Czekało opowiadanie, czekało i więdło, a ja nie miałam czasu się nim zająć. No cóż, sesja najgorszym wrogiem twórczości. Jednak teraz już prawie wszystko zaliczyłam, a historia znów została wyjęta z półki i położona na honorowym miejscu na biurku. Bardzo mnie łechcą wszystkie miłe komentarze. Proszę, oto dla was kolejna część
Kath siedziała w Wisielcu i popijała piąte piwo. Izabela przyglądała jej się nieprzytomnym wzrokiem. Na ustach igrał jej lekki uśmieszek.
-Chcę usłyszeć raz jeszcze co zrobiłaś.
Powtarzała już to po raz trzeci, powoli zaczynała wątpić, że postąpiła słusznie.
-Zamknęłam ich, schowałam klucz i nałożyłam zaklęcia na drzwi i okna, gdyby mieli jakieś głupie pomysły. – rudowłosa wzruszyła ramionami jakby nie miało to żadnego znaczenia. Dopiła piwo i poprosiła barmana o kolejne.
-Nasz ponury elf Cię zabije. Zdajesz sobie z tego sprawę? – Izabela oparła twarz na dłoniach i przyjrzała się wnikliwie maginii.
-Myślisz, że jest na tyle odważny? Polemizowałabym. Poza tym przecież nie zrobiłam nic złego. Od początku patrzą na siebie jak obrażone dzieci, a gdy znajdują się obok siebie, to atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Czas, żeby coś z tym zrobić.
-I wcale a wcale nie jesteś zazdrosna? – Izabela kreśliła kręgi na mokrych ściankach kufla.
-O kogo? Oh, chyba nie myślisz, że ja i Fenris…- Izabela przytaknęła – Ale tylko ty chyba tak myślisz? – tym razem kiwanie było przeczące – Oni wszyscy? – znów potwierdzenie – Oh nie! A ja chciałam zagiąć parol na słodkiego księcia – Kath jęknęła z udawaną rozpaczą i otarła wyimaginowane łzy.
-Chciałabyś, żeby ponurak zaszlachtował naszego księcia na wygnaniu? – Izabela parsknęła – poza tym, nasz uroczy Sebastian ma już swoją świętą oblubienicę i żadne ziemskie rozkosze go nie zwiodą na pokuszenie.
-Uważaj – westchnęła Kath – dobrze wiesz, że lubię trudne wyzwania.
Rudowłosa obrysowała palcem obręcz kufla. Zastanawiała się, co zastanie, gdy wróci do domu. Klucz nie był zbyt dobrze ukryty, jeśli się postarali, to już dawno go znaleźli.
Było grubo po pierwszej, a Fenris był naprawdę wściekły. Ta mała, wredna, ruda małpa miała czelność go zamknąć niczym zwierze. Ba, na dodatek nałożyć zaklęcia ochronne na wszystkie wyjścia z domu. Jego duma ucierpiała i elf boleśnie zdawał sobie z tego sprawę. Zastanawiał się tylko, co miało na celu zamknięcie go z Hawke. Chyba ta głupia istota nie myślała, że do siebie wrócą? Fakt, Fenris widział, że ostatnio Hawke chodzi strapiona, zapytał ją nawet raz, czy wszystko w porządku, ale ona jak zwykle nic nie powiedziała. Nawet gdyby chciała do niego wrócić, to by się nie zgodził. Uświadomił sobie, że nawet jeżeli coś do niej czuł, to uczucie to zgasło.
Teraz czekał na maginię od ponad godziny. Oparł się o framugę drzwi prowadzących do jej sypialni i czekał. Zastanawiał się, jakie miała zamiary.
Wreszcie usłyszał głośny śmiech dziewczyny i czyjś jeszcze, cichy głos. Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści i zmarszczył gniewnie brwi. Miał ochotę zbiec tam i złoić komuś skórę, jednak trwał nieruchomo.
-Idź do domu Sebastianie. Raczej te twoje zakonnice nie będą szczęśliwe, widząc Cię w takim stanie– maginia jęknęła-Oh tak, cieszę się, że mnie odprowadziłeś do domu, ale teraz idź. Poranek będzie dla ciebie najdotkliwszą karą. Chyba dotrzesz tam bez niczyjej pomocy? Teraz idź, dobranoc. Czy nie macie tam godziny policyjnej? Nie, nie naśmiewam się z ciebie, pytam z ciekawości. Dobranoc, idźże już! Jutro nic nie będziesz na szczęście pamiętał – dziewczyna zamknęła drzwi i oparła się o nie. Czasami zastanawiała się, jak to możliwe, że w osobie o tak małym wzroście mieści się tyle głupoty. Kath niechętnie poszła w stronę swojej sypialni. Miała wrażenie, że dom aż pulsuje jego złością. Miała nadzieję, że to tylko jej wyobraźnia.
Elf myślał, że nie można być bardziej złym, niż był. Jednak mylił się. Teraz był wściekły. Słyszał wolne, apatyczne kroki na schodach. Miał nadzieję, że dziewczyna się boi. Może gdyby zobaczył skruchę na jej twarzy, uległość w jej oczach, to jego złość nieco by zelżała. Wreszcie stanęła z nim twarzą w twarz.
-Oh, witaj Fenrisie. Jeszcze nie śpisz? – jej głos był zwyczajny, wesoły, jednak w oczach widział ciekawość. Nie lęk, lecz ciekawość.
-Spiłaś go – syknął elf. Kath nie wiedziała, czy było to pytanie, czy stwierdzenie, jednak ton jego głosu bardzo jej się nie spodobał.
-Izabela go spiła. Ja go zachęciłam. Oh, mam nadzieję, że dotrze do Zakonu…
Elf warknął. Nie podobało mu się ignorowanie jego osoby.
-Musimy porozmawiać – wysyczał. Dziewczyna zauważyła, że znaki z lyrium na jego ciele świecą niebezpiecznie.
-Czy nie możemy jutro? Jestem trochę zmęczona. I boli mnie głowa – dziewczyna spróbowała wycofać się, jednak elf oparł z mocą obydwie dłonie na ścianie, odcinając jej tym samym jakąkolwiek drogę ucieczki.
-Nie – odparł chłodno- Będziemy. Rozmawiać. Teraz. – zaakcentował z lodowatym błyskiem w oku każde słowo. Maginia miała wrażenie, jakby zamiast słów których użył, mówił „Teraz. Będziesz. Umierać. Powoli i w męczarniach"
-Dlaczego zamknęłaś mnie z Hawke? – wycedził to przez zęby, pochylając się nad nią. Dziewczyna przełknęła ślinę. Zaczynała się bać, jednak nie dała tego po sobie poznać. Uniosła stanowczo podbródek, zacisnęła szczęki i spojrzała odważnie Fenrisowi w oczy.
-Może chciałam, żebyście do siebie wrócili, może poprosiła mnie o to moja kuzynka, może nie ufam temu cholernemu, opętanemu magowi, może chciałam rozluźnić atmosferę, którą obydwoje tworzycie, gdy jesteście obok siebie i zaczyna ona już wszystkim ciążyć, a może po prostu chciałam żebyś trochę spuścił z siebie pary i przestał się użalać nad sobą, że twoje życie jest złe, niedobre i nie zasługujesz na nic. Jest wiele powodów. Mam wymieniać dalej? – na początku jej głos był piskliwy i cichy, jednak z każdym wypowiedzianym słowem nabierał mocy – nie jestem głupia, ani ślepa elfie. Boisz się zaryzykować, masz zamiar trwać w letargu, bo tak jest łatwiej – chciał coś powiedzieć, ale kontynuowała, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi – jesteś głupcem!
-Więc sądzisz, że… - i tym razem dziewczyna nie dała mu dojść do słowa. Uderzyła go pięścią w pierś.
-Nie przerywaj mi, do cholery! Zjebałeś to, ale to przeszłość, rozumiesz?! Zacznij żyć, a nie ukrywać się, zrób coś ze sobą, bo potem będziesz żałował. Myślisz, że nie zasługujesz na szczęście? Jesteś naprawdę głupi. I ślepy, cholera! – dziewczyna wykrzykiwała to w pierś elfa, gdyż nie chciała, aby zobaczył, że po jej policzkach spływają łzy. Z każdym zakończonym zdaniem uderzała elfa w pierś.
-Istnieją ludzie, którym bezinteresownie zależy na twoim szczęściu, Fenrisie. Może oni nie okazują tego otwarcie, bo jesteś jak cholerna małża. Jak otworzy się ten cholerny, twardy pancerzyk, to gotowy jesteś wypłynąć niczym lepka ciapka! –krzyknęła – a teraz, proszę Cię. Puść mnie. Chce iść spać - dodała ciszej, kładąc obie dłonie na jego piersi i napierając lekko, aby ją przepuścił.
Kath chciała popchnąć go, jednak on jakby wrósł w ziemię. Patrzył na nią z uniesionymi brwiami i otwartymi ustami. Nie tego się spodziewał. Był zdezorientowany. Fenris ujął podbródek dziewczyny i uniósł go do góry. Zamknęła oczy, hamując łzy, które mimowolnie pociekły jej po policzkach. Zdawała sobie sprawę, że zrobiła z siebie idiotkę. Czekała tylko na wybuch śmiechu elfa.
-Kitty – głos elfa był niski, miękki, przejmujący. Zadrżała od niego na całym ciele. Dziewczyna uniosła oczy i spojrzała na niego . Pierwszy raz nazwał ją pieszczotliwie. Patrzył na nią dziwnie, jakby z niedowierzaniem. Złość powoli mijała, a znaki na jego ciele wracały do normalnej barwy. Przez całe życie był intruzem, nie było nikogo na kim by mu zależało. Elf bez namysłu położył głowę na czubku jej głowy i wdychał zapach jej włosów. Pachniała tytoniem, alkoholem i sobą. Lekka, słodka woń magii spowijała ją ledwo zauważalnie. Zamknął oczy i upajał się tą wonią. Musiał przyznać, że polubił ten zapach. Czuł się przy niej spokojny, od samego początku tak było. Paradoksalnie, wnosiła w jego życie chaos, który pozwalał mu ukoić nerwy.
- Nie powinnam wtykać nosa w nie swoje sprawy – szepnęła.
-Zawsze to robisz – mruknął cicho.
-Ale nie powinnam – powiedziała nieco głośniej. Zdał sobie sprawę, że czeka na jakiś wybuch złości, reprymendę, kłótnie. Była zdezorientowana, że był tak spokojny. Jednakże jak mógłby się na nią wściekać? Wplótł palce w jej włosy, psując tym samym kok, w który były upięte. Oswobadzał je ze szpilek, które cicho opadały na ziemię. Przez chwile elf zastanawiał się, dlaczego dziewczyna nigdy nie nosi ich rozpuszczonych. Burza falowanych, wywiniętych w każdą stronę pasm opadała do pośladków. W blasku świec miały ciepły, miedziany kolor, gdzieniegdzie poprzetykany ciemniejszymi, ognistymi pasmami. Z rozkoszą oplątywał jedwabiste pasma na palce, upajając się ich miękkością. Dziewczyna lekko westchnęła i oparła czoło o pierś elfa. Gdy Fenris przypadkowo musnął palcami czułą skórę szyi, dziewczyna drgnęła, przejęta dreszczem. Było coś w jego dotyku, co wzbudzało pożar, w każdym miejscu, którego dotknął. Wierciła się, niepewna, gdy elf zaczął okrężnymi ruchami pieścić jej kark. Nazywała go tchórzem, drwiła z jego niepewności, a teraz sama najchętniej by uciekła gdzie pieprz rośnie. Czuła pieszczotę tego oddechu na uchu, lekkie muśnięcia warg na szyi. Czuła się niczym zaszczute zwierze. Wmawiała sobie, że to tylko oddech, strumień wydychanego z płuc, niepotrzebnego dwutlenku węgla, niezbędny do życia czynnik, bez którego ustałyby wszystkie najważniejsze czynności życiowe. Starała się zamknąć odczucia na dotyk, żeby nie strawiła ją gorączka, która powoli brała ją w posiadanie.
Elf delikatnie gładził jej plecy i muskał ustami kark, czując, jak nieprzychylne, nienaturalnie wyprostowane ciało powoli się rozluźnia. Czuł jej drżące dłonie, zaciskające się kurczowo na jego koszuli. Stała prosto, niechętna i niedostępna, jednocześnie przywierając do niego coraz ściślej. Muskał ustami obrys jej szczęki, podbródka, aż wreszcie natrafił na miejsce, do którego zmierzał. Nakrył wargami jej usta, zapominając o tym, jak niewygodnie jest mu pochylać się do niej tak nisko. Ze zdziwieniem stwierdził, że maginia ulega naporowi jego warg szybciej, niż się spodziewał. Napierał na nią coraz gwałtowniej, czuł pulsowanie w lędźwiach, od którego kręciło mu się w głowie. Fenris pochylił jej głowę, pogłębiając pocałunek. Uniósł ją lekko, tak, aby ich twarze znalazły się na tej samej wysokości, a Kath mimowolnie oplotła nogi w jego pasie, zarzucając mu ramiona na szyję i przywierając do niego szczelnie. Zmagania z jego językiem zajęły ją do tego stopnia, że nie zauważyła, kiedy znalazła się na łóżku z elfem pochylającym się nad nią. Drżącymi dłońmi zdjęła jego koszule i badała obrys jego ciała. Czuła pod palcami twarde, naprężone mięśnie ramion, zgrubienia od licznych blizn. Zmrużonymi oczyma patrzyła na elfa, który przyglądał jej się z lekkim uśmiechem. Nie było w nim drwiny. Elf zdawał sobie sprawę, że jego mózg nie działał właściwie. Górę wzięły potrzeby cielesne, żądza i tęsknota. Jednak sumienie nie spało. Obudziło się, gdy ręka elfa wędrowała pod koszulę dziewczyny. Morze wspomnień zalało go, aż się cofnął Elf oderwał usta od maginii i podparł się na dłoniach. Spojrzał na Kath, która leżała pod nim. Podobały mu się rozrzucone w nieładzie włosy, mieniące się ogniem na białej poduszce. Oczy maginii były przymknięte, twarz zaróżowiona, usta lekko uchylone, nabrzmiałe od pocałunków, przyzywające go, kuszące słodyczą. Widział piegi, które uroczo obsypywały jej nos, policzki, ramiona. Dotknął dłonią jej policzka. Kontrast był niesamowity. Jej skóra była jasna, wręcz biała. Gdzieniegdzie widział przebijające się, błękitne żyłki. Miękka i delikatna. Porównał do niej swoją dłoń. Ciemna, szorstka, ze zgrubionymi od treningów opuszkami. Dotknęła jego ramienia, podnosząc przy tym swoje złote oczy i wpatrzyła się w niego niepewna, dlaczego przestał. W zasadzie dopiero teraz zrozumiał. Gdyby dziś nie spotkał się z Hawke, nigdy by do tego nie doszło. Dzisiaj stracił wszelkie wątpliwości, że nic do niej już nie czuje. Dziś mógł dotykać rudowłosą piękność bez wyrzutów sumienia. Uśmiechnął się do niej ciepło, a ona niepewnie odwzajemniła uśmiech. Zadała mu nieme pytanie.
„Czy wszystko w porządku?"
„Tak. Już tak."
Jego uśmiech zaparł jej dech w piersiach. Był cudowny. Kath uniosła się na łokciach i pocałowała go. Pożądanie znów zapłonęło w jego żyłach.
Promienie słońca przedzierały się przez zasłonięte kotary, wróżąc piękny, ciepły dzień w Kirkwall. Kath otworzyła oczy i przeciągnęła się, ziewając. Zauważyła czerwoną chustkę, leżącą pod oknem. Zdjął ją wczoraj nim jeszcze zaczęli, szepcząc jej do ucha, że więcej nie będzie tego potrzebował. Teraz jednak nie było go tutaj. Musiał wyjść wcześniej, a ona nawet tego nie usłyszała. Nie miała mu tego za złe. Spodziewała się tego.
