ROZDZIAŁ ÓSMY

Szpieg

Po kilku szklaneczkach francuskiego ponczu przygotowywanego, wedle zwyczaju, jeszcze przez narzeczonych, świat stawał się całkiem znośnym miejscem. Nie słyszało się hałasu, tylko przyjemny szum; nie dostrzegało się tłumu, a jedynie liczne towarzystwo; nie było niemiłych obowiązków, istniały same przyjemności. Harry zaprosił do tańca Hermionę, odprowadzony groźnym spojrzeniem Rona i podczas piosenki wysłuchał długiej reprymendy na temat tego, że ma natychmiast zająć się Ginny. Oczywiście wytłumaczył przyjaciółce, że od samego początku miał taki zamiar, ale bliźniacy zrobili mu kawał.
— Rozumiesz, sparowali ją z Francisem czy innym Żakiem-Szmakiem.
— Na Merlina, Harry, przecież wy już jesteście totalnie pijani! — oburzyła się dziewczyna.
— Przesadzasz.
— Ile wypiliście tego ponczu z chłopakami? Przyznaj się! — Zmierzyła go groźnym spojrzeniem.
Harry zrobił rozmarzoną minę. Bill zebrał swoje męskie rodzeństwo w altance, zapraszając również Harry'ego, i przyniósł cały baniak ponczu. I tak kolejka za kolejką, za zdrowie pana młodego, jego żony, a także przyszłych dzieci, wnuków i nawet prawnuków opróżnili go do dna.
— Tylko odrobinkę. — Harry zobrazował tę ilość ledwo dostrzegalną szparką między kciukiem a wskazującym palcem.
— Nie chcę znać w takim razie waszej definicji „odrobinki" — prychnęła dziewczyna. — Nie było was całe wieki!
— Założę się, że nie cierpiałyście zbytnio z tego powodu — zauważył z przekąsem.
— No wiesz?
— No chyba właśnie nie chcę wiedzieć. Ci wszyscy… — Powiódł ręką po francuskich gościach.
— Faceci są okropni — skonstatowała bardzo filozoficznie Hermiona, po czym dygnęła. — Bardzo dziękuję za taniec, Harry.
— Ależ cała przyjemność po mojej stronie. — Skłonił się przesadnie nisko. — Pozwolisz, że odprowadzę cię do twojego narzeczonego?
— To nie jest mój narzeczony — syknęła. — I to chyba raczej ja muszę cię odprowadzić.
— Kłócicie się? — zapytał podejrzliwie Ron, bo zbliżyli się już do niego na wystarczającą odległość, by mógł ich słyszeć.
Harry miał odpowiedzieć przyjacielowi, gdyż poczuł, że język rozwiązał mu się całkowicie, ale Hermiona go wyprzedziła.
— Właśnie mówiłam Harry'emu, że na następnej zabawie pijecie tylko soczek z dyni.
— To planujemy następne wesele? - zdziwił się Harry.
— Tak, twoje i Ginny. — Hermiona uśmiechnęła się złośliwie.
— Taaak? — zainteresował się Ron.
Harry stojąc za Hermioną, nakreślił znaczące kółeczko na czole.
— Właśnie, gdzie się podziała Ginny?
— A co miała tu stać samotnie i czekać, aż znudzi wam się picie ponczu w altance?
— Miono, zrobiłaś się strasznie wojownicza… — zauważył Ron.
— Och, Hermiona tylko sugeruje, że drugiej takiej jak ona sama ze świecą nie znajdziesz. Bierz, Ron, i zaklepuj! — Harry wyszczerzył się w uśmiechu i błyskawicznie odwrócił na pięcie, ruszając na poszukiwania Ginny.

Czas mijał bardzo szybko. Obrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie, wszyscy bawili się, tańczyli, śpiewali i wznosili toasty za zdrowie i szczęście młodej pary. Jeszcze tylko o północy nastąpiła krótka przerwa, a goście skupili się koło nowożeńców.
— Welon! — Ginny pociągnęła go do kręgu. — Fleur będzie rzucać welon!
Kiedy wszystkie panny zostały poproszone do środka, Harry wreszcie zrozumiał, o co chodzi. Zresztą nawet gdyby nie słyszał wcześniej o podobnym zwyczaju, marudzenie Rona z jednej strony, a żarty i docinki bliźniaków z drugiej, szybko by mu to uświadomiły. Och, zawracanie głowy z takimi tradycjami! Przecież tak dobrze się bawiliśmy bez tego.
— Ej, stary, dobrze się czujesz? — Ron szturchnął go w bok.
— Co? A, tak — mruknął i nadal wpatrywał się w Fleur.
Tylko nie Ginny, tylko nie Ginny!, powtarzał w myślach jak mantrę. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo przerażała go podobna wizja, ale nie mógł skupić się na niczym innym i powtarzanie tego, niczym cudownej inkantacji, przynosiło mu ulgę. Tylko nie Ginny!
Najwyraźniej jednak nie była to pełnowartościowa inkantacja, bo właśnie Ginny złapała welon, co zostało powitane dzikim aplauzem gości, radością pani Weasley, wzmożoną aktywnością dowcipkowania bliźniaków i wymienianiem entuzjastycznych uścisków przez ojca Fleur i pana Weasleya.
Najgorsze jednak dopiero miało nastąpić, bowiem, ku swojemu przerażeniu, Harry, razem z Ronem i resztą jego rodzeństwa został wypchnięty na środek sali, a Bill zastąpił swoją żonę.
— O co chodzi, Ron? — Harry syknął do przyjaciela.
— Jak to o co? Łapiemy krawat, stary!
— Ale po co?
— Harry, no do pary! — Ron wywrócił oczami na tak jawną niewiedzę przyjaciela.
I w ten sposób Harry, zanim zdążył się zorientować, ściskał w ręce krawat.
— I co teraz?
Co za idiotyczne zwyczaje są na takich ślubach!
— Teraz to już Ginny się tobą zajmie, kolego! — Fred klepnął go w plecy i mrugnął do niego porozumiewawczo.
Na szczęście chodziło tylko o jeden taniec, a skoro Ginny była z niego tak szaleńczo zadowolona, to ostatecznie mógł się poświęcić. Przecież i tak nikt chyba nie wierzył w te idiotyczne przesądy, prawda? Tylko dlaczego Hermiona się do niego dziwnie uśmiecha? I o co chodzi Ronowi, że szczerzy się kretyńsko? I bliźniacy… znowu z czegoś się śmieją!

Rano Harry obudził się już w Hogwarcie, choć zupełnie nie pamiętał, jak to się stało. Miał tylko nadzieję, że nie zrobił z siebie ostatniego kretyna. Chyba powinien być bardziej ostrożny z alkoholem. W dormitorium było pusto. Uniósł się szybko, ale zaraz opadł z powrotem na poduszki z sykiem bólu.
— Znów się za dużo wypiło, Potter?
Och, ten głos.
— Słyszałem, że następne wesele będzie twoje. Gratuluję.
— Ciszej, Malfoy. Ciiiszej — jęknął Harry.
— Całkiem ładna ta twoja Gunny — ciągnął Malfoy nieco głośniej. — Szkoda tylko, że z Weasleyów.
— Ginny — poprawił go odruchowo Harry zbolałym głosem.
— Ginny, Gunny, co za różnica. Ładna kariera dla takiej biedaczki.
— Ginny nie jest biedaczką — warknął. Merlinie, dlaczego pierwszą osobą, z którą musi rozmawiać w takim stanie, jest ten dupek Malfoy?
— Pewnie, jest księżniczką na łajnie ghula. Przynajmniej jednak jesteś w jej mniemaniu na tyle bogaty, że twoje galeony rekompensują całą resztę. — Malfoy zrobił wymowny gest w jego stronę. — Chociaż akurat dla niej każdy byłby chyba odpowiednio bogaty.
— Skoro już to ustaliliśmy, może wyniesiesz się do diabła?
— Spotkanie z Czarnym Panem mam umówione na wieczór — odpowiedział spokojnie Ślizgon.
— Wynoś się, do cholery!
Moja głowa, moja głowa…
— Muszę cię rozczarować. Nic z tego. — Malfoy nawet się nie poruszył. Nadal stał oparty o kolumnę sąsiedniego łóżka. — McGonagall kazała mi cię eskortować na śniadanie, kiedy raczysz już wstać. Jesteśmy razem w parze, pamiętasz?
— Bosko — mruknął Harry, gramoląc się z łóżka i poszukując okularów na szafce.
— Cieszę się, że doceniasz moje towarzystwo.
Jak cholera, pomyślał ze złością Harry. Szybko narzucił na siebie szaty, przeczesał włosy ręką i był gotowy do wyjścia. Byle pozbyć się już tego ględzącego idioty.
— Na Salazara, już nigdy nie będę się dziwić, że masz tak żałośnie małe powodzenie, Potter.
— Czy ty potrafisz się zamknąć chociaż na dwie minuty, Malfoy?
— Ty zwyczajnie o siebie nie dbasz! — Malfoy był zbyt wstrząśnięty, by zwracać uwagę na to, co Harry do niego mówi. — Gust to dla ciebie abstrakcja, pojęcie estetyki masz zerowe, natomiast włosy…
— Jesteś beznadziejnie płytki, wiesz?
Chłopak poprawił swoje szaty wystudiowanym gestem.
— Jestem wcieleniem elegancji i dobrego smaku.
— Normalnie aż mi dech zapiera na twój widok — zakpił Harry.
— Wiem, zauważyłem.
Harry wziął głęboki, uspokajający wdech. Malfoy był niemożliwy. Naprawdę.
— Wychodzę. Idziesz ze mną, czy chcesz sobie trochę porozmawiać z lustrem?
— Idź, ty nędzna namiastko mężczyzny. — Malfoy lekceważąco wskazał na drzwi. — Nie masz pojęcia, o czym do ciebie mówię. Jesteś absolutnym ignorantem w dziedzinie mody.
— Podejrzewam, że to właśnie dlatego nie mam szans w starciu z Voldemortem — odpowiedział ponuro Harry.
— Możesz nie wymawiać jego imienia? — Skrzywił się Malfoy, wychodząc za nim na korytarz.
Harry wzruszył ramionami.
— Mogę. Ale nie widzę powodu, by tego nie robić.
— Jesteś zarozumiałym idiotą, Potter.
— Na przyszłość postaram się brać przykład z ciebie — mruknął Harry.
— O, to by była prawdziwa droga światła — ucieszył się Malfoy.
Harry nic już nie odpowiedział, bo właśnie weszli do Wielkiej Sali i zobaczył krzątające się skrzaty.
— Witaj, Zgredku! — ucieszył się na widok znajomego.
— Harry Potter, sir! — pisnął radośnie skrzat, ale nie wyszedł zza stołka, za którym stał, więc Harry zrobił dwa kroki w jego stronę. — Śniadanie dla paniczów zrobione, sir!
— Świetnie. A znalazłby się może kubek kwaśnego mleka?
— I dzbanek kawy, koniecznie! — zażądał Malfoy.
— Mrużka zaraz przyniesie, sir — odpowiedział nerwowym głosem skrzat.
— Zgredku, coś się stało? — zapytał zaskoczony jego zachowaniem Harry.
— Nie, po prostu Zgredek ma teraz dużo pracy, sir. I musi już iść. Smacznego, sir!
Harry chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Zgredka już nie było. Skrzat nigdy nie zachowywał się w podobny sposób w jego towarzystwie, więc był tym nieco zaniepokojony. Zaraz jednak pojawiła się Mrużka i przyniosła brakujące rzeczy. Malfoy natychmiast sięgnął po kawę i wtedy Harry doznał olśnienia. Malfoy!
— To przez ciebie!
Malfoy niewzruszony nalewał sobie kawy do filiżanki.
— Co takiego? — zapytał obojętnie.
— Przez ciebie Zgredek tak się zachowywał. — Ton Harry'ego był ostry.
Malfoy wzruszył ramionami.
— To głupi skrzat.
— A wy traktowaliście go nieludzko!
— Bo to nie człowiek, jakbyś nie zauważył. Chociaż pewnie masz problemy z taką klasyfikacją, skoro spędzasz tyle czasu z tą swoją zawszoną szlamą.
— Licz się ze słowami, Malfoy!
— Umieram ze strachu — zakpił chłopak.
— Nie będziesz przy mnie obrażał moich przyjaciół!
— Masz na myśli służbę domową czy szlamy?
Levicorpus! — Harry rzucił pierwszym zaklęciem, jakie przyszło mu do głowy.
— Jesteś psycholem, Potter! — zawył Malfoy, zawisnąwszy w powietrzu. — Natychmiast przestań!
— Odwołaj to, co powiedziałeś — zażądał Harry z satysfakcją.
— Ani mi się śni — syknął Ślizgon.
Harry uśmiechnął się złośliwie.
— Wiesz, chyba nie jestem głodny — zakomunikował, podnosząc się od stołu… — Myślę, że zobaczymy się przy obiedzie… — Ruszył w stronę wyjścia.
— Potter, czekaj! — wrzasnął za nim Malfoy. — Odwołuję!
Harry nie zatrzymał się, ale uśmiech na twarzy poszerzał mu się z każdym krokiem.
— Odwołuję, Potter, słyszysz? Wszystko odwołuję! — Ślizgon wydzierał się tak, że jego głos aż odbijał się echem w Wielkiej Sali.
Harry wreszcie odwrócił się od niego.
— Zawsze wiedziałem, że jesteś rozsądnym chłopcem, Malfoy. — Uśmiechnął się promiennie.

Zostały jeszcze dwa dni kursu. Od tragicznych wypadków wszyscy żyli w większym napięciu, ale podjęte środki bezpieczeństwa najwyraźniej okazały się wystarczające, ponieważ nic podobnego nie miało już miejsca. Najgorzej wszystko to znosiła Sonia. Na zajęciach była nieuważna lub nieobecna, rzadko się odzywała, prawie nic nie jadła i wcale się nie uśmiechała. Harry obserwował ją czasem i mimowolnie porównywał z Cho. Wiedział, że tym razem nie mógł nic poradzić na śmierć kolegi, ale gdzieś wewnątrz coś szeptało, że teraz za każde życie ponosi odpowiedzialność. Dlatego, gdy podczas przerwy w zajęciach z pojedynków Sonia odłączyła się od grupy, spostrzegł to jako pierwszy i poszedł za nią. Zauważył, że dziś wyglądała gorzej niż zwykle, była bardzo blada i miała cienie pod oczami. Musiała przeżyć ciężką noc, a on wiedział, co to znaczy mieć koszmary.
Dogonił ją z łatwością i przez dobrą chwilę szli obok siebie w milczeniu. Nie był najlepszy w pocieszaniu i mówieniu tych wszystkich rzeczy, ale czuł, że coś powinien jej powiedzieć.
— Wiem, jak się czujesz… — zaczął w końcu niepewnie.
— Doprawdy? — Spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.
Nawet nie zauważył, jak bardzo oddalają się od reszty. Był zdenerwowany, bardzo chciał jej pomóc, ale nie wiedział, co może zrobić.
— Rok temu straciłem ojca chrzestnego — odpowiedział, patrząc w przestrzeń. — A niedawno… Niedawno jeszcze jedną bliską mi osobę.
— Przykro mi.
Znowu zapadło kłopotliwe milczenie. Dobrze, że nie siedzieli, tylko mogli swobodnie iść, inaczej cisza byłaby jeszcze bardziej krępująca.
— Chyba trochę się zagalopowaliśmy — zauważył Harry, kiedy spostrzegł, że dotarli już do bramy.
— Przejdź się ze mną jeszcze kawałeczek — poprosiła Sonia. — Nie mam siły jeszcze tam wracać.
Harry zawahał się, ale nie miał serca odmówić dziewczynie. Wyglądała naprawdę okropnie i jeśli miała ochotę na ten spacer…
Paralisis
Sonia upadła na ziemię nieprzytomna. Harry w mgnieniu oka wyciągnął różdżkę, gotowy do ataku, ale ręka mu zadrżała, gdy zobaczył osobę, która użyła zaklęcia.
— Malfoy?
— Spokojnie, Potter. Nic jej nie zrobiłem. Chociaż miałem ochotę rzucić przynajmniej Crucio.
— Jesteś nienormalny? — Harry przyskoczył do niego i przyłożył mu różdżkę do gardła.
— Śmieszne, o to samo miałem zapytać ciebie — odpowiedział chłopak, nie tracąc spokoju.
— Zawsze byłeś psycholem, który lubił znęcać się nad słabszymi, ale teraz już przegiąłeś! — Harry dyszał z wściekłości.
— Mogę o coś ciebie zapytać, Potter? Miałeś zamiar wybrać się z tą dziwką na samotny spacer do Hogsmeade?
— Jak śmiesz się tak o niej wyrażać?
— Salazarze, czy ty bronisz wszystkich od skrzatów domowych, przez szlamy po śmierciożerczynie?
— O czym ty, do cholery, mówisz?
— Zmieniasz temat, nieładnie. Nie odpowiedziałeś mi na moje pierwsze pytanie: zamierzałeś tak beztrosko opuścić teren Hogwartu?
— A co ci do tego? — burknął Harry.
Malfoy jęknął.
— Ty jesteś taki głupi, czy tylko udajesz?
Harry zmierzył go wściekłym spojrzeniem.
— Co jej zrobiłeś? Może trzeba ją przenieść do skrzydła szpitalnego!
— Ja bym ją przeniósł od razu do Azkabanu, ale dla spokoju twojego rycerskiego ducha, powiem, że tylko pozbawiłem ją przytomności na jakąś godzinkę. Żebyśmy sobie zdążyli pogawędzić.
— Jesteś nienormalny.
— To nie ja zamierzałem wejść prosto w objęcia śmierciożerców. Czy ty w ogóle czasem myślisz?
— Nie rozumiem.
— A jak ci się wydaje, gdzie lalunia chciała cię wywieść? Na szybki numerek? Nie z taką fryzurą, Potter, litości!
— Idę po McGonagall — zadecydował Harry.
— Droga wolna. I tak się bez niej nie obejdzie. Powinna kazać pasy z ciebie drzeć. Przynajmniej biedny Filch miałby raz uciechę — odrzekł Malfoy, po czym mruknął pod nosem: — Nieodpowiedzialny jak pięciolatek.
— A kim ty jesteś, żeby mi prawić kazania? — Harry czuł się tym bardziej zły, im jaśniej zdawał sobie sprawę, że Malfoy ma rację.
— Biorąc pod uwagę, że twoje nędzne życie ma raczej małą wartość, status kogoś, kto ci je uratował pewnie niewiele znaczy.
— Na jakiej podstawie twierdzisz, że Sonia miała złe zamiary? — Harry zignorował ironiczną uwagę. — Od czasu tamtych wydarzeń wygląda na załamaną, zginął jej przyjaciel, bardzo to przeżywa, a ja pomyślałem, że może z nią pogadam. W końcu też…
— Potter — przerwał mu Malfoy. — Posłuchaj tego, co mówisz. Przecież to bzdury! Od początku była podejrzana.
— Dla ciebie — wtrącił Harry.
— Od początku była podejrzana — powtórzył chłopak. — Nie należy Zakonu, nie jest aurorem. Znalazła się tu tylko dlatego, że jej rodzina opierała się Voldemortowi, a rodzicie zostali zamordowani. Ale to jeszcze nic nie znaczy. Poza tym zachowywała się dziwnie.
— Na pewno opowiedziałaby się po stronie mordercy swoich rodziców — zauważył z sarkazmem Harry.
Malfoy wzruszył ramionami.
— Może była za słaba. Może się bała. Może jej imponował. A może nienawidziła swoich rodziców?
— Nie można nienawidzić swoich rodziców! — krzyknął Harry. Takie podejrzenie wydało mu się absurdalne.
— A co ty, Potter, możesz o tym wiedzieć? — zapytał zimno Malfoy, patrząc na niego wyzywająco.
— Dziękuję, że mi przypomniałeś, że nie znałem moich rodziców — odparł Harry gorzko.
Na krótką chwilę zapadła absolutna cisza, coś w twarzy Ślizgona zmieniło się minimalnie, po czym odwrócił wzrok od Harry'ego.
— Nie to miałem na myśli.
Harry'ego zamurowało. Wprawdzie słowo „przepraszam" nie padło z ust Malfoya, ale jego głos wyraźnie sugerował… No właśnie. Co sugerował? Że jest mu przykro? Trudno było w to uwierzyć.
— Zatem co miałeś na myśli? — odważył się zapytać Harry.
— Nieważne. — Twarz Ślizgona przybrała znów zwykły, beznamiętny wyraz. — Nie możesz wychodzić sobie sam na spacer. Nie możesz… być tak naiwny!
— Nie jestem naiwny! — zaprotestował Harry.
— Jesteś. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że do Hogwartu trudno dostać się dzięki chroniącym go barierom. Stają się jednak bezużyteczne, skoro dobrowolnie decydujesz się opuszczać obszar ich działania.
— A właściwie w jaki sposób my możemy opuszczać teren zamku? — zainteresował się Harry.
— Dzięki nadanemu nam magicznemu wzorowi, teraz jednak już tak nie jest, bo…
— Skąd ty to wszystko wiesz? — przerwał mu Harry.
— Rozmawiałem z McGonagall. Miała powody, by mi o tym powiedzieć. Widzisz, w czasie ataku…
Serce Harry'ego zabiło mocniej. Wreszcie Malfoy zaczął mówić. Może w końcu uda im się porozmawiać na ten temat…
— … odnalazła mnie. Była pewna, że to ja ich wpuściłem. Jak wtedy. — Na jedną chwilę twarz Ślizgona ściągnęła się. Trwało to jednak tak krótko, że po kilku sekundach Harry miał wrażenie, że tylko mu się wydawało. — Dopiero kiedy dowiedziała się, że to ja cię ukryłem, uwierzyła mi.
— Dlaczego pomyślała, że to ty, skoro wcześniej tak cię broniła?
Malfoy uśmiechnął się krzywo.
— To, że mnie broniła, nie znaczy, że mi ufała. Nie miała innego wyjścia po prostu. A wracając do tematu — kontynuował chłopak — jak dotąd wszyscy uczestnicy kursu mogli swobodnie opuszczać Hogwart i do niego wracać. Teraz jednak już nikt nie może nawet opuścić terenu zamku.
— Nie wiedziałem o tym.
— Prawie nikt miał nie wiedzieć. Ja dowiedziałem się tylko dlatego, że z pewnych względów musiałem.
— Aha. Dlaczego mam przeczucie, że nic więcej mi nie powiesz na ten temat? — zauważył Harry.
— Udzielam ci wystarczająco wyczerpujących informacji. Powinieneś to docenić.
— Nienawidzę tego.
— Nie histeryzuj. Taka jest wojna. Podział informacji dla obopólnego bezpieczeństwa.
— Sranie w banie! — warknął Harry.
— Trochę kultury — Malfoy zrobił zgorszoną minę, co trochę rozładowało napięcie. Harry, mimo powagi sytuacji, miał ochotę zachichotać, widząc wystudiowane gesty Ślizgona.
— W każdym razie McGonagall udało się odkryć, że w czasie poprzedniego ataku śmierciożercy przełamali bariery podczas przechodzenia przez nie kogoś z nas. W tym momencie okazały się wyraźnie słabsze. Dlatego teraz ubezpieczyła się na tę ewentualność i nikt nie może stąd wyjść bez jej wiedzy i zgody. Ale widać Sonia o tym się nie dowiedziała, biedactwo. Jakie jednak są nowe bariery, tego nie wiadomo. Nikt z Zakonników nie potrafi postawić idealnie takich jak Dumbledore.
— A i na tamte znalazł się sposób — zauważył Harry, choć nie miał zamiaru robić żadnych aluzji. Dopiero po minie Ślizgona zrozumiał, co powiedział.
Ale to wszystko przez to, że nikt nie chce mu nic wyjaśnić! Dlaczego nikt mu nie powie, co się wtedy na wydarzyło? Dlaczego Malfoy jest po ich stronie? Dlaczego sam Ślizgon z nim o tym nie porozmawia? Tak nie da się żyć na dłuższą metę. Nie można sobie ufać…
— Nie chcę o tym rozmawiać — odezwał się w końcu Malfoy. — I nie mogę.
— Jasne — przytaknął Harry. Czy spodziewał się czegoś innego?
— W każdym razie odkrycie McGonagall nieco zmniejszało podejrzenia wobec mnie — odezwał się ponownie Malfoy po chwili milczenia. — Śmierciożercy mogli wykorzystać kogokolwiek z nas by przejść przez bariery. Ktoś jednak musiał udzielić im informacji o naszych manewrach. Ale tu potencjalnych kandydatów było już wielu. Dla mnie jednak Sonia wydawała się jedną z bardziej podejrzanych. Ani aurorka, ani Zakonniczka, a przy tym zachowywała się naprawdę dziwnie. Tylko diabelnie głupio zrobiłem, zdradzając się z podejrzeniami wtedy, na zebraniu. Ale teraz to już nie ważne. To na pewno ona.
— Skąd wiedziałeś, do czego dziś zmierza?
— Obserwowałem ją. A ona obserwowała ciebie. Kurs ma się ku końcowi, a więc i czas jej się kończył. Była coraz bardziej nerwowa, wiedziała, że musi coś zrobić. A ciebie oczywiście łatwo przejrzeć. Zagrała ci na emocjach, porobiła słodkie minki i poleciałeś za nią jak ten głupek. To było takie proste.
— Nie masz żadnych dowodów — zauważył Harry. W głębi duszy był zły za takie podsumowanie jego osoby.
— Nie potrzebuję. Jestem w stu procentach pewny, że za bramą czekali na was śmierciożercy.
— Więc dlaczego nie powiadomiłeś McGonagall? Mogliśmy mieć ich wszystkich! — Harry spojrzał bezsilnie na mury.
— To się nazywa wdzięczność — mruknął Malfoy.
— Przecież sam powiedziałeś, że nie moglibyśmy przejść przez bramę. Nie musiałeś mnie powstrzymywać.
— Wolałem nie ryzykować.
Harry nie wiedział, co powiedzieć. Czego właściwie Malfoy wolał nie ryzykować?
— Lepiej zabierzmy ją stąd prosto do McGonagall. Trzeba coś wymyślić, zanim się obudzi. Nie może widzieć, że to ja ją zaatakowałem — odezwał się w końcu Malfoy.
— Dlaczego?
— Za dużo chciałbyś wiedzieć, Potter. Ciocia ci nie mówiła, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? — zażartował.
— Ciotka w ogóle rzadko do mnie mówiła — mruknął Harry. — Poza poleceniami sprzątania i dyktowaniem listy zakupów.
Malfoy spojrzał na niego spod oka, ale nic nie powiedział. Pochylił się nad dziewczyną i wskazał Harry'emu gestem, by zrobił to samo.
— Albo wiesz co? Mam lepszy pomysł. Wróć do zamku tak, by nikt cię nie zauważył, i przynieś tu swoją pelerynę-niewidkę.
— Skąd wiesz, że mam pelerynę-niewidkę?
— Po prostu to zrób, Potter.