Rozdział 8
Hulk nie był z pewnością najprzyjemniejszym środkiem przemieszczania się, ale z pewnością było to lepsze, niż poruszanie się po mieście, za pomocą swojej pajęczyny, gdy miał zranione ramię. Peter przywarł do pleców Hulka, gdy przemieszczali się z dachu na dach, starając się nie myśleć zbyt intensywnie, o tym co się stało. Bruce był Hulkiem. Bruce był wielkim, wściekłym, zielonym potworem, który pomagał zwalczyć inwazję obcych. Peter zastanawiał się, czy powinien się tego w jakiś sposób domyśleć, ale szybko zdał sobie sprawę, że kto by mógł o tym pomyśleć? To było absolutnie szalone.
Hulk, znajdując miejsce, do którego poleciał Tony, w swojej zbroi Iron Mana, zatrzymał się płynnym ruchem na dachu hotelu, podszedł do krawędzi, aby uzyskać lepszy obraz sytuacji, w czasie gdy Peter położył dłoń na słuchawce.
— Pani Potts? Słyszysz mnie? Znaleźliśmy ich.
— Dobrze. Połączę cię z Tony'm.
Nastąpiła seria trzasków statycznych, które spowodowały, że Peter się skrzywił, a następnie w słuchawce rozbrzmiał szum silników.
— Pan Stark? — zapytał z wahaniem.
— To ty, Pajęczy chłopcze?
Hulk zaczął ponownie się poruszać i Peter musiał prędko chwycić jego ramię.
— Jestem tutaj z Bruce'em. Dał mi środek uspokajający, by zaaplikować go Steve'owi, ale muszę się dostać blisko niego. Nie sądzę, żeby środek miał duży zasięg.
Hulk skoczył na kolejny budynek i Peter w końcu mógł dostrzec Steve'a. Masa złożona z twardej, czarnej skóry i długich kończyn, spinająca się po ścianie banku, ku przerażeniu widzów znajdujących się na dole. Tony kierował się w jego stronę.
— Postaram się go sprowadzić do ciebie — powiedział Tony. — Ale należy być ostrożnym z tym. Środek ten mógłby powalić dinozaura.
— Dobra... aa!
Peter musiał owinąć ramiona wokół ogromnej szyi Hulka, gdy koleiny ogromny skok, zagroził mu upadkiem. W ciągu kilku chwil, Hulk znalazł się blisko banku, a kiedy dotarli na jego dach, Peter zsunął się z jego pleców. Dotknął rękawa, aby upewnić się, że wciąż ma środek uspokajający, a następnie stanął naprzeciw jego nieprawdopodobnego celu.
Steve stał się większy od czasu, gdy opuścił wieżę. Plecy miał zgarbione i jego kości sterczały pod dziwnymi kątami. Ale było coś jeszcze przerażająco ludzkiego, w jego umęczonej groteskowej twarzy. Błyszczące, czarne oczy, obracały się w oczodołach, gdy patrzył na Hulka, to na Tony'ego.
— Trzymajcie się z dala! — wrzasnął Steve.
— Rogers? — Tony uniósł ręce i powoli podszedł do niego. — Wciąż tam jesteś?
Steve cofnął się, drżąc i zgrzytając zębami. Maleńkie włosy pokrywające jego ciało stanęły na baczność.
— Trzymajcie się z dala — powtórzył, ale jego głos był nijaki, tak jak papugi, która powtarzała nauczone słowa, ale bez prawdziwego znaczenia, ukrytego w mówieniu ich.
— Kapitanie Rogers — spróbował Peter. — Wszystko jest w porządku. Nie mamy zamiaru cię zranić. — Opadając na ziemię, zbliżył się do niego na czworaka. — Jesteśmy tutaj, aby ci pomóc.
Steve syknął na niego, a kiedy Peter podszedł zbyt blisko, zaatakował gwałtownie. Peter odskoczył, a Hulk stanął na drodze Steve'a. Dwóch gigantów zwarło się razem. Powierzchnia dachu zaczęła pękać, gdy zmagali się i wymieniali ciosy swoimi ogromnymi pięściami. Hulk był cięższy, ale Steve był szybszy, a jego szponiaste kończyny zostawiały długie zadrapania na ramionach i plecach Hulka, gdy się zmagali.
Peter wyciągnął fiolkę z rękawa. Walcząca para rozstała się. Obserwował ich uważnie, czekając, aż Steve się odsłoni. Napiął mięśnie szykując się, by skończyć między nich, gdy głos Tony'ego rozbrzmiał w jego uchu.
— Nie. Nie chcesz się znaleźć w środku tego.
— Ale mogą się nawzajem zabić! — Peter odskoczył do tyłu, gdy Hulk zarzucił cios, tylko po to, by chwilę później przyjąć wściekłe uderzenie Steve'a, w pierś. — Musimy ich powstrzymać.
— Po prostu czekaj — przekonywał go Tony. — Żaden z nich nie umrze tak łatwo, ale ty tak, jeśli otrzymasz jeden z tych ciosów.
Hulk złapał Steve'a wokół tułowia i podniósł go, zrzucając z budynku. Przeklinając, Peter ruszył za nim. Alarmy samochodowe piszczały, ludzie krzyczeli, gdy Steve rozbił się na środku ulicy tworząc krater. Peter sądząc, że to jego jedyna szansa, rzucił się do przodu. Steve próbował wstać. Spider-Man wykorzystując jego zdezorientowanie, skoczył mu na klatkę piersiową, odpychając na bok jego rękę.
Steve spojrzał na niego, a jego zdeformowana twarz wykrzywiła się w przerażeniu, którego nie spodziewał się Peter. Rogers był przerażony. Jego skurcze mięśni były w rzeczywistości drżeniem, a jego oddech był płytki z powodu paniki.
— Kapitanie. — Wyglądał na tak przerażonego, że Peter czuł się winny grożąc mu, nawet jeśli był to tylko środek uspokajający. — Wszystko jest w porządku — powiedział. — Nic ci nie będzie.
— Trzymaj się ode mnie z daleka — wysyczał Steve.
Uderzył Petera w plecy i wysyłając na drugi pas jezdni. Peter wylądował płasko na brzuchu, a fiolka wyślizgnęła mu się z ręki, powodując, że klatka piersiowa zacisnęła mu się z niepokoju. Rzucił się za nią, a gdy i tak mu umknęła, użył lassa z pajęczyny do schwycenia jej. Kiedy ją zatrzymał, poczuł taką ogromną ulgę, z powodu uratowania ich karty atutowej, że nawet nie zauważył zbliżających się świateł reflektorów samochodu, aż ten nie był tuż przed nim.
Para zielonych, ogromnych nóg stanęła między nimi. Peter pochylił głowę i skulił się, gdy samochód zderzył się z Hulkiem, miażdżąc przy tym swoją karoserię, z głośnym piskiem, ale wydawało się, że to uderzenie nie wpłynęło w ogóle na Hulka. Z parsknięciem podrażnienia odepchnął samochód na kilka metrów w tył, a potem spojrzał na dół.
Peter spojrzał za niego i zobaczył kierowcę walczącego z poduszką powietrzną, ale przynajmniej wyglądało na to, że nic mu się nie stało.
— Dzięki — powiedział Peter. Hulk tylko chrząknął.
Peter stanął. Steve wciąż był na środku ulicy, drapiąc i szarpiąc się z Tony'm. Strzał z repulsorów Starka powalił go na ziemię. Kiedy próbował uciekać, Hulk złapał go od tyłu i udało mu się uruchomić jeden z jego ramion. Tony dołączył do niego, chwytając drugą rękę Steve'a w obie dłonie.
— Dzieciaku, chodź tutaj! — krzyknął.
Steve zawył i zanim Peter zdołał się do niego zbliżyć, całe jego ciało zadrżało, a potem zaczęło się łamać. Jego nogi owinęły się wokół Tony'ego. Kolana mu pękły, nogi zaczęły dzielić się na dwa wzdłuż ud. Druga para nóg pojawiła się równolegle z pierwszymi, a później skręciły w górę w kierunku maski Starka.
— Jezusie!
Tony puścił ramię Steve, próbując usunąć jego pazury z twarzy. Można było usłyszeć zgrzyt metalu. W desperacji Tony wystrzelił z repulsorów, odsuwając się od Rogersa. Następnie Hulk obrócił się, zmiatając Steve'a z drogi.
Steve wylądował na czterech nogach. Syknął i skulił się, gdy jego ramiona rozdzieliły się, aż posiadał osiem przerażająco karykaturalnych odnóży. Wciąż jednak posiadał skrzywioną z przerażenia twarz.
— Odejdzie! — wrzasnął, odwracając się, by znów uciec.
Kierowcy aut trąbili i usuwali mu się z drogi.
Tony starał się poprawić swój wybaczony kask.
— To jest cholernie silny jad — powiedział lecąc za Rogersem. Hulk był tuż za nim.
— Panie Stark...
Peter usunął pajęczynę z fiolki i schował ją z powrotem pod swoim rękawem. Zanim pozostała trójka mogła się oddalić za bardzo, strzelił pajęczynę w stronę żeber Hulka i używając ich, wrócił na swoje miejsce na plecach Hulka. Ramię zapulsowało mu z bólu z powodu tak szorstkiego lądowania, ale udało mu się utrzymać w miejscu, aż poczuł się stabilnie na dużym, silnym ciele, pod nim.
Przed nimi Steve skoczył, chwytając swoimi ośmioma odnóżami betonowy filar mostu Williamsburga. Pojazdy poruszające się po nim, skręcały i hamowały, w celu uniknięcia Steve'a, skaczącego na kolejne spierające słupy. Wyglądał teraz bardziej niż wcześniej, jak pająk, kiedy poruszał się po metalowej konstrukcji. Wystarczył jeden potężny skok, by Hulk dotarł do mostu, ale będąc większy niż Steve i z Peterem na plecach miał więcej trudności, aby poruszać się w ten sam sposób, jak Rogers. Chrząkając z frustracji, skoczył zamiast tego na znajdujący się powyżej chodnik dla pieszych.
Peter spojrzał za siebie i zobaczył migające światła. Były one jeszcze daleko, ale nie minie wiele czasu zanim policja się zorganizuje. Widział już helikopter zmierzający w ich kierunku.
— Kiedy dotrzemy do końca mostu, to po stronie Brooklynu, będzie się roiło od policjantów — powiedział. — Musimy go do tego czasu powstrzymać albo go zastrzelą.
— Raczej trzeba się martwić o policjantów — stwierdził Tony, lecąc wzdłuż mostu. — Ale rozumiem twój tok rozumowania.
Peter potrząsnął głową.
— On nie chce nikogo skrzywdzić. Jest przestraszony. Wraca do domu. Do Brooklynu.
— Tak czy inaczej musimy to szybko zakończyć.
Znajdowali się teraz nad wodą. Peter pochylił się nad uchem Hulka.
— Wszystko dobrze?
Nie miał pojęcia, co wiąże ze sobą bycie z Hulkiem lub może powinien martwić się jedynie o Bruce'a. Gdy Hulk wzruszył tylko ramionami i zaczął biec szybciej, Peter przestał się odzywać.
— Wydaje się, że przed nami jest wolne miejsce — powiedział Tony. — Lecę tam.
Tony skręcił, a kiedy zbliżył się do Steve'a chwycił go wokół tali i pociągnął go na ulicę. Peter skrzywił się, widząc uszkodzenia jakie spowodowali na jezdni. Minie jeszcze trochę czasu zanim przyzwyczai się do walk super bohaterów. Kiedy Hulk skoczył, by do nich dołączyć, Peter wystrzelił pajęczynę w stronę belki wpierającej i usunął się z pola walki. Jego zraniony bok był ogniskiem bólu, ale zignorował to. Będąc przyczepiony do ściany czekał na odpowiednią chwilę, obserwując jak Hulk rzuca się na plecy Steve'a. Zmagali się niczym potwory z filmów klasy B, wyjąc i rzucając się na siebie. A gdy wydawało się, że Steve uzyskuje przewagę, dzięki swoim dodatkowym kończynom, Tony interweniował strzelając z swoich repulsorów lub dokonując ataku z nieba. Wyglądało to niemal jak walka z obcymi, która odbyła się zaledwie kilka tygodni temu. Po obu stronach mostu, ludzie wychodzili z samochodów, by oglądać walkę z odległości, którą uznawali za bezpieczną.
— To jest szalone — mruknął pod nosem, Peter.
Pieść Hulka zderzyła się ze szczęką Steve, posyłając go na ziemię. Rogers czołgając się po betonie, starał się odsunąć jak najdalej od swoich prześladowców. Widząc go tak spanikowanego, Peter upewnił się co do swojego przekonania, że Steve nie próbował nikogo zranić. Starał się uciec. Część niego wiedziała, co się z nim dzieje. Peter skulił się w poczuciu winy, stając się bardziej zdeterminowany niż wcześniej, by położyć temu kres. Skoczył w dół zanim Hulk mógł dostać się tak blisko Steve'a, aby móc wznowić ich szaleńczy sparing, i wyciągnął fiolkę z rękawa rzucając ją w kierunku ziemi blisko twarzy Rogersa.
Druga para ramion Steve odwróciła się i chwyciła fiolkę zanim ta się rozbiła. Peter jeszcze przetwarzał, co się stało, gdy Steve obrócił się na plecy i rzucił środek uspokajający bezpośrednio w twarz Tony'ego.
Fiolka się rozbiła. Płyn w środku natychmiast przekształcił się w chmurę żółtego gazu. Tony odleciał do tyłu starając się go uniknąć, ale pęknięcia w hełmie spowodowały, że gaz dostał się bezpośrednio do niego. Jego pięty uderzyły w krawędź mostu, gdy spadł z niego niczym kamień.
— Cholera...
Peter pochwycił Tony'ego w swoją sieć. Musiał zrobić unik, gdy znalazł się między Steve'm i Hulkiem, w czasie gdy był przyciągnięty do krawędzi mostu. Myśl o ponownym wybiciu ramienia z barku, otrzeźwiła go na tyle, że zdołał naprężyć pajęczynę. W ostatniej chwili obiegł dookoła belkę wspierającą, okręcając wokół niej sieć. Nawet gdy wydawało się, że wszystko jest już dobrze, okrążył belkę jeszcze dwa razy, tak dla pewności.
— Panie Stark! — Peter wystrzelił pajęczynę, by służyła dla niego jako lina i zeskoczył. — Panie Stark! Czy mnie słyszysz? Cholera, proszę nie być w śpiączce.
Pomachał dłonią przed hełmem Tony'ego. Łuk wciąż świecił jasno i słyszał pracę małych silników wewnątrz, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Peter potrząsnął głową z niedowierzaniem.
— Czy ta noc może być jeszcze gorsza?
— Peter? — zapytała Pepper, przez komunikator. — Co się dzieje?
— Pan Stark, otrzymał prosto w twarz cały środek uspokajający — odpowiedział Peter.
— O mój Boże. Czy nic mu nie jest? Poza tym, że jest nieprzytomny.
Peter szarpnął pajęczynę przytrzymującą mężczyznę.
— Jest teraz bezpieczny. Co powinienem zrobić? Bruce mówił...
— Istnieje środek neutralizujący — powiedziała Pepper. — Tony pokazał mi, jak go podawać. — Słyszał jak przemieszcza się w pośpiechu. — Idę do was, ale zajmie mi to trochę czasu. Proszę, upewnij się, że nie znajdzie się w niebezpieczeństwie.
— Nic mu nie jest i nigdzie się nie wybiera. — Peter zaczął się spinać z powrotem na most. — Po prostu nie mam pojęcia, co teraz mam zrobić.
Hulk i Steve w tym czasie odsunęli się od wcześniejszego miejsca o kilkanaście metrów, zmuszając wiele przypadkowych osób, do opuszczenia swoich samochodów, gdy stawały one na drodze ich walki. Jednakże nie spowolniało to ich nawet odrobinę. Peter jęknął, wskakując z powrotem na konstrukcję wspierającą i biegnąc za nimi. Każde wymienione uderzenie między nimi sprawiało, że Peter krzywił się ze współczucia, ale to moment gdy Hulk chwycił dużą przemysłową metalową skrzynię, znajdującą się z tyłu jednej z ciężarówek i uderzył nią w plecy Steve'a, spowodowało, że przyśpieszył. I to wtedy, gdy Hulk uznał, że skrzynia to było za mało i zaczął podnosić ciężarówkę.
— Zaraz! Moment! — Peter strzelił pajęczyną w zderzak ciężarówki mocując ją do mostu, tak że gdy Hulk próbował nią rzucić, w jego rękach została tylko jej część. Ciężarówka upadła ciężko na beton. — Bruce! — krzyknął Peter, skacząc na pobliski sedan. — Nie daj się ponieść emocją!
Hulk skrzywił się patrząc na niego, a potem odwrócił się. Steve ponownie starał się uciec. Hulk złapał jego dwie nogi i rzucił go na chodnik. Rogers się bronił, ale w końcu można było zobaczyć, że toczona walka również go zmęczyła. Zaatakował, drapiąc pierś oraz ramiona Hulka, tocząc krew z warg, gdy warczał. Tworząc rozmytą palmę czerni i zieleni, tarzali się od jednej krawędzi wykrzywionej balustrady i z powrotem.
Peter patrzył na to z bezradnością.
— To jest jak niczym szalona Godzilla — mruknął i nagle go olśniło. Podciągnął rękaw i zaczął szukać w nabojach z siecią aż, odnalazł ten, który był oznaczony czarnym X. — Wszystko albo nic — powiedział, umieszczając go w lewym sieciowodzie.
Steve miał dwie nogi owinięte wokół elementów nośnych i kiedy Hulk ruszył na niego ponownie, chwycił zielone pięści wszystkimi swoimi pozostałymi kończynami. Przy gwałtownym skręcie swojego ciała rzucił Hulka z nóg. Jego twarz drgała, gdy pochylił się do przodu, dźgając swoimi szponiastymi przydatkami twarz i pierś Hulka. Hulk walczył, ale te odnóża były wszędzie. Szarpiąc go za włosy odsłaniając gardło. Z nieludzkim grymasem, Steve nachylił się nad nim, z obnażonymi kłami.
Peter skoczył na niego. Strzelił specjalną siecią w bok twarzy Steve'a i pociągnął, odchylając go od wymierzonego celu. Głośne kłapnięcie jego szczęk zaskoczyło Petera, ale i tak ponownie wystrzelił sieć, tym razem na szpony Steve'a. Mieszanka była tak samo gęsta i lepka jak wtedy, gdy pierwszy raz ją wypróbowali z Bruce'em. Szybko zadziałała, sklejając oba ramiona Steve'a. Rogers wrzasnął i zamachnął się, chcąc go zrzucić, ale Peter odskoczył w tył, a później znów skoczył do przodu, owijając lepką sieć wokół nadgarstków i kostek Steve'a.
— Mam go — powiedział Peter umieszczając kolejną partię pajęczyny na nogach Steve'a, aby mieć pewność, że nie spróbuje ponownie uciec. — Mam go...
Hulk wstał i ruszył na nich. Peter ledwo zdążył zejść mu z drogi, nie mówiąc już o powstrzymaniu go. Mógł jedynie patrzeć, jak Hulk zderza się z unieruchomionym Steve'em i oboje spadają z mostu. Peter podbiegł do krawędzi, ale zanim do niej dotarł, mógł usłyszeć plusk wody.
Woda poniżej była lekko zburzona. Peter pochylił się bardziej szukając jakiekolwiek śladu po zaginionej parze. Dopiero kiedy zaczął odczuwać zawroty głowy zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Wciąż mógł poczuć krew we wnętrzu maski i to spowodowało u niego setki przerażających myśli, że zabił Tony'ego Starka. Zatrzymał jego serce wojskowym gazem obezwładniającym. Unieruchomił Steve'a i Bruce'a za pomocą pajęczyny, która nie mogła być zniszczona ani rozpuszczona, przez co się utopili. Jego egoizm i nieostrożność zabiło połowę zespołu niezwyciężonych super bohaterów. Zadrżał, starając się powstrzymać łzy.
— Do cholery, Bruce — wyszeptał. — Powiedziałem, że mam go.
Przez te kilka chwil, które ciągnęły się niczym godziny, nic się nie poruszyło. Następnie, tafla wody została rozbita przez dużą, zieloną rękę. Peter niemal nieświadomie wyciągnął dłoń, wystrzeliwując zwykłą pajęczynę. Trafiła ona w dłoń Hulka, który obrócił nadgarstek tak, by mieć na niej dobry chwyt i móc wyciągnąć głowę nad wodą. Sapnął i potrząsnął głową, usuwając mokre włosy z twarzy. Wreszcie podciągnął nad wodę ciało Steve'a. Był mały i umięśniony tak jak przed tym wszystkim. Jego oczy były zamknięte.
Peter zapewnił mu wstęgę pajęczyny prowadzącą do mostu, a następnie wystrzelił kolejną, przyczepiając ją do tej, która była owinięta wokół teraz ludzkiego ciała Steve'a. Korzystając z belki jako dźwigni zaczął wciągać Kapitana, gdy Hulk wspinał się samodzielnie. Ból w ramieniu Petera został zapomniany, gdy skupiał całą swoją uwagę, na każdym podciągnięciu liny. Wreszcie Steve był w górze. Woda sprawiła, że specjalna pajęczyna nie była aż tak lepka, więc Peter był wstanie odciągnąć Rogersa z dala od krawędzi mostu bez przyklejenia się do niej. Delikatnie zabrał Steve'a na bok.
— Kapitanie? — Peter zdjął jedną z swoich rękawiczek. Zbliżył dłoń do nosa i ust mężczyzny. Odczuwalny słaby oddech niemal doprowadził go do łez. — Pani Pepper... Ech, pani Potts. To Steve... wrócił do normalności. Jest nieprzytomny, ale nic mu nie jest.
— Dzięki Bogu. A co z Bruce'em?
Peter uniósł wzrok. Hulk wpiął się już na most i rozglądał się dookoła z oszołomionym wyrazem twarzy, ale na szczęście nie był już wściekły.
— Też jest w porządku — powiedział Peter. — Jest w porządku. Myślę, że jest to już koniec. — Peter zachwiał się, opadając do tyłu, ale zatrzymała go szeroka dłoń Hulka na plecach. Spojrzał w górę, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Był tak cholernie zmęczony. — To już koniec, prawda?
Hulk uśmiechnął się do niego. To było dziwne widzieć ten najcieplejszy uśmiech Bruce'a na tak dużej twarzy, ale Peter rozpoznałby go wszędzie. Pomimo dużych problemów, dokonali tego. Przez chwilę, zapomniawszy, że to on jest przyczyną całej sytuacji, Peter promieniał z dumy, z tego, jak sobie poradzili. To było zupełnie inne uczucie niż te, które odczuwał przy swoim pierwszym, wielkim zwycięstwie na dachu Oscorp, gdy kulił się koła ciała kapitana Stacey. Pracowali razem jako zespół i wygrali. Ludzie oglądający ich z dwóch stron mostu widzieli, jak Spider-Man współpracuje z jednym z bohaterów, którzy uratowali świat.
Ta chwila nie trwała długo. Hulk nagle podniósł głowę i zaczął się wpatrywać w punkt nad wodą. Warczał.
— Co? — Peter korzystając z ramienia Hulka, by stanąć stabilnie. Spojrzał za siebie. Odrzutowiec zbliżał się do zatoki. Był ciemny i lśniący, bez żadnych widocznych oznaczeń. Skulił się. — Um. To wygląda... zdecydowanie niedobrze.
— Co? — zapytała szybko Pepper. — Czy dzieje się coś złego?
— To odrzutowiec. — Peter wskoczył na poręcz, by lepiej go wiedzieć. — Jest wielki i zmierza w tę stronę.
Hulk wstał.
— Uciekać — powiedział.
To jak brzmiał Hulk zaskoczyło Petera. Odwrócił się do niego.
— Co to jest?
— Uciekać — powiedział ponownie Hulk. Skierował Petera do krawędzi mostu i wskazał na konstrukcję belek z którego był stworzony. — Uciekać tędy.
Peter spojrzał za niego, nieskłonny do kłótni.
— W porządku.
Skinął głową i chociaż miał ochotę wrócić do domu na plecach Hulka, ale tym razem przejażdżka byłaby spokojniejsza, to włożył rękawiczkę i schował się, tak jak mu kazano. Gdy był kilkanaście metrów dalej i ukryty przez samą konstrukcję mostu, odwrócił się, by spojrzeć, co się dzieje.
Odrzutowiec zatrzymał się i teraz wisiał nad ich głowami. Peter patrzył przejęty i trochę przestraszony, jak otwiera się jego klapa i pojawia się kilku żołnierzy gotowych do walki. Chciał wrócić, ale kiedy opuścił wzrok zobaczył, że Hulk nie chce z nimi walczyć, ale również zaczyna się kurczyć. Z każdą sekundą stawał się coraz mniejszy, a zielony kolor zaczynał blaknąć, aż stał się na powrót Bruce'em, który stracił przytomność tuż przed tym jak mężczyźni i kobiety zaczęli się opuszczać do niego na linach.
— Mam nadzieję, że należą do dobrych gości — powiedział Peter.
— Peter? — Pepper wciąż była na linii. — Peter, nie musisz się martwić. Rozmawiałam z T.A.R.C.Z.Ą. Już tam są i zajmą się resztą. Jesteś tam?
Kolejna postać zaczęła zjeżdżać po linie. Kobieta z niesamowicie ognistymi włosami w mniej bojowym stroju niż wcześniejsze osoby. Peter pochylił się, by lepiej się jej przyjrzeć i szybko wyprostował się, gdy wydawało mu się, że spojrzała ona w jego stronę. Ostrzeżenie Hulka brzmiało mu w uszach. Wycofał się na bardziej oddaloną część mostu.
— Jestem tutaj — powiedział. — Nic mi nie jest. Zostawię im resztę.
Wysunął słuchawkę spod maski i wyłączył ją. Pomimo tego, że niebezpiecznie było zostać na miejscu to czekał, aż Steve i Bruce zostali zabrani na odrzutowiec, który później odleciał.
