i właśnie ucina sobie drzemkę – odpowiedział czarnowłosy czarodziej wciąż nie otwierając oczu. – Do jakich doszliście wniosków, Lucjuszu?
Zanim gospodarz zabrał głos, wtrącił się Syriusz.
- Harry, posłuchaj. Zacznę odliczanie. Kiedy dojdę do trzech, od turlaj się na lewo, by nie trafiło cię zaklęcie. W porządku?
- Jezu, Syriuszu! To tylko wąż. Jestem wężousty, pamiętasz? Nic mi nie zrobi. – Chłopak postanowił w końcu otworzyć oczy. – Za bardzo się wszystkim przejmujesz.
- O co te hałasy? – wysyczała sennie Scira. – Chce mi się spać.
- Przepraszam, nie chciałem cię budzić – przeprosił Harry. – Przyszło paru moich znajomych, nieco się o mnie martwili.
- Nie ma sprawy, mój mały wężousty. – Zwierzę momentalnie mu wybaczyło. – Ostatecznie i tak powinnam iść już szukać jedzenia dla dzieci.
- Porozmawiam z Lucjuszem, by nie podtruwał już myszy – obiecał chłopak obserwując jak Scira znika w zaroślach.
- Dziękuję. Uważaj na siebie. Ty też powinieneś jeść więcej myszy.
Chichot Harry'ego ponownie przerwał Syriusz.
- Jesteś wężousty.
Szmaragdowe oczy chłopaka zwróciły się ze strachem w stronę jego ojca chrzestnego.
- Nienawidzisz mnie teraz? Proszę, nie…
Zszokowany animag uklęknął pospiesznie obok chrześniaka.
- Nie mógłbym cię znienawidzić, Harry – wyszeptał obejmując jego trzęsące się ramiona swoją ręką. – A już na pewno nie z takiego błahego powodu. Za bardzo się wszystkim przejmujesz.
Młodzieniec trącił go żartobliwie w ramię.
- Panie Potter – zaczęła gospodyni pod naglącym spojrzeniem swojego męża. – Widzę, że dokonałam pomyłki w ocenie całego zdarzenia, chciałabym więc przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie. Mam nadzieję, że akceptuje pan te przeprosiny.
- Ależ oczywiście, pani Malfoy – odpowiedział chłopiec. – Rozumiem, że musiało wyglądać to podejrzanie, ale proszę mi wierzyć, Lucjusz, Syriusz, Remus i Severus uczyli mnie tylko tańczyć. Mówiąc szczerze, niezbyt im się udało, chyba jestem beznadziejnym przypadkiem…
- Och, biedaku, twierdzisz, że ta czwórka próbowała cię czegokolwiek nauczyć? Nie dziwię się, że nie podziałało… W jaki sposób miałbyś nauczyć się tańczyć skoro żaden z nich tego nie potrafi? – zapytała retorycznie Narcyza. – Jeśli nadal nosisz się z tym pomysłem mogę ci pomóc. Chciałabym się tylko najpierw odświeżyć, nie zaszkodziłoby też zjeść obiad. Co o tym sądzisz?
- Wspaniale, pani Malfoy – odpowiedział zielonooki czarodziej.
- A więc ustalone – stwierdziła gospodyni i odwróciła się na pięcie, by wrócić do budynku. – Ach, Harry? Możesz mówić mi po imieniu.
Chłopak ponownie zamknął oczy i położył się na trawie.
- Jeśli wam to nie przeszkadza to posiedzę tu jeszcze trochę.
- W porządku, przyślę po ciebie skrzata domowego, gdy posiłek będzie gotowy – zaproponował Lucjusz.
- Miło z twojej strony – zgodził się młodzieniec. – Przy okazji, mógłbyś przestać podtruwać myszy? Scira się skarżyła.
- Hm, oczywiście – odpowiedział z wahaniem gospodarz, po czym także ruszył do domu.
- Nie musicie mnie pilnować – zakpił Harry nadal czując spoczywające na nim trzy pary oczu.
- No tak, jasne – rzekł Syriusz, otrząsając się lekko. – Pamiętaj, nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił. Chociaż nie, szczerze mówiąc o wiele lepiej wyjdziesz, jeśli jednak będziesz robił tylko te rzeczy, których ja bym nie zrobił.
Wesoły śmiech chrześniaka towarzyszył animagowi i Remusowi, gdy znikali za dwumetrowym żywopłotem.
Młody Malfoy nie wiedział co ze sobą zrobić. Ma odejść czy zostać? Gryfon nie odesłał go otwarcie. Cóż za zabawna myśl – jakby chłopak mógł odesłać go w jego własnym domu. A przecież i tak nie miał nic lepszego do roboty.
- Dlaczego się na mnie gapisz? Jestem aż tak fascynujący? – Głos Harry'ego wdarł się w jego myśli. Przez chwilę Draco zastanawiał się jakim cudem chłopak odgadł, że ten nadal się w niego wpatruje skoro nawet nie otworzył oczu.
- Prawdę mówiąc tak, jesteś. Chcesz wiedzieć dlaczego? – zapytał, po czym kontynuował, gdy jego towarzysz skinął powoli głową. – No cóż, jest kilka powodów. Jakiś cudem udało ci się przeżyć zaklęcie uśmiercające. – Harry gwałtownie szarpnął głową. – Pokonałeś Czarnego Pana, co samo w sobie jest już sporym wyczynem, a potem zaręczyłeś się z nim. I o ile dobrze się orientuję masz najlepsze oceny na naszym roku. Ale wiesz co jest w tobie najbardziej fascynujące?
- To, że udało mi się przekonać Severusa i Syriusza, by w swojej obecności zachowywali się po ludzku? – podjął próbę odgadnięcia chłopak.
- Nie, chociaż to też jest godne pochwały. Najbardziej fascynujące jest to, że jakimś cudem mój ojciec się o ciebie troszczy – odpowiedział blondyn siadając na trawie.
Między nimi zapadła długa cisza, którą w końcu przerwał czarnowłosy czarodziej.
- Przepraszam – wyszeptał tak cicho, że Draco musiał się skupić, by w ogóle cokolwiek usłyszeć. – Nie chciałem…
- Hej – wtrącił Ślizgon zastanawiając się niejasno, czemu jego uwaga tak podziałała na chłopaka. – To miał być komplement, nie chciałem cię zasmucać. Chodziło mi o to, że skoro mój ojciec cię lubi to najwidoczniej jesteś wart bliższego poznania.
- Och, przepraszam.
- Przestań mnie przepraszać! Nie zrobiłeś nic złego… No, pomijając twój wybór ciuchów. Rodzice zostawili ci fortunę, a ty chodzisz w szmatach, jakie to denerwujące – zadrwił blondyn wskazując kpiąco na zbyt duże spodnie Gryfona.
- W takim razie chyba powinniśmy jakoś temu zaradzić, nie sądzisz? – zażartował Harry podrywając się na nogi. – Chciałbyś towarzyszyć mi na zakupach, Draco?
- Od kiedy mówisz mi po imieniu? – zapytał blondyn ze starannie ukrywanym zmieszaniem.
- Odkąd przebywam w towarzystwie dwóch innych Malfoyów i przynajmniej pięćdziesięciu portretów także noszących to nazwisko – odpowiedział czarodziej stawiając nieoponującego kolegę na nogi. – A teraz chodźmy. Najpierw muszę poprosić o zgodę mojego ojca chrzestnego, ale nie powinien robić problemów. No chodź, coś taki wolny?
Draco podążył za nim niechętnie mrucząc pod nosem coś o nagłych zmianach nastroju. Ale w jakiś sposób był także uradowany. Chłopak naprawdę potrzebował nowych ubrań, dobrze było się dowiedzieć, że nie ma awersji do ich kupowania. Poza tym obserwowanie tryskającego radością i ekscytacją młodzieńca także sprawiało mu przyjemność. Wyglądał nawet lepiej niż gdy się złościł. Wtedy krew odpływała mu z twarzy i ust, dłonie zaciskał w pięści, palce świerzbiły, by wyciągnąć różdżkę lub przynajmniej uderzyć przeciwnika w twarz. Chociaż oczywiście doprowadzanie Chłopca-Który-Przeżył do utraty kontroli nad sobą było dość niebezpieczne…
Gdy blondyn wszedł do domu usłyszał hałas, który podejrzanie przypominał upadek dwóch kotłujących się osób i wazonu z kwiatami jedwabnymi jego matki. Nie był więc zbytnio zaskoczony, gdy za rogiem natknął się na dwa ciemnowłose ciała na podłodze. Jednym z nich był Syriusz Black, a drugim, na wpół ukrytym za plecami animaga, Harry Potter. Gdy Draco zorientował się, że reszta dorosłych obserwuje parę na dywanie z drugiego końca pokoju, poczuł się odrobinę zaskoczony.
- Syriuszu! – wydyszał zielonooki czarodziej ze wszystkich sił starając się odepchnąć od siebie ojca chrzestnego. – Jesteś ciężki, złaź!
- Przepraszam – wymamrotał mężczyzna jednym skokiem z powrotem powracając do pozycji stojącej i wyciągając rękę, by pomóc wstać chrześniakowi. – Nie chciałem cię przygnieść.
- Pocieszające – zakpił Harry nadal zły, choć na jego ustach błąkał się już lekki uśmiech. – A teraz proszę popraw kwiaty.
- Dlaczego pędziłeś jakby deptał ci po piętach szalony seryjny morderca? – zapytał mężczyzna naprawiając wazon.
- Ha, ha, zabawne. Ponieważ potrzebuję nowych ubrań – odpowiedział chłopak.
Lucjusz prychnął.
- To chyba oczywiste. Kto ci to w końcu uświadomił?
- Twój ukochany syn. Idziemy na zakupy prawda, Draco?
- Zakupy? Mogę pójść z wami? – odezwała się niespodziewanie Narcyza.
- Byłoby wspaniale. Na pewno przyda mi się jakaś kobieca porada – odpowiedział z uśmiechem młody czarodziej.
- A co z nami? Myślałem, że chcesz nauczyć się tańczyć – powiedział Syriusz wsadzając do wazonu ostatniego kwiatka.
- Nie sądzę bym teraz był w stanie zapamiętać jakieś kroki. Nie mówiąc już o ich wykonaniu – wyjaśnił Chłopiec-Który-Przeżył.
- A więc pójdę z wami! – oświadczył animag. W tym momencie jednak Harry wyszeptał mu coś niedosłyszalnego dla innych do ucha, po czym ukrył twarz w jego swetrze.
- Łapo, proszę. Nie chcę, by cię pojmali, zranili lub zabili. Nie zniósłbym tego ponownie… Błagam cię zostań, tutaj jesteś bezpieczny. Zrobię co tylko zechcesz tylko nie ruszaj się z miejsca. Wiem, że nienawidzisz być uwieziony, ale za tydzień będziesz już wolny…
- W porządku, przekonałeś mnie. Załatw mi tylko coś bym nie umarł tu z nudów – poprosił Syriusz całując delikatnie czubek głowy chrześniaka.
Harry zamyślił się na chwilę, po czym powiedział.
- Mógłbyś coś dla mnie zrobić? – Odczekał, aż jego ojciec pokiwa gorliwie głową, po czym kontynuował. – Mógłbyś udać się do Dursleyów i odebrać moje rzeczy?
- Sądziłem, że jeden z moich skrzatów domowych przyniósł tutaj twoje bagaże – wtrącił Lucjusz marszcząc lekko brwi.
- Chwiejka spakowała moje ubrania i rzeczy, które leżały na wierzchu, ale część przedmiotów schowałem pod łóżkiem – odpowiedział Harry nie patrząc mężczyźnie w oczy. – Najlepiej gdyby towarzyszył ci też Remus. I byłbym bardzo wdzięczny gdybyście obiecali mi, że nie rzucicie na nich zaklęcia.
- Jestem pewny, że to nie problem – zapewnił go Lupin. – Możemy coś jeszcze dla ciebie zrobić?
- Napisałem list do Dudleya, mojego kuzyna. Chciałbym, byście mu go wręczyli, ale tylko jeśli w pobliżu nie będzie jego rodziców. Pamiętajcie, to bardzo ważne – powiedział i podał Syriuszowi kopertę.
- Masz to jak w banku – oświadczył mężczyzna, uściskał lekko chrześniaka i oddalił się pospiesznie z radosnym uśmiechem.
- Baw się dobrze! – krzyknął za nim Harry. – I nie pozabijaj moich krewnych.
Wilkołak odwrócił się, by podążyć za przyjacielem, ale zatrzymał się w pół kroku zwracając się z powrotem do chłopaka.
- Może powinieneś napisać także listy do Rona i Hermiony, martwią się o ciebie i pytają czy wszystko w porządku…
- Zrobię to, ale nie teraz, dobrze? – obiecał. – Mógłbyś już iść za moim ojcem chrzestnym nim znów wplącze się w coś niewiarygodnie głupiego?
- Już idę, już idę – westchnął Remus i poszedł w ślady Syriusza.
- Nareszcie, zero Gryfonów – odetchnął głęboko Severus głosem nabrzmiałym triumfem.
- Hej, czuję się urażony. A ja to co? Cocker spaniel? – zaprotestował Harry. – Wciąż należę do Gryffindoru i nie zamierzam tego zmieniać.
- No cóż, szkoda. Niemniej nadzieja umiera ostatnia – odpowiedział złośliwie Mistrz Eliksirów. – A teraz jeśli pozwolisz wrócę do swojego całkowicie pozbawionego Gryfonów laboratorium i dokończę eliksiry dla człowieka, który należy do Gryffindoru i nie zamierza tego zmieniać.
Powiedziawszy to oddalił się pospiesznie. Jego czarne szaty powiewały za jego plecami.
- Pójdę po niego – zadeklarował Harry i ruszył w stronę drzwi. – Możemy ruszyć za godzinę, pasuje to wam?
- W porządku – odpowiedziała Narcyza. – Spotkamy się w przedsionku.
Czarnowłosy czarodziej kiwnął głową i opuścił pokój słysząc jeszcze jak Draco sekundę po jego wyjściu zaczyna zadawać pytania. W dworze panowała cisza niezakłócana nawet stukotem jego obcasów, chociaż stawiane przez niego kroki wzbudzały w korytarzach ciche echo. Parę portretów pozdrowiło go gestami, kilka nawet życzyło mu dobrego dnia, choć te należały do mniejszości. Przyspieszył kroku nie chcąc przebywać tak długo samemu. Lucjusz mógł sobie mówić co chciał, ale w jego odczuciu ten budynek był przerażający. Na szczęście jego nowa sypialnia ma być inna. Może to jakaś cecha Ślizgonów, pomyślał. Lubią otaczać się strasznymi, pozbawionymi życia rzeczami. Gdy dotarł do swojego byłego pokoju, przerwał rozmyślania i zapukał.
- Severusie, mogę wejść?
Z drugiej strony nie nadeszła żadna odpowiedź. Chłopak ostrożnie otworzył drzwi i zrobił parę kroków do środka pomieszczenia, po czym zatrzymał się wpatrując w plecy Mistrza Eliksirów, który najwyraźniej postanowił go ignorować.
- Co tym razem zrobiłem źle?
Ciemnowłosy mężczyzna odwrócił się słysząc przepełniony żalem głos.
- Nie zrobiłeś nic złego.
- Więc czemu jesteś zły?
- Wcale nie… - zaczął Snape, ale słysząc swój gniewny głos zdał sobie sprawę, że rzeczywiście jest zły. – Nie złoszczę się na ciebie tylko na siebie.
- Dlaczego?
- Ponieważ przez te kilka lat traktowałem cię naprawdę okropnie, a wcale na to nie zasłużyłeś – wyznał. – Masz pełne prawo, by mnie znienawidzić, ale nie, jesteś na to zbyt miły. Sądziłem, że dzięki mojemu zachowaniu będziesz mnie bardziej szanował, ale teraz widzę jak bardzo się myliłem. Może gdybym od początku traktował cię inaczej teraz troszczyłbyś się o mnie tak samo jak troszczysz się o Blacka. Na Salazara, jestem zazdrosny! Bo to dla tego animaga poświęciłbyś swoje życie i szczęście, bo to on jest dla ciebie najważniejszy.
- Poświęciłbym dla niego życie? Oczywiście, byłbym gotów zginąć w jego obronie, ale nie na tym polega różnica między tym co czuję do niego, a tym co czuję do ciebie. Oddałbym życie za praktycznie każdego człowieka, ale to dla Syriusza żyję – wyjaśnił zielonooki czarodziej.
Severus zamyślił się, po czym zapytał.
- Czujesz tak tylko w stosunku do niego?
- Tak, tylko dla niego żyję, ponieważ on żyje tylko dla mnie. Przetrwał dla mnie pobyt w Azkabanie, uciekał, pozwolił uwięzić się w swoim starym rodzinnym domu. Jestem mu to winien – powiedział miękko chłopiec.
- Mimo wszystko nadal mi przykro – westchnął Mistrz Eliksirów podając mu fiolkę z jakimś zielonym płynem. – To pomoże ci zwalczyć ból blizny. Na razie udało mi się zablokować go, gdy Czarny Pan jest w pobliżu i gdy ma w stosunku do ciebie pozytywne uczucia. Wciąż jednak czuć będziesz dyskomfort, gdy będzie on odczuwał złość lub nienawiść.
- Dzięki, Severusie. I wiesz, naprawdę się o ciebie troszczę. To coś więcej niż zwykły szacunek – powiedział Harry i przełknął eliksir.
- Uważaj, przez chwilę możesz się czuć nieco oszołomiony – ostrzegł go mężczyzna, po czym złapał za ramiona, gdy chłopiec zachwiał się na nogach. – Masz w sobie to coś co sprawia, że każdy cię lubi, prawda? – dodał w ponurym rozbawieniu. – A teraz idź już, kup sobie nowe ubrania i składniki do eliksirów. Będziesz ich potrzebował w nadchodzącym roku szkolnym.
Nie czekając na odpowiedź Snape wypchnął do delikatnie z pokoju i zamknął za nim drzwi. Oparł się o nie wzdychając. Na Salazara, ten chłopak potrafił każdego owinąć sobie wokół palca.
W tym samym czasie Malfoyowie przeprowadzali małą dyskusję, jeśli można to tak nazwać. Nie co dzień w ich domu przebywało trzech Gryfonów co więcej, jeszcze rzadziej gościli samego Chłopca-Który-Przeżył. Cała rodzina bynajmniej nie mogła służyć za wzór skromności, nie wstydzili się także swojego bogactwa, przeciwnie, starali się je jak najbardziej eksponować. Oczywiście sami nigdy by tego tak nie ujęli. Byli zbyt dumni, by przyznać, że chcą komuś zaimponować (i fakt faktem, że wcale nie musieli się bardzo o to starać). Nigdy też nie zniżyliby się do tak niskiego poziomu, by wykonać jakikolwiek ruch w kierunku zrobienia na kimś dobrego wrażenia. Teraz omawiali więc sposoby na przedstawienie się w świetle wspaniałych gospodarzy przy jednoczesnym zapewnieniu gościom wszelkich wygód. W tym momencie nie mogli jednak całkowicie dojść do porozumienia jak do tego doprowadzić. Oczywiście zgrywanie głupich buńczucznych ważniaków nie wchodziło w ogóle w grę. Ostatecznie byli przecież Ślizgonami, a co więcej, także Malfoyami. W końcu doszli do wniosku, że powinni skupić się bardziej na młodym czarodzieju skoro był jedynym zaproszonym gościem (oprócz Mistrza Eliksirów, ale jemu do szczęścia wystarczało tylko jego laboratorium). Pozostali dwaj ochroniarze Pottera będą wystarczająco zadowoleni jeśli sam chłopak będzie czuł się dobrze. Teraz potrzebowali tylko planu. Gdyby spytali Syriusza, Remusa, a być może nawet Severusa, prawdopodobnie dowiedzieliby się, że najbardziej zaimponują Harry'emu poprzez bycie szczęśliwą, kochającą się rodziną (którą oczywiście i tak byli, jedynie nie lubili okazywać tego publicznie). Pomysł ten jednak nie przyszedł do głowy żadnemu z nich, teraz dyskutowali więc nad innymi rozwiązaniami.
- Już oprowadziłem go po dworze, ale nie był zbyt zachwycony – powiedział Lucjusz odrzucając sugestię żony. – Powiedział, że dom wydaje się zbyt zimny i bezosobowy. Nie sądzę byśmy powinni iść dalej tym tropem.
- W ogrodzie wydawał się dosyć zadowolony – mruknęła Narcyza na co Draco pokiwał głową.
- Skrzaty domowe przygotowują mu teraz zachodnie skrzydło, gdzie zamieszka na jakiś czas – poinformował ich Lucjusz na co oboje poderwali gwałtownie głowy.
- Tamte pokoje nie były używane od ponad stu lat – powiedziała jego żona z wahaniem. – Naprawdę sądzisz, że powinniśmy go tam zakwaterować? Chyba pamiętasz dlaczego nikt tam nie mieszka?
- To był tylko niefortunny wypadek – zbył ją Lucjusz.
- Wujek Xawier musiał pozostać w świętym Mungu przez ponad rok, bo drzwi postanowiły otworzyć się gwałtownie, uderzyć go w twarz i zepchnąć ze schodów – warknął młody Malfoy patrząc na ojca z niedowierzaniem.
- Nie rób z tego wielkiego halo – upomniał go rodzic. – Ostatecznie i tak nikt w rodzinie go nie lubił, a musisz przyznać, że tylko on ponosi winę za ten wypadek!
Narcyza położyła mężowi dłoń na ramieniu, by go uspokoić.
- Kochanie, oczywiście, masz rację. Niemniej drzwi faktycznie go zaatakowały, a jestem pewna, że nasz młody Gryfon nie lubi tego typu wydarzeń. I chyba wciąż pamiętasz co zostało wyryte nad wejściem do skrzydła?
- „Wejdą tylko najczystsi". Tak Narcyzo, pamiętam. Ale sporo już o tym myślałem. Xawier miał jeden z najwspanialszych rodowodów, a i tak nie mógł wejść. Może to wcale nie odnosi się do krwi? – Lucjusz popatrzył na żonę pytająco.
Draco nie był przyzwyczajony do ignorowania jego osoby wobec czego ponownie się wtrącił.
- No dobrze, zobaczymy czy drzwi go wpuszczą. Ale nie mieliśmy przypadkiem rozmawiać o tym co zrobić, by czuł się tu mile widziany?
- Najpierw powinniście przestać obgadywać mnie za plecami. – Trójka Malfoyów obróciła się gwałtownie, gdy usłyszała chłodny głos młodzieńca. – Wystarczająco dużo osób już to robi, dziękuję bardzo.
- Harry – powitał go Lucjusz. – Przepraszam. Faktycznie o tobie rozmawialiśmy, ale tylko dlatego, że chcieliśmy jak najbardziej umilić ci te wakacje.
- Przeprosiłeś – stwierdził osłupiony chłopak robiąc ostrożny krok w ich stronę, jakby w każdej chwili mogli przemienić się w sklątki tylnowybuchowe.
- Sądziłem, że to właśnie powinno się mówić, gdy popełnimy coś złego – odparł blond włosy arystokrata z uśmieszkiem błąkającym się na ustach.
Harry wpatrywał się w niego w oszołomieniu.
- No tak – powiedział w końcu, gdy doszedł do siebie, co zajęło mu zadziwiająco długo czasu. – Możemy już ruszać? Jestem strasznie podekscytowany, nigdy jeszcze nie kupowałem sobie ubrań. Będzie wspaniale…
Rodzina wymieniła między sobą rozbawione i nieco zdumione spojrzenia, po czym Draco zaoferował chłopakowi swoje ramię, co w tym samym momencie uczynił jego ojciec względem swojej żony.
Dwóch Malfoyów poprowadziło swoich partnerów ku drzwiom wejściowym i dalej na dziedziniec, gdzie czekała już na nich czarna limuzyna.
