Na początku rozdziału chciałabym zaznaczyć, że obejmuje on czasowo kilka tygodni. Każda jego cześć opisuje inny dzień, kiedy Harry opiekował się córką Severusa.
Rozdział 8
Od ostatniego spotkania Harry'ego z Elizabeth minęło kilka dni. Mimo początkowych obaw, dzień próbny poszedł całkiem dobrze, chociaż Snape miał dość poważne zastrzeżenia do tego, że Gryfon pozwolił siedmiolatce na zbliżenie się do Bijącej Wierzby na tyle, by mogli bawić się z nią w rzucanie piłek. Na szczęście, Eli była tą zabawą tak zachwycona, że jej ojciec nie mógł się zbyt długo gniewać.
Po kilku krótkich wiadomościach wymienionych między mistrzem eliksirów a Harrym, określili do końca harmonogram zajmowania się dziewczynką. Weekendy miała spędzać ze swoim ojcem, a w tygodniu, kiedy Snape prowadził zajęcia z teorii, opiekowały się nią elfy, które w razie jakichkolwiek problemów mogły go zawiadomić. Przez resztę czasu, kiedy Harry miał wolne mógł się zajmować Eli.
Na początku, Snape chciał mu zapłacić, jako opiekunce, ale Harry gwałtownie się temu sprzeciwiał twierdząc, że jest to dla niego przyjemność. Jednakże mężczyzna nie chciał być mu w żaden sposób winny.
Skończyło się nad tym, że Snape za opiekę nad swoją córką zgodził mu się pomóc, ale tylko odrobinę, z eliksirami. Nie mógł wtrącać się w to jak inny profesor prowadzi zajęcia, ale jako były nauczyciel eliksirów oraz osoba posiadająca tytuł mistrza z tej dziedziny mógł doradzić, jaka książka byłaby najlepsza do przeczytania podczas przerabianiu aktualnego tematu. Harry'emu to pasowało, bo w ogóle nie oczekiwał żadnej pomocy i musiał przyznać, że Snape nie tylko doradzał w doborze lektury, ale pożyczał mu książki z własnej biblioteczki, które miały dużo przydatnych notatek na marginesach, dzięki czemu Gryfon mógł się pochwalić coraz lepszymi wynikami na eliksirach.
Teraz jednak zmierzał do prywatnych komnat mistrza eliksirów. Była środa popołudniu, poobiednie zajęcia miały się wkrótce zacząć. Mistrz eliksirów miał mieć w tym czasie łączone zajęcia z trzecim rocznikiem Gryffindoru i Slytherinu, co jak twierdził, było jego najgorszą klasą jaką miał i pomoc Harry'ego w opiece nad Eli była w tym czasie jak najmilej oczekiwana.
Harry miał w rękach całą torbę zabawek. Wreszcie, po uzbieraniu wielu informacji od uczniów i profesorów, zakupił odpowiednie rzeczy. Miał nadzieję, że spodobają się one Eli. Co tu ukrywać, sam czuł wielkie podekscytowanie zamawiając je i nie mógł się doczekać, aby je wypróbować.
Kiedy Hermiona zobaczyła za nie rachunek, omal nie urwała mu głowy. Naprawdę nie rozumiał, o co cała ta afera. Był jedynym spadkobiercą rodziny Potter i Black. Coś takiego nie spowoduje, że zbankrutuje. A jeśli już o wilku mowa…
— Harry! — Hermiona podeszła do niego z wielką księgą pod pachą. — Muszę z tobą porozmawiać.
— Nie mam teraz czasu, Miona. Idę właśnie do Eli. — Próbował ją minąć, ale chwyciła go od tyłu za kołnierz, przyduszając lekko, dopóki nie zrobił kroku w tył. — Miona! — powiedział ostrzej, masując wolną dłonią szyję. — Chcesz mnie zabić?
— Jeśli wszystko, co przeżyłeś cię nie wykończyło, to ja z pewnością tego nie zrobię — stwierdziła Hermiona. — I to właśnie o nią chodzi. Musisz zobaczyć co odkryłam.
Przesunęła mu książkę pod sam nos. Na tyle blisko, że nie potrafił odczytać jej tytułu. Z westchnięciem, odsunął ją.
— „Historia magicznych rodów" — przeczytał. — Miona, naprawdę nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Co ta książka ma wspólnego z Eli. Ma siedem lat, a ta książka musi być starsza od niej.
— To limitowana edycja. Musiałam uzyskać specjalne pozwolenie od dyrektorki, by móc ją wypożyczyć i to tylko na jeden dzień — powiedziała z podekscytowaniem Hermiona. Jej loki podskoczyły, gdy mówiła gwałtownie.
— A co w niej takiego specjalnego? — spytał Harry, widząc po błysku w jej oku, że nie odpuści tak łatwo.
Wiedział, że Hermiona jest zaintrygowana przeszłością Eli, ale nie sądził, że aż tak bardzo się w to wciągnie, aby przeszukiwać książki. Z drugiej strony, dziewczyna nigdy nie lubiła niewyjaśnionych sytuacji. Zawsze, gdy dowiedziała się o jakieś tajemnicy lub niewyjaśnionym szczególe, szukała informacji i głowiła się nad tym, aż wymyśliła, o co chodzi. Harry nie mógł być na nią zły za to. Dzięki niej wyszedł z wielu krytycznych sytuacji przez te wszystkie lata. Był wdzięczny, że miał taką przyjaciółkę, dlatego, chociaż niechętnie, postanowił jej posłuchać.
— Jest samo aktualizująca się. Gdy coś ważnego zdarzyło się w rodzie czystokrwistych czarodziejów, jest to natychmiast umieszczone w tej książce. Również się duplikuje. Gdy treść zaczyna być obszerna, to tworzy ona kolejny tom. — Mówiła szybko w swoim podekscytowaniu. — Ta zawiera w sobie najnowsze informacje oraz najważniejsze szczegóły. — Chwyciła go za rękę i zaczęła go prowadzić w stronę nieużywanego korytarza. — Chodź, muszę ci coś pokazać.
— Dobrze, Hermiono, ale nie za długo. Naprawdę nie mogę się spóźnić. Snape oczekuje, że będę w jego komnatach za jakieś piętnaście minut. Możesz mi podać teraz najistotniejsze informacje, a później możesz mi wszystko opowiedzieć — powiedział z rezygnacją, mając nadzieje, że nie potrwa to zbyt długo. Nie żartował. Snape naprawdę może go zabić, jeśli nie pojawi się na czas.
Hermiona usiadła na jednym z szerokich parapetów, pociągając za sobą Harry'ego, który usiadł po drugiej stronie. Między nimi znajdowała się książka.
— Właśnie o to chodzi — powiedziała sfrustrowana. — Niemal nic nie znalazłam, a jest to najlepsze źródło wiedzy o wszystkich rodach. Mogę jeszcze zrozumieć, że nic prawie nie znalazłam o rodzie Snape'ów, bo profesor Snape jest jego pierwszym członkiem, odkąd jego matka Prince wyszła za mugola i straciła swoje nazwisko rodowe. Jednak rodzina Swan jest dość znana z powodu swoich restrykcyjnych norm, zakazów i przestrzegania w każdym szczególe wszystkich zasad czystokrwistych rodzin — powiedziała Hermiona, otwierając książkę na zaznaczonej przez nią wcześniej stronie.
— Jakim sposobem taka rodzina zgodziła się, żeby Snape ożenił się z ich córką? — zapytał zaintrygowany Harry, pochylając się nad książką.
— I to też jest dziwne. Swan mają jedyną córkę w odpowiednim wieku, ale ona nigdy nie wyszła za mąż. Także mało prawdopodobne jest, by głowa rodziny zgodziła się „zhańbić" ich nazwisko poprzez związanie się z nieodpowiednim partnerem. Przez ostatnie trzysta lat, członkowie tej rodziny żenili się nie z miłości, ale dla zachowania jak najczystszej krwi. Nie dopuszczali, by w ich rodowodzie pojawił się ktoś, kto nie ma magicznych krewnych pięć pokoleń wstecz. Profesor Snape z pewnością nie pasowałby do ich wymogów. Spójrz również tutaj.
Wskazała na rodowód rodziny Swan. Miała rację. Istniała tylko jedna córka, która miała obecnie trzydzieści siedem lat. Nazywała się Elena Swan. Od jej imienia prowadziła linia w dół oznaczająca dziecko, ale nie było żadnej linii w bok, jakby nigdy nie miała małżonka.
— To tak jakby nigdy nie wyszła za mąż — powiedział Harry, marszcząc brwi.
— Tak. — Przytaknęła gwałtownie Hermiona. — Według zapisków, Elena Swan nigdy nie wyszła za mąż. Nie mogę uwierzyć, żeby wychowując się w takiej rodzinie zdecydowała się na nielegalny romans.
— Ale od Eli jest przeprowadzona druga linia. — Harry prześledził palcem linię, która prowadziła w odległą cześć kartki do nazwiska Severus Snape. Jednak w przeciwieństwie do innych nazw, imię dziewczynki jak jej ojca były ledwo czytelne, szare tak, że trzeba było zmrużyć oczy i wytężyć wzrok, by je dostrzec. — Dlaczego są tak blade?
— Książka oznacza tak członków rodu, którzy są niechciani i wykluczeni z rodziny — powiedziała cicho Hermiona.
— Masz na myśli…? — Harry poderwał głowę, spoglądając na nią z przerażeniem.
— Tak. Jej rodzina się jej wyrzekła. Brak linii między profesorem Snape a jej matką oznacza, że nigdy nie byli w formalnym związku. Nie ma nawet wzmianki, żeby Elena kiedykolwiek była zaręczona lub miała zalotników. Także, czy zwróciłeś na to uwagę? — Postukała palcem w ramkę pod imieniem Elizabeth, gdzie była napisana data jej urodzin. — Według tego, urodziła się niemal dwadzieścia lat temu. Czy ona wygląda ci na tyle? — Podniosła zaniepokojona wzrok, wpatrując się w Harry'ego.
— Może to pomyłka? Eli ma siedem lat. Nie jest możliwe, by była starsza od nas.
Harry również się tym martwił. To było niepokojące.
— Nie. To naprawdę szczegółowa książka. Prześledziłam wszystkie wzmianki o tej publikacji. Zdarzały się małe błędy, ale nigdy nie tak poważne jak ten i zawsze były w ciągu kilku godzin naprawiane. Mam tę książkę przez prawie cały dzień i nic się nie zmieniło. Elizabeth ma niemal dwadzieścia lat.
— To niby jakie inne może być wyjaśnienie? — zapytał ją.
— Nie wiem. — Sfrustrowana Hermiona zamknęła z westchnięciem książkę. — Nigdy wcześniej nie czytałam o niczym, co może spowodować wolniejszy rozwój dziecka. — Skupiła się ponownie na Harrym. — Gdy profesor Snape zgodził się, żebyś się opiekował Elizabeth, czy powiedział, że jest ona w jakiś sposób wyjątkowa?
— Nie. — Harry pokręcił głową. — Jak dla mnie, jest ona normalną dziewczynką. I tak mam zamiar ją traktować. Jeśli to wszystko… — machnął dłonią na tom — nie sprawia, że jest w jakimkolwiek niebezpieczeństwie, to nie chcę żebyś ją o cokolwiek wypytywała lub Snape'a. Wiem, jak to jest, gdy inni próbują się dowiedzieć wszystkiego o twojej przeszłości i życiu. Nawet teraz, ludzie pytają mnie, jak to było przeżyć śmiertelną klątwę i czy wiem, jak tego dokonałem. Nie chcę, by Eli przeżywała coś takiego tylko dla tego, że jakaś stara książka stwierdziła, że jest starsza, niż na to wygląda. Proszę, Miona… — spojrzał na nią błagalnie —…możesz dalej drążyć tę sprawę, ale nie wypytuj jej ani jej ojca i innych osób o to. Postaraj się być dyskretna, jeśli nie możesz tego pozostawić w spokoju.
— Dobrze. — Westchnęła. — Nie będę nękać ich pytaniami. Nie obiecuję jednak, że nie spróbuje się dowiedzieć, dlaczego się tak stało.
— O nic więcej nie proszę. — Harry uśmiechnął się z wdzięcznością i pochylił się, by ją przytulić. — Dziękuję. — Po chwili odsunął się. — A teraz muszę iść — powiedział już z większą radością. — Chcę pokazać Eli nowe zabawki — powiedział, zeskakując z parapetu.
— Tak. — Dziewczyna roześmiała się, również schodząc na podłogę. — Idź się bawić swoimi zabawkami, na które wydałeś małą fortunę. — Pomachała dłonią, jakby go odpędzała.
— Nie moimi, tylko Eli. — Pokazał jej język, idąc w stronę lochów. — I nie kosztowały tak wiele.
— Jedynie tyle, ile mieszkanie w mugolskim mieście — stwierdziła, kręcąc głową, patrząc jak jej przyjaciel znika za rogiem. — Dobrze, trzeba się wziąć za badania. — Spojrzała na książkę w dłoniach, zastanawiając się za jakie teraz publikacje powinna się wziąć.
OoO
— Eli, masz ochotę na nową zabawę? — zapytał Harry, gdy wszedł do komnat mistrza eliksirów.
Snape prawdopodobnie był właśnie w swoim prywatnym laboratorium za zamkniętymi drzwiami i dziewczynka leżała na skórze niedźwiedzia przed rozpalonym ogniem w kominku, malując coś w kolorowance, którą jej dostarczył podczas poprzedniej wizyty. W każdej chwili można było zmienić kolor, którego wcześniej się użyło, przez co można było całkowicie zmieniać kolorystykę obrazka, tworząc co rusz nowe arcydzieło.
Słysząc go, dziewczynka poderwała się ze swojego miejsca i podbiegła do niego, całkowicie zapominając o swoim poprzednim zajęciu.
— Harry, co to jest?! — zapytała podekscytowania, stojąc tuż przed nim i wpatrując się w niego tymi swoimi cudownymi oczami.
Harry naprawdę nie mógł zrozumieć, jak niektóre czystokrwiste rody mogły ją uznać przez to za gorszą. Dzięki nim była jeszcze wspanialsza.
— Ta da — powiedział, wyciągając z kieszeni dwie małe, plastikowe cylindryczne pojemniki ozdobione kolorowymi plamami. — Pamiętasz, jak zrobiłem ci z mydła i wody bańki mydlane? — Dziewczynka pokiwała głową, pamiętając ich zabawę w łazience, gdy szykowali się do posiłku. — Mugole mogą kupić w sklepach gotowe bańki. Okazało się, że czarodzieje również coś takiego mają. — Uśmiechnął się, gdy oczy siedmiolatki zabłysły. — Ale są czarodziejskie. — Prawie się roześmiał, kiedy spojrzała na niego, jakby pytała, czy na serio żartuje.
— Wiem, że są czarodziejskie. Sam przed chwilą tak powiedziałeś — stwierdziła, lekko się krzywiąc i krzyżując ręce na piersi, jakby chciała go potępić za ten mały żart. W tym momencie przypominała swojego ojca.
— Są pod tym sensem czarodziejskie, że nie są takie, jak te, które robiliśmy. Spójrz.
Odkręcił pojemniczek i zanurzył patyczek kilka razy w roztworze, by wyciągnąć go i dmuchnąć przez obręcz. Utworzona bańka wyglądała jak normalna bańka mydlana. Była przezroczysta, a na jej powierzchni widniały tęczowe plamy. Leciała spokojnie w powietrzu, ale gdy zatrzęsła się i pękła, wtedy to się zdarzyło…
Wybuchła, z głośnym dźwiękiem, a w jej miejscu pojawiły się trzeszczące kolorowe światełka. Harry'emu przypominały one fajerwerki. Zwłaszcza, że każda bańka pękała w inny sposób. Niektóre były zielone, czerwone, niebieskie, złote lub stanowiły mieszankę kolorów. Tworzyły inne kształty. Jedne były kwiatami, motylami, a inne jeszcze zwykłym gejzerem migoczących światełek.
Słysząc wybuch Eli podskoczyła przestraszona, ale widząc światełka zaśmiała się.
— Chcesz spróbować? — zapytał ją, wyciągając drugi zestaw baniek mydlanych.
— Tak — odparła żwawo, biorąc pojemnik.
Po kilku minutach, dmuchali po kilka baniek naraz, by pękły w powietrzu tworząc wiele wybuchów. Byli tym tak zaaferowani, że nie zauważyli jak drzwi do laboratorium Snape'a się otworzyły, a sam mężczyzna pojawił się w progu.
— Co tu się dzieje? — zapytał.
Niefortunnie, jedna z baniek pękła właśnie w tym momencie tuż przed jego nosem z ogromnym hukiem i rozbłyskiem czerwonych iskierek, tworząc kształt feniksa. Snape prychnął, oczyszczając nos z mydlin. Spojrzał na przestraszoną twarz swojej córki oraz Potter'a i nie mówiąc nic więcej wycofał się z powrotem do swojego laboratorium.
Kiedy drzwi się za nim zatrzasnęły, Harry wraz z Eli spojrzeli na siebie.
— Czy my właśnie wygoniliśmy twojego ojca z jego własnego salonu? — spytał zdumiony Harry.
— Tak? — powiedziała niepewnie Eli.
Spoglądali na siebie jeszcze chwilę, zanim zaczęli się zwijać ze śmiechu na podłodze.
OoO
— Mam pytanie — powiedział Harry, kiedy został dłużej po zajęciach z Obrony Przed Czarną Magią, by ustalić kolejny harmonogram spotkań z Eli.
— Dotyczące czego? — spytał Snape, nie podnosząc wzroku znad kartki, na której zaznaczał, kiedy obecność Harry'ego była wymagana w jego komnatach.
— Hermiona znalazła książkę o czystokrwistych rodach — zaczął, nie wiedząc jak rozpocząć, ale dziewczyna zaczęła już spędzać po parę godzin dziennie w bibliotece w poszukiwaniu odpowiedzi, zapominając o całym świecie. Chciał położyć kres jej manii na ten temat. — Była tam wzmianka o rodzie Swan. — Nie zauważył, że mężczyzna zesztywniał, a jego pióro przestało się poruszać po pergaminie. — Nie chcę pytań, dlaczego nie związałeś się z jej matką, ale… — Nie dane było mu dokończyć.
Snape uderzył dłonią w blat piórka, piorunując go spojrzeniem.
— Jeśli nie chcesz pytać, to nie pytaj. Nie będę tolerować żadnych pytań ani śledztwa na temat Elizabeth lub jej byłej rodziny — wycedził wściekle Snape. — Dla twej wiadomości, jestem jedynym członkiem rodziny Elizabeth. Jeśli dowiem się, że ty lub twoja przemądrzała przyjaciółeczka nękaliście ją pytaniami o matkę lub jej poprzednie życie, to uwierz mi, że to co przeżyłeś ze mną na początku swojej kariery tutaj, to było nic. Postaram się zniszczyć tobie i twojej przyjaciółce życie. — Severus wyprostował się, przybierając zastraszającą postawę. — A teraz się wynoś. Nie będę wymagał twojej obecności w ciągu najbliższego tygodnia.
— Ale… — Harry starał się bronić.
Przecież nie miał nic złego na myśli. Zrobił krok naprzód, by podejść do mężczyzny, by spróbować zniszczyć ten mur, który nagle został ponownie utworzony między nimi. W ciągu ostatnich dni miał wrażenie, że byli ze sobą bliżej niż kiedykolwiek, a teraz przez jego wścibstwo mógł zniszczyć nie tylko tę relację, ale także może przestać się spotykać z dziewczynką.
— Wynoś się — wycedził wściekle.
Jego dłonie zacisnęły się w pobliżu jego różdżki. Harry widział, że teraz nic nie skóra. Opuścił głowę i zrobił krok w tył.
— Przepraszam. Mogę przyjść do Eli w następny piątek? — zapytał, mając nadzieję, że Snape mu tego nie zabroni.
— Wyjdź, później się z tobą skontaktuję — powiedział Severus odwracając się do niego plecami.
— Przepraszam. Nie chciałem w żaden sposób skrzywdzić Eli — powiedział na koniec i wyszedł z sali, mając nadzieję, że nie zepsuł tego do końca.
OoO
W końcu nie po tygodniu, nie po dwóch, ale po trzech Harry mógł nareszcie spotkać się z Eli. Domyślał się, że doszło to tego tylko dzięki dziewczynce, która bardzo za nim tęskniła. Kiedy wreszcie wszedł do salonu mistrza eliksirów, siedmiolatka rzuciła się na niego pytając go, czemu jej tak długo nie odwiedzał, że wciąż go obserwowała, jak latał na miotle i ona również chce latać.
Snape stał obok nich i kiedy usłyszał, o co prosi jego córka, zaprotestował chłodno, mówiąc że ma się nie zbliżać to żadnych mioteł, ale Gryfon był przecież Harrym Potterem, znanym z łamania reguł i naginania zasad. Tym razem również miał zamiar to zrobić, zapominając że dopiero co Snape go ułaskawił z ostatniego przewinienia.
Jeśli Elizabeth chciała z nimi latać, a mistrz eliksirów powiedział, że nie ma mowy o żadnych mioteł, to dziewczynka nie będzie lecieć na miotle. Dlatego też tego popołudnia prowadził ją przez błonia do zagrody za chatą Hagrida. Już wcześniej uzyskał zgodę pół-olbrzyma, który obiecał wszystko przygotować.
— Czemu nie idziemy na boisko? Czy nie latasz tam? — zapytała Eli, która wiedziała, co będę dzisiaj robić, ale nie znała szczegółów.
— Latam tam, gdy używam miotły, ale dzisiaj będziemy lecieć na czymś innym. Słyszałaś o testralach? — zapytał ją, gdy zaczął dostrzegać pierwsze stworzenia.
— Czarodziejskie konie, które jedzą padlinę i są widziane tylko przez tych, którzy na własne oczy wiedzieli śmierć — powiedziała posłusznie Eli.
Harry spojrzał na nią z zaskoczeniem. Nie spodziewał się, że będzie to wiedziała. Nie miał zamiaru jednak jej o to pytać. Ostatnie zdarzenie z jej ojcem przekonało go, żeby nie wypytywać jej o wcześniejsze życie.
— Tak. Nie widzisz ich? — spytał niepewnie.
Teraz zdał sobie sprawę, że martwe konie, których szkielety były widoczne w niektórych miejscach, mogą przerazić małą dziewczynkę. Nie było przecież to piękne i niewinne jednorożce.
— Nie — odpowiedziała, patrząc na trawę, na której były widoczne ślady kopyt. — Będziemy na nich lecieć? — zapytała nagle z szeroko otwartymi oczami. Harry nie wiedział, czy z przerażenia, czy może z zachwytu.
— Tak — odparł niepewnie Harry. — Nie przeszkadza ci to?
— Nie — zaprotestowała gwałtownie. Jej włosy podskoczyły, gdy pokręciła mocno głową. — Ale jak mogę na nie wsiąść?
— O to się nie martw. — Uśmiechnął się do niej uspokajająco. — Widzę je i już kiedyś na nich latałem z przyjaciółmi. Również poprosiłem Hagrida, by przygotował dla nas małą łapówkę. — Wskazał na wiadro, gdzie znajdowało się surowe mięso. — Z pewnością, któryś z nich pozwoli nam na małą przejażdżkę, dzięki tej małej przekąsce.
— Tak! Mogę je nakarmić? — spytała Eli, już sięgając po coś, co wyglądało jak serce dużego stworzenia. Harry mógł się spodziewać, że jako córka mistrza eliksirów nie będzie się brzydzić czegoś takiego.
— Możesz.
Harry podszedł do niej i stojąc za dziewczynką, opisywał jej stworzenia spacerujące wokół nich i czy któryś z koni jest zainteresowane oferowanym przez nich jedzeniem.
Po kilku minutach podszedł do nich dość sporych rozmiarów ogier. Pochylił swój czarno-niebieski łeb, obwąchując serce. Eli zamarła, gdy poczuła jego ciepły oddech na ręce. Po chwili sapnęła, gdy mięso zaczęło znikać. Harry chwycił jej drugą rękę i położył ją na głowie konia. Po krótkiej chwili wahania, zaczęła głaskać niewidzialnego konia. Gryfon w tym czasie przyszykował drugą porcję mięsa, a resztę rozrzucił dookoła dla pozostałych stworzeń.
Gdy ogier się najadł, a Elizabeth oswoiła się z niewidzialnym stworzeniem, Harry położył dłoń na grzbiecie testrala.
— Jak myślisz kolego, pozwolisz nam na małą przejażdżkę? — Koń obrócił głowę w jego stronę i parsknął mu w twarz. — Myślę, że to znaczy tak. Lecimy? — zwrócił się do dziewczynki, która nie mogła wykrztusić słowa z radości.
OoO
Po dwóch godzinach, wracali z zarumienionymi policzkami i roztarganymi włosami do zamku. Ich kończyny były lekko zesztywniałe od lodowatego wiatru, ale byli upojeni lotem, zwłaszcza Eli, której wydawało się, że leciała samodzielnie.
— Tylko pamiętaj, żeby nie wspomnieć o tym ojcu — powiedział Harry.
— Ma nie mówić o tym, jak nie pojawiliście się na obiad, ponieważ nagiąłeś moje zasady i zamiast na miotle zabrałeś ją na lot na testralu?
Harry spojrzał na wejście do zamku, przy którym stałym Snape z uniesioną jedną brwią.
— Ja… — Chciał się wytłumaczyć, wiedząc, że teraz naprawdę z premedytacją zawinił.
— Bardzo ślizgońskie z twojej strony, panie Potter — powiedział jedwabiście miękkim głosem mężczyzna, uśmiechając się lekko. Przez ciało młodzieńca przeszedł przyjemny dreszcz. Mógł tylko dziękować, że rumieńce na jego twarzy można było wytłumaczyć chłodnym powietrzem. — Elizabeth, idziemy. W naszych pokojach czeka na ciebie gorący posiłek. Później napijesz się eliksiru pieprzowego i pójdziesz grzecznie spać.
— Tak, tato.
Dziewczynka podeszła do Severusa i pomachała Harry'emu na do wiedzenia. Chłopak jeszcze przez chwilę stał na zewnątrz, nie wiedząc, co dokładnie się teraz wydarzyło.
