Wybaczcie mi moje tępo, ale wiadomo; w trakcie szkoły czasu jest o wiele mniej. Przepraszam z góry, a jednocześnie dziękuję za wszystkie opinie oraz te ponaglenia, którymi mnie raczycie!
xxxxxxxxxxxxxxxx
Rozdział 7
Jesteś tak piękny...
Chcę złamać Twoje serce,
Tylko po to by dać Ci swoje.
Przejmujesz nade mną kontrolę,
To wszystko nie ma sensu.
Masz mnie na uwięzi, na łańcuchu
Słyszę Twe imię
Spadam więc, bez nadziei na ratunek.
xxxxx
Było już po dwudziestej drugiej. Słońce zniknęło za horyzontem dokładnie trzydzieści dziewięć minut wcześniej. Harry Potter wpatrywał się w zegar ścienny od dłuższego czasu. Ruchy jego warg mogły wskazywać, że liczy kolejno minuty i sekundy, jednak robił to bezgłośnie.
Siedział tak bezczynnie, kiwając się w przód i w tył, niczym dziecko przyprawione o chorobę sierocą. Im bardziej upływał czas, tym szybciej biło mu serce. Było ono niczym kukułka, wyskakująca z nad tarczy o każdej pełnej godzinie.
Nic więc dziwnego, że kiedy wybiła północ podskoczył w miejscu jak oparzony. Mrugnął po raz pierwszy od dłuższej chwili i rozglądnął się po dormitorium. Nie było w nim nikogo. Wszyscy uraczeni przyjemnym wypadem do Hogsmeade i przepyszną kolacją siedzieli w Pokoju Wspólnym, grając w szachy czarodziejów, gargulki, czy eksplodującego durnia. Nie śpieszyło im się do spania, przecież z rana i tak mieli wyjechać.
Harry postanowił zostać w Hogwarcie, o czym tuż po ataku na Malfoy'a poinformował Rona i Hermionę. Właśnie...
Ataku na Malfoy'a.
Odkąd rzucił na Ślizgona to - teraz beznadziejne i okropne - zaklęcie, nie mógł myśleć o niczym innym. Podsłuchał rozmowę Parkinson i Zabiniego, z której wynikało, że blondyn zostanie w Skrzydle Szpitalnym przez kilka dni. Od razu podjął decyzję, że musi do niego iść, przeprosić, porozmawiać, wyjaśnić... Ale jak wyjaśnić? Nie miał bladego pojęcia, jak się za to zabrać. Nawet w myślach mieszał słowa i gubił litery. Chyba dopiero teraz na poważnie zdał sobie sprawę, że jest fatalnym mówcą. Szczerze żałował, że pakując kufer, nie ukradł Dursleyom słownika, którego zapewne i tak nie mieli.
Harry pokręcił głową z niedowierzaniem. Przecież nie wejdzie do Skrzydła Szpitalnego, nie stanie przed Ślizgonem i nie zapyta: "Jak się czujesz, Malfoy?".
Parsknął z goła histerycznym śmiechem.
Już widział przed oczami złośliwy uśmiech Ślizgona i wiązankę słów, którą zapewne wypowie, pokazując, że umie mówić o wiele lepiej niż on, Harry.
Drzwi do pomieszczenia otwarły się. Do środka wszedł nieco podchmielony kremowym piwem, Ron. Miał rumieńce na twarzy i uśmiechał się błogo. Gdy zobaczył Harry'ego, kąciki jego ust powędrowały jeszcze wyżej.
- Harry! Czemu nie piłeś z nami? Seamus kupił w Hogsmeade kremowe piwo i miód pitny, a Hermiona zaczarowała tacę ze słodyczami, tak by ciągle latała naokoło gości!
- To świetnie, Ron - mruknął brunet, udając, że wcale nie został wyrwany z pełnego rozpaczy zamyślenia.
- Merlinie, jaki jestem zmęczony! A o jedenastej podstawiają pociąg w wiosce! Nie wiem jak wstanę... - marudził przyjaciel.
- Więc lepiej idź już spać.
- Tak... Tak, masz rację, Ha-a-arry - odparł, ziewając przeciągle. Zrzucił z siebie wszystko oprócz bokserek i założył spodnie od piżamy, koloru kasztanowego, którego tak nienawidził. Jednak był na tyle wykończony (i pijany), że nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Położył się na łóżku, a już po chwili słychać było ciche pochrapywanie.
Harry nie reagował na kakofonię dźwięków, którą wydawał Ron. Właśnie wybiła pierwsza. Pani Pomfrey na pewno już spała.
Nie zastanawiając się długo, wyciągnął z kufra pelerynę niewidkę i wyszedł z dormitorium, kierując się do dziury pod portretem.
xxxxx
Czy umrzeć można tylko raz? Bo jeśli tak, Draco Malfoy był martwy. Jego ciało było blade i zimne, ciągle nieruchome. Właściwie każdy kto rzuciłby na niego wzrokiem, bez wahania stwierdziłby, że nie żyje. Każdy, z wyjątkiem pani Pomfrey.
Kobieta zabroniła wzywać magomedyków ze Świętego Munga. Co więcej, stwierdziła, że w jedną noc uzupełni zapasy krwi w organiźmie chłopaka, bez niczyjej pomocy. Cóż miał zrobić profesor Snape? Zgodził się, wierząc w umiejętności pielęgniarki, która przecież nigdy ich nie zawiodła. Sam opuścił Skrzydło Szpitalne, by nie wzbudzać podejrzeń.
Tak więc, Draco Malfoy żył tylko według pani Pomfrey.
W pomieszczeniu było ciemno i pusto. Wszyscy uczniowie postarali się nie zachorować przed świętami. Ślizgon leżał na ostatnim łóżku, w kącie. Na szafce stała szklanka, butelka z jakimś lekiem i bandaż.
Nagle ciszę przerwał oddech, a raczej gwałtowne wciągnięcie powietrza, które dopiero po chwili zostało spokojnie wypuszczone. Długie palce białej dłoni zadrżały lekko, jednak Draco nie zrobił nic więcej. Leżał nadal, a jedyne co klasyfikowało go do świata żywych, to klatka piersiowa, unosząca się miarowo w górę i opadająca w dół.
"Umarłem", pomyślał blondyn. Chciał otworzyć oczy, by wiedzieć gdzie jest, ale póki co, ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Poruszył palcami, ledwie je czując i wziął kolejny głęboki wdech.
Niestety - nadal żyjesz, kochasiu.
Draco jęknął, zrozpaczony. Jeśli umarł, jest w piekle. W niebie nie daliby mu jako towarzysza tego bezczelnego alterego.
Cóż, piekło zapewne Cię czeka, ale jeszcze nie teraz.
Ślizgon powoli rozchylił powieki. W jego oczy uderzyła ciemność, nieco rozświetlona blaskiem księżyca, który wdzierał się nieproszony do pomieszczenia przez wielkie, gotyckie okna. Z każdą sekundą wzrok chłopaka wyostrzał się nieco bardziej, dzięki czemu mógł dojrzeć białą kołdrę, a także bandaże owinięte wokół jego nadgarstków. Kilka sekund później zorientował się, że bandaże ma również na ramionach, klatce piersiowej i udach.
"Straciłem przytomność jako Draco Malfoy, budzę się jako mumia, cudownie", pomyślał z ironią. Po chwili jednak do głowy wpadła mu inna myśl - ile tu leży? Czy to nadal ten sam dzień? A może minął tydzień? Miesiąc? Nie mógł leżeć w Skrzydle Szpitalnym, po tym, jak dopiero co spieprzył zadanie!
Serce zabiło mu mocniej.
Harry Pieprzony Potter wszystko zrujnował! Że też miał czelność podsłuchiwać go w łazience Marty, a potem rzucić na niego to zaklęcie! Nie powinien się dziwić, Gryfoni nigdy nie byli subtelni i mieli wyjątkowy talent do psucia wszystkiego. Ale przecież... Potter wyglądał na przerażonego, kiedy zobaczył co dzieje się z Draco. Mało powiedziane, on niemal płakał. A potem trzymał go blisko siebie, próbując coś z tym zrobić, a potem Draco nie widział już nic, bo stracił przytomność, ale był pewien, że Gryfon tak szybko nie odszedł.
W głowie Malfoy'a kotłowało się jedno pytanie; dlaczego? Czy to tylko gryfońska szlachetność? Ale przecież to on rzucił na niego to zaklęcie! Wiedział jak działa! A potem nagle złapały go wyrzuty sumienia? Pieprzony Potter! Kretyni są łatwi do rozgryzienia, ten jest jakimś nienormalnym wyjątkiem. Co z resztą widać po jego oczach, one też są nienormalnie wyjątkowo zielone... Nieco ożywione palce Dracona zacisnęły się w pięść. Był wściekły. Na siebie, na Pottera, na Rosmertę, na Pottera, na matkę, na Pottera. A jeszcze bardziej był wściekły, kiedy czuł, że myśl o zielonych oczach stopniowo go uspokaja. Paradoks, czyż nie?
Ostrożnie spróbował się podnieść. Kiedy już usiadł - choć nie bez trudu - spuścił nogi z łóżka, porywając z szafki szklankę. Była wypełniona wodą, a chłopaka strasznie suszyło. Wypił wszystko jednym haustem, a naczynie momentalnie uzupełniło swoją zawartość. Tak samo potraktował trzy kolejne porcje.
Nieco zaspokojony oparł się o zimną ścianę, przymykając powieki. Przypominał sobie co raz to nowe szczegóły, a kiedy zaczął wspominać Katie Bell, przeszył go strach. Co, jeśli ktoś się dowie? Jak zareaguje jego matka? I co najważniejsze: co powie Czarny Pan? Mocny dreszcz wstrząsnął jego kręgosłupem. Czy dostanie karę? Na pewno. Ale jaką?
Nie było mu dane zastanowić się nad tym dłużej, gdyż usłyszał szelest. Automatycznie otworzył oczy, rozglądając się nieufnie naokoło.
- Kto tu jest? - warknął, zdenerwowany. Nie wiedział, czy to jakiś duch, czy może nadchodzący nauczyciel. Ale duch nie miałby czym zaszeleścić.
Odgłos powtórzył się, nieco nasilony, tak jakby to coś zbliżyło się do niego. Intuicyjnie stwierdził, że owy "żartowniś" znajduje się przy łóżku obok. Popatrzył w tamtą stronę mrużąc oczy.
- Kto tu jest, do cholery?! - warknął głośniej, próbując się podnieść, ale czując, że nie wytrzymałby długo na stojąco, usiadł.
Zamilkł całkowicie, kiedy sekundę później pojawił się przed nim Harry Potter, odrzucając srebrzysty płaszcz na sąsiadujące łóżko.
xxxxx
Gdy tylko Harry wszedł do Skrzydła Szpitalnego od razu ujrzał Malfoy'a. Siedział na ostatnim łóżku, oparty o ścianę. Oczy miał przymknięte, był bledszy niż zwykle, cały w bandażach... Gryfona ukłuło coś, co normalni ludzie nazywają sumieniem. W tej sytuacji, blondyn wyglądał na całkiem bezbronnego i mimo, że Harry wiedział, jaki chłopak jest w rzeczywistości, poczuł się fatalnie.
Podszedł bliżej.
Z mniejszej odległości mógł wyraźnie zobaczyć podkrążone powieki i lekko drżące dłonie. Bandaże były czyste, ale mimo to przywoływały Harry'emu obraz zakrwawionego Ślizgona. I to on do tego doprowadził. On sprawił, że Draco prawie się wykrwawił.
Kolejne ukłucie.
Był już tak blisko, że mógł policzyć pojedyncze piegi na nosie chłopaka. Przez nieuwagę otarł peleryną o łóżko i wstrzymał oddech. Malfoy go usłyszał. Na pewno usłyszał, bo natychmiast podniósł wzrok. Z pozoru zamyślony, a jednak taki czujny. Harry walczył sam ze sobą, żeby go nie podziwiać.
Raz kozie śmierć; ściągnął pelerynę.
xxxxx
Draco był jednym z najbardziej opanowanych czarodziejów, jacy chodzili po tej planecie. Potrafił ukryć emocje przed każdym, kiedy tylko tego chciał. Potrafił zarzucić genialną maskę, zatuszować idealne kłamstwo, mógł zrobić wszystko. Dlatego przeklinał się w myślach, za to, że widok jednego, beznadziejnego Pottera, przyozdobionego rumieńcami, ubranego jedynie w cienką piżamę, wytrącił go z równowagi. Siedział, usilnie próbując ukryć zaskoczenie.
- Potter - warknął w końcu, wstrzykując w swój ton tyle wrogości, ile zdołał. - Czego chcesz?
Niezrażony Gryfon początkowo wzruszył ramionami, jak zwykle nie wiedząc, co ma powiedzieć.
- Jak się czujesz, Malfoy? - zapytał w końcu, natychmiastowo oblewając się rumieńcem. Draco niemal wybuchnął śmiechem. Gdyby nie to, że kilka minut wcześniej usłyszał cichutki szelest, byłby pewien, że ma coś ze słuchem.
- Żartujesz sobie ze mnie, Potter? - prychnął ironicznie, świdrując rozmówcę wzrokiem. Ten zarumienił się jeszcze bardziej.
- Nie - powiedział hardo. - Chcę wiedzieć, jak się czujesz.
Doprawdy komiczne. Może jednak umarłem?, zastanawiał się Ślizgon.
- Och, cudownie się czuję - odparł z sarkazmem. - Nie widać?
- Malfoy, ja...
- No co, Potter? Przyszedłeś sprawdzić, czy udało ci się mnie zabić? Zła wiadomość; nie, nie udało.
- Wcale ni...
- Chciałeś sobie zrobić prezent na święta, co? - zaśmiał się. Harry zamilkł. - Wiesz co, Potti? Nie wiedziałem, że parasz się czarną magią. To chyba nie przystoi w Gryffindorze.
Kpił, ironizował, szydził. Robił to co zawsze, by tylko wyprowadzić Pottera z równowagi, a samemu ukryć prawdziwe uczucia. Nie krzyczał, nie oskarżał, po prostu śmiał się, choć tak bardzo miał ochotę zrobić co innego.
- Przepraszam! - powiedział nagle Potter, urywając swoje milczenie.
- Słucham? - zapytał Draco, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Przepraszam, jasne? Ja eee... uhm...
- Co "ty", Potter?
- Nie wiedziałem jak działa to zaklęcie - wydusił.
- Nie wierzę. Nawet ty nie jesteś takim idiotą, żeby rzucać zaklęcia, których nie zn...
- Nie rzuciłbym świadomie takiego zaklęcia! Zwłasz... Uhm... Nawet na ciebie! - wykrzyknął. Draconowi rozbłysły oczy kiedy usłyszał poprawkę Gryfona. Po chwili jednak, najeżył się.
- Skończ, Potter. Myślisz, że potrzebne mi są twoje przeprosiny? Zwłaszcza, że robisz to tylko po to, żeby móc nadal szpiegować mnie, chodzić za mną i donosić.
- Czy doniosłem na ciebie, kiedy zaatakowałeś mnie pod Pokojem Życzeń? - zapytał.
Szlag.
- Nie zrobiłeś tego dlatego, że unosisz się swoim durnym honorem. "Załatwimy to między sobą" - prychnął.
- Bo załatwimy. Nie potrzebujemy świadków.
- Nie mamy czego załatwiać.
- A właśnie, że... - zawahał się. - mamy.
Cholera. Draco nie wiedział, co się dzieje. Czuł, jakby jakiś ciężki kamień pękał w nim na drobne kawałki. Nie wiedział czego Potter od niego oczekuje, a on sam miał niepokojące wrażenie, że staje się uległy.
- Czego ty chcesz, Potter?
Brunet znów się zawahał, chwilowo opuszczając wzrok.
- To jest nienormalne, chyba to widzisz.
- Możesz jaśniej?
- Kilka tygodni temu prawie się pozabijaliśmy, dziś również. W tym roku to wszystko jest zupełnie inne, niż w poprzednich klasach, nie widzisz?
Widział. Widział doskonale. Mogli się nienawidzić tyle lat, mogli skakać sobie do gardeł i rzucać w siebie Zwieracza Nóg, albo Zniewalającą Łaskotkę, ale nigdy... Nigdy nie próbowali się dobić.
- Może i próbujemy się pozabijać, ale jakoś nam to nie wychodzi, więc chyba wszystko jest w porządku - parsknął lakonicznie.
- Nic nie jest w porządku, Malfoy.
- Dlatego, że od września łazisz za mną jak natrętny psidwak!
- Dlatego, że od września zachowujesz się zupełnie inaczej niż kiedykolwiek. Widzę, że knujesz, Malfoy. Nie wiem co i przez ten czas chciałem się dowiedzieć, nadal chcę, ale nie takim kosztem jak teraz. Nie chciałem rzucić na ciebie tego zaklęcia.
- Skąd możesz wiedzieć, jak ja się zachowuję?
Głupie pytanie. Skoro sam doskonale znał zachowania Pottera, to możliwym było iż brunet zna również jego.
- Znam cię sześć lat, stąd wiem.
- I niby co chcesz z tym zrobić?
Draco poddał się. Potter jeszcze o tym nie wiedział, ale on tak. Poddał się i był gotów wysłuchać znienawidzonego Gryfona. Po za tym każda chwila była dobra, żeby widzieć te zielone oczy, teraz spuszczone w dół.
- Eee... Może powinniśmy rozmawiać - mruknął, unosząc wzrok. Ślizgon zmarszczył brwi, studiując uważnie twarz bruneta.
- Żartujesz sobie ze mnie, Potter. Niby o czym mielibyśmy rozmawiać?
- O wszystkim - wypalił.
- O wszystkim rozmawiają przecież przyjaciele, albo dobrzy znajomi - zaśmiał się Malfoy.
- Więc będziemy stanowić wyjątek od reguły - wzruszył ramionami.
Zapadła pełna napięcia cisza. Draco analizował, Harry oczekiwał. Słychać było tylko ich równomierne oddechy, które i tak wydawały się być chwilowo wstrzymane. Ślizgon walczył sam ze sobą. Czy powinien się zgadzać? Przecież ma zadanie, jest Śmierciożercą, co jeśli Potter się o tym dowie? Z drugiej strony może to Draco dowie się czegoś od niego? Albo chociaż uśpi jego czujność?
Albo będziesz mógł wpatrywać się w te zielone oczy tak często, jak tylko będziesz chciał.
- Jutro o trzynastej przyjdź do Pokoju Życzeń, a teraz zabieraj swój Gryfoński tyłek ze Skrzydła Szpitalnego, zanim jeszcze bardziej mnie zemdli, Potter.
xxxxx
- Odzyskał pan już całą krew, panie Malfoy - oświadczyła Poppy Pomfrey z samego rana. - Jeszcze tylko eliksir wzmacniający i może pan iść do siebie.
Draco tylko kiwnął głową, choć niesłychanie mu ulżyło. Wypił dawkę eliksiru, przebrał się w szatę, odesłał zaklęciem swoje rzeczy do lochów i opuścił Skrzydło Szpitalne. Było południe, niespełna godzinę temu wszyscy uczniowie wyjechali na święta do rodzinnych domów. W Hogwarcie pozostało kilkoro nastolatów, co akurat było mu na rękę. Jak dla niego - szkoła mogłaby być tak pusta cały czas. Jednak nie nad tym się zastanawiał.
Za cztery godziny miał rozmawiać z Potterem. Nie kłócić się, nie rzucać w niego urokami, nie śmiać się z jego okularów, tylko rozmawiać. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej wątpił, że to wszystko się uda. Jakoś nie wyobrażał sobie pytać go o sprawy tak błahe jak: "Co u ciebie, Potter?", albo: "Napisałeś już wypracowanie o właściwościach boomslanga?", a może: "Te, Potter! Myślisz, że czerwiec to dobry miesiąc na odwiedziny Śmierciożerców w naszej szkole?". Komiczne! Już widział minę Gryfona, gdyby zadał mu takie pytanie. Spokojne rozmowy z brunetem były dla niego czymś niemożliwym, nieosiągalnym, sprzecznym z naturą. Jedyny moment, w którym byli spokojni w swoim towarzystwie, zdarzył wtedy, kiedy jeden leżał na ziemi powalony Drętwotą, a drugi uśmiechał się tryumfalnie. Ale nie ma w tym nic dziwnego - w końcu na tym zawsze im zależało. Ośmieszyć, pokonać, zranić. Sześcioletnia rutyna. I zawsze po walce z Potterem, Draco odczuwał dziwny spokój, równowagę, tak jakby wszystko było w porządku, to znaczy... tak jak miało być. Czy to normalne?
Cóż...
Nawet nie próbuj się odzywać, warknął w myślach, by tylko przerwać natrętnemu głosikowi. Wiedział, że podświadomość przekazałaby mu coś, co na pewno wytrąciły go z równowagi. Nie chciał sobie psuć krwi; stracił jej wystarczająco poprzedniej nocy.
- Panie Malfoy! - Z końca korytarza dobiegł go męski głos. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Severusem Snape'em, czyli chyba ostatnią osobą, którą miał ochotę w tym momenie zobaczyć.
- Słucham.
- Za mną! - powiedział nauczyciel, ciągnąc go w stronę swoich kwater. Kiedy już weszli do pustej sali eliksirów, usiadł za biurkiem i nakazał Draconowi spocząć naprzeciw niego. Jego twarz z pozoru obojętna, teraz wykrzywiała się w grymasie współczucia i... złości?
- Chcę z tobą porozmawiać, Draco. - Zdala od wścibskich oczu, Snape zmieniał swe nastawienie do młodego Malfoy'a natychmiastowo, co bardzo chłopaka drażniło.
- A mamy o czym?
- Milcz. Dopiero co dostałeś ogromną szansę wykonania zadania i zmarnowałeś ją. Wiesz jakie to niesie za sobą konsekwencje? Dyrektor już coś podejrzewa, wzmocnią straże wokół szkoły, aurorzy szaleją, Zakon Feniksa planuje, Dumbledore dostał ochronę, paczki do niego będą szczegółowo sprawdzane, Czarny Pan jest zły.
Draco zdenerwował się, czego nie okazał w najmniejszym stopniu. Patrzył tylko obojętnie na Mistrza Eliksirów, nie wykonując żadnego ruchu.
- To nie moja wina, że ta idiotka - Rosmerta, nie potrafi zrobić jednej rzeczy poprawnie, nawet pod wpływem Imperiusa.
- Wczoraj w nocy Alecto pojawiła się w Hogsmeade i rzuciła na nią Imperiusa raz jeszcze. Kobieta będzie przekazywać nam informacje, ale to nie zmienia faktu, że Czarny Pan jest wściekły z powodu twojego niepowodzenia. Chce cię widzieć u siebie.
Blondyn zadrżał, ledwie widocznie. Jeśli Czarny Pan jest wściekły i chce go widzieć, to nie wróżyło nic dobrego. Draco jednak nie okazał strachu.
- O której?
- W tej chwili.
Severus uważnie obserwował chłopaka, chcąc wyczytać z jego miny oznaki jakiegokolwiek uczucia, ale nie znalazł nic. Chłopiec siedział i milczał, wpatrując się martwym wzrokiem, w bliżej nieokreślony punkt. Jego skórę pokryła gęsia skórka, ale na tak krótko, że Snape nie był pewien, czy sobie tego nie wyobraził. W końcu Draco podniósł wzrok, teraz pełen determinacji.
- Malfoy Manor? - zapytał tylko.
Snape kiwnął głową. Ślizgon wstał z miejsca i ruszył w stronę kominka. Nie wahał się ani trochę, kiedy brał do ręki garść proszku, po chwili upuszczając go na ziemię z głośnym: "Malfoy Manor!".
Obraz zawirował mu przed oczami, ukazując kolejne domy nie dłużej niż przez ułamek sekundy. Kiedy w końcu zatrzymał się, był w swoim własnym salonie, którego nie widział od kilku miesięcy. Wyszedł z kominka, rozglądając się dookoła. W pomieszczeniu było ciemno i zimno. Ostatnimi czasy wnętrze straciło mnóstwo uroku, przybierając postać typowego zamczyska z horroru. Okna były zasłonięte, ze ścian ściągnięto obrazy. Czarny Pan, albo lubił prostotę, albo skrajną grozę. Chyba raczej to drugie. Draco mógłby przysiąc, że wszystkie wartościowe przedmioty, które tak bardzo cenił sobie Voldemort, były zamknięte na cztery spusty w skrytce pod salonem. Zapewne nikt nie miał do nich dostępu, oprócz niego samego.
Ślizgon zrobił kolejny krok, zbliżając się do wyjścia z salonu. Jednak w tej chwili usłyszał sykliwy głos, dochodzący z fotela w rogu pokoju.
- Draconie.
Chłopaka przebiegł dreszcz. Odwrócił się momentalnie w stronę, z której dobiegł dźwięk.
- Słucham, Panie - powiedział, kłaniając się nisko. Próbował ukryć drżenie rąk. Voldemort wstał z miejsca.
- Wezwałem cię, bo chciałem porozmawiać - zaczął na pozór spokojnie. - Powiedz mi, czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak potężny artefakt miałeś w swych rękach? Wiesz, jak wielką mocą był on obdarzony?
Draco doskonale wiedział, o czym Czarny Pan mówi.
- Tak jest, Panie.
- Łżesz! - krzyknął, co wywołało u Ślizgona kolejny dreszcz. - Nie wolno kłamać Lordowi Voldemortowi!
- Wybacz, Panie.
- Ten naszyjnik był pełen skomplikowanej czarnej magii. Zdobycie duplikatu jest niemożliwe. Dostałeś go, gdyż twoja matka przekonywała mnie, że będziesz wiedział jak to wykorzystać. Zawiodła mnie! Lecz ty zawiodłeś mnie bardziej. Zasługujesz na karę - syknął. Chłopak spanikował.
- R-rozumiem, Panie. - Głos zadrżał mu lekko, kiedy wypowiadał te słowa. Wyuczone formułki wyskakiwały z jego ust, niczym pociski. Wiedział, że nie może powiedzieć nic innnego. Wiedział też, że nie ma sensu prosić. Obojętne co by zrobił, karę i tak dostanie. Ale... ale czy jego matka również ją dostała?
Stali przez chwilę w milczeniu. Przez głowę przelatywały mu najróżniejsze myśli, poczynając od matki, przez bół jaki zaraz poczuje, kończąc na Potterze, który pewnie już na niego czeka w Pokoju Życzeń... Cholera. Czemu w takim momencie myśli o Potterze?
- Przygotuj się, Draconie, na gniew Lorda Voldemorta - syknął nagle rozmówca, wstając z fotela. W mgnieniu oka wyciągnął różdżkę, kierując ją w stronę bezbronnego chłopaka. Bez wątpienia sprawiało mu radość patrzenie na ofiarę, pozbawioną linii obrony.
- Crucio! - krzyknął, nim Draco rzeczywiście zdążył się przygotować. Blondyn odniósł wrażenie, że "Przygotuj się", zostało wtrącone tylko po to by zdanie ładnie zabrzmiało. Nie mógł jednak dłużej się nad tym zastanowić, gdyż sekundę później jego ciało przeszył nieopisany wręcz ból.
Upadek z wysokich schodów, wszelkie złamania, głębokie cięcia na całym ciele były niczym w porówaniu z tym, co czuł w tym momencie. Czyżby jego głowa miała zaraz wybuchnąć? Płonęła. Tak samo jak płonęły mu ręce i nogi, i tors, i plecy. Ogień wdzierał się przez najdrobniejsze zakamarki na jego ciele, wypalając mu po kolei wszystkie wnętrzności; każdy nerw, każdą żyłę, każdą kroplę krwi. Kolejne fragmenty jego ciała eksplodowały powoli zabijając go coraz mocniej, ciężej, bardziej...
Pieprzone szczęście; umierać dwa razy w ciągu dwóch dni.
Problem w tym, że on nie umierał. Mimo, iż w tym momencie tak bardzo tego chciał. Błagałby o śmierć, gdyby tylko miał siłę otworzyć usta, ale z bólu nie umiał nawet krzyknąć. Jego ciało wyginało się w spazmach cierpienia i teraz był pewien, że wolałby codziennie wykrwawiać się na łazienkowej podłodze.
Nie musiał otwierać oczu, żeby wiedzieć iż Czarny Pan szaleje z satysfakcji. Widok wycieńczonego Ślizgona na pewno go cieszył. Mało powiedziane.
Chłopak zaciskał mocno zęby. To nic nie dawało. Wykańczał się powoli, tracąc możliwość oddechu i zwijając się w ciasny kłębek. Ból nie ustawał.
xxxxx
Równo o trzynastej, Harry przekroczył próg Pokoju Życzeń, z zamiarem czekania na Malfoy'a. Denerwował się; to normalne. Zupełnie nie wiedział o czym mógłby rozmawiać ze Ślizgonem, a miał dziwne wrażenie, że jeśli chłopak przyjdzie to nie powie pierwszy ani słowa. Chyba, że ironicznie, zbijając tym biednego Harry'ego z tropu.
Przez pierwsze dziesięć minut serce waliło mu jak oszalałe. Draco mógł wejść w każdej chwili, tłumacząc się eleganckim spóźnieniem.
Przez następne piętnaście, powoli się uspokajał, zbierając w głowie setki tematów, o których mógłby rozmawiać z Malfoy'em. Szkoda, że każdy wydawał mu się bezsensowny.
Za dwadzieścia czternasta czuł już tylko złość. Wredny, nic nie warty Malfoy zapewne tylko powiedział, że przyjdzie, a potem postanowił sobie z niego zażartować i nie przyjść. A niech sobie Potter posiedzi i poczeka!
Harry zacisnął dłoń w pięść. Od razu mógł przejrzeć tego gnojka, bo kto o zdrowych zmysłach uwierzyłby, że Draco Malfoy będzie chciał rozmawiać z Harrym Potterem... Powinien był podejrzewać go od początku. Ślizgon zgodził się zbyt szybko; to nie leżało w jego naturze.
Punkt czternasta, Gryfon opuścił Pokój Życzeń, który na dzisiejszą okazję przybrał postać wygodnego salonu, w barwach Gryffindoru. Chłopak był rozzłoszczony jak rzadko kiedy i nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo uraziła go nieobecność Malfoy'a.
Gnojek!, skwitował.
xxxxx
Ból ustał znienacka, tak jak i znienacka się pojawił. Draco podniósł się na drżących dłoniach, wstając z podłogi. Starał się nie patrzyć na Czarnego Pana, który stał blisko niego.
- Jesteś taki słaby, Draconie. Zupełnie jak twój ojciec.
Wzmianka o ojcu spowodowała, że krew zagotowała się w żyłach chłopaka.
- Nie ma co się denerwować, chłopcze. Prawda i tak prawdą pozostanie. Słabość waszej rodziny jest wręcz śmieszna - powiedział. Ślizgon milczał, mimo, że nerwy rozsadzały mu czaszkę.
- Zostało ci pół roku. Z pozoru dużo czasu, ale... od tej pory nie dostaniesz żadnej pomocy. Nie wolno ci kontaktować się z matką. Niezbędne informacje będzie ci przekazywał jedynie Severus. Ale nic więcej. Żaden ze Śmierciożerców nie wyciągnie do ciebie ręki, by pomóc ci w zadaniu. Masz je wykonać sam. Jeśli dowiem się o jakimkolwiek oszustwie z twojej strony, nie okażę żadnej litości zarówno wobec ciebie, jak i wobec twojej matki. Mam nadzieję, że zrozumiałeś.
Draco spojrzał na niego beznamiętnie.
- Tak jest, Panie - mruknął wycieńczonym, acz pewnym głosem. Voldemort uśmiechnął się.
- Do zobaczenia, Draconie - powiedział uprzejmie, opuszczając salon.
Młody Malfoy oparł się dłonią o kominek, próbując uregulować swój oddech. Bezskutecznie. W tym momencie żałował, że Potter nie zabił go w tej łazience, że nie pozwolił mu się wykrwawić, że nie zostawił go na pewną śmierć.
Chciał zniknąć stąd jak najprędzej, więc szybkim ruchem porwał proszek Fiuu i mówiąc: "Kwatery Severusa Snape'a, Hogwart", stanął w zielonych płomieniach, po chwili znikając.
Wypadł z marmurowego kominka, krztusząc się pyłem. Niemal natychmiast opadł na ziemię, czując, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Mistrz Eliksirów siedział przy swym biurku, a widząc jego stan złapał go pod ramiona i posadził na krześle. Nie zapytał o nic. Dobrze wiedział, co musiało się stać.
Kary Voldemorta nie miały w sobie cienia litości.
Bez słowa poszedł na zaplecze, wracając z pełną fiolką eliksiru wzmacniającego. Draco niemal parsknął śmiechem. Kolejna butelka tego eliksiru, w ciągu jednego dnia. Ciekawe kto jeszcze spróbuje dziś bezskutecznie go zabić. Szczerze życzył tej osobie powodzenia.
Może był nieśmiertelny? Niczym Potter.
- Zaraz będzie lepiej - powiedział Severus, co Draco skwitował ironicznym śmiechem. Lepiej? Zabawne! Sam doskonale wiedział, że to niemożliwe. Nie powiedział więc nic. Wstał tylko i wyszedł pewnym krokiem, chcąc być jak najdalej od ciemnych lochów i uważnego spojrzenia swojego opiekuna. Wybiegł na korytarz przy Sali Wejściowej i odetchnął z ulgą.
Wtem przypomniał sobie, że dokładnie półtorej godziny temu był umówiony z Potterem. Serce po raz kolejny zabiło mu mocniej. Czy on jeszcze na niego czeka?
Nie zastanawiając się ani przez chwilę, wyszedł na siódme piętro, kierując się do zaułku, gdzie znajdował się Pokój Życzeń. Gdyby Potter czekał na niego w środku, przed nim ukazałaby się drzwi. Jednak nic się nie stało. Ściana pozostała pusta, czyli... Gryfona już tam nie było. Przeklinając pod nosem, oparł czoło o ścianę.
Powinieneś go przeprosić.
Jeszcze czego, warknął w myślach. Przepraszać Pottera? Nigdy! Zwłaszcza, że to nie była wina Draco, że nie mógł przyjść...
Ty to wiesz, ale Potter tego nie wie.
To nie ma znaczenia, wypalił, okłamując samego siebie. Gdyby nie miało, nie poczułby się taki zły, widząc, że Potter już na niego nie czeka.
Zrezygnowany stanął na wprost ściany, siląc się na spokój. Skoro i tak nie miał gdzie się podziać, postanowił popracować nad Szafką Zniknięć.
xxxxx
Dwie istniejące szafki zniknięć znajdujące się w dowolnej odległości można połączyć prostym zaklęcie, używanym przez czarodziejów w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Zaklęcie zostało opracowane przez niemieckiego filozofa Wolfa Harmona, który jako pierwszy był świadkiem wypadku, spowodowanego źle połączonymi szafkami życzeń. (ryc. 2.1) Widząc to przerażające zjawisko gotów był skonstruować plan bezpiecznego przemieszczenia się owymi szafkami.
Formuła zaklęcia; Harmonia Nectere Passus
Ruch dłonią: -
Kategoria: Proste
Draco przeczytał tekst jednym tchem. Przez chwilę cieszył się, że ma nowe informacje, ale sekundę później zrzedła mu mina. Skąd miał wiedzieć gdzie jest druga Szafka Zniknięć? Jak mógł ją namierzyć? Chyba musiał się przełamać i porozmawiać ze Snape'em.
Wybiła osiemnasta. Właśnie zaczęła się kolacja.
Potter na pewno na niej jest. Idź i go przeproś.
Chciał się postawić. Powiedzieć "nie" i zostać tam gdzie był. Dlatego tak bardzo zdenerwowały go jego nogi, które podniosły się z ziemi i zaprowadziły go pod Wielką Salę. Idąc przeklinał cały czas. Zapewne wyglądał na chorego psychicznie, a dodając do tego podkrążone oczy i przerażająco bladą skórę, to już w ogóle. Stanął pod drzwiami, opierając się nonszalancko o ścianę i czekając.
Co niby miał powiedzieć? "Wybacz, Potter, ale kiedy ty na mnie czekałeś, ucinałem sobie drobną pogawędkę z Czarnym Panem i Cruciatusem"? Nie, to nie pasuje. "Przepraszam, że nie przyszedłem, ale Voldemort chciał mnie ukarać za to, że nie zabiłem Dumbledore'a"? Nie, to też nie to. Nie miał czasu się dłużej zastanawiać bo w tym momencie Harry Potter wyszedł z Wielkiej Sali. Zauważył go niemal od razu i przystanął.
- O, Malfoy. Przyszedłeś się pośmiać, z tego jak łatwo mnie wykiwać?
Draco nie odpowiedział nic.
- Mogłem się spodziewać, że nie przyjdziesz. W końcu twoje życie składa się z mówienia jednego, a robienia czegoś przeciwnego.
- Potter.
- Tak, owszem. Bardzo zabawnie, Malfoy!
- Potter.
- Zapewne ze Ślizgonami będziesz miał niezły ubaw...
- POTTER! Dasz mi w końcu powiedzieć? - Draco nie wytrzymał. Harry zamilkł, patrząc na niego wyczekująco. Blondyn westchnął zrezygnowany, tak jakby próbował nie powiedzieć tego, co musiał.
- Przepraszam - warknął nieprzyjaźnie. Może i nie udało mu się zachować tego słowa w sobie, ale przynajmniej wypowiedział je wrogo. Potter wpatrzył się w niego podejrzliwie.
- Co?
- Nie powtórzę drugi raz. Za to możesz przyjść do Pokoju Życzeń dziś o ciszy nocnej - powiedział i nie czekając na odpowiedź wyminął Gryfona, zmierzając do lochów. Nie zamierzał wyczekiwać, aż chłopak łaskawie mu przytaknie. Nie mógł pokazać, że mu zależy na odpowiedzi, albo czymś w tym stylu. Mimo iż mieli rozmawiać, Draco chciał mu pokazać, że nadal nienawidzi go całym sercem.
Och, Ty nieokiełznany kłamco...
xxxxx
- Żartujesz, Draco. Potter? Naprawdę Potter?
Wykrzywiona niedowierzaniem twarz Blaise'a Zabiniego widniała w kominku. Rozmawiali ze sobą od jakiejś godziny. Zabini wyjechał na święta do rodziny, ale obiecał, że przez cały okres ferii będą mieli kontakt.
- Nie panikuj. Uważam, że to całkiem niezły pomysł.
- Czy ciebie przypadkiem nie potraktowano Confundusem? - zapytał, unosząc brew. - To Harry Potter! Twój największy wróg! Myślisz, że rozmowa przyjdzie wam tak łatwo?
Draco wzruszył ramionami.
- Może tak, może nie. Czy to ważne?
- Ważne, bo mam dziwne przeczucie, że się pozabijacie.
- Najwyżej.
- Dla ciebie to aż takie błahe?
Blondyn poderwał się z miejsca.
- Czy ty naprawdę nie rozumiesz Blaise? Będąc w zgodzie z Potterem będę miał wolne pole do popisu. Nie będzie za mną łaził, nie będzie szpiegował. Będę mógł wykonywać zadanie, nie rozglądając się za tą ohydną parą okularów.
- A czy tobie nie przyszło do głowy, że Potter mógł pomyśleć podobnie? Rozmawiając z tobą również będzie mógł uśpić twoją czujność i bez problemu wnikać w to co robisz!
- Jest na to za głupi.
- Ty tak myślisz.
Draco zerknął na zegar.
Cholera!
Było już dwadzieścia po dwudziestej drugiej. Od dawna powinien być pod Pokojem Życzeń.
- Muszę kończyć, Blaise.
- Idziesz do Pottera, co?
- Odezwij się jutro - powiedział i z tym, wybiegł z lochów, kierując się na siódme piętro. Miał nadzieję, że tym razem zdąży zanim Potter ucieknie.
xxxxx
Pięknie. Znów to samo.
Harry Potter dał się nabrać po raz kolejny i teraz stał jak idiota pod ścianą, w zaułku na siódmym piętrze. Malfoy'a jak nie było, tak nie było i Gryfon naprawdę tracił już cierpliwość. Jak mógł po raz drugi dać się wkręcić? Dosłownie nie wierzył w swoją naiwność. Miał ochotę walić głową w ścianę, albo ścianą w głowę znienawidzonego Ślizgona.
Odwrócił się, żeby wrócić do Wieży Gryffindoru, gdy stanął twarzą w twarz z obiektem swojej niechęci, nienawiści, zniesmaczenia i wszystkiego co negatywne.
- Dokąd to, Potter?
xxxxx
- Spóźniłeś się - warknął Potter, świdrując chłopaka spojrzeniem.
- Brawo za spostrzegawczość - zakpił. - Coś mi wypadło. Chyba nie muszę się przed tobą tłumaczyć.
- Skądże.
- Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy.
Stali przez chwilę, patrząc na siebie złowrogo, aż w końcu Draco odchrząknął.
- Czyń honory, Potti - powiedział, wskazując na ścianę. Harry odsunął się od niego, patrząc na zaułek. Zamknął oczy, wyobrażając sobie to samo pomieszczenie co kilka godzin wcześniej, aż do momentu, gdy przed nim ukazały się dębowe drzwi. Gestem dłoni zaprosił Dracona do środka.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz. Gryffindor? - zapytał blondyn, wchodząc do pokoju, stworzonego w Gryfońskich kolorach.
- Masz z tym jakiś problem? - burknął Potter, siadając na wielkiej kanapie.
- Jeszcze się pytasz? Nienawidzę czerwonego, nienawidzę Gryffindoru i nienawidzę staromodnych mebli. Założę się, że wyobrażając sobie ten salon, miałeś w głowie Pokój Wspólny Gryfonów, czyż nie? - zaśmiał się ironicznie, mimo wszystko siadając na kanapie, w bezpiecznej odległości od bruneta. Ten popatrzył na niego z lekkim zainteresowaniem.
- Więc jaki jest twój ulubiony kolor?
- Zielony - odparł, patrząc prosto w duże, błyszczące oczy, które przecież zionęły tak głęboką zielenią, jakiej nie zawierał żaden detal w kwaterach Slytherinu.
Jedno wiedzieli oboje - próby spokojnej rozmowy będą dla nich trudniejsze niż cokolwiek, co to do tej pory zrobili.
- A jaki jest twój ulubiony? - zapytał niechętnie Draco. Potter wzruszył ramionami.
- Ostatnio szary.
