VIII. "Myœlê, wiêc jestem"- i jeszcze coœ wiêcej!
Wysz³a. Zatrzasnê³y siê za ni¹ drzwi. Drobinki kurzu zatañczy³y nad pod³og¹ w promieniach popo³udniowego s³oñca. Jak¿e romantyczna sceneria i nie by³o nikogo, kto móg³by to doceniæ, bo Oliver Wood by³ daleki od kontemplacji nastroju chwili. Sta³ jeszcze przez chwilê nieruchomo, po czym potar³ d³oni¹ brodê.
"Dlaczego?" Oto i istota ca³ej sprawy. "Chcia³em j¹ poca³owaæ... choæ gdyby ona to zrobi³a... no, by³oby proœciej." Pogr¹¿aj¹c siê w swoich rozwa¿aniach, Wood opar³ siê o najbli¿sz¹ ³awkê i podpar³ brodê rêk¹. "Tak, tylko dlaczego? Przecie¿ ja nigdy tego nie chcia³em." Czu³, ¿e tej kwestii nie da siê tak po prostu wyjaœniæ. "Powinienem podejœæ do tego jak do analizy sytuacji z meczu" -niewielka ulga odmalowa³a siê na jego twarzy. "Tak, to najlepsze rozwi¹zanie. To mniej wiêcej tak, jakbym chcia³ obroniæ rzut i jedynym sposobem jest... eee... jest..." - brak odpowiedniego porównania sprawi³, i¿ znów poczu³ siê bardzo niekomfortowo. "Nie, spróbujmy z innej perspektywy. Ja, czyli mê¿czyzna, chcê poca³owaæ ko... dziewczynê. Zwykle ca³uj¹ siê..."
Wiedzia³, doskonale wiedzia³, kto zwykle siê ca³uje. Tylko czy chcia³ siebie samego o tym przekonaæ? W jego umyœle zaczê³y rodziæ siê w¹tpliwoœci. Nie mog³o przecie¿ chodziæ o coœ takiego. Mi³oœæ mog³a przytrafiaæ siê innym, ale przecie¿ nie jemu! To by³a po prostu wina stresu. Gdyby tamtej nocy siê nie wystraszy³ (ekm) to znaczy nie zosta³ zaskoczony tym... atakiem, nie by³oby problemu. Niemniej jednak problem zaistnia³ i mia³ coœ przeciwko takiej argumentacji. Wood postanowi³ trzymaæ siê swojej wersji i zaj¹æ zdecydowanie wa¿niejszymi sprawami, na przyk³ad quidditchem. W koñcu przebieg ostatniego meczu nadal le¿a³ mu na w¹trobie. No i jeszcze by³a kwestia "olewania kapitana", z czym natychmiast nale¿a³o zrobiæ porz¹dek. Podbudowany przekonaniem o winie Bell, wyszed³ z komnaty i raŸnie pomaszerowa³ do dormitorium. Musia³ siê w koñcu przebraæ.
Katie wpatrywa³a siê w baldachim swojego ³ó¿ka. Gdzieœ w tle s³ysza³a chichot Alicji, który raz po raz przerywa³ weso³y monolog panny Spinnet. W g³owie k³êbi³y jej siê myœli, których chêtnie by siê pozby³a. Myœli o Oliverze Woodzie i tym, co przez ostatnie kilka tygodni siê wydarzy³o. "O ile wszystko by³oby prostsze, gdybym mia³a ch³opaka..." - zanim dokoñczy³a myœl, odezwa³ siê znów g³os sumienia: - "A niby co mia³oby to zmieniæ?"
Pytanie by³o perfidne i podchwytliwe. Nie potrafi³a na nie odpowiedzieæ tak od razu.
"Hmmm... Nie napastowa³abym Wooda?" - spróbowa³a.
"Hehe..." - zarechota³ g³os sumienia i pos³a³ kolejny strza³ na bramkê: "A Wood na ch³opaka siê nie nadaje?"
"Eeeee... Wood?" - zmarszczy³a czo³o zastanawiaj¹c siê nad t¹ kwesti¹. - " No... Wood to..."
"Ch³opak" - podpowiedzia³ ma³o dyskretnie g³osik z ty³u g³owy.
"Ch³opak? No tak. I nawet..." - ugryz³a siê w myœlach w jêzyk.
"Przystojny?" - paskudny emisariusz sumienia by³ zdecydowanie bez sumienia.
"Czy Oliver..." - zaczê³a siê zastanawiaæ nad istot¹ urody Wooda.
"A gdzie siê podzia³ Wood?" - ironizowa³ wewnêtrzny upierdliwiec.
"Czy Oliver Wood (lepiej ci?) jest przystojny? Hmm...wysoki, barczysty..." - ci¹gnê³a swoje rozwa¿ania.
"To podchodzi pod kategoriê: mêski" - lekkim tonem wtr¹ci³ g³osik.
"Wdech i wydech..." - uspokaja³a siê. - "Mêski, ciemnobr¹zowe, krótkie w³osy... pasuje mu ta fryzura..." - nie podoba³y siê jej w³asne myœli. Przez chwilê stara³a siê wyrzuciæ je wszystkie z g³owy.
"Przyznaj siê, ¿e ci siê podoba..." - dra¿ni³ g³osik, chichocz¹c przy tym.
"Podobaj¹ mi siê jedynie jego oczy!" - stwierdzi³a dobitnie, próbuj¹c zepchn¹æ w³asne sumienie do defensywy.
"Tak, te bursztynowe klejnoty lœni¹ce..." - parszywiec by³ przebieg³ym przeciwnikiem i tym razem pobi³ j¹ jej w³asn¹ broni¹.
- Ach, zamknij siê! - burknê³a nagle g³oœno, nie zdaj¹c sobie z tego sprawy.
Alicja zamilk³a ju¿ jakiœ czas temu i teraz cicho pochrapywa³a, zmorzona szczêœciem. Wobec takiego stanu rzeczy Angelina oderwa³a siê od nudnej lektury rozprawki o eliksirach usypiaj¹cych i spojrza³a na Katie, zaskoczona.
- S¹dzi³am, ¿e te¿ zasnê³aœ - stwierdzi³a.
Katie przewróci³a siê na bok i wyjaœni³a:
- Zamyœli³am siê.
- Nad czym? - zainteresowa³a siê Angelina.
- Ach... Nad niczym szczególnym - odpar³a Katie i po³o¿y³a z powrotem na plecach.
Angelina zrozumia³a aluzjê i powróci³a do czytania usypiaj¹cego dzie³a. Na zewn¹trz powoli zacz¹³ zapadaæ zmierzch.
Fred i George Weasleyowie mieli za sob¹ ciê¿k¹ sobotê, znoœn¹ niedzielê i paskudny poniedzia³ek. Wtorek i œroda zanotowa³y tendencjê wzrostow¹ w skali atrakcyjnoœci poszczególnych dni tygodnia. Dziœ jednak by³ czwartek i zdecydowanie nie nale¿a³ do najlepszych.
- Fred... - zagadn¹³ George brata, siedz¹cego naprzeciw w opustosza³ym pokoju wspólnym.
- Tak, George? - mrukn¹³ zagadniêty, nie odrywaj¹c wzroku od pergaminu, na którym zawziêcie skroba³ piórem.
- W sobotê odnieœliœmy sukces...
- Prawda - potwierdzi³ Fred.
- To dlaczego nadal mamy dietê?
- Hmm... - Fred musia³ pomyœleæ. Jego brat zada³ fundamentalne pytanie.
- Jakieœ potkniêcie w planie? - zasugerowa³.
- Myœlisz? - podchwyci³ George.
- Nie testowaliœmy go, wiêc by³a pewna doza ryzyka, ¿e siê nie powiedzie - myœla³ na g³os Fred. - Widaæ procent zawodnoœci by³ zbyt du¿y...
- Powinniœmy go byli wypróbowaæ - stwierdzi³ George, grzebi¹c w rozrzuconych po stoliku ksi¹¿kach.
- To jest to, braciszku!! - wykrzykn¹³ nagle Fred.
George, przestraszony okrzykiem brata, zrzuci³ po³owê ksi¹¿ek na pod³ogê.
- Merlinie! Chcesz ¿ebym dosta³ zawa³u! - oburzy³ siê, zbieraj¹c rozrzucon¹ literaturê magiczno-naukow¹.
- Czego marudzisz? - obruszy³ siê Fred. - Jutro musimy znaleŸæ jakiœ obiekt doœwiadczalny.
- Masz ju¿ kogoœ na myœli?
- Tak... - Fred znacz¹co uniós³ brwi.
- Nie, no co ty? - George z niedowierzaniem spojrza³ na brata.
- Tak...
- Fred, jesteœmy paskudni... - zachichota³ George, zacieraj¹c rêce.
Brat zawtórowa³ mu i przez chwilê przedstawiali doœæ niepokoj¹cy widok. Zwykle takich Weasleyów wszyscy unikali jak zarazy. Niestety lub stety, pokój wspólny by³ ju¿ zupe³nie pusty i nikt nie zdawa³ sobie sprawy ze zbli¿aj¹cego siê niebezpieczeñstwa (b¹dŸ dobrej zabawy).
To zaskoczy³o Olivera w czwartek z samego rana. To by³o uczuciem, które nagle zapuka³o do jego œwiadomoœci, wy³aniaj¹c siê z g³êbin nieœwiadomoœci. Ogólnie mo¿na je by³o zakwalifikowaæ do znaków ostrzegawczych, jakie wysy³a nam czasami nasz w³asny mózg. Sêk w tym, i¿ w zasadzie nie wiedzia³, co i kto mia³by mu zrobiæ. W czasie œniadania intensywnie studiowa³ to uczucie, próbuj¹c je dopasowaæ do jakieœ sytuacji. Zlustrowa³ wzrokiem ca³y stó³ Œlizgonów i nic. Nie poczu³ niczego niepokoj¹cego. Potem przysz³a kolej na Krukonów - ¿adnego przeczucia. Puchoni - "to" swobodnie unosi³o siê w k³êbowisku jego myœli i relaksowa³o siê. Wzi¹³ g³êboki oddech i zacz¹³ lustrowaæ stó³, który zajmowali uczniowie z jego w³asnego domu. Przeœlizgn¹³ wzrokiem po pierwszakach, potem wy³owi³ z t³umu kilku drugoklasistów i tak dalej. Nic siê nie dzia³o. To wyraŸnie nie o nich chodzi³o. Zreszt¹ zacz¹³ mieæ w¹tpliwoœci, jak rozpozna odpowiedni¹ osobê lub osoby. W koñcu odczu³ lekki niepokój, kiedy spojrza³ na Freda i Georgea, ale oni zwykle budzili w ludziach uczucie niepokoju o w³asne ¿ycie lub zdrowie, wiêc siê nie liczyli. Lee Jordan nie wzbudzi³ w nim ¿adnych emocji. Obok niego siedzia³a Alicja i jej druga po³ówka. W g³ównym oœrodku nerwowym Wooda zapali³a siê czerwona lampka. "Zastanawiaj¹ce" - stwierdzi³ w myœlach i przez chwilê przygl¹da³ im siê natarczywie. Nie sta³o siê jednak nic wiêcej. Odnotowa³ ten fakt w myœlach i pod¹¿y³ wzrokiem dalej, przenosz¹c go na Angelinê i ostatecznie na Katie. Alarm zagrzmia³ mu w myœlach jak mugolska syrena stra¿acka. Serce lekko przyspieszy³o i zrobi³o mu siê trochê ciep³o wewn¹trz klatki piersiowej. "Katie - Alicja - Doug" - jego myœli szybko zestawi³y ze sob¹ poszczególne czêœci uk³adanki. " Œwietnie i co dalej? Wood myœl. Co ma ze sob¹ wspólnego ta trójka? No, oprócz tego, ¿e siê znaj¹ i dziewczyny dziel¹ dormitorium." Nic nie przychodzi³o mu do g³owy. Wobec takiego stanu rzeczy musia³ przeprowadziæ wnikliwe obserwacje. Ostatnimi czasy ¿ycie zbyt czêsto wymyka³o mu siê spod kontroli i prowokowa³o zamieszanie oraz bardzo ¿enuj¹ce sytuacje.
Obserwacjê Katie porzuci³ z przyczyn wiadomych. Jakoœ za bardzo pachnia³o to k³opotami. Alicja i Doug natomiast nie sprawiali wiêkszych k³opotów. W czasie godzin lekcyjnych byli rozdzieleni, wiêc nie musia³ siê martwiæ tym, ¿e nie ma ich na oku. Na przerwach zaœ para go³¹bków nadrabia³a zaleg³oœci powsta³e w wyniku cichych dni, jakie przechodzili jakiœ czas temu. Przygl¹da³ siê wiêc ich absolutnie ukradkowym uœciskom w okiennych wnêkach i poca³unkom kradzionym sobie nawzajem za kotarami, gobelinami b¹dŸ nieco wiêkszymi rzeŸbami. Im wiêcej tego widzia³, tym mniej mu siê to wszystko podoba³o. A sednem tego "nie-podobania" by³y w³aœnie poca³unki. Po ca³ym dniu uganiania siê za Spinnet i Paynem doszed³ do wstrz¹saj¹cego wniosku, i¿ to w³aœnie ZAKOCHANI siê ca³uj¹. Mo¿na wrêcz powiedzieæ, ¿e jest to istot¹ ich istnienia. No, mo¿e to trochê przesadzone, ale w przypadku obserwowanej pary mo¿na by³o jak najbardziej wysnuæ takie przypuszczenie. Wobec powy¿szego skonstatowa³, le¿¹c w nagrzanej poœcieli i ws³uchuj¹c siê w równe oddechy œpi¹cych wspó³lokatorów:
"Chêæ poca³owania Katie i to, ¿e podoba³o mi siê to, ¿e mnie poca³owa³a..." - zawaha³ siê, czy aby na pewno powinien zaznajomiæ siê z t¹ myœl¹ - "... ona mi siê po prostu podoba. Tak jak Alicja podoba siê Dougowi." Nagle usiad³ na ³ó¿ku, tkniêty myœl¹, która skrystalizowa³a siê w jego umyœle i zosta³a czym prêdzej zepchniêta w jego najciemniejszy i najg³êbszy zak¹tek. Do rana jednak nie dawa³a mu spokoju. Nie zmru¿y³ oczu. Zapowiada³ siê uroczy pi¹tek.
Alicja Spinnet jak ka¿da kobieta posiada³a intuicjê. Ta zaœ mówi³a jej, ¿e z Oliverem Woodem jest coœ nie tak. To znaczy inaczej nie tak ni¿ zawsze. Mog³a oczywiœcie zignorowaæ w³asne przeczucie, jednak trudno by³o to robiæ w sytuacji, kiedy Wood zachowywa³ siê coraz bardziej podejrzanie. Najpierw gapi³ siê na ni¹ i Douga przy œniadaniu, a potem wiecznie siê na niego natykali w przerwach miêdzy zajêciami. W miarê zbli¿ania siê dnia ku koñcowi, zaczyna³o to byæ coraz bardziej irytuj¹ce. Na szczêœcie, zanim wyczerpa³a siê jej cierpliwoœæ, nasta³ wieczór i Wood zaszy³ siê we w³asnym dormitorium. Zakopana we w³asnym ³ó¿ku po same uszy (niezbyt dobrze znosi³a ch³odne wieczory) mimochodem pomyœla³a o Woodzie i jego dziwnym zachowaniu.
- Angi? - zagadnê³a kole¿ankê, która w³aœnie pakowa³a siê do ³ó¿ka.
- Tak..?
- Wydaje mi siê, ¿e Wood siê zakocha³ - wysunê³a przypuszczenie, marszcz¹c nos.
Angelina zamar³a w doœæ niewygodnej pozie. Wydawa³o jej siê, ¿e Alicja powiedzia³a: "Wood siê zakocha³". Na wszelki wypadek postanowi³a siê upewniæ.
- Czy ty powiedzia³aœ, ¿e ci siê wydaje, ¿e Wood, ten Oliver Wood siê zakocha³? - zapyta³a, pakuj¹c siê w koñcu do ³ó¿ka i wlepiaj¹c w kole¿ankê podejrzliwe spojrzenie.
- Tak - odpar³a krótko Alicja.
W ten sytuacji Angelina musia³a chwilê pomyœleæ. Po przeanalizowaniu sytuacji dosz³a do wniosku, i¿ Alicja nie czuje siê dzisiaj najlepiej. Przecie¿ coœ takiego w ¿yciu nie mog³o siê zdarzyæ. Jakim cudem Wood mia³by siê zakochaæ, no i przede wszystkim, w kim? Spojrza³a na Alicjê, oczekuj¹c¹ jakiejœ reakcji z jej strony.
- Sk¹d przysz³o ci coœ takiego do g³owy?
- Bo przez ca³y dzieñ ³azi³ za mn¹ i Dougiem i nas obserwowa³ - odpar³a bez wahania Alicja.
- Powinnaœ siê leczyæ - stwierdzi³a krótko Angelina i zaklêciem zas³oni³a kotary przy swoim ³ó¿ku.
Alicja wzruszy³a jedynie ramionami i zrobi³a to samo. Przypuszcza³a, ¿e przyjació³ka jej nie uwierzy. W koñcu sama siê przekona, i¿ ona, Alicja Spinnet, mia³a racjê i bêdzie musia³a jej zwróciæ honor. Na razie jednak by³a zmêczona i bardzo œpi¹ca.
Katie jeszcze nie spa³a. S³ysza³a bardzo dok³adnie s³owa Alicji i teraz by³a pewna, ¿e tak szybko nie zaœnie. O ile w ogóle jej siê to uda. Oliver by³ zakochany. I do tego na pewno zakochany w Alicji.
" No to ciekawe, po co chcia³ ca³owaæ siê jeszcze kilka dni temu z tob¹?" - jak zwykle "uprzejmie" zapyta³o jej sumienie.
Pytanie jak najbardziej trafne, musia³a przyznaæ.
"No w³aœnie, po co?" Niespokojnie przewróci³a siê na prawy bok. "Gdyby by³ zakochany w Alicji, to raczej j¹ chcia³by ca³owa" - stwierdzi³a w myœlach.
"Merlinie, jakaœ ty bystra" - zauwa¿y³ ironicznie g³os, do którego obecnoœci zaczê³a siê ju¿ przyzwyczajaæ. Zignorowa³a go.
"No dobra" - zag³êbia³a siê w dywagacjach. - "Zakocha³ siê i chce mnie poca³owaæ... O Merlinie!" - to, co pojawi³o siê w jej przemyœleniach jako ostateczna konkluzja, przerazi³o j¹, a jednoczeœnie przepe³ni³o szczêœciem. Zanim niebo poszarza³o od porannych promieni s³oñca, stoczy³a ostry bój z w³asnym ego i ostatecznie nie by³a pewna, kto w koñcu zwyciê¿y³. By³a natomiast potwornie zmêczona i perspektywa pracowitego pi¹tku jawi³a siê jej przed oczami niczym œredniowieczne tortury, o których czyta³a w podrêcznikach historii.
Pi¹tek jak to pi¹tek, d³u¿y³ siê niemi³osiernie i Ron mia³ go serdecznie dosyæ. W³aœnie dochodzi³a ósma wieczorem, a on nadal tkwi³ po uszy zagrzebany w ksi¹¿kach i pergaminach. Zawali³ wypracowanie z transmustacji i teraz na poniedzia³ek musia³ napisaæ dwa. Sumuj¹c to z wszystkimi innymi zadanymi esejami, by³ w powa¿nych tarapatach. Tym bardziej, ¿e Hermiona odmówi³a wspó³pracy. "Sam jesteœ sobie winien" - stwierdzi³a krótko, odchodz¹c do dziewczêcego dormitorium. Przeklina³ w³aœnie ca³y ten œwiat i wszystkich jego mieszkañców, wy³¹czaj¹c oczywiœcie siebie, kiedy na wysokoœci jego oczu pojawi³y siê dwie sylwetki. S¹dz¹c po swetrach, byli to Fred i George. Uniós³ nieco g³owê i stwierdzi³, i¿ wcale siê nie pomyli³.
"Przyszli siê zemœciæ za wyjca" - przemknê³o mu przez myœl, kiedy zda³ sobie sprawê z tego, i¿ w pokoju wspólnym znajduj¹ siê tylko we trójkê. Od kilku dni zastanawia³ siê, kiedy i jaka spotka go kara za donos. Jego list z wiadomoœci¹ o dziwnym zachowaniu bliŸniaków zaowocowa³ zwyczajowym wyjcem od matki, który wprawi³ braci w z³oœæ. Zwlekali jednak z odwetem. A¿ do teraz.
- Siema, braciszku - pierwszy odezwa³ siê Fred.
Ron prze³kn¹³ g³oœno œlinê i wyj¹ka³:
- Siema...
Usadowili siê na kanapie naprzeciw niego. Rêka, w której trzyma³ pióra dr¿a³a i nie móg³ tego opanowaæ. BliŸniacy milczeli, przygl¹daj¹c mu siê. Nie wytrzyma³:
- Chcecie czegoœ? Wiem, ¿e tak, wiêc zróbcie, co macie zrobiæ i miejmy to ju¿ za sob¹!
- Ale¿ Ronuœ, nie denerwuj siê tak - uspokoi³ go George.
- My chcemy tylko twojej pomocy - doda³ Fred.
- Naprawdê? - wyj¹ka³ niepewnie Ron, przenosz¹c wzrok z Freda na Georgea i z powrotem.
- Naprawdê - zapewni³ George.
- Czy myœmy ciê kiedykolwiek ok³amali? - zapyta³ jak najbardziej retorycznie Fred.
- No, w zasadzie... - zacz¹³ Ron.
- Stare dzieje - przerwa³ mu Fred i pochyli³ siê nad stolikiem. - S³uchaj...
No i Ron s³ucha³, a jego oczy robi³y siê coraz wiêksze i wiêksze. Ostatecznie zapomnia³ o dodatkowym zadaniu z transmutacji.
Los zetkn¹³ ich ze sob¹ w pustej szatni w sobotni poranek. On po kolejnej nie przespanej nocy i ona równie¿. Spojrzeli na siebie i zapad³a krêpuj¹ca cisza. Przerwali j¹ w koñcu:
- Oliverze...
- Katie...
Znów milczenie, spuszczone g³owy, zmieszanie.
- Ty pierwsza - zaoferowa³ wspania³omyœlnie.
- Lepiej zacznij ty - ust¹pi³a.
- Ja... - zap³on¹³ rumieñcem. - ... nie wiem jak to powiedzieæ...
Nie œmia³a nawet domyœlaæ siê tego, co chcia³ jej powiedzieæ, ale doskonale zdawa³a sobie sprawê z tego, co on musi teraz czuæ. Powinna jakoœ mu pomóc, u³atwiæ sprawê tylko nie wiedzia³a jak.
- Spotkasz siê ze mn¹? - wykrztusi³ w koñcu.
Wstrzyma³a oddech. Chcia³ siê z ni¹ spotkaæ, umówiæ na... zmitygowa³a siê, zanim myœl dobrnê³a do koñca.
- Masz na myœli... - zaczê³a niepewnie.
- Randkê - dokoñczy³ za ni¹.
- Dzisiaj?
- Tak.
- O której?
- Dziewiêtnasta.
- Gdzie?
- Wie¿a astronomiczna.
Przytaknê³a i w koñcu odwa¿y³a siê podnieœæ wzrok. Spojrzeli sobie w oczy. Wood mia³ w³aœnie zrobiæ krok w stronê Katie, kiedy do szatni wkroczyli z hukiem Fred i George. Bezceremonialnie spoczêli na ³awce i zaczêli chrapaæ. Oliver spojrza³ na nich wzrokiem bazyliszka i z trudem zdusi³ w sobie chêæ uœmiercenia ich natychmiast. Móg³ poczekaæ do wieczora.
Katie i Oliver spotkali siê na szczycie Wie¿y Astronomicznej, a szczegó³y przebiegu tej randki zna tylko kilka hogwardzkich sów oraz oni sami. Koniec koñców dieta posz³a w niepamiêæ, a Fred i George œwiêtowali hucznie swoje wspania³e zwyciêstwo. W koñcu uda³o im siê tak doskonale doprowadziæ plan do koñca...
I pozosta³ tylko Ron pa³aj¹cy chêci¹ zemsty. Tkwi³ prawie godzinê w jakieœ nieu¿ywanej klasie, w romantycznym towarzystwie tablicy anatomicznej trolla i s³oja z marynowan¹ ¿mij¹, czekaj¹c na Angelinê Johnson, która o swojej "mi³oœci" do niego nie mia³a pojêcia, w zwi¹zku z czym siê nie pojawi³a. Tak to jest, jak wierzy siê tym, co robienie dowcipów wyssali z mlekiem matki i zawsze potrzebuj¹ jakieœ ofiary.
KONIEC
Wysz³a. Zatrzasnê³y siê za ni¹ drzwi. Drobinki kurzu zatañczy³y nad pod³og¹ w promieniach popo³udniowego s³oñca. Jak¿e romantyczna sceneria i nie by³o nikogo, kto móg³by to doceniæ, bo Oliver Wood by³ daleki od kontemplacji nastroju chwili. Sta³ jeszcze przez chwilê nieruchomo, po czym potar³ d³oni¹ brodê.
"Dlaczego?" Oto i istota ca³ej sprawy. "Chcia³em j¹ poca³owaæ... choæ gdyby ona to zrobi³a... no, by³oby proœciej." Pogr¹¿aj¹c siê w swoich rozwa¿aniach, Wood opar³ siê o najbli¿sz¹ ³awkê i podpar³ brodê rêk¹. "Tak, tylko dlaczego? Przecie¿ ja nigdy tego nie chcia³em." Czu³, ¿e tej kwestii nie da siê tak po prostu wyjaœniæ. "Powinienem podejœæ do tego jak do analizy sytuacji z meczu" -niewielka ulga odmalowa³a siê na jego twarzy. "Tak, to najlepsze rozwi¹zanie. To mniej wiêcej tak, jakbym chcia³ obroniæ rzut i jedynym sposobem jest... eee... jest..." - brak odpowiedniego porównania sprawi³, i¿ znów poczu³ siê bardzo niekomfortowo. "Nie, spróbujmy z innej perspektywy. Ja, czyli mê¿czyzna, chcê poca³owaæ ko... dziewczynê. Zwykle ca³uj¹ siê..."
Wiedzia³, doskonale wiedzia³, kto zwykle siê ca³uje. Tylko czy chcia³ siebie samego o tym przekonaæ? W jego umyœle zaczê³y rodziæ siê w¹tpliwoœci. Nie mog³o przecie¿ chodziæ o coœ takiego. Mi³oœæ mog³a przytrafiaæ siê innym, ale przecie¿ nie jemu! To by³a po prostu wina stresu. Gdyby tamtej nocy siê nie wystraszy³ (ekm) to znaczy nie zosta³ zaskoczony tym... atakiem, nie by³oby problemu. Niemniej jednak problem zaistnia³ i mia³ coœ przeciwko takiej argumentacji. Wood postanowi³ trzymaæ siê swojej wersji i zaj¹æ zdecydowanie wa¿niejszymi sprawami, na przyk³ad quidditchem. W koñcu przebieg ostatniego meczu nadal le¿a³ mu na w¹trobie. No i jeszcze by³a kwestia "olewania kapitana", z czym natychmiast nale¿a³o zrobiæ porz¹dek. Podbudowany przekonaniem o winie Bell, wyszed³ z komnaty i raŸnie pomaszerowa³ do dormitorium. Musia³ siê w koñcu przebraæ.
Katie wpatrywa³a siê w baldachim swojego ³ó¿ka. Gdzieœ w tle s³ysza³a chichot Alicji, który raz po raz przerywa³ weso³y monolog panny Spinnet. W g³owie k³êbi³y jej siê myœli, których chêtnie by siê pozby³a. Myœli o Oliverze Woodzie i tym, co przez ostatnie kilka tygodni siê wydarzy³o. "O ile wszystko by³oby prostsze, gdybym mia³a ch³opaka..." - zanim dokoñczy³a myœl, odezwa³ siê znów g³os sumienia: - "A niby co mia³oby to zmieniæ?"
Pytanie by³o perfidne i podchwytliwe. Nie potrafi³a na nie odpowiedzieæ tak od razu.
"Hmmm... Nie napastowa³abym Wooda?" - spróbowa³a.
"Hehe..." - zarechota³ g³os sumienia i pos³a³ kolejny strza³ na bramkê: "A Wood na ch³opaka siê nie nadaje?"
"Eeeee... Wood?" - zmarszczy³a czo³o zastanawiaj¹c siê nad t¹ kwesti¹. - " No... Wood to..."
"Ch³opak" - podpowiedzia³ ma³o dyskretnie g³osik z ty³u g³owy.
"Ch³opak? No tak. I nawet..." - ugryz³a siê w myœlach w jêzyk.
"Przystojny?" - paskudny emisariusz sumienia by³ zdecydowanie bez sumienia.
"Czy Oliver..." - zaczê³a siê zastanawiaæ nad istot¹ urody Wooda.
"A gdzie siê podzia³ Wood?" - ironizowa³ wewnêtrzny upierdliwiec.
"Czy Oliver Wood (lepiej ci?) jest przystojny? Hmm...wysoki, barczysty..." - ci¹gnê³a swoje rozwa¿ania.
"To podchodzi pod kategoriê: mêski" - lekkim tonem wtr¹ci³ g³osik.
"Wdech i wydech..." - uspokaja³a siê. - "Mêski, ciemnobr¹zowe, krótkie w³osy... pasuje mu ta fryzura..." - nie podoba³y siê jej w³asne myœli. Przez chwilê stara³a siê wyrzuciæ je wszystkie z g³owy.
"Przyznaj siê, ¿e ci siê podoba..." - dra¿ni³ g³osik, chichocz¹c przy tym.
"Podobaj¹ mi siê jedynie jego oczy!" - stwierdzi³a dobitnie, próbuj¹c zepchn¹æ w³asne sumienie do defensywy.
"Tak, te bursztynowe klejnoty lœni¹ce..." - parszywiec by³ przebieg³ym przeciwnikiem i tym razem pobi³ j¹ jej w³asn¹ broni¹.
- Ach, zamknij siê! - burknê³a nagle g³oœno, nie zdaj¹c sobie z tego sprawy.
Alicja zamilk³a ju¿ jakiœ czas temu i teraz cicho pochrapywa³a, zmorzona szczêœciem. Wobec takiego stanu rzeczy Angelina oderwa³a siê od nudnej lektury rozprawki o eliksirach usypiaj¹cych i spojrza³a na Katie, zaskoczona.
- S¹dzi³am, ¿e te¿ zasnê³aœ - stwierdzi³a.
Katie przewróci³a siê na bok i wyjaœni³a:
- Zamyœli³am siê.
- Nad czym? - zainteresowa³a siê Angelina.
- Ach... Nad niczym szczególnym - odpar³a Katie i po³o¿y³a z powrotem na plecach.
Angelina zrozumia³a aluzjê i powróci³a do czytania usypiaj¹cego dzie³a. Na zewn¹trz powoli zacz¹³ zapadaæ zmierzch.
Fred i George Weasleyowie mieli za sob¹ ciê¿k¹ sobotê, znoœn¹ niedzielê i paskudny poniedzia³ek. Wtorek i œroda zanotowa³y tendencjê wzrostow¹ w skali atrakcyjnoœci poszczególnych dni tygodnia. Dziœ jednak by³ czwartek i zdecydowanie nie nale¿a³ do najlepszych.
- Fred... - zagadn¹³ George brata, siedz¹cego naprzeciw w opustosza³ym pokoju wspólnym.
- Tak, George? - mrukn¹³ zagadniêty, nie odrywaj¹c wzroku od pergaminu, na którym zawziêcie skroba³ piórem.
- W sobotê odnieœliœmy sukces...
- Prawda - potwierdzi³ Fred.
- To dlaczego nadal mamy dietê?
- Hmm... - Fred musia³ pomyœleæ. Jego brat zada³ fundamentalne pytanie.
- Jakieœ potkniêcie w planie? - zasugerowa³.
- Myœlisz? - podchwyci³ George.
- Nie testowaliœmy go, wiêc by³a pewna doza ryzyka, ¿e siê nie powiedzie - myœla³ na g³os Fred. - Widaæ procent zawodnoœci by³ zbyt du¿y...
- Powinniœmy go byli wypróbowaæ - stwierdzi³ George, grzebi¹c w rozrzuconych po stoliku ksi¹¿kach.
- To jest to, braciszku!! - wykrzykn¹³ nagle Fred.
George, przestraszony okrzykiem brata, zrzuci³ po³owê ksi¹¿ek na pod³ogê.
- Merlinie! Chcesz ¿ebym dosta³ zawa³u! - oburzy³ siê, zbieraj¹c rozrzucon¹ literaturê magiczno-naukow¹.
- Czego marudzisz? - obruszy³ siê Fred. - Jutro musimy znaleŸæ jakiœ obiekt doœwiadczalny.
- Masz ju¿ kogoœ na myœli?
- Tak... - Fred znacz¹co uniós³ brwi.
- Nie, no co ty? - George z niedowierzaniem spojrza³ na brata.
- Tak...
- Fred, jesteœmy paskudni... - zachichota³ George, zacieraj¹c rêce.
Brat zawtórowa³ mu i przez chwilê przedstawiali doœæ niepokoj¹cy widok. Zwykle takich Weasleyów wszyscy unikali jak zarazy. Niestety lub stety, pokój wspólny by³ ju¿ zupe³nie pusty i nikt nie zdawa³ sobie sprawy ze zbli¿aj¹cego siê niebezpieczeñstwa (b¹dŸ dobrej zabawy).
To zaskoczy³o Olivera w czwartek z samego rana. To by³o uczuciem, które nagle zapuka³o do jego œwiadomoœci, wy³aniaj¹c siê z g³êbin nieœwiadomoœci. Ogólnie mo¿na je by³o zakwalifikowaæ do znaków ostrzegawczych, jakie wysy³a nam czasami nasz w³asny mózg. Sêk w tym, i¿ w zasadzie nie wiedzia³, co i kto mia³by mu zrobiæ. W czasie œniadania intensywnie studiowa³ to uczucie, próbuj¹c je dopasowaæ do jakieœ sytuacji. Zlustrowa³ wzrokiem ca³y stó³ Œlizgonów i nic. Nie poczu³ niczego niepokoj¹cego. Potem przysz³a kolej na Krukonów - ¿adnego przeczucia. Puchoni - "to" swobodnie unosi³o siê w k³êbowisku jego myœli i relaksowa³o siê. Wzi¹³ g³êboki oddech i zacz¹³ lustrowaæ stó³, który zajmowali uczniowie z jego w³asnego domu. Przeœlizgn¹³ wzrokiem po pierwszakach, potem wy³owi³ z t³umu kilku drugoklasistów i tak dalej. Nic siê nie dzia³o. To wyraŸnie nie o nich chodzi³o. Zreszt¹ zacz¹³ mieæ w¹tpliwoœci, jak rozpozna odpowiedni¹ osobê lub osoby. W koñcu odczu³ lekki niepokój, kiedy spojrza³ na Freda i Georgea, ale oni zwykle budzili w ludziach uczucie niepokoju o w³asne ¿ycie lub zdrowie, wiêc siê nie liczyli. Lee Jordan nie wzbudzi³ w nim ¿adnych emocji. Obok niego siedzia³a Alicja i jej druga po³ówka. W g³ównym oœrodku nerwowym Wooda zapali³a siê czerwona lampka. "Zastanawiaj¹ce" - stwierdzi³ w myœlach i przez chwilê przygl¹da³ im siê natarczywie. Nie sta³o siê jednak nic wiêcej. Odnotowa³ ten fakt w myœlach i pod¹¿y³ wzrokiem dalej, przenosz¹c go na Angelinê i ostatecznie na Katie. Alarm zagrzmia³ mu w myœlach jak mugolska syrena stra¿acka. Serce lekko przyspieszy³o i zrobi³o mu siê trochê ciep³o wewn¹trz klatki piersiowej. "Katie - Alicja - Doug" - jego myœli szybko zestawi³y ze sob¹ poszczególne czêœci uk³adanki. " Œwietnie i co dalej? Wood myœl. Co ma ze sob¹ wspólnego ta trójka? No, oprócz tego, ¿e siê znaj¹ i dziewczyny dziel¹ dormitorium." Nic nie przychodzi³o mu do g³owy. Wobec takiego stanu rzeczy musia³ przeprowadziæ wnikliwe obserwacje. Ostatnimi czasy ¿ycie zbyt czêsto wymyka³o mu siê spod kontroli i prowokowa³o zamieszanie oraz bardzo ¿enuj¹ce sytuacje.
Obserwacjê Katie porzuci³ z przyczyn wiadomych. Jakoœ za bardzo pachnia³o to k³opotami. Alicja i Doug natomiast nie sprawiali wiêkszych k³opotów. W czasie godzin lekcyjnych byli rozdzieleni, wiêc nie musia³ siê martwiæ tym, ¿e nie ma ich na oku. Na przerwach zaœ para go³¹bków nadrabia³a zaleg³oœci powsta³e w wyniku cichych dni, jakie przechodzili jakiœ czas temu. Przygl¹da³ siê wiêc ich absolutnie ukradkowym uœciskom w okiennych wnêkach i poca³unkom kradzionym sobie nawzajem za kotarami, gobelinami b¹dŸ nieco wiêkszymi rzeŸbami. Im wiêcej tego widzia³, tym mniej mu siê to wszystko podoba³o. A sednem tego "nie-podobania" by³y w³aœnie poca³unki. Po ca³ym dniu uganiania siê za Spinnet i Paynem doszed³ do wstrz¹saj¹cego wniosku, i¿ to w³aœnie ZAKOCHANI siê ca³uj¹. Mo¿na wrêcz powiedzieæ, ¿e jest to istot¹ ich istnienia. No, mo¿e to trochê przesadzone, ale w przypadku obserwowanej pary mo¿na by³o jak najbardziej wysnuæ takie przypuszczenie. Wobec powy¿szego skonstatowa³, le¿¹c w nagrzanej poœcieli i ws³uchuj¹c siê w równe oddechy œpi¹cych wspó³lokatorów:
"Chêæ poca³owania Katie i to, ¿e podoba³o mi siê to, ¿e mnie poca³owa³a..." - zawaha³ siê, czy aby na pewno powinien zaznajomiæ siê z t¹ myœl¹ - "... ona mi siê po prostu podoba. Tak jak Alicja podoba siê Dougowi." Nagle usiad³ na ³ó¿ku, tkniêty myœl¹, która skrystalizowa³a siê w jego umyœle i zosta³a czym prêdzej zepchniêta w jego najciemniejszy i najg³êbszy zak¹tek. Do rana jednak nie dawa³a mu spokoju. Nie zmru¿y³ oczu. Zapowiada³ siê uroczy pi¹tek.
Alicja Spinnet jak ka¿da kobieta posiada³a intuicjê. Ta zaœ mówi³a jej, ¿e z Oliverem Woodem jest coœ nie tak. To znaczy inaczej nie tak ni¿ zawsze. Mog³a oczywiœcie zignorowaæ w³asne przeczucie, jednak trudno by³o to robiæ w sytuacji, kiedy Wood zachowywa³ siê coraz bardziej podejrzanie. Najpierw gapi³ siê na ni¹ i Douga przy œniadaniu, a potem wiecznie siê na niego natykali w przerwach miêdzy zajêciami. W miarê zbli¿ania siê dnia ku koñcowi, zaczyna³o to byæ coraz bardziej irytuj¹ce. Na szczêœcie, zanim wyczerpa³a siê jej cierpliwoœæ, nasta³ wieczór i Wood zaszy³ siê we w³asnym dormitorium. Zakopana we w³asnym ³ó¿ku po same uszy (niezbyt dobrze znosi³a ch³odne wieczory) mimochodem pomyœla³a o Woodzie i jego dziwnym zachowaniu.
- Angi? - zagadnê³a kole¿ankê, która w³aœnie pakowa³a siê do ³ó¿ka.
- Tak..?
- Wydaje mi siê, ¿e Wood siê zakocha³ - wysunê³a przypuszczenie, marszcz¹c nos.
Angelina zamar³a w doœæ niewygodnej pozie. Wydawa³o jej siê, ¿e Alicja powiedzia³a: "Wood siê zakocha³". Na wszelki wypadek postanowi³a siê upewniæ.
- Czy ty powiedzia³aœ, ¿e ci siê wydaje, ¿e Wood, ten Oliver Wood siê zakocha³? - zapyta³a, pakuj¹c siê w koñcu do ³ó¿ka i wlepiaj¹c w kole¿ankê podejrzliwe spojrzenie.
- Tak - odpar³a krótko Alicja.
W ten sytuacji Angelina musia³a chwilê pomyœleæ. Po przeanalizowaniu sytuacji dosz³a do wniosku, i¿ Alicja nie czuje siê dzisiaj najlepiej. Przecie¿ coœ takiego w ¿yciu nie mog³o siê zdarzyæ. Jakim cudem Wood mia³by siê zakochaæ, no i przede wszystkim, w kim? Spojrza³a na Alicjê, oczekuj¹c¹ jakiejœ reakcji z jej strony.
- Sk¹d przysz³o ci coœ takiego do g³owy?
- Bo przez ca³y dzieñ ³azi³ za mn¹ i Dougiem i nas obserwowa³ - odpar³a bez wahania Alicja.
- Powinnaœ siê leczyæ - stwierdzi³a krótko Angelina i zaklêciem zas³oni³a kotary przy swoim ³ó¿ku.
Alicja wzruszy³a jedynie ramionami i zrobi³a to samo. Przypuszcza³a, ¿e przyjació³ka jej nie uwierzy. W koñcu sama siê przekona, i¿ ona, Alicja Spinnet, mia³a racjê i bêdzie musia³a jej zwróciæ honor. Na razie jednak by³a zmêczona i bardzo œpi¹ca.
Katie jeszcze nie spa³a. S³ysza³a bardzo dok³adnie s³owa Alicji i teraz by³a pewna, ¿e tak szybko nie zaœnie. O ile w ogóle jej siê to uda. Oliver by³ zakochany. I do tego na pewno zakochany w Alicji.
" No to ciekawe, po co chcia³ ca³owaæ siê jeszcze kilka dni temu z tob¹?" - jak zwykle "uprzejmie" zapyta³o jej sumienie.
Pytanie jak najbardziej trafne, musia³a przyznaæ.
"No w³aœnie, po co?" Niespokojnie przewróci³a siê na prawy bok. "Gdyby by³ zakochany w Alicji, to raczej j¹ chcia³by ca³owa" - stwierdzi³a w myœlach.
"Merlinie, jakaœ ty bystra" - zauwa¿y³ ironicznie g³os, do którego obecnoœci zaczê³a siê ju¿ przyzwyczajaæ. Zignorowa³a go.
"No dobra" - zag³êbia³a siê w dywagacjach. - "Zakocha³ siê i chce mnie poca³owaæ... O Merlinie!" - to, co pojawi³o siê w jej przemyœleniach jako ostateczna konkluzja, przerazi³o j¹, a jednoczeœnie przepe³ni³o szczêœciem. Zanim niebo poszarza³o od porannych promieni s³oñca, stoczy³a ostry bój z w³asnym ego i ostatecznie nie by³a pewna, kto w koñcu zwyciê¿y³. By³a natomiast potwornie zmêczona i perspektywa pracowitego pi¹tku jawi³a siê jej przed oczami niczym œredniowieczne tortury, o których czyta³a w podrêcznikach historii.
Pi¹tek jak to pi¹tek, d³u¿y³ siê niemi³osiernie i Ron mia³ go serdecznie dosyæ. W³aœnie dochodzi³a ósma wieczorem, a on nadal tkwi³ po uszy zagrzebany w ksi¹¿kach i pergaminach. Zawali³ wypracowanie z transmustacji i teraz na poniedzia³ek musia³ napisaæ dwa. Sumuj¹c to z wszystkimi innymi zadanymi esejami, by³ w powa¿nych tarapatach. Tym bardziej, ¿e Hermiona odmówi³a wspó³pracy. "Sam jesteœ sobie winien" - stwierdzi³a krótko, odchodz¹c do dziewczêcego dormitorium. Przeklina³ w³aœnie ca³y ten œwiat i wszystkich jego mieszkañców, wy³¹czaj¹c oczywiœcie siebie, kiedy na wysokoœci jego oczu pojawi³y siê dwie sylwetki. S¹dz¹c po swetrach, byli to Fred i George. Uniós³ nieco g³owê i stwierdzi³, i¿ wcale siê nie pomyli³.
"Przyszli siê zemœciæ za wyjca" - przemknê³o mu przez myœl, kiedy zda³ sobie sprawê z tego, i¿ w pokoju wspólnym znajduj¹ siê tylko we trójkê. Od kilku dni zastanawia³ siê, kiedy i jaka spotka go kara za donos. Jego list z wiadomoœci¹ o dziwnym zachowaniu bliŸniaków zaowocowa³ zwyczajowym wyjcem od matki, który wprawi³ braci w z³oœæ. Zwlekali jednak z odwetem. A¿ do teraz.
- Siema, braciszku - pierwszy odezwa³ siê Fred.
Ron prze³kn¹³ g³oœno œlinê i wyj¹ka³:
- Siema...
Usadowili siê na kanapie naprzeciw niego. Rêka, w której trzyma³ pióra dr¿a³a i nie móg³ tego opanowaæ. BliŸniacy milczeli, przygl¹daj¹c mu siê. Nie wytrzyma³:
- Chcecie czegoœ? Wiem, ¿e tak, wiêc zróbcie, co macie zrobiæ i miejmy to ju¿ za sob¹!
- Ale¿ Ronuœ, nie denerwuj siê tak - uspokoi³ go George.
- My chcemy tylko twojej pomocy - doda³ Fred.
- Naprawdê? - wyj¹ka³ niepewnie Ron, przenosz¹c wzrok z Freda na Georgea i z powrotem.
- Naprawdê - zapewni³ George.
- Czy myœmy ciê kiedykolwiek ok³amali? - zapyta³ jak najbardziej retorycznie Fred.
- No, w zasadzie... - zacz¹³ Ron.
- Stare dzieje - przerwa³ mu Fred i pochyli³ siê nad stolikiem. - S³uchaj...
No i Ron s³ucha³, a jego oczy robi³y siê coraz wiêksze i wiêksze. Ostatecznie zapomnia³ o dodatkowym zadaniu z transmutacji.
Los zetkn¹³ ich ze sob¹ w pustej szatni w sobotni poranek. On po kolejnej nie przespanej nocy i ona równie¿. Spojrzeli na siebie i zapad³a krêpuj¹ca cisza. Przerwali j¹ w koñcu:
- Oliverze...
- Katie...
Znów milczenie, spuszczone g³owy, zmieszanie.
- Ty pierwsza - zaoferowa³ wspania³omyœlnie.
- Lepiej zacznij ty - ust¹pi³a.
- Ja... - zap³on¹³ rumieñcem. - ... nie wiem jak to powiedzieæ...
Nie œmia³a nawet domyœlaæ siê tego, co chcia³ jej powiedzieæ, ale doskonale zdawa³a sobie sprawê z tego, co on musi teraz czuæ. Powinna jakoœ mu pomóc, u³atwiæ sprawê tylko nie wiedzia³a jak.
- Spotkasz siê ze mn¹? - wykrztusi³ w koñcu.
Wstrzyma³a oddech. Chcia³ siê z ni¹ spotkaæ, umówiæ na... zmitygowa³a siê, zanim myœl dobrnê³a do koñca.
- Masz na myœli... - zaczê³a niepewnie.
- Randkê - dokoñczy³ za ni¹.
- Dzisiaj?
- Tak.
- O której?
- Dziewiêtnasta.
- Gdzie?
- Wie¿a astronomiczna.
Przytaknê³a i w koñcu odwa¿y³a siê podnieœæ wzrok. Spojrzeli sobie w oczy. Wood mia³ w³aœnie zrobiæ krok w stronê Katie, kiedy do szatni wkroczyli z hukiem Fred i George. Bezceremonialnie spoczêli na ³awce i zaczêli chrapaæ. Oliver spojrza³ na nich wzrokiem bazyliszka i z trudem zdusi³ w sobie chêæ uœmiercenia ich natychmiast. Móg³ poczekaæ do wieczora.
Katie i Oliver spotkali siê na szczycie Wie¿y Astronomicznej, a szczegó³y przebiegu tej randki zna tylko kilka hogwardzkich sów oraz oni sami. Koniec koñców dieta posz³a w niepamiêæ, a Fred i George œwiêtowali hucznie swoje wspania³e zwyciêstwo. W koñcu uda³o im siê tak doskonale doprowadziæ plan do koñca...
I pozosta³ tylko Ron pa³aj¹cy chêci¹ zemsty. Tkwi³ prawie godzinê w jakieœ nieu¿ywanej klasie, w romantycznym towarzystwie tablicy anatomicznej trolla i s³oja z marynowan¹ ¿mij¹, czekaj¹c na Angelinê Johnson, która o swojej "mi³oœci" do niego nie mia³a pojêcia, w zwi¹zku z czym siê nie pojawi³a. Tak to jest, jak wierzy siê tym, co robienie dowcipów wyssali z mlekiem matki i zawsze potrzebuj¹ jakieœ ofiary.
KONIEC
