Bardzo dziękuję Dagulec za to, że wytrwale dla mnie betuje i cierpliwie poprawia moje przecinki i dwukropki :)

Życzę wszystkim Wesołych Świąt - następny rozdział pojawi się już w styczniu (możliwe, że pod koniec...). Bardzo dziękuję za komentarze, z niektórymi opiniami się zgadzam - np. sama również nie przepadam za Albusem, jest bardziej zarozumiały niż Eckley :P No ale cóż począć, może się chłopak wyrobi jeszcze w następnych częściach... ;)


Rozdział 8. Renegaci

Chociaż Albus był bardzo zaintrygowany, jaką to tajemnicę ukrywają przed nim przyjaciele, musiał zapomnieć o tej sprawie na kilka dni. Wciąż był przytłoczony ciężarem dezaprobaty, jaką czuł w stosunku do podjętej przez tatę decyzji, a skoro James się do niego nie odzywał, mógł o tym porozmawiać jedynie ze Scorpiusem i Morrisonem. Niestety, koledzy nie byli tym zachwyceni.

- Po prostu tego nie rozumiem – wymamrotał Albus przy śniadaniu w piątkowy poranek. – Nie rozumiem, dlaczego mój tata miałby coś takiego robić.

Morrison westchnął teatralnie.

- Skończmy temat – powiedział powoli.

- Niczego nie będę kończył – odpowiedział kwaśno Albus. – To poważna sprawa, niezależnie do tego, co ty o tym myślisz!

Scorpius parsknął.

- Mówisz zupełnie jak Rose – powiedział. Kontynuował swoją tyradę, zanim Albus zdołał mu przerwać: – Nie, to wcale nie jest poważna sprawa. Nikt nie został ranny, a jeśli potrzebujesz jakiegoś dowodu, że podjął dobrą decyzję, proszę bardzo: czytałem Proroka i w całym wydaniu nie było nawet słowa o twoim tacie. Żadnych strajków czy protestów z transparentami. Ludzie myślą, że wie, co robi. Ty też powinieneś.

Albus skrzyżował ramiona na piersiach i gapił się ponuro na kolegów, chociaż obydwaj nie zwracali na to uwagi. Albo też byli przyzwyczajeni do takich spojrzeń. W ciszy skończył swój bekon i przemówił ponownie dopiero, kiedy zadzwonił dzwonek:

- Przynajmniej mamy teraz eliksiry – powiedział, kiedy schodzili w dół do podziemi. – Będę mógł w końcu zapytać Mirrę, co takiego robiła w Hogsmeade...

Szybko zerknął na przyjaciół, żeby sprawdzić, czy wymienili swoje wiele znaczące spojrzenia, i nie rozczarował się. Przez ułamek sekundy Morrison i Scorpius patrzyli na siebie niespokojnie.

Albus nie mógł wcześniej porozmawiać z Mirrą o jej tajemniczym odwołaniu wspólnej wizyty w Hogsmeade. Jedyne zajęcia, jakie mieli w tym tygodniu wspólnie – opieka nad magicznymi stworzeniami – zostały odwołane z powodu deszczu i w związku z tym Albus nie mógł się doczekać, aż ponownie zobaczy koleżankę. Weszli do klasy eliksirów i okazało się, że Gryfoni są już na miejscu. Mirra siedziała pomiędzy Rose a Eckleyem w ławce na końcu sali. Nie miał pojęcia, jak zareagowałaby Rose, gdyby do nich teraz podszedł, więc usiadł pomiędzy Morrisonem i Scorpiusem. Zdecydował , że podejdzie do Mirry później.

Profesor Handit wyłonił się ze swojego gabinetu. Ku zdziwieniu wszystkich uśmiechał się, co rzadko zdarzało się na poprzednich lekcjach.

- No dobrze, wiem, że do tej pory zbyt dobrze nam nie szło na tych zajęciach – zaczął. – Po prostu nie byłem przygotowany do uczenia tego przedmiotu... ale wydaje mi się, że dziś odwaliłem kawał dobrej roboty. Wyciągajcie kociołki, zrobimy dziś eliksir!

Wśród uczniów rozległy się radosne okrzyki. Przez ostatnie trzy lekcje mieli czas wolny, a w tym czasie ich nauczyciel próbował wymyślić, czego będzie ich uczył. Za pierwszym razem było nawet fajnie, ale później Albus zaczął mieć wrażenie, że jego koledzy chcą już zabrać się do pracy.

- Stworzymy dziś antidotum na jad popiełka. Niezbyt skomplikowane, bo sam dałem radę je sporządzić, ale wymaga kilku sprytnych manewrów. Podzielcie się na trzy- lub czteroosobowe grupy!

Albus natychmiast się obrócił, w oczekiwaniu, że podejdzie do niego Mirra, ale mocno się rozczarował. Dziewczyna została na miejscu, razem z Rose i Eckleyem oraz Hornsbrookiem, który przyłączył się do nich jako czwarta osoba. Albus zmarszczył ponuro brwi. O ile dobrze pamiętał, to był chyba pierwszy raz w przeciągu ostatnich dwóch lat, kiedy Mirra nie chciała być z nim w grupie. Poczuł się nieco przybity i odwrócił wzrok, żeby z powrotem zwrócić uwagę na profesora Handita.

- Wskazówki znajdziecie na tablicy! – wykrzyknął podekscytowany. – Macie godzinę. Kiedy skończycie, napełnijcie fiolkę eliksirem i podpiszcie ją swoimi nazwiskami, żebym mógł ją ocenić na następne zajęcia!

Profesor wyglądał na uszczęśliwionego faktem, że w końcu może przydzielić im jakieś zadanie do wykonania. Albus szybko przeczytał wskazówki na tablicy i zauważył, że eliksir jest śmiesznie prosty. W każdym razie Morrison wstał z miejsca, żeby przynieść im składniki, i zaraz potem zaczęli pracować.

Mimo tego, że eliksir był banalny w wykonaniu, Albus musiał męczyć się z nim nieco dłużej niż zazwyczaj. Morrison postanowił bowiem wykorzystać lekcję na napisanie pracy z wróżbiarstwa, przez co jego przyjaciele mieli więcej pracy, a ponadto Albus po prostu nie mógł się skoncentrować.

- Nie! – jęknął Scorpius, łapiąc go za rękę, zanim zdążył wrzucić do eliksiru pióra szpiczaka. – Musimy je dodać dopiero, kiedy dokładnie rozmieszamy muchy siatkoskrzydłe!

- Racja, przepraszam! – powiedział Albus, odkładając pióra i chwytając w zamian oczy pufka.

- NIE! – wykrzyknął Scorpius. – Po prostu... pozwól, że ja to zrobię.

Albus nachmurzył się. Eliksiry zazwyczaj były przedmiotem, z którego miał najwyższe oceny, a tym razem Scorpiusowi szło znacznie lepiej od niego.

- Przepraszam – powtórzył. – Jakoś nie mogę się skupić.

Rzucił za siebie ukradkowe spojrzenie, ponieważ właśnie stamtąd brała się jego okropna dekoncentracja. Mirra mieszała eliksir, Hornsbrook i Rose rozmawiali, a Eckley szeptał coś Mirrze do ucha. Dziewczyna się roześmiała i udała, że uderza go pięścią. Wyglądało na to, że chichocze przez całą lekcję.

Udało im się skończyć eliksir akurat z dzwonkiem i Albus jedynie patrzył, jak Scorpius napełnia fiolkę ich całkiem niezłym, choć nie idealnym eliksirem. Po postawieniu go na tacy wyszli razem z podziemi. Albus szedł nieco szybciej niż koledzy, żeby dogonić Mirrę.

Korytarze lochów były dość wąskie, Albus musiał ostrożnie wymijać innych uczniów, żeby dogonić Gryfonów. Miał nadzieję, że Rose nie urządzi sceny, jeśli spróbuje porozmawiać z Mirrą na korytarzu. Przeszedł obok pozostałych kolegów i w końcu znalazł się za grupą Gryfonów, którzy właśnie znikali za rogiem. Wszyscy szli bardzo blisko siebie i Albus po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważył , że zwłaszcza dwoje z nich idzie bardzo blisko siebie. Mirra i Eckley trzymali się za ręce.

Jego serce na chwilę przestało bić. Poczuł dziwną lekkość w głowie, a hałas na korytarzu dziwnie przycichł. Przeczesał włosy palcami i stwierdził, że jego dłonie są bardziej mokre i spocone niż kiedykolwiek. Właśnie myślał, że zaraz straci przytomność, ale wtedy usłyszał dobiegający zza pleców głos:

- Chodź, stary, spóźnimy się na obiad.

To był Morrison. Zerknął na twarz Albusa i zrozumiał, że ten też to zobaczył. Scorpius, który szedł nieco wolniej i dopiero terazich dogonił, wyłonił się z tłumku uczniów i dostrzegł posępne wyrazy twarzy przyjaciół.

- Co się stało? – zapytał.

Morrison zignorował jego pytanie.

- Chodźcie, umieram z głodu – powiedział. Pięć minut później siedzieli już przy stole Ślizgonów.

Albus przyglądał się swojemu pustemu talerzowi, bez powodzenia próbując zachować normalny wyraz twarzy. Morrison i Scorpius, którzy siedzieli naprzeciwko, również nic nie jedli. Po prostu się na niego patrzyli. W końcu odezwał się Scorpius:

- Wszystko w porządku, Al? Wyglądasz na przygnębionego...

Albus podniósł wzrok i odpowiedział, ale zwracając się do Morrisona:

- Czy trzymali się za ręce? – zapytał. – Mirra i Eckley?

Jego przyjaciele tym razem nawet nie wymienili spojrzeń, ale za to Scorpius pospiesznie zaczął nakładać na talerz tłuczony pasternak.

- Tak, trzymali się – odpowiedział Morrison.

- A więc... tak jakby chodzą ze sobą, nie? Spotykają się? – dopytywał się Albus.

Morrison patrzył się na niego przez moment, zanim odpowiedział:

- Tak. Od jakiegoś tygodnia.

- Tydzień?

- Umówiła się z nim na randkę w Hogsmeade – wytłumaczył Scorpius. – Tak właśnie nam odpowiedziała, kiedy zapytaliśmy się, czy idzie z nami.

- Dlaczego mi nic nie powiedzieliście? – zapytał Albus z twarzą czerwoną jak cegła. Czy jego przyjaciele wiedzieli, że Mirra mu się podoba? Czy było to aż tak oczywiste?

- Dlatego, że wiemy o twojej niechęci do Eckleya – powiedział szybko Scorpius. – Znaczy się, my też go nie lubimy, dowiedzieliśmy się przypadkiem. Przykro mi...

- Pewnie to i tak jakaś krótkoterminowa sprawa – dodał Morrison. – Przecież oni mają po trzynaście lat! To pewnie tylko jakieś zauroczenie. Pewnie tak...

Albus już się jednak wyłączył. Ponownie zaczął przyglądać się swojemu pustemu talerzowi, czując, jak jego cały dotychczasowy świat wali się w gruzy. Jego tata wypuścił Fango Wilde'a z Azkabanu... jego brat się do niego nie odzywa... a teraz jeszcze to. Dziewczyna, która mu się podoba, spotyka się z Charlesem Eckleyem, tą osobą w Hogwarcie, której najbardziej nienawidzi...

Pozostała część obiadu, podobnie jak śniadanie, upłynęła w ciszy. Nikt się nie odzywał, za co Albus był wdzięczny przyjaciołom. Zagubił się we własnych rozmyślaniach i dopiero dźwięk dzwonka przywrócił go z powrotem do rzeczywistości.

Pięć minut później weszli do sali obrony przed czarną magią. Albus cieszył się, że to ostatnia lekcja przed weekendem. Będzie miał całe dwa dni, żeby się nad sobą poużalać. Usiadł w ławce na końcu klasy razem ze Scorpiusem i Morrisonem, co zazwyczaj im się nie podobało , bo woleli siedzieć z przodu, ale dziś nie protestowali. Usiedli w ciszy, a kiedy weszli już wszyscy uczniowie, Fairhart przysiadł na biurku – tak, jak zazwyczaj.

- Dzień dobry, uczniowie – powiedział.

- Dzień dobry – odpowiedzieli chórem wszyscy oprócz Albusa.

- Dziś będziemy nieco szerzej omawiać temat, o którym wspomnieliśmy na początku roku...

Albus natychmiast się wyłączył, co robił każdej lekcji. Nie chciało mu się słuchać, jak Fairhart rozwodził się o emocjach i tych swoich teoriach, a zwłaszcza nie dzisiaj...

Jakim cudem Mirra spotyka się z Eckleyem!, powiedział sam do siebie. Czy już zapomniała, co wydarzyło się w zeszłym roku, kiedy to Eckley pobił się ze Scorpiusem, jednym z jej najlepszych przyjaciół? Czy do niej w ogóle docierało, jak bardzo Albus nienawidzi tego drania? Jak bardzo obydwaj jego przyjaciele go nienawidzą?

Co on ma takiego, czego ja nie mam?

Cóż, Eckley był popularny; zawsze otoczony przez stadko kolegów i koleżanek. Podczas gdy Albus zazwyczaj rozmawiał jedynie z Morrisonem i Scorpiusem, Eckleya zawsze widywano z różnymi znajomymi, często nawet ze uczniami starszych klas. Tak naprawdę jedynymi osobami, z którymi przebywał częściej niż zwykle, byli Hornsbrook, Mirra oraz Rose.

Rose, pomyślał gorzko. Kuzynka z pewnością miała z tym coś wspólnego. Przypomniało mu się, że kiedy przypadkiem przeczytał jej pamiętnik w pierwszej klasie, Rose wychwalała w nim pod niebiosa tego nadętego dupka. Pewnie to ona to wszystko zaaranżowała.

Ale nie, to mogła być prawda. Mirra zawsze podejmowała samodzielne decyzje. Nie pozwalała, żeby przyjaciele decydowali za nią. Nawet najlepsi przyjaciele. Czy Mirra nie była jedną z najlepszych koleżanek Albusa? A czy powiedziała mu, że lubi Eckleya? Czy w ogóle przyzna mu się, że ma chłopaka, kiedy będą rozmawiali następnym razem?

Z rozmyślań wyrwał go Scorpius, który właśnie odpowiadał na jakieś pytanie:

- Powiedział pan, że czarna magia nie istnieje – powiedział.

- To prawda – odrzekł Fairhart. – Cieszę się, że to zapamiętałeś. Czy wszyscy pamiętacie moją pierwszą lekcję? – zapytał.

Uczniowie przytaknęli, pomrukując twierdząco.

- Bardzo dobrze! – powiedział z podekscytowaniem. – Dzisiejsza lekcja będzie utrzymana w podobnym stylu. Będziemy dyskutować na temat czarnej magii, oraz, co ważniejsze, o tych ludziach, którzy jej używają i dlaczego. Pierwsze pytanie. Kto to jest czarnoksiężnik? Po czym poznajemy, że ktoś jest czarnoksiężnikiem?

Ktoś w przednim rzędzie uniósł rękę.

- Po rodzaju magii, jakiego ktoś używa?

- Myślałem, że ustaliliśmy sobie, że magia nie jest ani „czarna", ani „biała"? – odpowiedział pytaniem Fairhart.

Nie, to ty to sobie ustaliłeś, pomyślał z pogardą Albus. Pomyślał sobie, że wyżywanie się na braku talentu do nauczania Fairharta przynajmniej na chwilę oderwie go od ponurych myśli.

Ktoś inny uniósł dłoń.

- Powiedział pan, że wszystkie rodzaje magii mogą być niebezpieczne...

- W rzeczy samej, tak powiedziałem! – wykrzyknął Fairhart. – I powiedziałem też, że każde zaklęcie możemy uważać za czarnomagiczne w takim samym stopniu jak klątwę uśmiercającą! A teraz, co by było, gdybym powiedział wam, że zaklęcie uśmiercające wcale nie należy do czarnej magii?

Wówczas sam byś sobie zaprzeczył, pomyślał Albus z cieniem pierwszego tego dnia uśmiechu na ustach..

- Czy zabijanie jest zawsze złe? – zapytał Fairhart. – Czy nigdy nie jest potrzebne?

Uczniowie nie odpowiedzieli na to pytanie, a w każdym razie nikt nie uniósł dłoni. Fairhart najwidoczniej przyjął ciszę jako zachętę do kontynuowania.

- Dzisiejsza lekcja będzie miała więcej wspólnego z waszymi opiniami i pomysłami niż jakakolwiek poprzednia. Powiedziałem wam wcześniej, że rzeczy, jakich nauczymy się na tych zajęciach, będą bezcenne w waszej konfrontacji i dla umiejętności pokonywania czarnej magii, o ile tylko zostaną właściwie zrozumiane. Pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić, żeby coś powstrzymać, jest zrozumienie tego. Dzisiaj, drodzy uczniowie, uraczę was małą lekcją historii.

Klasa wydawała się spijać z ust Fairharta każde słowo. Jedynie Albus nie siedział wyprostowany jak kij od szczotki i nie słuchał z napięciem. Pomysł, żeby Fairhart uczył ich historii, był po prostu śmieszny. Że niby co, chciał pozbawić stanowiska profesora Binnsa tak samo, jak to zrobił z Handitem?

Fairhart wstał z miejsca i zaczął się przechadzać po klasie, sygnalizując tym samym, że zaraz rozpocznie opowieść.

- Cofnijmy się nieco w czasie – zaczął. – Kto z was wie, kim byli śmierciożercy?

Kilkoro uczniów, w tym Scorpius, uniosło ręce. Fairhart wskazał właśnie jego.

- Śmierciożerca to czarodziej, który popierał Voldemorta.

- Prawie dobrze – powiedział Fairhart. – Mówiąc ściślej, śmierciożercy w zasadzie pracowali dla Voldemorta i wykonywali jego polecenia. Było wielu czarodziejów, którzy popierali Voldemorta, ale nigdy nie przyjęli Mrocznego Znaku. Czy ktoś z was wie, czym jest Mroczny Znak?

Tym razem Scorpius był jedynym, który podniósł dłoń.

- Mroczny Znak jest symbolem umieszczanym na niebie przez śmierciożercę, żeby zaznaczyć, że miało miejsce morderstwo. Co więcej, był on także umieszczany na przedramieniu osoby, która była śmierciożercą. Kiedy Voldemort dotykał swojego znaku, wzywał do siebie wszystkich śmierciożerców.

- Świetnie! – powiedział Fairhart.

Wielu uczniów, w tym Albus, obejrzało się na Scorpiusa podejrzliwie. Albus wiedział, że nazwisko Malfoyów jest okryte złą sławą, i pomyślał, że Scorpius chyba nie za bardzo myślał, kiedy ujawnił, jak wiele wie o śmierciożercach. Chłopak najwidoczniej pomyślał o tym samym, ponieważ zgarbił się na krześle i zaczął się obficie pocić.

- Nie denerwuj się! – powiedział Fairhart. – Nie wstydź się! Dobrze, że jesteś tak dobrze poinformowany! Zawsze warto być dobrze poinformowanym.

Zamilkł na chwilę i podrapał się po brodzie, najwidoczniej niepewny, o czym dalej mówić.

- Teraz pobawimy się w matematyków – powiedział. – Mówią, że ponad stu śmierciożerców zostało zaaresztowanych bądź zabitych w trakcie Bitwy o Hogwart. Stu. A jednak wielu z nich udało się uciec! Jak myślicie, co przytrafiło się tym czarodziejom i czarownicom, którzy uciekli z pola bitwy po tym, jak Voldemort został pokonany? Myślicie, że może dobrowolnie oddali się w ręce władz?

- Zostali schwytani! – wykrzyknął ktoś.

- Czyżby? W jaki sposób? W jaki sposób można było rozpoznać śmierciożercę, kiedy ten nie nosił maski? Co prowadzi nas do pytania: w jaki sposób można odróżnić czarnoksiężnika od zwykłego czarodzieja?

- Mroczny Znak! – podekscytował się Milton Parish z Ravenclawu. – Zaaresztowali ludzi ze Znakiem!

- Och, wydawałoby się, że tak trzeba, prawda? – zapytał Fairhart. – Ale niestety nie, nie każdy czarodziej z Mrocznym Znakiem jest czarnoksiężnikiem i nie każdy czarnoksiężnik ma wypalony na przedramieniu Mroczny Znak. Wielu czarodziejów i czarownic zostało poddanych działaniu klątwy Imperius, więc nie byli w stanie się kontrolować! Ale mimo to mają to piętno... I wielu... wiele setek czarodziejów, którzy nie należeli do wewnętrznego kręgu Voldemorta, nie miało Mrocznego Znaku, a mimo tego wymordowali niezliczoną liczbę niewinnych mugoli, których wcześniej torturowali. Zabili rodziców. Zniszczyli życie dzieci...

- Zamęt. Panika. Anarchia. Po pierwszym upadku Voldemorta uniewinniono tak dużo jego zwolenników, że kiedy z powrotem urósł w siłę, miał już małe grono starych popleczników. Więc co w tej sytuacji robi Ministerstwo? Voldemorta już nie ma. Śmierciożercy, czarodzieje, którzy byli źli, choć nikt tym nie wiedział, uciekają w popłochu. Nie ma żadnego dowodu, że nie byli skonfundowani lub pod wpływem Imperiusa, więc wielu z nich wydostaje się na wolność dzięki prawnym kruczkom. Niektórych w ogóle nie umieszczono w Azkabanie ze względu na ich chęć do współpracy. Wydawali nazwiska swoich partnerów w zbrodni...

Albus skrzywił się na te słowa. Chociaż nie zdarzyło się to bezpośrednio po wojnie z Voldemortem, jego tata wypuścił z Azkabanu Fango Wilde'a właśnie za coś takiego. Pomyślał nawet, że może Fairhart o tym wie...

- Więc Ministerstwo nie zaaresztuje przecież wszystkich – kontynuował Fairhart, podczas gdy uczniowie byli tak zasłuchani, że wydawali się nie mrugać ani nie oddychać. – Setki morderców spaceruje sobie po ulicach Anglii. Niektórzy zdołali opuścić kraj, zanim ich odnaleziono. Ministerstwo Magii odmawia umieszczenia kogoś w Azkabanie, o ile nie jest absolutnie, w stu procentach przekonane, że ta osoba dopuściła się aktów terroru lub w pełni świadomie popierała Voldemorta. Czy wiecie, jak ciężko jest uzyskać taką stuprocentową pewność? Co wam to mówi o Ministerstwie?

- Że jest skorumpowane! – wykrzyknął ktoś.

- Nie – odpowiedział Fairhart, unosząc w górę palec. – Nie skorumpowane. Wprowadzane w błąd. Jego zasady i przepisy sprawiły, że działa nieefektywnie, do czego przyczynił się zwłaszcza Dział Egzekwowania Prawa.

Albus odebrał to jako niemal osobisty przytyk. Jego tata był w końcu dowódcą aurorów. A czy Fairhart również nie był aurorem? W takim razie dlaczego narzekał na nieefektywność działania Ministerstwa?

- To doprowadza nas do sedna naszej lekcji historii. Są niebezpieczni czarodzieje i czarownice, którym udało się uniknąć więzienia. W związku z tym mogą dalej zabijać. I kto zamierza temu zapobiec? Kto ich powstrzyma? Tak wyglądał świat bezpośrednio po upadku Voldemorta. Niebezpieczni czarodzieje nie mają żadnego lidera, który skoordynowałby ich działania. Przerażające, nieprawdaż? Co działo się w latach bezpośrednio po upadku Voldemorta? Pozwólcie, że wam opowiem.

Uczniowie gapili się na profesora zachłannie, z desperacją czekając na kolejne informacje. Nawet Albus, chociaż trochę urażony przytykiem odnoszącym się do swojego taty, był zaciekawiony. Na kilka chwil udało mu się nawet zapomnieć o Mirze. Ale tylko na moment.

Fairhart ponownie usiadł na swoim biurku i ostrożnie dobierał słowa. Po kilku sekundach przemówił:

- Czy ktoś z was wie, kim są renegaci?

Tym razem wszyscy, nawet Scorpius, pokręcili głowami. Fairhart kontynuował:

- Tak właśnie myślałem, że nie wiecie. To pojęcie stworzono przed waszym urodzeniem, więc wątpię, żeby ktokolwiek z was wiedział, co oznacza... oczywiście w sensie magicznym. Renegat jest to określenie na czarodzieja lub czarownicę, jeśli pomimo prawa „niewinny, dopóki nie udowodni mu się winy" wziął na siebie obowiązek zamordowania albo unieszkodliwienia czarodziejów, którzy, chociaż im tego nie udowodniono, dopuszczali się przestępstw w trakcie wojny. Mówiąc bardziej zrozumiale, renegaci to tacy czarodziejscy partyzanci.

Przerwał na moment, aby uczniowie zrozumieli, o czym mowa.

- Dzień przed tym, zanim Voldemort został pokonany, był tak samo potężny jak zawsze. Na kilka godzin przed swoim upadkiem nadal był najbardziej czarnoksięskim i przerażającym czarodziejem wszechczasów. A zabito go praktycznie w jedną noc. Ludzie obudzili się następnego ranka, nie mogąc pojąć, że źródło ich strachu zniknęło. Upadek Voldemorta zainspirował tych ludzi bardziej niż cokolwiek innego. To wydarzenie było dla nich swego rodzaju objawieniem. Jeśli Voldemorta mógł pokonać ktoś, kto nawet nie był aurorem, dlaczego oni nie mogliby zająć się wymierzaniem sprawiedliwości czarnoksiężnikom? Nagle nie było już strachu. Nagle to śmierciożercy zaczęli być nękanymi. Nękanymi przez zwykłą szarą ludność.

- Ciekawy fakt. W ciągu czterech lat po upadku Voldemorta aresztowano więcej renegatów niż śmierciożerców. I kim byli ci aresztowani renegaci? Zaraz wam powiem. Był mężczyzna, który przyglądał się, jak mordują jego żonę... i widział śmierciożercę, który to robił, a ten śmierciożerca nie znalazł się w Azkabanie z powodu braku wystarczających dowodów... i zabił tego śmierciożercę z zimną krwią. Był renegatem. Uwięziono go w Azkabanie i pewnie nadal tam jest. Była kobieta, słodka kobieta, której dzieci torturowano, a ostatecznie zabito. I znalazła mężczyznę, który to zrobił, który nawet nie był śmierciożercą, i zabiła go... żeby już żadna kobieta nie musiała doświadczyć bólu po utracie własnych dzieci. Wyrok: Azkaban. Czas upływał, tacy mężczyźni i takie kobiety trafiali do Azkabanu, ale to powodowało tylko to, że na ich miejsce pojawiali się nowi.

Cała sytuacja miała miejsce kilka tygodni po upadku Voldemorta. Dwóch czarodziejów przypadkiem spotkało mężczyznę, którego widzieli, kiedy torturował mugoli w trakcie wojny. Zabili go i zostali zesłani do Azkabanu. Połowa ludzi twierdziła, że wcale nie są lepsi od tego śmierciożercy. Druga połowa? Uznała ich za bohaterów. W sprawę zaangażowały się media, a cały ruch przybierał na sile. Tworzyły się nawet grupki takich renegatów. Przypominam sobie zwłaszcza jedną, nazwali siebie samych „Wybawczym Aliansem Różdżek". W skład WARu wchodzili jedni z najbardziej brutalnych renegatów, o jakich słyszałem, ponad połowa z nich obecnie odsiaduje wyrok w Azkabanie. Zabijali nawet, jeśli na kogoś padło podejrzenie uprawiania czarnej magii. Nie miało znaczenia, czy rzeczywiście dopuścił się tego czynu. Nie miało znaczenia to, że ktoś był pod wpływem Imperiusa. Jeśli ktoś tylko przyglądał się, jak ktoś inny zabija, likwidowano go na miejscu. Ministerstwo równie dobrze mogło uznać następnego dnia, że ten człowiek był niewinny. I ciągnęło się to przez całe lata... Voldemort umarł, ale wojna trwała.

Uczniowie gapili się na niego z otwartymi ustami. Nikt z nich nie słyszał wcześniej takich rzeczy ani nie oczekiwał, że kiedykolwiek usłyszy je w sali lekcyjnej, Albus był o tym przekonany.

- Czy renegaci wciąż działają? – zapytał ktoś z przodu.

- Och, tak. Nie tak aktywnie, ale wciąż. Wielu z nich nigdy nie złapano, niektórzy zaczęli później nosić maski. Wydaje mi się, że ostatni przypadek, kiedy schwytano i osądzono renegata, miał miejsce jakieś piętnaście lat temu, od tamtego czasu nie byli już aktywni. Nie, w końcu sprawa przycichła. Ale pewni renegaci... pewni renegaci są wciąż poszukiwani tak samo jak śmierciożercy. A śmierciożerców również do końca nie wyłapano. Nie, nadal istnieje mała grupka czarodziejów i czarownic, których Ministerstwo nigdy nie skazało, a renegaci nigdy nie dopadli. Renegaci i śmierciożercy... obydwie grupy to zabójcy. Tacy ludzie wciąż chodzą między nami.

Fairhart wstał i ponownie zaczął się przechadzać, jakby chciał powoli kończyć swoją niezwykłą opowieść. Zostało zaledwie dziesięć minut lekcji.

- To były mroczne czasy dla Ministerstwa Magii. Nie chciało, żebym o tym mówił albo prowokował jakiekolwiek dyskusje, uwierzcie mi. Pracowałem tam. Również waszym rodzicom by się to pewnie nie spodobało. Jednak dość istotnym jest, abyście o tym wiedzieli, ponieważ mam teraz do was pewne pytanie. Renegaci używali klątwy uśmiercającej w ich mniemaniu w słusznej sprawie. Czy w takim przypadku ta klątwa to nadal „czarna magia"? Czy zabijanie nadal wchodzi w skład czarów czarnoksięskich?

- Tak – powiedział Albus, zanim zdołał się powstrzymać. Wykład był interesujący, to prawda, ale wiedział, co Fairhart chce udowodnić, i wcale się z nim nie zgadzał. Jego tata wiele lat temu powiedział mu, że na świecie wciąż znajdują się czarnoksiężnicy, którzy robią złe rzeczy. Zabijanie było jedną z takich rzeczy. Zabijanie jest złe, niezależnie od tego, z jakiej strony by na to nie patrzeć.

Fairhart uśmiechnął się do niego, a cała klasa odwróciła się w jego stronę z zaciekawieniem.

- Panie Potter! – powiedział profesor. – Wygląda na to, że to pierwsza pana wypowiedź na forum klasy w tym roku! Kilka razy o mało co nie zaznaczyłem panu nieobecności! Wyraził pan swoje zdanie, proszę teraz o argumenty.

- Zabijanie jest złe – rzekł po prostu Albus.

- Wydaje mi się, że bardzo niewiele osób się z panem w tej kwestii nie zgodzi – powiedział Fairhart. – Wydaje mi się, że jedynie potężny czarodziej może rzucić klątwę uśmiercającą. Ale tylko potężniejszy od niego czarodziej rozumie, co daje mu prawo do użycia tego zaklęcia, i jedynie taki jest w stanie użyć go w słusznej sprawie. Nie uważa pan, że w przypadku renegatów chodziło o słuszną sprawę, panie Potter? Myśli pan, że renegaci się mylili?

- Renegaci zabijali, ponieważ myśleli, że tak należy postąpić – odpowiedział Albus. – Śmierciożercy wiedzieli, że to co czynią, jest złe.

- Być może – odpowiedział Fairhart. – Ale zapytam teraz pana, panie Potter, chociaż modlę się, żeby nigdy nie znalazł się pan w takiej sytuacji... co by pan zrobił, gdyby dano panu wybór? Jeśli jakiś mężczyzna zamordował pięćset osób, a pan miałby okazję, żeby go zabić, zanim zamorduje kolejne pięćset, nie zrobiłby pan tego? Pozwoliłby mu pan dalej zabijać?

Albus poczuł, że pali go twarz. Znalazł się wcześniej już w takiej sytuacji albo przynajmniej w podobnej. W zeszłym roku mógł zabić Aresa, trzymał w dłoni Smoczą Różdżkę. Ale jednak zdecydował się tego nie zrobić. Mimo to walczył. Różdżka powiedziała mu... nie, to on sobie powiedział... że musi pozbawić Aresa życia. Kto wie, co by się wydarzyło, gdyby nie pojawił się tata?

Zdecydował się zrobić unik.

- To nie ma znaczenia – powiedział. – Nieważne, kto się tego dopuszcza ani z jakiego powodu, zabijanie jest złe.

Uczniowie wodzili wzrokiem od Albusa do Fairharta, chcąc zobaczyć, który pierwszy się wycofa. Albus czuł, jak buzuje w nim adrenalina. Fairhart nie tylko się z nim kłócił... on podważał także autorytet jego ojca. Kto mu dał do tego prawo? Kim był, żeby podważać to, co powiedział Harry Potter, który zwyciężył najpotężniejszego czarnoksiężnika wszech czasów?

- W takim przypadku miejsce renegatów jest w Azkabanie? A czarodzieje, którym nie udowodniono bycia śmierciożercami, albo czarnoksiężnicy w ogóle mogą sobie hasać na wolności?

Albus poczuł, że trzęsie się ze wściekłości. Fairhart przekręcał wszystko, co mu powiedział. Kiedy się nie odezwał, Fairhart kontynuował:

- Albus wyraził słuszną uwagę – powiedział w kierunku klasy. – Akt zabijania działa przeciwko naturze ludzkiej. Kim jesteśmy, żeby decydować, kto ma prawo żyć, a kto musi umrzeć? Jednak decyzja o zabiciu kogoś może często uratować więcej żyć ludzkich, niż zabierze. Klątwa uśmiercająca jest często zaliczana do czarnej magii. Ale nie stajecie twarzą w twarz z klątwą uśmiercającą, lecz z osobą, która ją wypowiada, z osobą, która może czuć, że ma do tego pełne prawo...

- Więc Voldemort wcale nie był taki zły, co? – krzyknął Albus, wstając z miejsca, zanim ktoś zdołał go powstrzymać. Uczniowie wstrzymali oddech. Nawet Morrison bezgłośnie coś do niego mówił. – Miał prawo zabijać niewinnych ludzi, ponieważ czuł, że jest do tego upoważniony... To właśnie pan sugeruje?

- Slytherin traci sto punktów! – warknął Fairhart. Uczniowie raz jeszcze głośno westchnęli. Twarz Fairharta, przynajmniej po tej stronie, która nie była pokiereszowana, była teraz czerwona. Wyglądał na wściekłego. To był pierwszy raz w ciągu tego roku, kiedy stracił nad sobą panowanie. – Jakim prawem?! Ja nigdy... nigdy nie... Jak śmiesz?!

Albus wiedział, że przesadził, ale teraz mógł jedynie się przyglądać, a jego twarz była równie czerwona jak twarz Fairharta.

- Wtedy nie było cię nawet na świecie! – wrzasnął Fairhart. – Nie wiesz nic, kompletnie nic, o popełnionych wtedy okropnych czynach... rozbitych rodzinach... mówiłem tylko, że zabijanie może być usprawiedliwione w przypadku ludzi takich jak on... Jak śmiesz?! – powtórzył.

Zaraz potem zadzwonił dzwonek. Uczniowie przemknęli obok Fairharta najszybciej, jak potrafili. Albus spodziewał się, że będzie musiał zostać, ale nikt mu nie kazał tak zrobić. Fairhart po prostu usiadł z powrotem za biurkiem, podczas gdy Albus chyłkiem opuścił klasę.

Kiedy tylko znaleźli się za drzwiami, odezwał się Morrison:

- Stary! O co w ogóle chodziło? – zapytał ze zdumionym wyrazem twarzy.

- Nie chcę o tym mówić – wydusił Albus przez zaciśnięte zęby. Prawda była taka, że doskonale rozumiał, dlaczego zdecydował się zaatakować Fairharta. Próbował rozładować swój gniew i wewnętrzne napięcie związane z całą tą sprawą Mirry, a wszystko, do czego udało mu się doprowadzić, to utrata stu punktów.

Szli dalej korytarzem w ciszy, chociaż koledzy i koleżanki wokół niego mamrotali o wybuchu, którego byli świadkami. Scorpius odezwał się dopiero za zakrętem:

- Wydaje mi się, że sto punktów to trochę za dużo – powiedział, wyraźnie starając się pocieszyć przyjaciela. – Może powinieneś pójść do niego, porozmawiać i wyjaśnić, że...

- Nie! – wykrzyknął Albus na cały korytarz. Potem, niewiele myśląc, wypuścił z siebie wiązankę przekleństw, co ostatnio dość często mu się zdarzało. Parę osób aż westchnęło ze zdziwienia. Miał nadzieję, że poczuje się dzięki temu lepiej, ale ponownie nie zadziałało.

- Szlaban! – dobiegł zza jego pleców głos, który rozpoznał.

Albus obejrzał się przez ramię i zobaczył Jamesa. Jego błyszcząca odznaka była doskonale widoczna. Trzymał ręce na biodrach. Wyglądał jak prawdziwy strażnik prawa i porządku. Albus uświadomił sobie, że są to pierwsze słowa od kilku tygodni, jakie wypowiedział do niego brat, ale był zbyt rozkojarzony, żeby mu to wytknąć.

- Co? – zapytał zamiast tego.

- Szlaban – powtórzył James, w ogóle nie mrugając. – Uczniowski kodeks postępowania zabrania bezczeszczenia, wulgaryzmów ani jakikolwiek innych bezecnych uczynków wypowiadanych na głos bądź prezentowanych w towarzystwie innych uczniów. W normalnej sytuacji ukarałbym kogoś upomnieniem... ale nie spodziewaj się jakichkolwiek przywilejów – zakończył lodowatym tonem.

Albus zagapił się na niego z otwartymi ustami, niezdolny do wypowiedzenia ani słowa. Nawet Morrison i Scorpius milczeli. Nie mówiąc nic więcej, James przemknął obok nich i poszedł dalej korytarzem, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło.

Plotki szybko się rozeszły po szkole. W przeciągu godziny każdy dowiedział się, że Albus Potter znowu przyczynił się do kiepskiej pozycji Slytherinu. Chociaż do końca roku było mnóstwo czasu, nadrobienie stu punktów było praktycznie niemożliwe, co z kolei oznaczało brak szansy na Puchar Domów. Co więcej, szlaban oznaczał, że jest wykluczony z pierwszego meczu quidditcha. Albus pomyślał gorzko, że wolałby dostać ten szlaban kilka tygodni temu. Wtedy przynajmniej nadal miałby pelerynę.

Spacerował korytarzami Hogwartu przez kolejne dwie godziny zupełnie bezcelowo. Scorpius i Morrison udali się do pokoju wspólnego, zostawiając go samego, za co był im wdzięczny. Właśnie miał zamiar zacząć walić głową o jakąś ścianę, kiedy usłyszał swoje nazwisko.

- Potter!

Odwrócił się i zobaczył Atticusa. Serce mu na chwilę stanęło.

- Potter, czy to, co słyszałem, to prawda? Że masz zakaz gry w pierwszym meczu w sezonie? – zapytał, stając z Albusem twarzą w twarz.

- Dostałem szlaban – wymamrotał Albus, starając się uniknąć kontaktu wzrokowego.

Atticus zaczął wymachiwać rękami.

- Jak? Dlaczego?

- Przez brata – powiedział Albus, mając nadzieję, że będzie w stanie zrzucić część winy na Jamesa. – Mocno przesadził... dał mi szlaban za przeklinanie.

- Przeklinanie? – zapytał zdumiony Atticus. – Jesteś nastolatkiem, przecież to normalne, że przeklinasz!

- Uczniowski kodeks postępowania nakazuje... – zaczął powoli Albus.

- Chrzanić uczniowski kodeks postępowania! – powiedział Atticus. – Chodźmy wyjaśnić to z profesorem Longbottomem. Szlaban za przeklinanie... najgłupsza rzecz, o jakiej słyszałem...

I tak Albus udał się na trzecie piętro, żeby zobaczyć się z Neville'em. Nie był w stanie sobie wyobrazić, w jaki sposób może mu pomóc profesor zielarstwa, ale czuł, że musi przynajmniej spróbować coś zrobić. Zapukał do drzwi gabinetu i wziął głęboki oddech.

- Wejść!

Albus wszedł do środka i zobaczył siedzącego przy biurku profesora. Jego gabinet był mały i zatłoczony i mocno cuchnął nawozem. Znajdowało się w nim wiele roślin w doniczkach, z których niektóre się ruszały. Neville uniósł wzrok. Najwidoczniej coś pisał.

- Albus? W czym mogę ci pomóc?

Albus zamknął za sobą drzwi.

- Cześć – powiedział. – Mhm... chciałem o czymś z panem na szybko porozmawiać.

Neville szybko ułożył papiery na biurku, po czym przybrał poważny wyraz twarzy.

- Tak?

- Eeee... James dał mi dzisiaj szlaban – powiedział, niepewny, czy to właściwy sposób na rozpoczęcie rozmowy.

- Tak, James jest prefektem – rzekł Neville. – Wydaje mi się, że profesor McGonagall myślała, że pomoże mu to wydorośleć. Czy ten szlaban był przydzielony przypadkiem? Bez żadnego powodu?

- Cóż – zaczął Albus, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie, żeby zająć czymś ręce – głośno przeklinałem. No i James dał mi szlaban.

Neville zmarszczył brwi.

- Przykro mi, Albusie. Wulgarność jest dobrym powodem do przydzielenia szlabanu. W większości przypadków na początku stosuje się upomnienie, jeśli to pierwsze złamanie regulaminu, ale James w rzeczy samej miał prawo ukarać cię szlabanem. Tak naprawdę nawet był do tego zmuszony.

- Wiem – powiedział szybko Albus. – Ale jestem w drużynie quidditcha, a teraz nie będę mógł zagrać w pierwszym meczu... Czy jest jakaś szansa, żebym mógł odbyć normalny szlaban, zamiast być wykluczonym z udziału w meczu?

Neville ponownie się nachmurzył.

- Nie jestem upoważniony do podejmowania takich decyzji – powiedział. – Przykro mi. Możesz jedynie udać się do opiekuna domu i zapytać, czy nie przydzieliłby ci normalnego szlabanu. Jako że to prefekt mojego domu cię ukarał, nie mogę ci pomóc. Ale jestem przekonany, że profesor Fairhart z przyjemnością udzieli ci rady.

Albus jęknął.

- Czy nie ma innej opcji? – zapytał zdesperowany. Fairhart zabrał mu już dziś sto punktów. Zdecydowanie nie chciał widzieć się z nim ponownie.

- Obawiam się, że nie – powiedział Neville.

Albus opuścił gabinet Neville'a przygnębiony jeszcze bardziej niż wcześniej. Wiedział, że Fairhart nie odda mu przysługi, a zwłaszcza nie po ich słownej potyczce. Czując, że może lepiej będzie nie informować Atticusa tak szybko o czekającym go rozczarowaniu, nie wrócił do pokoju wspólnego. Spędził resztę dnia w Pokoju Życzeń, opuszczając nawet kolację.

Wiedział jednak, że nie może się ukrywać cały dzień, ponieważ jeśli przyłapią go na korytarzu po godzinie policyjnej, tylko pogorszy tym swoją sytuację. Wszedł do pokoju wspólnego parę minut przed dziewiątą i zobaczył, ku swojej uldze, że jest praktycznie pusty.

- Gdzieś ty się podziewał? – spytał Scorpius, jak tylko Albus wszedł do pomieszczenia. Siedział w jednym z foteli przy kominku, czytając wielką książkę opartą o podołek.

- W Pokoju Życzeń – przyznał Albus. – Morrison już w łóżku?

Scorpius przytaknął. Po chwili ciszy odezwał się:

- Więc... to był kiepski dzień, nie?

Albus jęknął i zajął miejsce w fotelu naprzeciwko kolegi. Nie potrzebował ironicznych uwag Scorpiusa, na pewno nie teraz... Czując, że najlepiej będzie nie odpowiadać, zagapił się w ogień.

- Słuchaj, stary... wiem, że to dla ciebie nie ma znaczenia, ale większość ludzi nie wini cię za utratę tych stu punktów. Każdy mówi, że to o wiele za dużo. Fairhart mocno przesadził...

- Nie tylko o to chodzi – powiedział Albus. – To było koszmarny dzień.

- Nie masz szans na mecz qudditcha? – zapytał Scorpius. – Atticus wspominał, że miałeś się udać do profesora Longbottoma...

- Nie chodzi nawet o to – prychnął Albus, wciąż zapatrzony w ogień. Tak, stracił sto punktów i nie zagra w pierwszym meczu w sezonie. A James dał mu szlaban, bo chciał się odegrać, co też było ciosem poniżej pasa. Ale nawet nie to było najgorsze. To z innego powodu nie będzie mógł spać dzisiejszej nocy. Myśl o tym, że Mirra spotyka się z Eckleyem... że mogą właśnie teraz, w tym momencie, siedzieć w pokoju wspólnym, trzymając się za ręce... żartując... i całując się...

- A więc chodzi o Mirrę spotykającą się z tym debilem? – zapytał nagle Scorpius.

Albus odwrócił się w jego stronę, gotów wypowiedzieć na głos myśli tłoczące mu się przez cały dzień w głowie.

- To nie ma żadnego sensu! – wypalił. – Co ona w nim widzi?

- Cóż, wiesz, że ja też nienawidzę prawienia mu komplementów – powiedział Scorpius – ale jest popularny, atrakcyjny według niektórych i takie tam.

- Ale jest dupkiem! – wypalił Albus. – W zeszłym roku usiłował nas zastraszyć! I zawsze mówi w tak zarozumiały sposób, i przechwala się, i popisuje... nie powinna być z kimś takim! Powinna być z kimś takim, jak...

- ...jak ty? – skończył za niego Scorpius.

Albus udał, że nie rozumie.

- O czym ty mówisz? – zapytał.

Scorpius zmrużył oczy i zamknął książkę.

- Dobrze wiesz, o czym mówię. A jeśli nie wiesz, jesteś jedyną osobą, która jeszcze tego nie zauważyła.

Albus zagapił się na niego. Ze wszystkich ludzi, jakich rozważał jako potencjalnych kandydatów do zwierzeń odnośnie swoich uczuć do Mirry, Scorpius był ostatni na liście. Morrison przynajmniej spróbowałby załagodzić sytuację, podczas gdy ironiczna natura Scorpiusa zapewne brała w nim górę. Ale... w końcu był jednym z jego najlepszych przyjaciół... więc zaczął rozmowę:

- Podoba mi się Mirra – powiedział. - Bardzo. Naprawdę, bardzo.

- Wiem – przyznał Scorpius. – Praktycznie każdy, kogo znasz, o tym wie. Jesteś dość łatwy do rozpracowania.

Albus się obruszył.

- Wcale nie!

- A właśnie że tak!

- Podaj chociaż jeden przykład!

Scorpius dotknął dłonią podbródka, udając, że mocno się namyśla.

- Och, nie wiem, może wtedy, kiedy zaciągnąłeś nas do lochów wypełnionych zabójczą mgłą, żeby ją uratować!

- Tu chodziło o wszystkich czarodziejów!

- Albo wtedy, kiedy ja albo Morrison wpadliśmy w zeszłym roku na jakiś pomysł, to zawsze mówiłeś, że jest beznadziejny, ale kiedy to Mirra wpadła na to samo, to był już genialny!

- Bo ona myśli logiczniej niż wy, chłopaki! Lepiej dobiera słowa...

- Albo pomyśl o tej niezliczonej ilości razy, kiedy byłeś w jej pobliżu i gapiłeś się na nią, dopóki nie odwzajemniła spojrzenia, a potem udawałeś, że wcale nie patrzyłeś?

Scorpius powiedział to z charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem i do Albusa w końcu dotarło. Scorpius widział, w jaki sposób Albus patrzył na Mirrę, kiedy bandażowała mu rękę. I widział również inne rzeczy...

Albus ukrył twarz w dłoniach.

- Czy naprawdę każdy wie?

Scorpius wzruszył ramionami.

- W rzeczy samej. Sama zainteresowana chyba jednak nie, a przynajmniej tak mi się wydaje, jak o tym pomyślę. Jesteście dobrymi przyjaciółmi. Pewnie traktuje cię jak brata albo coś w tym stylu.

Albus nie wiedział, jaki efekt miało wywołać to zdanie, ale poczuł się nagle pięćdziesiąt razy gorzej. Jak brata?

Wydusił z siebie westchnienie.

- Co mam zrobić? – zapytał przygnębionym tonem. – Ona jest z Eckleyem...

Scorpius parsknął.

- Al, mają po trzynaście lat. Zachowujesz się, jakby co najmniej brali ślub, a potem mieli żyć długo i szczęśliwie. To tylko zauroczenie. Wzajemne. Wielu ludzi przeżywa swoją pierwszą miłość w tym wieku.

- Ty też? – zapytał Albus. Scorpius zignorował to pytanie, chociaż wyraźnie się zaczerwienił.

- Słuchaj, po prostu aż tak się tym nie przejmuj. Wciąż jesteś jej przyjacielem. A ta sprawa z Eckleyem nie będzie trwała wiecznie.

- Więc myślisz, że mam jakieś szanse? – zapytał szybko Albus.

Na twarzy przyjaciela pojawił się pełen boleści wyraz. Wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym, jak sformułować odpowiedź.

- Mówiąc szczerze? – powiedział. – Nie, nie wydaje mi się.

Albus opuścił głowę z rezygnacją.

- Przykro mi – mruknął Scorpius.

- Dlaczego nie? – zapytał Albus.

Scorpius zmarszczył brwi.

- Dobrze się rozejrzyj, stary.

Albus spojrzał na niego, po czym zerknął w lewo i w prawo.

- Zauważyłeś coś ciekawego? – zapytał Scorpius.

Albus nadal rozglądał się z dezorientacją.

- A niby co miałbym zauważyć?

- Jesteś w pokoju wspólnym Ślizgonów! – wykrzyknął Scorpius. – Oczywiście, że Mirra lubi Eckleya! Ma z nim każde zajęcia, je z nim śniadanie, obiad i kolację, praktycznie zawsze jest blisko niego. A ty? Ty masz z nią dwa przedmioty. Prawie się nie widujecie. Kiedy ostatnio umówiłeś się z nią na wspólną naukę w bibliotece, co? Jesteś w zupełnie innym domu i, co gorsza, w tym najmniej mile widzianym. Zaufaj mi, stary... cała moja rodzina była w Slytherinie i wiesz co? Kiedy jesteś Ślizgonem albo umawiasz się z kimś ze swojego domu, albo nie umawiasz się z nikim w ogóle.

- To nieprawda! – zaprzeczył Albus.

- Tak właśnie jest – powiedział smutno Scorpius. – Kiedy ostatnio widziałeś Ślizgonkę i Gryfona trzymających się za ręce? Wciąż mamy zatargi z innymi domami, a zwłaszcza z Gryffindorem.

- Ja bym to olał – wycedził Albus przez zaciśnięte zęby.

- Ale czy Mirra również? – zapytał Scorpius. – Ona nie przyszła do Hogwartu, żeby zdobyć przyjaciół. Nie przyszła tutaj, żeby tylko dotrwać do trzeciej klasy. Jest bardzo popularna w Gryffindorze. Myślisz, że zdecydowałaby się z tego zrezygnować?

Albus ponownie zwiesił głowę, nie mogąc znaleźć słów.

- Po prostu zbyt wiele przeszkód stoi wam na drodze – powiedział Scorpius. – Przykro mi. Musisz sobie odpuścić, zanim sytuacja jeszcze się pogorszy. Ktoś musiał cię uświadomić...

- Pogadam jeszcze jutro z Morrisonem – odezwał się Albus, wstając z krzesła i idąc w kierunku sypialni. Nie chciał już dłużej rozmawiać ze Scorpiusem. Nie chciał słyszeć, jak nie ma szans na to, żeby Mirra polubiła go tak, jak on ją albo o tym, ile przeszkód stoi im na drodze. Ale kiedy zamknął za sobą drzwi sypialni, wiedział, że wszystko, co powiedział mu przyjaciel, to szczera prawda.

Zwalił się na łóżko, nie będąc w stanie zasnąć. Nie usłyszał, żeby Scorpius wrócił do sypialni.