Przewracał się z boku na bok, co pewnie nie powinno go dziwić. Danny uprzedzał go, że tak będzie i o ile naprawdę wzbraniał się przed traktowaniem mężczyzny jako swojej prywatnej alfy i omegi, jednak kwestia przemian hormonalnych w organizmie nie była mu znowuż aż tak nieznana. Biologii nie dało się również oszukać, chociaż kilkukrotnie w swoim życiu próbował.

Zerknął na zegarek. Północ minęła już dawno i chociaż nie potrzebował wielu godzin snu, aby być zdolnym do pracy, jednak mimo wszystko przynajmniej trzy wyglądałyby miło. Zagryzł usta, zirytowany, ale podniósł się, starając się rozluźnić. Danny kazał mu – nie – Danny prosił, aby zszedł na dół, jeśli nie zaśnie. I może Williams też przewalał się z boku na bok na jego niewygodnej kanapie.

Przyciszony dźwięk telewizora zaskoczył go trochę. Tym bardziej, że Danny wydawał się drzemać, jakby właśnie ten jednostajny ludzki szum pozwalał mu zasnąć. W zasadzie zamierzał się wycofać, nie chcąc budzić mężczyzny, ale oczy Williamsa uchyliły się, gdy tylko jedna z desek zaskrzypiała pod naciskiem jego ciała.

- Steven – wychrypiał Danny, siadając na kanapie niemal od razu.

Koc zsunął się z jego ramion i ta koszula powinna była zostać ściągnięta. Spodziewał się, że rano Danny wyjedzie wcześniej, aby przebrać się u siebie. Zakładał jednak, że Williams rozbierze się jednak do snu, ale ten nadal siedział w spodniach i miał nawet pasek w szlufkach. To nie mogło być wygodne.

- Dobrze się czujesz? – spytał Danny, przecierając twarz.

Steve zorientował się, że od dobrych kilku chwil nie powiedział ani słowa, skupiony bardziej na czynieniu obserwacji. Milczenie nigdy nie przychodziło mu z trudem, ale Danny wyciągał z niego przeważnie najgorsze instynkty, więc ich rozmowy kończyły się kłótniami, a ponieważ Williams zawsze chciał powiedzieć tylko więcej – on często wcinał mu się z własnymi uwagami. Nie pamiętał kiedy ostatnio czuł się tak odprężony w towarzystwie tego mężczyzny – jak przez ostatnią dobę. Zapewne nigdy, ponieważ Danny pilnował, aby go nie dotykać.

- Nie mogę zasnąć – przyznał. – Mówiłeś, żebym zszedł. Jeśli masz jakieś leki…

- Nie będziesz się szprycował – odparł Danny. – Po prostu usiądź. Uspokój się. Porozmawiaj ze mną – dodał.

Steve wydął usta, siląc się, aby tego nie skomentować. Rozmowa nie była remedium na wszystko – pomimo tego, co twierdzono. Ruszył jednak w stronę fotela, ale Danny poklepał miejsce koło siebie – na kanapie.

- Poważnie? – spytał, chociaż prawdę powiedziawszy nie miał problemu z byciem blisko Williamsa.

Pamiętał jednak jak skończyło się to ostatnio.

- Mam położyć głowę na twoich nogach? – dodał, ponieważ jego kanapa była o wiele za krótka.

- Poza klubem, Steven, nie obowiązują cię tak naprawdę zasady. Powinienem był to powiedzieć na samym początku, ale trudno jest mi powiedzieć ci wszystko na raz. Podstawy to coś, co mam we krwi, ale nie myślę o nich, tak jak o oddychaniu – odparł Danny. – Żądać od ciebie posłuchu będę tylko w tamtych czterech ścianach i w chwilach, w których będę ci chciał coś pokazać. Nie sądzę jednak, żeby to było konieczne. Co nie zmienia faktu, że zawsze się popychaliśmy, więc nie zamierzam zmieniać mojego stosunku do ciebie – ostrzegł go lojalnie. – Nie zmieniło się chyba wiele? – spytał mniej pewnie.

Steve wzruszył ramionami, niezbyt pewny o co chodzi. W zasadzie nadal odpowiadał na każdą uwagę po swojemu, wyrywał się przed szereg. Był może bardziej świadom konsekwencji i reguły nareszcie stawały się jasne. Od samego początku dążył do tego, żeby poznać Williamsa, ale ten zamknął się w HPD i wyłącznie stawiał mu opór. Jego ciągła krytyka nie była też miła – szczególnie, że zawsze miał rację. A Steve nienawidził ludzi, którzy się nie mylili.

Kono nazywała go dziecinnym i pewnie coś w tym było, ale po prostu nie potrafił odpuścić. Nie uczono go się poddawać. Nie na tym polegało ich szkolenie.

- Czyli tak naprawdę mogę jutro iść popływać – stwierdził Steve, orientując się nagle, że w takim bądź razie nie obowiązywały go kary za łamanie zasad, których w zaciszu swojego domu nie musiał przestrzegać.

Danny uśmiechnął się krzywo.

- Możesz, ale spróbuj chociaż raz zrobić po mojemu – zaproponował Williams i ponownie poklepał miejsce koło siebie.

Steve zajął je tym razem, wyciągając przed siebie nogi, których mięśnie jeszcze nie wypoczęły. Kolejny ciepły prysznic niewiele pomógł. W ciągu dwóch dni jednak powinien wrócić do dawnej sprawności. Jutro nie będzie miał problemu z bieganiem. Znał się na tyle dobrze, aby to wiedzieć.

- Carla wysłała mi nazwiska ludzi, którzy są podejrzani według niej – podjął nagle Danny, odblokowując swój telefon.

- Czekaj, czyli nie masz jakiegoś magicznego sposobu, żebym poszedł spać? – spytał Steve, czując się trochę oszukanym.

- Magicznego? – prychnął Danny. – Nie. Trzeba to przesiedzieć. Jutro będziesz się czuł jak gówno, ale tak po prostu jest.

- Pojęcia nie mam dlaczego ludzie to robią – warknął rozdrażniony.

Danny przewrócił oczami.

- Zapewniam cię, że jest szereg powodów – zakpił Williams. – Choćby fakt, że kiedy już się przyzwyczaisz do tego jak zdradza cię własna biologia, pozostaje tylko ekstaza, Steven. Ludzie wchodziliby w podobne relacje, gdyby nie obopólna korzyść – odparł takim tonem, jakby to było oczywiste.

- Och przestań, łatwo ci mówić, kiedy to nie ty klęczysz – warknął.

Danny odwrócił się tak gwałtownie w jego stronę, że aż oddech uwiązł mu w piersi. Telefon wylądował z powrotem na stole, a Williams patrzył na niego z irytacja, która mu wcale nie odpowiadała.

- Steven, byłem dostatecznie długo uległym, żeby wiedzieć jak czuje się ta strona – poinformował go sucho Danny. – Większość z tych, których widzisz teraz u władzy w klubie, odklęczała swoje. Była z tego dumna i czerpała z tego przyjemność. Pewną satysfakcję – odparł.

- I dlatego stałeś się dominantem – zakpił.

- Nie, Steven. To nie jest wybór, którego dokonujesz – prychnął Danny. – To jest po prostu kolej rzeczy. Kiedy jesteś młody i poznajesz świat, potrzebujesz kogoś, kto cię poprowadzi. Sądziłem, że nie ma niczego bardziej cudownego niż po prostu zdać się na moją przyjaciółkę. Potrafiła o mnie zadbać, a ja jej się odwdzięczałem. Nie musiałem się niczym przejmować, o nic martwić. Wiedziała doskonale co robiła. Ale potem zacząłem dorastać i jest wiele osób, które odkrywają, że ta forma relacji nie odpowiada im. Że ta rola, którą odgrywają, nie jest już prawdziwa. Że zaczynasz się okłamywać, bo skoro coś trwało tak długo i było wspaniałe, nie ma sensu z tego zrezygnować. Tak naprawdę przeskok jest ogromny i trudno ci do tego przywyknąć, ale kiedy już jesteś szczery sam ze sobą, decydujesz się przejść na drugą stronę i to ty zaczynasz dominować nad kimś, i gwarantuję ci, że w każdej minucie tego doskonale zdajesz sobie sprawę jakie to uczucie – wyjaśnił mu Danny.

- Czyli z tego wyrosnę? – prychnął Steve.

Danny zaśmiał się krótko.

- Jesteś po trzydziestce, na kierowniczym stresogennym stanowisko – wymienił jednym tchem Williams. – Steven, z tego się nie wyrasta. Dorastasz i zmieniają się realia twojego życia. Jedyne co robimy to dostosowujemy się do tego, co dzieje się wokół – odparł. – I nie bardzo podoba mi się to, że sądzisz, że ktoś klęczący jest gorszy. Jesteśmy równi. Zawsze masz prawo sprzeciwu, a ci którzy klęczą, robią to z własnego wyboru i nie masz prawa go kwestionować.

- Przyznaj, że chciałbyś mnie zobaczyć na kolanach – mruknął, nie mogąc się powstrzymać.

I nie wiedział do końca co go napadło, ale przeważnie jednak nie był aż tak wściekły na Danny'ego. Williams odpowiadał mu ze spokojem, a to nadal go irytowało. Może fakt, że facet go rozgryzł jak nikt inny. Albo to, że był taki cholernie zen, gdy wszystko wokół wyglądało tak gównianie. Spodziewał się recepty, może serotoniny w tabletkach. W końcu musieli mieć jakieś środki, a Danny wymyślił sobie w środku nocy szczere rozmowy.

- Steven, każdy chciałby cię zobaczyć na kolanach – odparł Williams. – Powiedz mi dlaczego nie miałbym chcieć przed sobą silnego, przystojnego mężczyzny, który mi się oddaje? Jeden powód, Steven – powiedział.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewał i Danny skrzywił się lekko.

- Myślisz, że to jest o upokarzaniu cię? – spytał mężczyzna z niedowierzaniem. – Wątpię, żebyś był zainteresowany tym, aby cię nazywano małą dziwką. To też jest coś, co się przedyskutowuje z góry. A jeśli ktoś ma się czuć upokorzony, to ja. Ktoś z moim doświadczeniem przyprowadził do klubu nieułożonego uległego, który go ewidentnie nie słucha i ma w nosie zasady. Moje reguły i przestrzenie ich oznaczają, że mnie szanujesz. Skoro ty mnie nie szanujesz, dlaczego inni mieliby? – spytał retorycznie Danny. – A wiesz co jest najgorsze? Nie mogę nic z tym zrobić – powiedział całkiem szczerze. – Nie mam nad tobą kontroli, Steven.

Jego usta zrobiły się dziwnie suche. Nie spojrzał na to z tej strony. Sprawa wydawała mu się dość jasna. Przeprosiny Danny'ego nic nie znaczyły przecież. Obaj wiedzieli, że nie powlókł się za nim do tego klubu z zazdrości. Czy powodowany czymś jeszcze głupszym. Mieli zadanie do wykonania. Nigdy jednak nie przeszło mu przez myśl, że o ile on wróci do swojego życia, Danny wraz z Carlą zostaną w klubie. To było ewidentnie ich miejsce i nie dziwił się, że Williams lubił tam przychodzić. Interesowano się nim. Widział uległych, którzy patrzyli na niego tak, jakby chcieli go zniknąć. I trochę go to bawiło. W większej mierze satysfakcjonowało, ponieważ jednak Williams na te kilka dni był tylko jego. Nic nie spaliłoby tak ich przykrywki jak Danny odgrywający scenę z kimś obcym.

- Przepraszam – powiedział w końcu całkiem szczerze, bo coś go zaczynało dławić.

Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek czuł się tak źle, ale złość nagle minęła. A chciał, żeby została, bo była świetnym fundamentem pod jego naturalny upór. Ale ona zniknęła i nie potrafił za bardzo opisać emocji, które ją zastąpiły. Danny obserwował go uważnie, badawczo, a potem z pewnym wahaniem dotknął jego twarzy i Steve zamarł, ponieważ to faktycznie pomogło, więc może jednak istniała magia.

- Dalej się staczasz – poinformował go Williams. – Nic się nie stało. Nie musisz się denerwować – dodał miękko i Steve trochę nienawidził go, że to faktycznie go uspokoiło.

Zapewnienie Danny'ego zawsze miało dla niego szczególną wartość. Na słowach Williamsa można było polegać i całe Five O o tym wiedziało.

- To hormony – ciągnął dalej Danny. – Nic na co masz wpływ. Przejdzie i jutro poczujesz się lepiej. Będziesz dzisiaj całą noc rozchwiany, ale się tym nie przejmuj. Najwyraźniej Steven wbrew obiegowej opinii jednak jesteś człowiekiem – zażartował lekko.

Jego usta same się wygięły w uśmiechu. Danny zabrał swoją dłoń i przeciągnął się, układając się wygodniej na kanapie.

- Nie doprowadzaj się więcej do takiego stanu. Serotonina to taki cudowny hormon, Steven. Nie jestem twoim lekarzem ani psychologiem, ale jako facet powiem ci, że regularne stosunku naprawdę cię uszczęśliwią i może przestaniesz mi się rzucać do gardła – oznajmił mu Danny. – Może kapitan zgodziłby się nawet na założenie specjalnego funduszu dla ciebie? Wysyłalibyśmy ci jedną prostytutkę na trzy dni i może nie zatopiłbyś wyspy w tym roku – odparł Williams ewidentnie zafascynowany tym pomysłem.

- Tak często bywasz tam? – spytał Steve. – Trzy razy w tygodniu?

Danny zaśmiał się krótko.

- To wykończyłoby każdego, Steven. Raz, dwa razy w tygodniu, jeśli się z kimś umówię. Czasami siadamy z Carlą i innymi przy piwie, żeby po prostu pogadać. Nasza serotonina jest dostarczana w takiej ilości, że to nie stanowi problemu. Nie zawsze jednak chodzi o seks – przyznał Williams trochę dziwnym tonem.

Wydawał się być myślami w całkiem innym miejscu i Steve oparł się wygodniej po drugiej stronie kanapy, starając się odprężyć.

- Pomyśl, że scena potrafi trwać kilka godzin – ciągnął dalej Danny. – Przez większość tego czasu do twojego krwioobiegu są uwalniane hormony. W zasadzie unosisz się. Od czasu do czasu coś przyciąga twoją uwagę, czasem fakt, że jesteś tak cholernie blisko, ale ktoś nie pozwala ci dojść – mówił.

- Dlaczego ktokolwiek miałby zrobić coś tak okropnego, Danielu? – prychnął Steve.

Zapewne próbowałby komuś oderwać dłonie za coś podobnego.

- Ponieważ, Steven, kiedy już dojdziesz to będzie to jak wybuch Mauna Kea – wyjaśnił mu Danny. – Będziesz półprzytomny od endorfin, spocony, może glos będzie ci odmawiał posłuszeństwa, ale kiedy dojdziesz; przez tę krótką chwilę to będzie tego warte. Znikną twoje kłopoty, nie będziesz zastanawiał się nad tym czy jakiś terrorysta nie planuje wysadzić posiadłości gubernator. Nie będziesz pewnie znał nawet swojego imienia. Zszedłeś tak daleko tylko od tego, że cię dotykałem… - urwał Williams i spojrzał na niego ciekawie. – Kapitan Rollins chyba dawno nie stacjonowała tutaj, no nie? – spytał ciekawie Danny i Steve spojrzał na niego zirytowany.

- Nie uprawiam seksu tylko z Cath – warknął.

W zasadzie nie widzieli się dość długo. Ostatnim razem zdążyli pójść tylko na kolację. Sądził, że to już koniec, ponieważ wspominała coś o swoim dawnym chłopaku, ale w zasadzie nigdy nie powiedzieli sobie tego wprost. Może podobnie jak on nie chciała kończyć czegoś, co przynosiło takie profity. Jego związek z Cath pewnie wiele nie różnił się od tego, co Danny wyrabiał z uległymi w klubie, pomijając wiązanie, klęczenie i bogowie jedni wiedzą co.

Doszło do niego, że w zasadzie pojęcia nie miał, co Williams lubił. Nigdy nie wypowiedział się jednoznacznie o swoich preferencjach, a może i był lekko zboczony, ale przecież każdy miał coś ulubionego.

- To świetnie, Steven, ale chodzisz tak spięty, jakby ci ktoś wsadził miotłę w tyłek, a nie jesteśmy w Hogwarcie – prychnął Danny.

- Co? – spytał Steve i wiedział, że patrzy na Williamsa jak na idiotę.

- Ostatnio przerzuciłem się z Disneya na Harry'ego Pottera – odparł Danny. – Po prostu mówię, że spadki serotoniny są niebezpieczne. W ciągu ostatnich sześciu godzin prawie panikowałeś, wkurzyłeś się na mnie, zrobiło ci się smutno, a potem znowu się wkurwiłeś. To nie jest zdrowa mieszanka emocjonalna, kolego. I powiem ci jedno; nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem jak wtedy, gdy przepraszałeś, bo oddam ci kluczyki do mojego samochodu. Kono nie chciała opatentować tego spojrzenia? – zakpił Danny.

- Nie wiem nawet jakim cudem na jedno moje słowo przypada sześćdziesiąt twoich – odparł Steve, nie wiedząc nawet jak doszli do tego punktu.

- To jest talent – stwierdził Danny i wzruszył ramionami.

Steve wziął głębszy wdech, zastanawiając się czy to pytanie jednak nie przekroczy pewnej granicy przyzwoitości. W końcu jednak Danny pośrednio pytał go kiedy uprawiał seks. Wszelkie reguły i kurtuazja chyba padły, gdy przekroczyli próg klubu. Albo w świecie, z którym jedni ludzie nie pozwalali dojść innym, temat tego co kto, kiedy i z kim robił, był dla amatorów.

- Talent – powtórzył i odchrząknął. – A w czym masz jeszcze talent? – spytał i nawet w jego uszach zabrzmiało to słabo.

Danny spojrzał na niego podejrzliwie, jakby spodziewał się gdzieś czającej się kpiny. I kiedy w końcu się odezwał, jego głos był ostrożny, opanowany.

- Naprawdę pytasz w czym jestem dobry? To ciekawość? Nie chcesz tego przemyśleć? – upewnił się Danny.

- Mówiłeś, że odpowiesz na każde moje pytanie – przypomniał mu Steven. – Poza tym krytykujesz moje życie seksualne – dodał.

- Nie, krytykuję jego brak. Cokolwiek robisz i daje ci satysfakcję, rób tak dalej. Masz moje błogosławieństwo. Obaj jednak wiemy, że zbyt długo odbywałeś randki pod prysznicem – odparł Danny, unosząc brew do góry, jakby tylko czekał aż Steve mu zaprzeczy.

Niestety nie zamierzał kłamać. Każdy miał gorszy okres w życiu, a że jego trwał kilka tygodni za długo – nic to tego było nikomu.

- Nadal czekam na swoją odpowiedź – przypomniał mu, nie dając się zbić z tematu.

Danny potrząsnął głową i potarł oczy, które musiały go piec. Było dość późno i obaj nie zmrużyli oka. Może siedział przed telewizorem dość długo. Steve nie był pewien – od razu schował się w sypialni, chcąc udowodnić sobie i Danny'emu, że hormony wcale nie rządziły jego ciałem.

- Lubię wiele rzeczy, Steven – przyznał Williams. – Większość z nich nie jest dla ciebie. I zanim zaczniesz się rzucać, lubię ludzi zdanych na moją wolę, więc wiążę ich tak, aby nie mogli się ruszyć. A to daje mi dużo możliwości, od uderzania packami, batami, biczami, gołą ręką po ich ciałach. Po zabawy temperaturą. Nie przepadam za prądem, ale potrafię tego użyć – przyznał ostrożnie. – Zranienie kogoś do krwi nie stanowiłoby dla mnie problemu, ale wolę to robić gryząc albo paznokciami. I kiedy kogoś pieprzę, nie przestaję kiedy dojdzie. Czasami przestaję dopiero, gdy dochodzi po raz trzeci i ma tak załzawioną twarz, że muszę ją przecierać ręką. I ci wszyscy ludzie mi za to dziękują, Steven – odparł patrząc na niego nadal badawczo. – Czy odpowiedziałem na twoje pytanie? – zainteresował się.