Cóż, na początek pozostaje mi tylko przeprosić, że znowu tak długo (na swoją obronę mam tylko tyle, że praca).
- Biologia jest o wiele fajniejsza, kiedy żaden półmózgi osiłek nie dyszy ci w kark – stwierdził Feliks.
- To fakt, tylko jeszcze gdyby przestał się patrzeć jak na kawałek mięsa – westchnęła Elizabeta, przeglądając swoje notatki i zaznaczając najważniejsze fragmenty.
- Chodzi ci o to, że patrzy na ciebie jak na jakiś wyjątkowo apetyczny stek, czy na mnie jak na kotleta do ubicia?
- Jedno i drugie. Biorąc pod uwagę akcję z Cindy, rozumiem, że można być tak tępym, żeby nie docierało, że nie chcę z nim chodzić. Ale żeby za najlepszą metodę na podryw uważać nękanie mojego najlepszego kumpla… Ten goryl był boski, ale następnym razem narysuj go jako amebę.
- Ale w ten sposób obrażę pierwotniaki! Co przypomina mi, że muszę przeprosić naczelne… może w ramach zadośćuczynienia wpłacę parę dolców na jakąś organizację prozwierzęcą. - Polak zajmował się przyozdabianiem swoich notatek stosownymi rysunkami. Jak już zdarzało mu się uczyć, to znacznie lepiej mu to szło, kiedy miał wszystko dokładnie rozrysowane, albo chociaż miał rysunki, z którymi mógł skojarzyć niektóre informacje.
- Czyli my mieliśmy problem z Cindy... - powiedział Alfred, przechylając się ponad blatem ławki, którą dzielił z Torisem.
- Kto miał to miał – wtrącił Litwin, pochylony nad swoim zeszytem.
- Wy macie problem z Owenem. Ja dbam o socjalizację Torisa, a Lizzie Feliksa.
Profesor Conway nie zwracał większej uwagi na prowadzone w klasie rozmowy, tak długo jak nikt nie zakłócał przebiegu lekcji. Jak sam twierdził, przykładanie się do zajęć było prywatną sprawą uczniów, jego interesowały wyniki na testach i ćwiczeniach.
- Pragnąłbym podkreślić tu formę przeszłą, jeśli chodzi o Cindy – oznajmił Feliks, odwracając się. - No i jeszcze to, że nawet gdyby nie odpuściła, to raczej się na ciebie nie rzuci, żeby zwrócić na siebie uwagę Te… Torisa – poprawił się szybko, widząc miażdżące spojrzenie bruneta. Jedna solidna przebieżka w ciągu dnia absolutnie mu wystarczała, powiedziałby nawet, że to i tak o jedną za dużo. - A nawet jeśli, to co najwyżej udusi cię pomponem, zamiast wgnieść w ziemię.
- To może sądowy zakaz zbliżania się? - zaproponował Amerykanin.
- Al, błagam cię, nie zaczynaj znowu – westchnął Toris, uderzając się ręką w czoło.
- Nie przejdzie, nie jest aż tak nachalny jak Cindy i trzyma bezpieczny dystans – stwierdziła Elizabeta, z ciekawości zaglądając do notatek Feliksa. - Feliks, to jest zeszyt nie szkicownik.
- Wiem, ale rysunki pomagają mi utrwalać informacje – odparł Polak, zastanawiając się, czy pantofelek dobrze wyglądałby w kasku futbolowym.
- To może w ogóle przerzuć się na pismo obrazkowe, w sumie jak tak patrzę, to wiele ci nie brakuje.
- Hmm, to jak z zakazem zbliżania się nie ma szans, to pozostaje tylko… - zaczął Alfred.
- Nawet nie próbuj kończyć tego zdania – powiedziała Węgierka, odwracając się z prędkością błyskawicy. Na widok płomieni tańczących w jej oczach i Alfred i Toris odsunęli się co najmniej pół metra w tył. - A ty przestań się chichrać! - syknęła, szturchając chichoczącego Feliksa łokciem w żebra.
- Ała! O co ci chodzi? Zawsze warto spróbować – wykrztusił blondyn, rozcierając bok. - W klubie homoseksualistów mimo woli mamy jeszcze masę wolnych miejsc, lesbijki też przyjmujemy. - Łzy stanęły mu w oczach, kiedy dostał w żebra drugi raz, tym razem mocniej. - To jest niesprawiedliwe, dlaczego ty mi możesz insynuować, że jestem homo i się z tego nabijać, ale ja tobie już nie?
- Bo nie, jestem teraz na etapie, gdzie na moją pozycję w gazetce reputacja ma bardzo duży wpływ. Nie chcę zaprzepaścić wszystkiego, na co haruję jak wół od ponad miesiąca.
- Czyli reputacja i gazetka są dla ciebie ważniejsze, niż najlepszy kumpel? Łał, to bolało bardziej niż złokciowanie moich żeber.
- Jakoś nie wyglądasz na przejętego – stwierdził Toris, ostrożnie przysuwając się z powrotem do ławki.
- Bo w sumie mam to w głębokim poważaniu. Jak dla mnie moja reputacja może osiągnąć dno i dwa metry mułu, jedyne, na czym mi zależy, to żeby mieć święty spokój i robić rzeczy na które mam ochotę. - Polak przechylił się do tyłu i odchylił głowę, żeby spojrzeć na bruneta. - A co? Martwisz się, że twoje notowania polecą w dół, bo twój „chłopak" jest szkolnym marginesem społecznym?
- Nie – mruknął Litwin. - Po prostu po wykładzie, jaki mi zaserwowałeś w ubiegły czwartek, myślałem, że bardziej ci na tym zależy.
- Nah – Feliks wzruszył ramionami i wrócił do swoich notatek. - Bardziej boli mnie to, że ludzie zaczęli zauważać moją egzystencję, niż to, jaki czwartkowe wydarzenia miały wpływ na moją reputację. - Widząc, że za jakieś pięć minut miała się zacząć przerwa na lunch, wyciągnął swój portfel, żeby zobaczyć, ile jeszcze miał kasy.
- Nie mów mi, że znowu zamierzasz opuścić lunch – powiedziała powoli Elizabeta, zerkając na niego kątem oka.
- Jak tak bardzo chcesz, to ci nie powiem – mruknął Polak, skrobiąc się po karku ze skupioną miną. - Bo w sumie nie zamierzam, po prostu nie chcę iść do stołówki. Hmm… chyba do końca października zdążę umrzeć z głodu.
- Masz zamiar nie zbliżać się do stołówki do końca miesiąca? - zapytała Węgierka, unosząc powoli brwi.
- Owszem, chociaż planowałem raczej przeciągnąć taki stan rzeczy do końca mojej kariery w tej szkole.
Lizzie westchnęła cicho, po czym sięgnęła do torby. Toris i Alfred spojrzeli po sobie, jednakowo zdziwieni i nieco zaniepokojeni, kiedy dziewczyna z ponurą determinacją w oczach wyciągnęła rolkę taśmy pakunkowej. Feliks, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, zabrał się za pakowanie swoich rzeczy.
- Feliks, mam taką małą prośbę, wyciągnij ręce przed siebie, złożone tak jakbyś chciał się pomodlić – poprosiła Węgierka, napoczynając taśmę.
- Hę? W sensie że tak? - zapytał Feliks ze zdziwieniem, składając ręce. - Eee… - mruknął, kiedy Lizzie zaczęła owijać taśmą jego nadgarstki, skutecznie ograniczając ich swobodę.
- Jeden dzień – okej, dwa dni jeszcze mogłam zrozumieć, ale nie ma mowy, że będę to dalej tolerować.
- I z tego tytułu skleiłaś mi ręce taśmą – stwierdził blondyn, patrząc na swoje skrępowane ręce skonfundowany. - Jak to ma mnie nakłonić do pójścia na stołówkę?
- Nakłonić na pójście o własnych siłach cię to raczej nie nakłoni, ale teraz mam dwóch silnych i rosłych tragarzy, którzy pomogą mi doprowadzić cię na miejsce.
Zanim Feliks przetrawił tę informację, Elizabeta zdążyła zanurkować pod ławką i posklejać mu kostki.
- Z tymi rosłymi tragarzami to miała na myśli nas? - zapytał Alfred, patrząc na Torisa z lekkim zagubieniem.
- Obawiam się, że tak – odparł Litwin. - I mam wrażenie, że jeśli spróbujemy odmówić, to spotka nas coś znacznie gorszego.
- Nie no, nie mam nic przeciwko temu, żeby pomóc, ale że potrzeba aż nas dwóch? Z całym szacunkiem, ale Feliks nie wygląda na zbyt ciężkiego…
- Myślę, że zaraz się dowiemy, w czym tkwi haczyk...
Z tym, że Polak ciężki nie był, Alfred miał rację, tylko nie wziął pod uwagę tego, że ten nie zamierzał się łatwo poddawać. Miotał się i szarpał z niesamowitą werwą, posiłkując się przy tym chyba wszystkimi znanymi sobie przekleństwami, nie tylko polskimi, łącząc je w bardzo barwne wiązanki.
- Przestań się rzucać z łaski swojej – powiedziała Lizzie, nadzorując całą operację, niosąc ze sobą rzeczy swoje i Feliksa. - I jak już koniecznie musisz tyle kląć, to chociaż rób to po cichu, bo ludzie się gapią.
- I nie przyszło ci kurwa do głowy, że bardziej zastanawia ich, dlaczego dwóch chłopa targa trzeciego, przy czym ten jest posklejany taśmą?! - warknął Feliks w odpowiedzi, nieomal podbijając Torisowi oko łokciem.
- Przyznaję, że to zapewne niecodzienny widok, ale raban, jaki przy tym robisz, wcale nie pomaga. Tak więc przymkniesz się, czy mam ci zakleić taśmą usta? - zasugerowała Węgierka, podrzucając w ręce rolkę z taśmą.
Polak posłał jej mordercze spojrzenie, ale ograniczył się do mruczenia pod nosem i okazjonalnych prób odzyskania wolności.
- Banda jebanych zdrajców, kurwa jego mać, czym ja sobie na to zasłużyłem...
- Też zadaję sobie to pytanie – stwierdził Toris. - No co się tak na mnie patrzysz? - zapytał, kiedy i jego blondyn obdarzył niezwykle ciepłym spojrzeniem. - Ja się nie zgłaszałem na ochotnika.
- To twoja wina, że do tego w ogóle doszło!
- Jeśli odtworzyć cały ciąg przyczynowo-skutkowy, to pretensje powinieneś mieć do Alfreda.
- Czyli źródłem cierpienia w moim życiu jest Alfred. Wiedziałem, że ta pizza pokoju to była jakaś ściema.
- No weźcie! Przecież nie zrobiłem tego specjalnie! Poza tym pomysł z całowaniem to tylko i wyłącznie wina Torisa! - powiedział Alfred z naburmuszoną miną.
- Czy wy poważnie macie zamiar przekomarzać się jak małe dzieci? - westchnęła Elizabeta, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Posklejałaś mnie taśmą, więc nie mogę się ani skutecznie bronić, ani zwiać – to raz. Dwa, nawet porządnie powyklinać sobie nie mogę. Więc zlituj się kobieto i pozwól mi mieć chociaż jedną przyjemność w życiu – poprosił uprzejmie Feliks, patrząc z rezygnacją w sufit. - I byłbym wdzięczny, gdybym do samej stołówki mógł wejść o własnych siłach.
- Hmm… gdybym miała pewność, że nie zwiejesz… - Węgierka zrobiła zamyśloną minę, rozważając tą opcję.
- Masz teraz do dyspozycji dwóch asystentów, więc raczej nie mam szans – stwierdził Polak z nutą sarkazmu. - Swoją drogą współczuję wam, chłopaki, nie zdajecie sobie sprawy z jak potężną siłą się zadajecie.
- Wiesz, tak jakby nie mieliśmy wyboru – powiedzieli jednocześnie Alfred i Toris.
- Uznam to za komplement – stwierdziła Lizzie. - No dobra, niech ci będzie, ale jak mimo wszystko dasz drapaka, to jak cię znajdę, to nie chcesz wiedzieć co ci zrobię.
- Z uwagi na fakt, że zaraz po lunchu mamy zajęcia z panią Vautrin, nie będę nawet próbował ryzykować. - Feliks poczekał cierpliwie, aż zostanie odstawiony na ziemię i pozbawiony taśmowych więzów. Westchnął cicho, rozcierając swoje nadgarstki, żeby przywrócić poprawne krążenie w dłoniach i pozbyć się resztek kleju. - No dobra… chodźmy już na ten lunch – mruknął, rzucając drzwiom prowadzącym do stołówki ponure i nieco podejrzliwe spojrzenie.
- Ciekawe co dobrego dzisiaj dają – rzucił Alfred radosnym tonem, ruszając przed siebie dziarskim krokiem, nie oglądając się na resztę.
- No to chyba mam jednego asystenta mniej – stwierdziła Elizabeta.
- Spokojnie, i tak nie będę próbował uciekać – uspokoił ją Feliks. - Mam nadzieję, że chociaż usiądziemy tam gdzie zwykle, a nie każesz mi pchać się gdzieś na środek.
- Nie no, chcę żebyś przestał unikać stołówki i nie nadrabiał straconego posiłku śmieciowym żarciem, a nie żebyś dostał zawału ze stresu.
- A gdzie zwykle siedzicie? - zapytał Toris.
- Z dala od sportowego kółka wzajemnej adoracji i tych miejsc, które są okupowane przez „elity".
- Czyyyli?
- A czemu chcesz to wiedzieć? Chcesz z nami usiąść czy jak? - zapytał Polak unosząc brwi, mina bruneta mówiła sama za siebie. - Czy mam rozumieć, że częścią twojego planu na to żebyśmy przestali figurować jako para, jest spędzanie ze mną jak największej ilości czasu?
- Po dość długiej analizie doszedłem do wniosku, że nie widzę powodu, dla którego unikanie cię jak ognia miałoby być lepsze – oświadczył Litwin. - Niech się gapią, niech sobie plotkują, jak zobaczą, że zachowujemy się wobec siebie normalnie, to szybciej się znudzą.
- W sumie ma to sens – przyznała Lizzie. - Jak to mówią: „winny się tłumaczy", to może jak nie będziecie się nadmiernie tłumaczyć i reagować na zaczepki, to szybciej wrócicie do bycia częścią szarego, szkolnego tłumu.
- Okej, nie wnikam, ja nie umiem w życie socjalne – westchnął Feliks, unosząc ręce w geście kapitulacji. - Zastanawiam się tylko, w którym dokładnie momencie zostaliśmy kolegami i dlaczego? Do zeszłego czwartku nie miałeś pojęcia, że istnieje.
- Bo ja wiem? - Toris wzruszył ramionami. - Tak jakoś wyszło… Chwila, czyli jednak jesteśmy kolegami?
- Hmm… jakby to ująć, bo jednak nie do końca… - Polak zrobił zamyśloną minę. - Określiłbym to jako coś na kształt okresu próbnego. Daję ci jakieś dwa tygodnie, jak się nie znudzisz, albo wręcz przeciwnie, nie uznasz, że jak dla ciebie to zbyt wiele wrażeń, to dostaniesz angaż.
- Łał, normalnie czuję się zaszczycony...
- Osobiście obstawiam, że jeśli nie wyrobisz, to raczej z nadmiaru wrażeń niż z nudów – wtrąciła Elizabeta. - A teraz dość tego stania i grania na zwłokę, idziemy jeść – zarządziła, popychając blondyna w kierunku drzwi stołówki.
- Okej, okej! Nie musisz mnie popychać – mruknął Feliks, chociaż jego mina świadczyła raczej o tym, że jednak wolałby zostać na korytarzu.
Przez całą drogę do bufetu Polak szedł przed siebie sztywnym krokiem, ze wzrokiem uparcie wbitym przed siebie, mrucząc pod nosem coś o unikaniu kontaktu wzrokowego.
- Wydawało mi się, że z unikaniem kontaktu wzrokowego, to chodziło o psy, a nie o ludzi – powiedział Toris, rozglądając się za Alfredem.
- Wiesz, z niektórymi ludźmi to gorzej jak ze zwierzętami. Jeśli naprawdę myślisz, że tę regułę stosuje się tylko do psów, to chyba nigdy nie zdarzyło ci się patrzeć o sekundę za długo na jakiegoś dresiarza. - Nawet jeśli póki co nikt nie zwrócił na nich większej uwagi, Feliks wyglądał na mocno poddenerwowanego.
- No wreszcie, już myślałem, że zrezygnowaliście z jedzenia! - zawołał do nich stojący w kolejce Alfred. - Chodźcie, zaklepałem wam miejsce w kolejce! - Reszta czekających w kolejce uczniów nie była specjalnie zadowolona, kiedy przed nich wepchnęły się jeszcze trzy osoby, ale wszelkie protesty ucichły, kiedy Elizabeta głośno zapytała, czy ktoś ma ochotę być przez najbliższy tydzień tematem numer jeden w dziale plotek.
- Jesteś w stanie zrobić coś takiego? - zapytał zaintrygowany Amerykanin.
- A chcesz się przekonać? Toris i Feliks to już temat z zeszłego tygodnia, plotkary z gazetki zaczynają szukać nowych sensacji – oznajmiła Węgierka z promiennym uśmiechem.
- Hmm… chyba sobie odpuszczę…
Po napełnieniu tac jedzeniem, Feliks i Elizabeta pomaszerowali prosto do stolika w rogu sali, ukrytego za kilkoma sztucznymi roślinami.
- Fajna miejscówka, żeby w spokoju zjeść lunch – stwierdził Toris, przesuwając odrobinę jedną z doniczek, żeby liście palmy nie właziły mu do talerza.
- I żeby dyskretnie poobserwować co się dzieje – dodała Lizzie. - No co? Muszę być ze wszystkim na bieżąco – powiedziała, kiedy Litwin i Amerykanin spojrzeli na nią z niepokojem.
- Agencja wywiadowcza Héderváry - FBI może się przy nas schować. W czym możemy państwu pomóc? - mruknął Feliks, zajmując swoje ulubione miejsce.
- Och, przynajmniej teraz wiem gdzie się zgłosić, jak mnie Alfred znowu z kimś umówi… - westchnął Toris. - Nie, nie do ciebie – burknął na widok przerażonej miny Feliksa.
- Ja mam nadzieję, bo następnym razem, jak będziesz chciał kogoś przekonywać, że jesteś gejem, to cię prewencyjnie strzelę w gębę – oznajmił Polak.
Lunch upływał w spokojnej atmosferze, rozmowach o niczym i próbie wyjaśnienia Alfredowi, dlaczego plakat, którym posłużył się Feliks podczas referatu na angielskim, był dziełem sztuki. Wyszło to średnio, bo z jakiegoś powodu Amerykanin nie potrafił ogarnąć geniuszu tego projektu. Elizabeta zwaliła to na karb tego, że Alfred nie orientował się zbytnio w europejskich realiach, a oni nie znali dobrego porównania na terenie Stanów.
- Właściwie to bardziej zastanawia mnie, co się działo przed angielskim – stwierdził Alfred, kiedy dali już sobie spokój z plakatem. - Nie dość, że o mały włos mnie nie staranowaliście, to jeszcze było już praktycznie po dzwonku, a jeszcze nie widziałem, żeby Toris był chociaż bliski spóźnienia się na lekcje.
- Z jakiegoś powodu wkurzył się o dzwonek, który ustawiłem jak do mnie dzwoni – odparł Feliks wzruszając ramionami. - Ja po prostu ratowałem swoje życie.
- „Jakiegoś"… - warknął Litwin, miażdżąc Polaka spojrzeniem. - Dobrze ci radzę, zmień ten dzwonek.
- Jasne, jasne, jak wrócę do pokoju to poszukam czegoś lepszego – mruknął blondyn, krzyżując palce pod stołem. - Chociaż za cholerę nie wiem, dlaczego tak się wkurzasz o niewinną grę.
- Nie o grę się wkurzam, tylko o takiego jednego złośliwego dupka, który jak podłapał jeden temat, tak wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie go wałkował przez następny miesiąc.
- Nie może być! Który to taki bezczelny? - zapytał Feliks z udawanym oburzeniem.
- Jesteś optymistą, jeśli twierdzisz, że w miesiąc mu się znudzi – wtrąciła Lizzie. - Mnie bardziej ciekawi, dlaczego dziś się prawie spóźniłeś. Znowu zarwałeś nockę przy graniu? Czy tym razem przy rysowaniu?
- Fakt faktem, że jak od ciebie wróciłem to usiadłem na chwilę do rysowania, ale tym razem nie o to chodziło. Och, a jak już przy tym jesteśmy, to masz, Toris. - Polak pogrzebał chwilę w swojej torbie, po czym wyciągnął z niej pojedynczą kartkę i wręczył ją Litwinowi. - Nie mogłem wymyślić na jakie zwierzątko cię przerobić, więc zostałeś tetrisowym klockiem, w sumie poukładany jesteś, to nawet pasuje.
Toris zaniemówił z wrażenia, wpatrując się w swoją twarz, zapewne tą, którą Feliks naszkicował podczas piątkowej odsiadki, wrysowaną w jeden klocków występujących w tetrisie.
- To co cię tak przytrzymało? - zdziwiła się Węgierka.
- Miałem mocno porąbany sen i trochę przespałem budzik – oświadczył Feliks. - Śniło mi się, że jestem operatorem koparki w kopalni bigosu.
Toris, który otworzył usta, żeby wyrazić swoje zdanie na temat otrzymanego rysunku, zamknął je ponownie, kompletnie zbity z tropu.
- O… - mruknęła Lizzie, nie wyglądając na szczególnie poruszoną.
- Co to jest bigos? - zapytał Alfred.
- Zwolnili mnie za podjadanie w pracy – kontynuował Polak, wpatrując się w swój widelec dość ponuro. - Ale potem kupiłem paczkę czipsów i znalazłem kupon na zostanie prezydentem… i zwolniłem wszystkich z tamtej kopalni.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś strasznie mściwy? - zapytała dziewczyna, wyciągając telefon, żeby przejrzeć skrzynkę mailową.
- Nie jestem mściwy – zaprzeczył oburzony Feliks. - A przynajmniej nie tak bardzo jak sugerujesz, jak mam okazję się odegrać to czemu nie, ale zazwyczaj jest z tym za dużo pieprzenia.
- No niby tak, ale ty potrafisz długo czekać na okazję do odegrania się.
- A temu to nie zaprzeczę, jestem dość zawzięty i pamięć też mam niczego sobie.
- Żebyś ją jeszcze wykorzystywał do bardziej pożytecznych rzeczy, to byłbyś pewnie jednym z najlepszych uczniów w szkole - westchnęła Elizabeta, podnosząc się z miejsca. - Chodź, panie bezczelny, zaraz zaczynamy zajęcia artystyczne.
- Właśnie miałem pytać czy nie powinniśmy się zbierać. - Feliks skinął głową, podnosząc z podłogi swoje rzeczy.
- Przecież jeszcze kwadrans do dzwonka – zdziwił się Alfred, zerknąwszy na ekran swojej komórki.
- Ale przygotowanie sali do zajęć zajmuje trochę czasu, właściwie to powinniśmy iść już wcześniej, to na razie! - Feliks i Elizabeta zabrali swoje tace i ruszyli w stronę wyjścia.
- Widzisz? Nic się nie stało, mówiłam ci, że przesadzasz z tym unikaniem stołówki – mruknęła Węgierka.
- Jest poniedziałek, najgorszemu wrogowi nie chciałoby mi się robić krzywdy w poniedziałek – oświadczył Polak. - Chociaż nie będę mieć nic przeciwko, jeśli się okaże, że faktycznie martwiłem się na zapas.
- Łał, ziomek, ochłoń trochę – powiedział Alfred, patrząc na Torisa z uniesionymi w zdziwieniu brwiami. Chwilę po tym, jak Feliks z Elizabetą odeszli od stolika, Litwin wbił w rysunek takiej spojrzenie jakby ten wyrządził mu jakąś poważną krzywdę, mrucząc coś gniewnie pod nosem. Na ile go znał, na tyle wiedział, że jest teraz poważnie zirytowany, chociaż do poziomu sprzed pierwszej lekcji na pewno dużo brakowało. Feliks musiał posiadać jakieś magiczne moce, bo łatwość, z jaką wyprowadzał Torisa z równowagi, wydawała mu się nienaturalna.
- Już wolałbym zostać gorylem… albo amebą – burknął po litewsku brunet, chowając rysunek do plecaka.
W następnym rozdziale trzeba będzie trochę ruszyć z jakąś akcją, choćby małą, co by nudą w fiku nie wiało :v
No i mam nadzieję, że ten następny rozdział to mi się uda napisać jakoś szybciej...
A teraz się żegnam i idę wpuścić kota przez okno (nie mogę się doczekać lata, wtedy nie będę musiała go zamykać...).
