Rozdział siódmy

Poziom szósty

Portal zaprowadził ich do przestronnej, kulistej sali, aczkolwiek niepokojąco pustej. Na samym środku znajdowała się klatka, w której miotał się demon – zielonoskóry tanar'ri. Wokół klatki były cztery okrągłe podesty, na których wyraźnie można było coś umieścić. Na wprost każdego podestu były zamknięte drzwi. Znajdowały się też dwa portale: znany już im prowadzący na poziom piąty i nieaktywny portal kierujący, jak nietrudno się było domyśleć, na poziom siódmy.

- Witam was wszystkich – jadowitym gardłowym basem przemówił demon. - Ciebie, Naru, dowódco drużyny, zajmującej pierwsze miejsce w rankingu „Survival'u". Oraz ciebie, Isairze, wielki czarowniku. Witam również twoją brzydką siostrę Madae. Was, kurduple, też witam. O, przeobrzydliwie dobra Mazzy i ty, wielokuzyniasty Janie. Tylko nie znam tego młodego elfa, o oczach schowanych za tymi wielkimi okularami i pustej puszce, przeznaczonej na mózg.

- Ojej! Ten pan mnie nie zna! Przecież ja zajmuję w wielu rankingach „Survival'u" pierwsze miejsca! – oburzył się Harry. – Na przykład w rankingu „Największy Mag Wszechczasów"!

- Nie! To niemożliwe! To nie może być Harry Potter! – zdziwił się demon. – Nigdy bym cię nie poznał! Tak się zmieniłeś od naszego ostatniego spotkania!

- To my żeśmy się już kiedyś spotkali, panie demonie?

- Ależ oczywiście, drogi Harrysiu. Pamiętasz Hogwart?

- Nio.

- A pamiętasz twego wroga, Voldemorta?

- Tak, pamiętam!

- Jest on moim dobrym kumplem. Wiele mi o tobie opowiadał.

- To pan zna pana Voldemorta? – zdziwił się Harry.

- A znam. Tysiące lat temu, jak podróżował po sferach pod postacią mistrza Valkarina, spotkałem go w Otchłani. Polubiliśmy się. Obaj Chaotyczni Źli, wiecie, zniszczyć świat, zabić śmiertelników i tak dalej. Już wtedy Voldemort żył wizją zabicia twych rodziców, młodzieńcze, a potem ciebie.

- Jejku! – zdziwił się Harry. - To pan Voldemort tak długo już na mnie poluje?

- Owszem. To jego odwieczna obsesja – potwierdził demon. - Zalazłeś mu, młodzieńcze, za skórę. A, jako przyjaciel Voldemorta, gwarantuję ci też niezłą rozrywkę na tym poziomie. Po pierwsze, tak na początek, wiedz, że są tutaj trzy latryny. Ale choćbyś błagał mnie na kolanach, choćbyś zaciskał swoje koślawe nóżki, nie mogąc już wytrzymać, nie powiem ci, gdzie one się znajdują.

- Trzyyyy latryny? – jęknął Harry. - Mnie tam wystarczy jedna!

- Momencik. Przerwijmy tę dysputę – wtrąciła konkretnie Naru. – Po pierwsze: kim, lub czym, jesteś?

- Jam zmiennobarwny demon, pan tego poziomu, w chwili obecnej widzicie mą postać, którą zwą Pafciurek.

- Jesteś panem tego poziomu, więc zapewne możesz nam pomóc dostać się na siódmą kondygnację? – spytała Naru.

- A mogę. I zrobię to… jak mi pomożecie.

- Jak ci mamy pomóc? Co możemy dla ciebie zrobić?

- Setki lat temu zostałem uwięziony w tej klatce – zaczął demon. - Klatka ta jest mym więzieniem; została zamknięta w sposób magiczny. Pewnego dnia zjawili się poszukiwacze przygód, tacy jak wy. Byli to czterej magowie, każdy był panem innego żywiołu. Powietrza, kwasu, lodu i ognia. Chcieli mnie zabić i zjednoczyli swoje wysiłki, żeby otworzyć klatkę. Prawie im się to udało. Dopadliby mnie, gdyby nie to, że się znienawidzili i zaczęli ze sobą walczyć. Pozabijali się, bidulcie, pozostały po nich laboratoria, w których pracowali i komnaty, w których gromadzili efekty swoich działań. Stworzyli cztery berła - każde berło otwierało drzwi do sąsiada, a użyte wszystkie cztery, miały otworzyć moją klatkę; temu służą te cztery okrągłe podesty wokół klatki. Na nich miały być umieszczone berła, żeby magiczne zamknięcie zostało rozproszone. Ja mam klucz i mogę aktywować portal na siódmy poziom w każdej chwili, ale nie zmieni to w niczym mojej sytuacji. Dalej będę więźniem w tej klatce, czego mam już serdecznie dosyć. Jeśli odnajdziecie cztery berła i uwolnicie mnie, ja, w zamian, aktywuję portal. Czy taka umowa wam odpowiada?

- Hmm… A jaką mamy gwarancję, że my uwolnimy cię, a ty nas nie zaatakujesz, Pafciurku? – spytała Naru.

Postać demona w klace momentalnie zniknęła. Po chwili pojawił się obrzydliwy stwór z wieloma mackami, niekształtną głową i jednym okiem.

- Jaki Pafciurku? Pafcio mi na imię – wycharczał demon.

- Ojej! Ten pan się zmienił! – inteligentnie zauważył Harry.

- Jak to zmiennobarwny demon, głuptasku – łagodnie powiedziała do niego Madae.

- Czyli, *Pafciu* - zwróciła się do demona Naru. – Pytam ponownie: skąd mamy pewność, że dotrzymasz umowy?

- Cóż… macie wybór? – spytał demon, zamieniając się znowu w Pafciurka. – Przypomnę: albo mi pomożecie i ja aktywuję portal, albo nie. Jak nie… to ja idę spać.

- Więc zgoda! – szybko rzuciła Naru. – Zgadzamy się! Czy możesz nam jakoś pomóc, udzielić jakiejś wskazówki?

- A skąd ja mogę wiedzieć? – spytał demon, malejąc do rozmiaru Jana i Mazzy. – Sie mata, kurduple! – machnął do nich macką.

- To ty, Korguś? – spytała z nadzieją w głosie Mazzy.

- Nieee, jaki Korguś? Jam Pawello – zachichotał złowrogo demon. – A wy bierzta się do roboty, bo mnie nudzita!

Ponownie ujrzeli w klatce Pafciurka, który ziewnął i powiedział:

- Jak już się uporacie z tym wszystkim, to mnie obudźcie - ja idę spać.

Pafciurek oddalił się w kąt klatki, zmienił swą postać w długiego, glistowatego ścierwojada, rzucił jeszcze do nich:

- A teraz, mówcie do mnie Pawełek.

Zwinął się w kłębek i spokojnie zasnął.

Drużyna niepewnie rozglądała się wokół siebie, zastanawiając się, od czego zacząć poszukiwanie bereł. Tylko Jan i Mazzy o czymś na boku gorąco dyskutowali:

- No wiesz co, Mazzy? – z wyrzutem mówił Jan. – Ten ton twojego głosu, jak mówiłaś o Korgusiu… Ty… Cały czas o nim myślisz!

- Janie, co ty? Korguś to mój przyjaciel i tylko tak go wspominam! – broniła się Mazzy.

- Nie wierzę ci. Ten ton i to, co zobaczyłem w twoich oczach, są dla mnie odpowiedzią. Kochasz Korgusia. Wiem to. O, ja nieszczęśliwy! – rozpaczał Jan.

- Janku… Daj spokój. Przecież to był tylko klon – przypomniała Mazzy. - Nie można kochać klona. Wspominam go ciepło, bo przypomina mi, że odniosłam ogromny sukces; nieczęsto się zdarza, żeby tak Chaotycznie i tak Zły w tak krótkim czasie stał się tak Praworządnym i tak Dobrym!

- Nie wiem, nie wiem – sceptycznie kiwał głową Jan. – Jak moja ciocia wzięła się za poprawianie charakteru mojego wujka, a jej męża…

- Janie, nie chcemy teraz słuchać twoich wspaniałych historii – nie ma czasu – Naru skarciła Jana.

Dowódczyni rozejrzała się w koło, zastanawiając się, za które drzwi powinni teraz się udać.

- Pafciurek! – zawołała w stronę demona.

- Do mnie mówisz, damo? – zapytał demon. - Po pierwsze: to teraz Pawełek. A po drugie: nie widzisz, że śpię? Cóż tak ważnego się dzieje, żebyś mnie budziła?

- Przepraszam, Pawełek – poprawiła się Naru. – Czy mógłbyś podpowiedzieć, od których drzwi mamy zacząć?

- A skąd ja mogę wiedzieć? Co ja, kurde, jestem poszukiwacz przygód? Próbujcie; i dajcie mi spać! Jakbyście tysiąc lat siedzieli w klatce, też byście byli lekko znużeni. Żegnam państwa ozięble.

Naru westchnęła, podeszła do drzwi znajdujących się na północny wschód, spróbowała otworzyć w zwykły sposób, bez powodzenia. Użyła swoich wspaniałych wytrychów, też nie osiągając sukcesu.

- Spróbujemy następne – powiedziała do siebie.

Podeszła do drzwi znajdujących się na północnym zachodzie. Nacisnęła klamkę, drzwi, o dziwo, od razu ustąpiły. Naru powolutku je uchyliła, zajrzała przez powstałą szparę. Zobaczyła komnatę, w której znajdowały się gabloty, stoły laboratoryjnie, skrzynie, łóżko i różne bibeloty używane przez magów. Przy łóżku i na nim walały się notatki i pergaminy. Wyglądało na to, że w sali nic się nie dzieje.

- Idziemy! – zakomenderowała.

Otworzyła szeroko drzwi i śmiało wkroczyła do pomieszczenia. Reszta drużyny podążyła za nią.

- Ojej! – wrzasnął Harry, potykając się o coś. – Ktoś mi chyba podstawił nogę! Ojej! – zawołał drugi raz. – A teraz dostałem po głowie! Ojej! Ale wielki pan! – patrzył na stojącą przed nim postać.

- Ha, ha, ha! – tubalnie zaśmiał się ognisty olbrzym. – Harry Potter! Wreszcie cię dopadłem! – ognisty olbrzym spojrzał z góry na Harry'ego, chciał się już zamachnąć, żeby go lekko skarcić, ale w tym momencie dostrzegł Isaira i Madae. – Ha! I kogóż ja jeszcze widzę?!Isair! Czy *to* jest ta twoja brzydka siostra Madae?!

- Skąd mnie znasz? Ja ci dam brzydką! – groźnie zaczęła wymachiwać ogonem Madae.

- Jak to skąd? Toż to w listach od czytelników „Survival'u" znalazłem tę, jakże celną, charakterystykę, zawartą w jednym z listów, zaczynającym się od słów: „Isair i ta jego brzydka siostra Madae".

- Moja ciocia nie jest brzydka! – Harry obruszył się, zapominając, chyba, kto jest autorem tegoż listu. – Ona jest najpiękniejszą ciocią na świecie! I najlepszą! Zobaczysz, ty duży, wstrętny, brzydki panie, już ona da ci popalić!

- Od zajmowania się ogniem, to jestem tu ja! – zaśmiał się ognisty olbrzym. – Ha! A co tam takiego malutkiego się pałęta?! Karaluszki jakieś, czy co?! – olbrzym nachylił się z wysiłkiem, otworzył szeroko jedno oko, przymykając drugie. Próbował rozpoznać, cóż to podskakuje i wymachuje przed nim łapkami na podłodze. – Zaraz, zaraz, zaaaraz… Toż to chyba Jan! I… bleee…. ta obrzydliwe dobra Mazzy! A kogóż tu my jeszcze mamy? – rozejrzał się ponownie w koło. – O! Me oczy widzą pierwszą we wszelkich rankingach „Survival'u" Naru! Przede wszystkim, dowódczynię drużyny wszechczasów! Cieszę się ogromnie, że będę miał przyjemność pozbawić was wszystkich życia! A, pewnie jeszcze zastanawiacie się, kim jestem. Jestem ognistym olbrzymem. Zwą mnie Nabuchodonozor 1. Dlaczego „1", spytacie? A, bo to proste. Jest ze mną też Nabuchodonozor 2 i Nabuchodonozor 3. Chłopaki! Obudźta się! Mamy małą robótkę!

Zza pleców Nabuchodonozora 1, wynurzyli się Nabuchodonozor 2 i Nabuchodonozor 3. Wszyscy trzej popatrzyli na drużynę poszukiwaczy przygód z politowaniem i, z okrzykiem bojowym „Spalić kurdupli!", rzucili się do boju.

Naru wyszarpnęła Lilarcora, który zawołał:

- Śmierć dryblasom!

Isair wydobył Carissę i Everarda.

- Ale wielkie kupy mięcha! – zachwycił się Everard.

- Chłopaki, nie oszczędzać ostrzy! Tniemy równo, szybko i systematycznie! Od kostek w górę! – z okrzykiem bojowym rozpoczęła siekaninę Carissa.

W czasie, kiedy Isair i Naru cięli po kostkach, i nie tylko, ogniste olbrzymy, Jan, powoli, acz dokładnie, nakładał na kuszę bełty, na każdy przedtem chuchając. Co chwila z jego śmiercionośnej wyrzutni leciały w stronę trzech olbrzymów zabójcze czaszki. Madae rzucała czary ochronne i uzdrawiające, a Mazzy, podskakując na jednej nodze, usiłowała dosięgnąć swoim mieczem do kostki Nabuchodonozora 2.

- Bogowie, jaki on wielki! – krzyczała. – Janie, podrzuć mnie! – próbowała przekonać Jana do współpracy.

Harry, jak to Harry, zaszył się za jakimś regałem z otwartą księgą. Minę miał bardzo zafrasowaną i, jakby ktoś chciał posłuchać, szeptał do siebie:

- Na takie, kurde, wielkie typy, to ja już nie wiem, jakie to muszą być wielkie czary! Jejku, jejku, jejku… No, coś muszę rzucić, bo wyjdę na głupka! Spróbujmy może… Nieee… Tego nie. Wiem, mam! Naładuję swój „Sekwencer czarów"! Zacznę od „Wyładowania Łańcuchowego", za tym pójdzie „Wyładowanie Łańcuchowe" i na koniec dowalę „Wyładowaniem Łańcuchowym"! Ale będzie fajerwerk!

Jak postanowił, tak zrobił. Naładowawszy „Sekwencer" trzema czarami „Wyładowanie Łańcuchowe", Harry stanął w rozkroku, i, jak postać z westernu, dłońmi z wyciągniętymi palcami wycelował w postaci olbrzymów.

- Gińcie! – krzyknął, odpalając „Sekwencer".

Z jego palców raz po raz wylatywały błyskawice, wokół trzech olbrzymów co chwilę następowały wyładowania, które łańcuchowo przechodziły z olbrzyma na olbrzyma. Harry roześmiał się i, podskakując do góry, klaskał rękami nad głową.

- Ale fajnie! Ale fajnie! – krzyczał. – Miałem super pomysła! Fajne fajerwerki ciociu, co nie?!

Harry nie przewidział tylko jednego. Te ogniste olbrzymy karmiły się błyskawicami. Po każdym wyładowaniu, które zaliczały, zachwycone krzyczały do Harry'ego:
- O, dzięki ci! Chcemy więcej! To nas uzdrawia!

- Harry… Młody elfie… - próbował spokojnie przemówić do Harry'ego Isair. – *Jesteś już trupem*. Chwilowo nie mam czasu zająć się twoim parchatym istnieniem. Ale, jak tylko rozprawię się z tymi trzema panami, gwarantuję ci następne miejsce w kolejce. I nie pomoże ci ta moja brzydka siostra Madae!

- Isairze! Jak śmiesz?! Ty… Jesteś… Nie mam słów! Przywołuję cię do porządku! Jako twoja siostra, znacznie od ciebie mądrzejsza, rozkazuję ci: zostaw Harry'ego w spokoju! Każdy ma prawo do pomyłki!

- Do pomyłki… Tak. Każdy ma prawo – przytaknął Isair. – Ale *być* pomyłką… to już przesada. Jeżeli ktoś myli się łańcuchowo, to czas umierać.

- Isairze… Po walce z olbrzymami musimy porozmawiać.

Na szczęście „Wyładowania Łańcuchowe" Harry'ego skończyły się. Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli na olbrzymy, które zaczęły zachowywać się dziwnie. Zataczały się, nie mogły złapać równowagi, błędnym wzrokiem rozglądały się w koło.

- Panowie, co się z wami dzieje? – spytał Jan. – Niedobrze się czujecie?

- *Hik* - czknął Nabuchodonozor 3.

- Chyba przedawkowaliśmy… tych… tych… prądów elektrycznych – wybełkotał Nabuchodonozor 1. – Przerwijmy na moment tę walkę… Jesteśmy niedysponowani w tej chwili. Chyba zachowacie się honorowo i nie będziecie wykorzystywać sytuacji?Zwyciężyć nad chorym przeciwnikiem, to nie jest fair.

- To was mamy! – ucieszyła się Naru. – Dobić psubratów!

- Nie no, litości! – zaczęli jeden przez drugiego błagać Nabuchodonozorowie. – Darujcie nam życie!

- Nigdy!

Stal ze świstem przecięła powietrze i olbrzymy po kolei padały, rażone śmiertelnymi pchnięciami.

- Isairze, musimy porozmawiać – oznajmiła Madae.

- Ale o czym, siostro? – zdziwił się Isair.

- Bo ty *zawsze* napadasz na biednego Harrysia i *nigdy* nie masz racji! Gdyby nie on, nie wiadomo jak długo jeszcze musielibyśmy walczyć z tymi potworami! On jest bardzo mądrym magiem! Ty byś nie przewidział, że tak wiele „Wyładowań Łańcuchowych" spowoduje przedawkowanie!

- A on przewidział? – z politowaniem spytał Isair.

- Oczywiście, że tak! – oburzyła się Madae.

- Ależ ciociu, wujek ma rację, ja nie przewidziałem, to tak siamo! – wtrącił cichutko Harry.

- Zamknij się, jak starsi rozmawiają! – podniesionym głosem zwróciła się do Harry'ego Madae.

- Ciocia na mnie krzyczy! – zapłakał Harry.

- Och, Harrysiu, to nie tak – już łagodnie pocieszyła go Madae. – Ciocia dobra, ciocia nie krzyczy na ciebie, ciocia zdenerwowana na wujka Isaira!

- Nio! Bo Harryś już myślał, że ciocia go nie lubi!

- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – stwierdziła Naru. - A to, że Harry'emu zawsze się udaje „spaść na cztery łapy"…? Dziecko Tymory – zakończyła dyskusję.

Drużyna rozbiegła się po pomieszczeniu, przeszukując regały, skrzynie i wszelkie zakamarki. Znaleźli wyjątkowo dużo skarbów, które skwapliwie zabrali ze sobą.

- Hej, wy! A co wy tu robicie? I zostawcie te gadżety! Mistrzowie bardzo nie lubią, jak ktoś ich okrada! – usłyszeli cieniutki, zachrypnięty głosik

- Co to? Czy ktoś z was coś mówił?

- Nie.

- Ja też nie – wszyscy rozglądali się po sobie.

- Mówię do was! Zostawcie to! – ponownie usłyszeli.

- Kto to mówi? – spytała szybko Naru.

- Jak to kto?! Ja do was mówię! – głos wyraźnie był wściekły.

- Ty, to znaczy *kto*?!

- No, ja to ja! – usłyszeli.

W tym momencie Naru dostrzegła w rogu chochlika, który, wymachując małymi rączkami, unosił się w powietrzu. Był bardzo oburzony, cały aż trząsł się ze zdenerwowania.

- O! Chochlik! – określiła stwora Naru. – Chowaniec Chaotycznie Złych! Co ty tu robisz?

- Wszystko. Przynieś różdżkę. Pozamiataj po żywiołakach. Rozpal w piecu. Włącz wiatrak. Ugotuj herbatę. Pozmywaj naczynia. No, wszystko – wymieniał chochlik.

- Ale dla kogo to robisz? – zdziwiła się Madae.

- Jak to, dla kogo?! Dla mistrzów. To wy nie spotkaliście mistrzów? To jak żeście tu weszli? Kto was wpuścił? – zainteresował się chochlik.

Naru domyślała się już, że chochlik nie wie, że jego mistrzowie od wieku już nie żyją. Dalej był przekonany, że im służy i najwyraźniej czekał na kolejne polecenia.

- Oj, biedaku – pożałowała go. – To ty nie wiesz, że twoi mistrzowie już dawno nie żyją?

- Jak to nie żyją? Kazali mi tu czekać, to czekam! Na pewno przyjdą! Chociaż… Musieli się kiedyś pozabijać… Tak się już nienawidzili… I faktycznie dziwne… strasznie dawno nie słyszałem wiatraka!

- Mistrzowie już od stu lat nie żyją, a ty się nawet tego nie domyślałeś? Nie dziwiło cię, że nikt tak długo nic od ciebie nie chce? – spytała Mazzy.

- Długo? Sto lat? To chwilka! Ja jestem nieśmiertelny chochlik! Dla mnie sto lat, to jak mgnienie oka! Myślałem, że coś ich na chwilę zajęło. Ale, jak tak, znaczy się, wolny jestem. To ja spadam. Pa, pa!

- Ej, ej, chwila! – powstrzymał chochlika Isair. – Może byś nam odpowiedział jeszcze na parę pytań?

- Nie chce mi się. A co ja, muszę? Co wy, moi mistrzowie? Ale, tak powiem tylko, ale to *tylko* z wdzięczności za to, że powiedzieliście mi o mistrzach: zacznijcie od wentylatora! I jeszcze jedno! Wentylator ma dwa tryby, szybki i wolny. Ten wolny to zawsze można uruchomić, a żeby działał w trybie szybkim, to Mistrz Powietrza wkładał w panel jakiś długi kijek. No, to pa!

I chochlik zniknął.

- Ojej! A ja chciałem go jeszcze spytać, gdzie jest latryna, a on sobie już poleciał – zmartwił się Harry.

- Latryna? – usłyszeli z oddali głos chochlika. – Wiem. Ale nie powiem! To trzymajta się!

- O co mu chodziło z tym wentylatorem? – spytała Mazzy.

- Chodźcie tu do mnie, zobaczcie, ile tu jest książek! – zawołała Naru. – O! I jakieś notatki tu są… Ciekawe. Odnalazłam notatkę, przypuszczalnie Mistrza Ognia. Strasznie nadpalona.

Naru zaczęła uważnie oglądać notatkę, próbując ją rozszyfrować.

- Z tego, co zrozumiałam, to za tymi drzwiami, przy których był chochlik, jest Laboratorium Powietrza, a tam żywiołaki. Napisał tu, że łatwo je pokonać.

- To na co czekamy?! – zawołał Liluś. – Do roboty!

Drużyna szybko przeszła do Laboratorium Powietrza. Drzwi otworzyły się bez problemu. Wszyscy wkroczyli do pomieszczenia, gdzie zaczęły ich smagać dzikie prądy powietrza o ogromnej sile.

- Ha, ha, ha! – Isair ryknął śmiechem na widok Harry'ego, którego szata uniosła się do góry, zasłaniając mu głowę, a odsłaniając chudziutkie, koślawe nóżki. Okazało się, że Harry dzisiaj założył swoje bokserki w gwiazdeczki.

Wszyscy spojrzeli tam, gdzie patrzył Isair i również wybuchnęli gromkim śmiechem; tylko Madae patrzyła na Harry'ego wzrokiem pełnym miłości.

- Czemu się z niego śmiejecie?! Ciekawe, co wy nosicie pod swoimi ubraniami! Harry, nie przejmuj się!

- A o cio chodzi? – wybełkotał zza szaty Harry. – Z czego się wszyscy śmiejecie? Ja teś chcem!

W tym momencie nowe strugi powietrza, ze zdwojoną siłą, powaliły wszystkich na ziemię i już nikomu nie było do śmiechu.

- Dlaczego ja leżę na ziemi? Co to się dzieje w ogóle? – dziwił się Harry, nadal nakryty szatą.

Nikt nie miał zamiaru mu odpowiadać. Madae zauważyła na środku podest, na którym był umieszczony panel, w środku którego znajdowało się duże koło. Kambionka podbiegła od niego, chwyciła i udało jej się je przekręcić. Ogromny wentylator, który znajdował się w rogu Laboratorium drgnął i po chwili zaczął się rozpędzać. Poczuli pęd powietrza.

- O! Jak fajnie wieje! – ucieszył się Harry, którego szata zdążyła już opaść. – No, i co teraz? Chyba nie będziemy walczyć z tym wiatrakiem? My nie Don Kiszoty!

- Harry, Harry… Do szkoły chodziłeś? – zgorszyła się Mazzy. – Don Kichot, z La Manchy! To był bardzo dobry i prawy rycerz, no, może lekko chaotyczny! Ale gdzie mu tam do Jana?

- Ojej, ciociu! Nie będziemy się kłócić o takie detale! Kiszot, Kichot, co za różnica? Chodzi o to, czy będziemy walczyć z tym wiatrakiem! – zastanawiał się Harry.

Nie musiał długo rozważać tego problemu, ponieważ z wentylatora zaczęło wywiewać żywiołaki powietrza. Doliczyli się czterech sztuk. Żywiołaki, ujrzawszy wrogów, z impetem zaatakowały, przede wszystkim najbliżej stojącą Madae.

- Ciociu! Żywiołaki! Uciekajmy, uciekajmy wszyscy! – krzyczał Harry.

- Spokojnie! Poradzimy sobie! Nieprawdaż, Naru? – uspakajał spanikowanego Harry'ego Isair.

Naru, Isair i Mazzy wydobyli oręż i rzucili się do walki z potworami. Jan, jak zwykle spokojnym ruchem, wziął w dłonie kuszę, oparł się ścianę i dokładnie zaczął uzbrajać ją bełtami własnej produkcji. Po chwili, raz za razem, bełty Jana uderzały w żywiołaki.

- Nie ma nawet zadrapania? Moja broń jest nieskuteczna! – zdziwiony Jan oglądał kuszę i bełty. – Chyba użyję broni do walki wręcz! Co też ja tu mam za pasem? Kijek! A co ja tym kijkiem im zrobię?

- Tłucz je po prostu! – krzyknęła Mazzy. – Z tego, co wiem, to te żywiołaki są bardzo podatne na ataki kijkiem i ogólnie obuchami!

- Obuchami? – zdziwił się Harry. – Ja mam jakiegoś czara obuchowego! Momencik, poszukam! – wyjął z plecaka księgę i zaczął ją wertować. – O! Mam! – zawołał uradowany. – „Łańcuchowy Młot Duchowy"! Już rzucam! – niewiele się zastanawiając i nie doczytawszy do końca opisu czaru, Harry wypowiedział inkantację.

Chwilę potem w powietrzu pojawił się przejrzysty zielonkawy młot. Młot, o dziwo, skierował się w stronę Madae i, bez udziału Harry'ego, zaczął w nią walić jak w bęben.

- Ojej! Ciocia ucieka! Młot ciocię zaatakował! Ja nie wiem, dlaczego! Młocie, tam są żywiołaki, zostaw ciocię w spokoju! Jejku, jejku, jak tu skasować tego czara?! – zaczął szybko czytać dalszy opis czaru.

W tym czasie Madae, osłaniając się rękoma przed młotem, zaczęła uciekać po Laboratorium. Młot wdzięcznie leciał za nią i co chwilę z rozmachem uderzał gdzie popadło.

- Ojejku, jejku! Ale narobiłem! – przestraszył się Harry. – Ciociu, ja przepraszam, to moja wina, ale ja chciałem dobzie! Ciociu, jeszcze tylko troszkę, jeszcze tylko 4 tury! To on zniknie! Ja nie wiedziałem, że to tylko na kapłanów, bez względu na to, czy przyjaciół, czy wrogów! – rozpłakał się.

- Harry - gratuluję! – zawołała Mazzy. – To pierwszy dobry uczynek, jaki zrobiłeś, odkąd cię poznałam! Wreszcie ta suka dostanie za swoje!

- Ma… Mazzy… Co ty mówisz? – zaskoczony Jan patrzył na nią, przerywając na moment okładanie kijkiem żywiołaków.

- Janie, tak normalnie, to ja jestem dobra, ale tej suki, to po prostu nie cierpię! No, jakąś wadę muszę mieć! – broniła się Mazzy. – Nie mogę być taka nieskazitelnie bez skazy!

- I za to cię lubię! – rozczulił się Jan, biorąc się znowu za okładanie kijkiem wroga.

Widać było, że Madae powoli traci życie. Próbowała co chwilę się zatrzymać i spokojnie rzucić jakiś czar uzdrawiający, ale młot był tak szybki, że jej na to nie pozwalał.

- Czy jest tu jeszcze jakiś kapłan?! Albo ktoś może ma zwój kapłański „Uzdrowienie"? – rozpaczliwie, cichym głosem, błagała Madae.

W tym momencie młot rozpłynął się powietrzu.

- Ciociu, już dobrze, jest bardzo dobrze, już nie ma młota! – ucieszony Harry zaczął wertować swoją księgę, w poszukiwaniu następnego czaru, którym by pomógł Madae.

- Zostaw tę księgę! – krzyknął do niego Isair. – Zabijesz mi siostrę..!

- To nie jego wina – cichym głosem zacharczała Madae. – Każdy ma prawo się pomylić!

- *Zawsze* tak mówisz, kretynko! – warknął Isair. – Ale co ja się przejmuję?! Nie dość, że, jak słusznie zauważył jeden z czytelników „Survival'u", mam brzydką siostrę, to do tego jest jeszcze głupia!

- Ja tego nie pisałem, że głupia! – oburzył się Harry. – Tego już mi nikt nie wmówi! Ciociu to nieprawda, to nie ja! Ja tylko napisałem, że brzydka! Głupia to nie ja! O… Ojej…! Ale ja tak nie myślę… Ciocia mi się coraz bardziej podoba! Teraz bym już napisał inaczej!

- Taa, ciekawe, jak? – zainteresował się Isair.

- Niooo, napisałbym tak… - tu Harry zaczął się drapać po główce, przewracać oczyma, co, w jego mniemaniu, charakteryzowało myślącego elfa, jak gdzieś przeczytał. – Niooo… To by było *tak*: „Isa… ir… i… ta… je… go… przeciętnej urody siostra Madae"! Lepiej, prawda?

- O wszelcy Bogowie. Przecież on… ten młody elf… jest tak głupi, tak koszmarnie głupi, tak bardzo potwornie, koszmarnie głupi… - próbowała scharakteryzować Harry'ego Naru. –… Że już nawet nie mam słów, żeby powiedzieć, jak głupi. Madae, znalazłam zwój.

- Teraz, to się nim wypchaj – cichutko odpowiedziała Madae i rzuciła spokojnie „Uzdrowienie". Po chwili, pełna sił, podeszła energicznie do Harry'ego i spytała: - To jak ślicznie mnie nazwałeś? „Przeciętnej urody"? Och, jaki ty jesteś kochany! *Nikt* mi jeszcze nie powiedział tak wspaniałego komplementu! A wujkiem Isairem i ciocią Naru się nie przejmuj!

Równocześnie drużyna spokojnie walczyła z żywiołakami, a właściwe już z ostatnim żywiołakiem, który pozostał w Pierwszej Sferze, by po chwili, otrzymawszy solidny cios kijkiem od Jana, dołączyć do swoich trzech towarzyszy.

- Tom się namachał – westchnął Jan.

- Janie, a co to tam leży koło ciebie? – zainteresowała się Naru. – Chyba coś wypadło temu żywiołakowi.

Jan schylił się i podniósł coś, co przypomniało różdżkę, tylko było od niej znacznie dłuższe.

- To chyba Berło! – powiedział Jan, oglądając znaleziony przedmiot. – Sądząc po tym, że jest białe i leciutkie, o i ma tu wygrawerowane jakby wietrzne smugi, to jest to Berło Powietrza.

- Proszę mi je dać – zażądała Naru. – Pierwsze Berło mamy znalezione.

[Drużyna zdobyła przedmiot]

- Idziemy dalej – zadecydowała Naru.

Drużyna podeszła do drzwi, które były naprzeciwko tych, którymi przyszli. O dziwo, drzwi same się otworzyły i ukazał się im krótki korytarzyk, na końcu którego znajdowała się komnata, bardzo podobna do pierwszej, w której byli.

- Stójcie – uniosła ostrzegawczo dłoń Naru. – Wyczuwam pułapki.

Wszyscy stanęli, za wyjątkiem Harry'ego, który szedł na końcu i chyba nie dosłyszał, co mówiła Naru. Potykając się o Jana, który szedł przed nim, upadł, przygniatając Mazzy i rozpaczliwie złapał się idącej przed nimi Madae.

- Harry… - zaskoczona Madae złapał go w pół i postawiła w pozycji mniej więcej wertykalnej. – Co ty robisz, mój miły?

- A… A co się stało? – zdziwił się Harry, rzucając na Madae spojrzenie zza przekrzywionych okularów.

- Stratowałeś nasze kurdupelki, mój głuptasku.

- Tylko nie kurdupelki! – oburzyła się z podłogi Mazzy. – Ty wieżo! Krzywa w dodatku i z dyndającym ogonem!

- A… A… A… A dlaczego wujek Jan i ciocia Mazzy leżą na ziemi? – zainteresował się Harry.

- Oj, Harrysiu, nie przejmuj się, może zmęczeni? – ciepło mówiła do niego Madae, prostując mu okulary.

W tym czasie Naru rozbrajała już szóstą pułapkę. Ocierając pot z czoła, rzuciła:

- Jeszcze się nie ruszajcie. Tych pułapek jest od licha i jeszcze trochę. Wyczuwam jeszcze co najmniej drugie tyle – ostrzegła drużynę i dalej zabrała się za pracę sapera.

- Naru, bardzo lubię patrzeć, jak rozbrajasz pułapki. Tyle w tym wdzięku – zachwycał się Isair.

- Naprawdę? – zarumieniła się Naru i o mały włos nie wpadła na kolejną pułapkę.

- Uważaj! – krzyknął Isair. – Wolę cię w całości, a nie rozszarpaną przez jakąś pułapkę.

- To już ostatnia – otrzepała ręce dowódczyni. – Możecie wejść.

- O, ile znowu jest książek! – zainteresował się Harry. – A tu, na stoliku, leży jakaś notatka!

- Harry, lepiej mi ją daj! – wyciągnęła rękę Naru.

Harry posłusznie oddał zapisany pergamin. Naru rozwinęła zwój i szybko przebiegła tekst wzrokiem.

- Trochę wyblakłe, ale da się przeczytać. To jest notatka Mistrza Powietrza. Hm… a to ciekawe. On tu opisuje, jak poradzić sobie ze szlamem w Laboratorium Mistrza Kwasu. Właśnie do jego Laboratorium prowadzą kolejne drzwi.. Harry, poszukaj, czy nie ma gdzieś klucza – Naru zwróciła się do młodego elfa.

- A gdzie on może być? Może tu? – Harry odwrócił się do jednego z regałów. – Ale co by robił wśród książek? O! Widzę jakąś szafkę z szufladą! – Harry wyciągnął szufladę, na dnie której, wśród walających się bezładnie magicznych zwojów, leżał klucz. Harry zgarnął wszystko, klucz oddał Naru, a sam z zainteresowaniem zaczął przeglądać zwoje. – Jest parę, których nie znam! Muszę się ich nauczyć! A te tu, „Kocią Zwinność" i tak dalej, to weź sobie, ciociu Naru; może ci się do czegoś przydadzą.

Harry po kolei zaczął się uczyć nowych czarów ze zwojów. W sumie miał ich siedem do opanowania, ale pięć razy, zamiast odnieść sukces, dostrzegł napis w kwadratowych nawiasach.

[Nie udało ci się skopiować czaru do Księgi Zaklęć]

W czasie, gdy Harry, dość nieskutecznie, uczył się nowych czarów, Naru podeszła do drzwi, za którymi było Laboratorium Kwasu. Dzięki berłu, otworzyły się do razu. Prześlizgnęła się przez komnatę pełną szlamu i, za pomocą otrzymanego od Harry'ego klucza, otworzyła drzwi do Komnaty Kwasu.

- Będziemy musieli wrócić do Laboratorium Mistrza Powietrza – ciągnęła Naru, powróciwszy do drużyny. - Trzeba będzie pobawić się znowu wentylatorem. Pęd powietrza powinien wywiać z Laboratorium Kwasu trującą mgłę i sługi Mistrza Kwasu będą wtedy podatne na ciosy. Sądzę, że szkoda, żebyśmy wszyscy chodzili do Laboratorium Powietrza; wystarczy jedna osoba. Byleby to nie był Harry, oczywiście.

Harry wzruszył lekceważąco ramionami i odwrócił się, obrażony, tyłem do drużyny. Pod nosem mamrotał do siebie:

- Nie ja… Nie ja… A niby dlaczego nie ja?... Bo niby co, wszystko psuję, czy co? A dwóch czarów, to kto się teraz nauczył? Mało razy, gdyby nie ja, to by wszyscy zginęli? Mogę nawet powiedzieć, że to głównie *moja* zasługa, że się tu znaleźliśmy! Gdyby nie ja, dalej byśmy snuli się po tym pierwszym poziomie! Ale jak tak uważacie, to wola większości. Ale to niesprawiedliwe.

Naru, nie zważając na bełkocik wydobywający się z ust Harry'ego, wskazała:

- Madae, masz Berło i idź włączyć wentylator, ale musisz go uruchomić w drugim, szybkim trybie.

- Dobrze – przytaknęła Madae. – Ale… mam taką uwagę do ciebie, Naru. Bądź bardziej miła dla Harry'ego; nie zasługuje on na takie traktowanie. Wiesz, jednak zasłużył się dla drużyny, wiele dobrego dla nas zrobił; chyba przesadzasz, moja droga. Nie zmuszaj mnie, żebym stała się twoim wrogiem.

- Madae, słyszałaś, co masz zrobić? – zgasiła ją Naru. – I, na przyszłość, nie życzę sobie takich uwag. Tego typu komentarze, proszę zachować dla siebie.

- Hmf! – prychnęła Madae. – Dobrze. Idę.

Drużyna rozdzieliła się. Madae poszła z powrotem do Laboratorium Powietrza, zająć się wentylatorem, Naru, Isair, Mazzy i Jan poszli w przeciwnym kierunku do Laboratorium Szlamu, a Harry pozostał w Komnacie Powietrza, dalej mamrocząc coś do siebie.

- Harry! Dosyć tych fochów! Proszę *natychmiast* przyjść do nas! – zawołała go Naru.

Harry, ociągając się, powoli ruszył w ślad za drużyną.

- Mam tylko nadzieję, że tam będzie wreszcie latryna – powiedział wyniośle.

Po chwili Madae zawołała z oddali:

- To co? Mam już uruchomić wentylator?!

- Poczekaj chwilkę! – odkrzyknęła Naru. – Musimy się czegoś przytrzymać! Krzyknę do ciebie, jak będziemy gotowi!

Naru otworzyła drzwi na całą szerokość. Wśród uśpionego szlamu, pośród zatrutej mgły, na środku Laboratorium zobaczyli bulgoczącą sadzawkę, wypełnioną kwasem.

- Uważajcie, zaraz będzie duży podmuch – ostrzegła drużynę Naru. – I żeby nikt nie wpadł do tej sadzawki, bo będzie nieszczęście. A szczególnie ty, Harry! Najlepiej przywiąż się do wujka Isaira.

- Dam sobie radę. Jestem dorosły – obruszył się młody elf, rozbawiając wszystkich.

- Madae! Jesteśmy gotowi! Uruchom wentylator!

Z oddali dobiegł ich zgrzyt przekręcanego koła i szum uruchamianego wentylatora. Po chwili doleciał do nich lekki podmuch powietrza.

- To włącz teraz drugi tryb! – poinstruowała Naru.

Znowu usłyszeli zgrzyt przekręcanego koła, a szum wentylatora zmienił się furkot. Wszystko wokół zaczęło szybować w powietrzu, ale Harry tym razem nie dał się zaskoczyć. Trzymał kurczowo szatę obciągniętą w dół, nie dając jej unieść się do góry. Ponieważ cały wysiłek włożył w przytrzymanie zwisającego na nim materiału, sam się niczego nie złapał. Skończyło się to oczywiście tak, jak się skończyć powinno. Harry przefrunął nad głowami wszystkich i wylądował w Laboratorium Kwasu wśród obudzonych i agresywnych sług Mistrza Kwasu.

- O! – zawołał pierwszy szlam, który dostrzegł Harry'ego. – Harry Potter! Co ty tu robisz, kolego?

Widać do tych potworów nie dotarła sława Harry'ego jako pogromcy szlamów, ponieważ nie przestraszyły się go, a wręcz przeciwnie, z furią zaatakowały.

- Ciociu Maaadaeeeee! Wszystkie inne ciocie i wujkowie! – zawył Harry. – Szlam mnie szlami!

- Bądź dzielny! – z oddali usłyszał głos Madae. – Już pędzę! Wytrzymaj chwileczkę!

Nie musiał długo czekać; po sekundzie koło niego znaleźli się wszyscy członkowie drużyny, a Madae, jak dzika lwica, z wyprostowanym na sztorc ogonkiem, rzuciła się między szlam i wyrwała Harry'ego z bulgoczących „rąk" oprawców. Posadziła go pod ścianą, wyjęła z jego plecaka księgę.

- Harry, poczytaj sobie księgę, poszukaj, może znajdziesz jakiegoś czara; ale nie zbliżaj się do Szlamu. Ciocia się już nim zajmie.

- Dzię… Dziękuję. Dziękuję, ciociu Madae. Ciocia taka dobra dla Harrysia… Co bym bez cioci zrobił?! – załkał Harry, przytulając się do cioci.

Madae głaskała go delikatnie po głowie, uspakajając go. Reszta drużyny, jak zwykle w takich sytuacjach, zajęta była tym, czym powinna być w takich okolicznościach zajęta. Nie trudno się domyślić, że była to walka z potworami. Ktoś musiał odwalić tą czarną robotę. Nawet Isair nie skomentował całej farsy. Rozgromienie szlamu, pozbawionego ochrony trującej chmury, zajęło drużynie krótką chwilę, polegającą na siekaniu, machaniu i waleniu; pozbyli się też przy okazji jednej mikstury uzdrawiającej.

- Phi! Nawet nie było dużo chlastania – zawiedziony Liluś zwrócił się do Carissy.

- Odbijemy sobie następnym razem – pocieszyła go Carissa.

- Isairze, wyjmij szmatkę i przetrzyj me ostrze – rozkazał Everard. – Kwas mi się wżera. Rdzewieję.

- W rękojeści ci się poprzewracało? – wkurzony Isair wsunął Everard za pas. – Nie będzie mi byle sejmitara mówiła, co mam robić. Przyjdzie czas, będziesz polerowany.

- No to nie. Zobaczysz, że ci zardzewieję – odburknął zza pasa Everard.

Isair rozglądał się z zainteresowaniem po Laboratorium. Szczególnie zaciekawiła go sadzawka, znajdującą się na środku. Sadzawka, jak nietrudno było się domyśleć, wypełniona była kwasem. Na jej dnie dostrzegł parę gadżetów, wśród których znajdowało się Berło Kwasu. Isair schylił się i, dzięki wrodzonej odporności na kwas, zaczął po kolei wyjmować przedmioty. Berło natychmiast powędrowało do Naru, a reszta przedmiotów leżała przed sadzawką.

[Drużyna zdobyła przedmiot]

- Co my tu mamy? – zaczął oglądać przedmioty Jan. – „Pas Tłumienia", który daje +4 odporności na broń obuchową. „Rękawicę Mistrzostwa: Dziedzictwo Mistrzów", które dają +10 do premii ataku. „Kusza wujka Kłapciucha"... Co ona tu robi? – zdziwił się Jan. – A… Nie, ona tylko jest podobna do kuszy wujka Kłapciucha. Ciekawe, czy też taka kozacka jak kusza wujka. Tamta kusza, znaczy się, ta wujcia, strzelała 11 razy na rundę i miała podajnik do bełtów, bo normalnie ten, kto jej używał, nie nadążyłby z nakładaniem. Wujek ją faktycznie kiedyś zgubił i do dzisiaj nie znalazł... może to jednak jego?... No, ale co on tutaj robił? Nigdy nie opowiadał, żeby przestąpił próg Twierdzy Mroku. Ale wujek jeszcze duuuużo historii nie opowiedział... O! Jeszcze mamy coś dla Harrysia. „Pantalony Zauroczenia", dające +2 do Charyzmy w przypadku spotkania harpii klozetowej.

- Wujek mi je da! Gdzie one są? – ucieszył się Harry.

- O, proszę – Jan wręczył pantalony Harry'emu.

Harry natychmiast wciągnął je na swoje bokserki i zawołał:
- Dawać mi tu harpię klozetową! Na pewno mnie wpuści do latryny bez złotej monety!

- Co tam jeszcze jest, Janku? Widzę jakiś bardzo ładny naszyjnik – zainteresowała Mazzy.

- Tak, moja droga. Specjalnie go dla ciebie odłożyłem. To jest naszyjnik wysadzany kamieniami zios, który, co prawda, nie posiada żadnych specjalnych właściwości, ale z pewnością jeszcze bardziej podkreśli twą niezwykłą urodę.
- Och, Janku. Daj mi go – Mazzy wzięła od Jana naszyjnik i założyła go na swą zgrabną szyjkę.

- Ślicznie wyglądasz, moja droga – zachwycił się Jan. – Został nam jeszcze jeden gadżecik. Na pewno się to przyda Naru. „Rękawice Złodziejstwa" i mikstura „Złodziejskiego Mistrzostwa".

- Ciociu Madae, nie mogę zdjąć pantalonów! Coraz bardziej się na mnie uciskają i w ogóle ich nie mogę ściągnąć! – Harry, walcząc z pantalonami, zwrócił się do Madae.

- Oj, faktycznie, zapomniałem ci powiedzieć, młody elfie – zachichotał Jan. – Te pantalony są przeklęte. Można je zdjąć tylko używając czaru „Zdjęcie Klątwy".

- Ciociu, może ciocia użyć „Zdjęcia Klątwy"? – poprosił Harry.

- Harry, przykro mi, muszę odpocząć; normalnie, w swoim podręcznym zestawie czarów, nie mam go zapamiętanego – wyznała Madae. – Naru, zarządź odpoczynek.

[Nie możesz tu odpoczywać. Znajdź oberżę, albo odpocznij na zewnątrz]

- Jak to? – obruszył się Harry. – To ja tak w tych pantalonach będę cały czas? Ale one się coraz bardziej zaciskają! Zobaczycie, że mi coś zgniotą! – rozpłakał się.

- Naru – zwróciła się do dowódczyni Madae. – Zdaje się, że masz zwój „Zdjęcie Klątwy".

- Mam – odpowiedziała spokojnie Naru. – Ale nie będziemy używać tych rezerwowych zwojów, które posiadam, na tak nieistotne potrzeby, jak zdjęcie przeklętych gaci, które Harry, oczywiście bezmyślnie, wciągnął na swą rzyć.

- No, wiesz co?! A jakby to twój Isair potrzebował zdjąć przeklęte gacie, też byś nie użyła zwoju?

- Mój Isair, moja droga – odrzekła Naru. – Nigdy nie wpadłby na tak *absurdalny* i *niedorzeczny* pomysł, żeby, po pierwsze: nosić bokserki w gwiazdki, a, po drugie: wciągać na nie jeszcze pantalony.

- Ha, ha, ha! – zaczęła się śmiać Madae. – To ty jeszcze nie wiesz, moja droga, co mój brat ma w garderobie!

- Madae – groźnie warknął do siostry Isair. – Znowu grzebałaś w mojej odzieży?

- Ja…? Tak niechcący, myślałam, że to moje – niewinne odparła Madae. – Kogo by tam obchodziły męskie gacie? Poza tym, ja mam ogonek; muszę mieć specjalny krój bielizny.

- I co ze mną będzie? – przypomniał o sobie Harry. – Ciociu Naru, nie będzie chyba ciocia taka niedobra dla Harry'ego?

- Och, dobrze, dobrze – Naru wyciągnęła zwój „Zdjęcie Klątwy", podeszła do Harry'ego, rozwinęła pergamin i, przeczytawszy z niego inkantację, odrzuciła go w kąt.

Harry szybciutko zdjął pantalony i cisnął je w stronę Jana.

- Niech sobie je wujek weźmie z powrotem – rzucił do turlającego się ze śmiechu Jana. – Niech se wujek sam je założy.

- Dość tej komedii - przypominam, że jesteśmy tu w konkretnym celu. Czy ja *ciągle* was muszę upominać? – konkretna Naru przywołała wszystkich do porządku. – Idźmy dalej.

Poszukiwacze przygód podążyli za swoją przywódczynią. Minąwszy krótki korytarzyk za Laboratorium Kwasu, znaleźli się w pomieszczeniu, które na pierwszy rzut oka przypominało Komnatę Powietrza i Komnatę Ognia. Na kilku regałach stały książki, pod ścianą na sekretarzyku koło łóżka leżał zżółkły od kwasu pergamin, na którym widać było niewyraźne litery.

- O, ciociu znowu jakaś wskazówka! – szybciutko podbiegł do sekretarzyka Harry, zabrał pergamin i zaniósł go Naru.

Naru wzięła do ręki zwój, rozwinęła go i zaczęła przeglądać

- Aj, nie wiem, czy uda mi się to przeczytać. Strasznie przeżarty przez kwas. Chociaż może czegoś się domyślę. O... Już chyba wiem. Następne Laboratorium, to Laboratorium Mistrza Lodu. Musimy znowu uruchomić wentylator, ale najpierw pootwierać wszystkie drzwi od wentylatora do Laboratorium. Wtedy trująca chmura, która teraz jest w korytarzyku przed Laboratorium Lodu, zostanie do niego wwiana i, z tego, co zanotował tutaj Mistrz Kwasu, żywiołaki lodu, które hodował Mistrz Lodu, zostaną otrute i pozbawione swoich mocy. Wydaje się proste, a drzwi do Laboratorium Lodu otworzymy Berłem Kwasu. Madae, ty już wiesz, jak uruchamiać wentylator, więc proszę się udać we właściwym kierunku – Naru wydała polecenie, a sama poszła w stronę drzwi do Laboratorium Lodu. Przebiła się przez chmurę kwasu, korzystając z odporności na kwas, wrodzonej kambionom i Berłem Kwasu otworzyła drzwi do Laboratorium. Szybko wróciła do drużyny.

- Zaraz Madae uruchomi wentylator; trzymajcie się wszyscy, żeby nie stracić równowagi. A ty, Harry, przywiąż się do regału i dodatkowo obwiąż sobie sznurkiem nogi, tak, żeby ci szata nie fruwała na wszystkie strony. Wystarczająco naoglądaliśmy się dzisiaj twoich bokserek.

- Dobrze, ciociu Naru – potulnie dygnął Harry, wyciągając z plecaka konopną linę i szybciutko obwiązując się zgodnie z poleceniem.

- Tylko po wszystkim nie zapomnij się odwiązać, bo tu zostaniesz – dodała Mazzy.

- Dobrze, ciociu Mazzy – potulnie dygnął Harry.

Z głębi Laboratorium Kwasu dobiegł ich głuchy pomruk. Po chwili uderzył w nich pęd powietrza, a chmura, która znajdowała się w korytarzyku przed nimi, wdarła się do Laboratorium Lodu.

- O ja pier… O kurde… O w mordę…! – usłyszeli krzyki, dochodzące z Laboratorium Lodu. – Co jest, chłopaki?! Trują nas!

- Słabnę, słabnę… - usłyszeli jeszcze ciche zawołania, by po chwili w Laboratorium nastała cisza.

- Wchodzimy - zarządziła Naru.

Drużyna ostrożnie wślizgnęła się do Laboratorium, tylko Harry walczył dalej ze sznurami, którymi się skrępował. W Laboratorium, teraz wypełnionym chmurą kwasu, było pełno śniegu i nienaturalnych zasp. Para leciała im z ust. Ujrzeli słaniającego się i ledwo żywego żywiołaka lodu, otoczonego przez lodowe trolle.

- To nawet szkoda, żebyś mnie wyciągała, Naru – westchnął Liluś. – To żal ściska rękojeść, jak się patrzy na te słabizny. Powiem wręcz, że to niehumanitarne. Chlastać po tym czymś…

- Nie marudź, Liluś. Mrawe, niemrawe; zachlastać trzeba.

Przeprawa z żywiołakiem i trollami trwała raptem dwie minuty. Nie stracili przy tym żadnego zwoju leczącego ani mikstury.

- I znowu zostawiliście Harry'ego na pastwę losu. Kto go przywiązał do regału?! – wściekła Madae wpadła do Laboratorium Lodu, wyciągając oskarżycielsko palec w stronę Isaira.

- Siostro, twój, jakże ci drogi, młody elf, sam się przywiązał do tego regału w celach ochronnych, żeby go nie wywiało.

- Tak?! To dlaczego się teraz nie może odplątać?! Jakby się sam przywiązał, to by się umiał odwiązać!

- Nie doceniasz chyba swego młodego przyjaciela, droga siostro. Jest to wyjątkowo zdolny młody elf. Następnym razem, jak coś trzeba będzie przywiązać, to go poproszę, żeby to zrobił – odpowiedział Isair.

- Nie wkręcaj mnie! To na pewno twoja sprawka!

- Oj, siostro, siostro, ty naprawdę sądzisz, że ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko oplątywać sznurkiem tego twojego elfa? Nie muszę. Sam to robi lepiej. I skuteczniej.

- Ciociu, już prawie się wyplątałem! I to naprawdę nie jest wina wujka Isaira! Tym razem, to naprawdę nie on! To ja sam! Ale już się wyplątałem prawie!

- Zobaczcie; chyba to jest kolejne Berło! – powiedziała Mazzy, schylając się i podnosząc z trudem z posadzki wielkie Berło Lodu. – Proszę, Naru, przekazuję je w twoje ręce.

[Drużyna zdobyła przedmiot]

- Madae – odwróciła się w stronę Madae Naru. – Czy mogłabyś pomóc Harry'emu odwiązać się od regału? Chcemy iść dalej.

- Już nie trzeba, ciociu! Już się odwiązałem! – ujrzeli przybiegającego Harry'ego.

- Dobrze. W takim razie, ruszamy,

- Ale zimno! – Harry zaszczękał zębami po wejściu do Komnaty Lodu. – Chyba tutaj pracował Mistrz Lodu! O, i regały są, i książki… I łóżko z białą pościelą!

- Poszukajmy jakiejś wskazówki, może też znajdziemy jakiś zwój z notatkami, które spisał Mistrz Lodu.

Wszyscy rozbiegli się po komnacie, szukając gadżetów i pergaminów z notatkami.

- To chyba to! – zawołał Jan, wymachując jakąś karteczką. – Masz, Naru, spróbuj to przeczytać.

Naru wzięła od Jana kartkę, delikatnie ją rozprostowała i zaczęła studiować.

- Nie ma problemu. Tym razem, wszystko jest czytelne; musiał być jakiś porządny ten Mistrz Lodu. Chociaż, z drugiej strony, co on by mógł z tym zrobić; ani nie miał kwasu, ani nie miał czym podpalić. Ale czytajmy. Ha, to ciekawe. Jak zwykle musimy otworzyć Berłem drzwi do Laboratorium obok, a jest to Laboratorium Ognia. O, i z tego, co czytam, wynika, że w tym Laboratorium są Cztery Żywiołaki Ognia i Nabuchodonozor bez cyferki. Ten główny. Nabuchodonozor jest groźny tylko w towarzystwie swoich czterech kolegów, Żywiołaków Ognia. Czynią go one nieśmiertelnym. Aha, Mistrz proponuje, żeby zwabić żywiołaki ognia do Laboratorium Lodu, gdzie zamarzną, bez powtórnej szansy na odrodzenie się w morzu magmy, gdzie znajdują swój początek. Jak będą zamarznięte, wystarczy je delikatnie uderzyć, a rozsypią się w proszek. Plan wydaje się prosty. Pytanie tylko, kto będzie przynętą, podczas gdy my poczekamy w Laboratorium? Myślę, że na ochotnika zgłosił się Harry. Prawda, młody elfie?

- A o co chodzi? – zaciekawił się Harry. - Bo jak o pójście do latryny, to oczywiście ja pierwszy.

- Dokładnie, Harry. Trzeba pójść do latryny, która jest za tymi drzwiami. Tam są harpie klozetowe, które musisz zwabić do Laboratorium Lodu. Wtedy ja dam harpiom złote monety – wyjaśniła Naru.

- Nie ufa mi ciocia. Nie chce mi ciocia dać złotych monet – obruszył się Harry.

- Jeszcze zgubisz… A to jest bardzo dużo pieniążków.

- Dobrze, w takim razie. Ciociu - proszę otworzyć drzwi do latryny!

Naru podeszła do drzwi Laboratorium Ognia i, używając Berła, otworzyła je. Harry bez obawy wszedł do pomieszczenia. Drużyna, zebrana w Laboratorium Lodu, z niepokojem obserwowała korytarzyk prowadzący do Komnaty Lodu. Z oddali słyszeli głos Harry'ego:

- Proszę pań. Drogie panie harpie. Ja nie mam czterech złotych monet; przyszedłem tutaj żeby panie porosić, żeby poszły za mną, do cioci Naru, która wręczy wam pieniąski.

- Pieniąski, pieniąski, pieniąski! – usłyszeli nawoływanie żywiołaków ognia.

- Ale proszę się nie pchać! Każda z pań otrzyma swoją złotą monetę! Proszę spokojnie, proszę za mną! – upominał Harry.

Po chwili ujrzeli Harry'ego, który pojawił się w korytarzyku prowadzącym do Laboratorium Lodu. Za nim, karnie w szeregu, podążały cztery żywiołaki ognia, skandujące cały czas:

- Pieniąski! Pieniąski! Pieniąski! Dać nam pieniąski!

Harry co chwilę uspokajał idące za nim potwory:

- Ciocia Naru jest bardzo słowna. Ciocia Naru na pewno wam da pieniąski. Proszę pań, proszę się nie denerwować. I proszę się nie pchać!

Harry skierował się w stronę Naru, za nim do Laboratorium wkroczyły Żywiołaki.

- ZDRADA! – krzyknęły Żywiołaki. – ZIMNO! Zamarzamy…

Po kolei stawały jak wmurowane i zamieniały się w lodowe posągi.

- Ciociu, co się dzieje?! To co, nie będę mógł skorzystać z latryny?! Ojej! Ale ja już muszę! – zdenerwował się nie na żarty Harry.

W tym czasie Janek podchodził kolejno do żywiołaków.

- A masz – pykał każdego swoimi paluszkami.

Żywiołaki rozpadały się we fruwając kostki lodu. Tymczasem, przed nimi, w drzwiach do Laboratorium Ognia, utknął Nabuchodonozor, próbujący przecisnąć się za swymi przyjaciółmi żywiołakami. Nabuchodonozor był ogromny, większy niż znani im Nabuchodonozor 1, Nabuchodonozor 2 i Nabuchodonozor 3. Także udało mu się wepchnąć w otwór drzwi tylko kawałek stopy. Nie mogąc przejść dalej, walił w ścianę i wył przeraźliwie:

- Haaaaaaaaaaryyyyyyy! Haaaaaaaryyyyy! Wraaaaacaj!

- Jakiś pan mnie woła – zainteresował się Harry. – Może on wie, gdzie jest latryna – i, zwracając się w stronę dochodzącego głosu, zawołał: - Proszę pana! Gdzie jest latryna?!

- Wieeeeeeem! Ale nie powieeem! – odkrzyknął Nabuchodonozor.

- Znowu jakiś tajemniczy gościu – mruknął pod nosem Harry, zaciskając mocniej nóżki.

- Czeka nas poważna walka – stwierdziła Naru. – Ten ognisty olbrzym to nie przelewki. Kto trochę osłabł, niech się podleczy miksturami, lub poprosi naszego kapłana o pomoc. Gdyby ktoś się brzydził kapłanem, ja mam zwój.

- Tak Naru, bardzo cię proszę, użyj zwoju, bo nie mam mikstur, a tej suki nie będę prosić o pomoc! – zwróciła się do Naru Mazzy.

- Ja ci dam sukę! Tu kurdupli pomiocie! Obrzydliwy sierściak – syknęła w stronę Mazzy Madae.

- No, Madae, nie pozwalaj se za dużo! – Jan zaczął podskakiwać wokół kapłanki, wymachując groźnie swoją małą piąstką. – Z szacunkiem do Mazzy! Ty *nigdy* nie będziesz warta nawet ułamka tego, co ona! To jest najbardziej praworządna, najlepsza wojowniczka w Faerunie! Także uważaj, bo będziesz miała z Janem do czynienia!

- Spadaj, rzepożerco. I odsuń się, bo cuchnie – delikatnie przesunęła go nogą Madae.

- Przywołuję was, drogie panie, do porządku! – ostro wtrąciła Naru. – Nie czas teraz na wasze kłótnie i utarczki; czeka nas naprawdę poważna przeprawa! Mazzy, przejrzyj ekwipunek, a ty, Madae, zajmij się tym, czym kapłan zajmować się powinien!

Obie panie, łypiąc na siebie spode łba, zajęły się tym, czym się powinny zająć.

- Isairze – tym razem Naru zwróciła się do Isaira, tonem już łagodnym. – Czy nie potrzebujesz pomocy kapłana, a może potrzeba ci dobrego słowa przed walką? Zawsze możesz na to u mnie liczyć.

- Naru, pogięło cię? – spojrzał na nią Isair. - Zdrowy jestem, a na dobre słowo, to liczę po walce.

- To bardzo dobrze, widzę, że wszyscy gotowi, czas udać się w wir walki – zarządziła Naru.

- Ciociu Naru, ja zupełnie jestem nieprzygotowany, ja nie mogę skutecznie rzucać czarów, jak mi się chcę siusiu! Nie mogę się wtedy skupić! Myślę wtedy tylko o jednym! – skarżył się Harry.

- No. Wiem. O latrynie – zgryźliwe zauważył Isair.

- A tak! Żeby wujek wiedział. O latrynie! Ja jestem kulturalny młody elf i nie siusiam byle gdzie, poza tym się wstydzę – oburzył się Harry.

- Harry, cóż ja mogę ci pomóc. Mogę ci co najwyżej poradzić, żebyś: albo wziął na wstrzymanie, albo stanął za tym regałem z książkami i zrobił, co należy – z politowaniem powiedział Isair.

- O, nie! Za regałem na pewno nie będę, jako kulturalny młody elf, robił siusiu! A powstrzymywać się już nie mogę! – piskliwie zawołał Harry.

- To pozostaje ci tylko jedno: puść. Mam nadzieję, że masz Pampersa XXL. Ciocia Madae chyba nie zapomniała ci dzisiaj założyć – dalej naigrywał się z Harry'ego Isair.

- Isairze. Ja możesz pastwić się tak nad biednym Harry'm?! Ty nigdy nie zrozumiesz takich potrzeb! Ty masz inny metabolizm! Gdybyś musiał tak często jak Harry biegać do latryny, to też byś zrobił się jak płaczliwa stara baba… Przepraszam cię, Harrysiu. Nie zrozum, że ja myślę, że jesteś płaczliwa stara baba – jak zwykle wzięła Harry'ego w obronę Madae.

- Pewnie, że nie jest płaczliwa stara baba – wzruszył ramionami Isair. – On płaczliwa młoda elfa.

- Jak nie Mazzy z Madae, to Isair z Harrym; bez przerwy jakieś niesnaski w mojej drużynie – zdenerwowała się Naru. – Dosyć tego! Poważna walka przed nami! Musimy się skoncentrować! A nie rozpraszać jakimiś waszymi fidrygałkami! A ty, Harry, masz problem z pęcherzem. Sądzę, że jak skończymy naszą misję w Twierdzy Mroku, powinieneś udać się do lekarza. Może przeziębiłeś sobie pęcherz; a to poważna choroba. Nawet ciocia Madae nie ma takiego czaru, żeby leczyć tak ciężkie schorzenie – zatroskana Naru spokojnie tłumaczyła Harry'emu.

- Ciociu Naru! Ja to *wszystko* rozumiem, ale to nie zmienia faktu, że TU i TERAZ chce mi się siusiu! – ze łzami w oczach mówił Harry. – Ja *muszę* i nic na to nie poradzę!

Zza jednego z regałów, z szatańskim uśmiechem na twarzy, wynurzył się Jan.

- Harry! Mam dla ciebie niespodziankę! Za tym regałem, znalazłem drzwi z runą kółko i runą trójkącik! Widzisz, jaki wujek Jan dobry dla ciebie?

- Wujku, gdzie, wujku, gdzie?! Już biegnę!

- A tu, za tym regałem na lewo.

Harry pobiegł szybko we wskazany kierunku. Po chwili reszta poszukiwaczy przygód usłyszała westchnienie ulgi, jakie wyrwało się elfowi z piersi.

- Janek – rzuciła Mazzy. – Tam naprawdę jest latryna?

- Mazzy… A skąd by tu się wzięła latryna? Wiesz, jestem ostatecznie iluzjonistą; nie na darmo zajmuję pierwsze miejsce w rankingu „Survival'u" jako „Najlepszy iluzjonista wśród gnomów". Musiałem coś zrobić. Nigdy byśmy nie ruszyli na tego Nabuchodonozora.

Po chwili zza regału wyszedł uśmiechnięty Harry i lekko podbiegł do Madae.

- I wie ciocia? I nie było harpii klozetowej! – ekscytował się Harry. – Nie musiałem prosić cioci Naru o złotą monetę! Już jestem gotów do stawienia czoła temu groźnemu, ogromnemu panu Nabuchodonozorowi! Już ja mu pokażę! Zaraz go spalę!

- Harry, nie rób tego. Jeszcze sobie krzywdę zrobisz. Wiesz, drogie dziecko, ten pan jest odporny na to – głaszcząc po główce Harry'ego, tłumaczyła mu Madae. – To ten pan zieje ogniem, jak smok.

- Czy wreszcie możemy ruszyć dalej? – z naciskiem spytała Naru. – Bo wiecie, miło nam się tu gada, ale ta walka i tak nas nie minie; lepiej już ją mieć za sobą. Naprzód.

Drużyna posłusznie ruszyła spotkać się z ogromnym i groźnym Nabuchodonozorem, ognistym olbrzymem. Po chwili znaleźli się przed drzwiami do Laboratorium Ognia.

- Panie Nabuchodonozorze, czy mógłby pan cofnąć stopę? Chcielibyśmy wejść do pana – uprzejmie poprosił Harry.

- Haaaryyy… Pooooter… To tyy? – usłyszeli z wysoka tubalny głos Nabuchodonozora, który, jednocześnie, cofnął stopę.

- Tak, proszę pana. To ja – odparł Harry, wkraczając do Laboratorium Ognia za pozostałymi członkami drużyny.

- Miiiłooo spoootkać kolegę po fachuuu! – zagrzmiał Nabuchodonozor.

- Słucham? – zdziwił się Harry.

- Przecieeeeż to tyy zaaaajmujesz pieeerwsze miejscee w rankinguu „Survival'u"! „Naaaajlepszy Maaaag w Kaaaategorii Maaaagia Ooogniaaa"!

- I nie tylko w tym! – dumnie odpowiedział Harry. – W wielu rankingach dla magów okupuję pierwsze miejsce. A czemu pan tak dziwnie mówi? – tu Harry zaczął parodiować Nabuchodonozora. – „Haaaaaaryyyy!... Pooooter!". Ja się nazywam Harry Potter!

- Tooo dlategoooo, żee jeeestem taaaki wieeeelki! – odparł Nabuchodonozor. – Jesteeem zaszczycoooony, że cię poznaaaaałem! Czyyy mogę ci mówić pooo imieeeniu?

- No… Chyba… Chyba tak… Ale ciocia Naru mówiła, że mamy z tobą walczyć! To jak to?! Mam walczyć z przyjacielem!? Jeszcze nigdy nie walczyłem z żadnym wujkiem i żadną ciocią! Zawsze za wrogów miałem panów i panie! Panów potworów, panie harpie, panów smoków, i innych panów i panie!

- Haaaary, nie muuusimy waaalczyć; pod jeeednym waaaarunkiem – że nauuuczysz mnie teraaaaz, jak rzuuucać „Seeeryjne Ooognie Beeengalskie"! Od maleńkieeego maaarzyłem, żeeeeby uuuumieć tooo rzuuucać! Uuumiem „Pooojedynczego Ooognia Beeeengalskiego", ale nigdyyyy nieee naaauczyłem się „Seeeeryjnego"! A baaardzooo, baaardzo byyyym chciaaaał!

- Oczywiście, wujku! Już wujka nauczę! Tylko chwileczkę, muszę sobie przypomnieć: wie wujek, jak się zna tyle różnych czarów, co ja, to te rzadko używane trzeba sobie przypomnieć! Za chwileczkę wujkowi zademonstruję „Seryjny Ogień Bengalski"!

Harry sięgnął do swojego plecaka, wyjął Księgę Czarów, przykucnął w kąciku i, ze zmarszczonym czołem, zaczął wertować uczoną Księgę. Reszta drużyny przysłuchiwała się rozmowie z Harry'ego z Nabuchodonozorem zaskoczona i zaintrygowana, co z tego dalej wyniknie. Nikt z nich nigdy nie słyszał, a tym bardziej nie widział, żeby Harry używał „Seryjnych Ogni Bengalskich". Co więcej, nikt z nich nie słyszał, żeby taki czar w ogóle istniał, ale cóż; to Harry zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, i, jeśli nie zaprotestował, to znaczy, że wie, co robi. Na wszelki jednak wypadek, przygotowani byli na najgorsze, czyli na niechybną walkę z Nabuchodonozorem. Tymczasem Harry skończył swoje studia, poderwał się z uśmiechem, podszedł do ognistego olbrzyma i powiedział:

- Wujku – zanim przejdziemy do teorii, to ja najpierw wujkowi zademonstruję; niech wujek uważnie słucha i patrzy, co robię! Tu bardzo ważna jest inkantacja i ruch rąk, a szczególnie dłoni. Będę się starał pokazać to przejrzyście i dokładnie. Uwaga, odsuńcie się wszyscy. „Seryjne Ognie Bengalskie", to potężny czar, który może spowodować ogromne zniszczenia! Uwaga, proszę patrzeć, rzucam czara.

Harry stanął w lekkim rozkroku, rozłożył ręce, wyraz skupienia pojawił się na jego twarzy, spojrzał w górę, przymknął oczy i powoli zaczął recytować inkantację, jednocześnie zataczając krąg dłońmi:

- Vita Mortis Halejr!

Słowa inkantacji przebrzmiały, a spomiędzy dłoni Harry'ego wystrzelił w stronę Nabuchodonozora potężny „Lodowy Sztylet", który wbił mu się w udo.

- Auuuuuuuuuuuuuu! – zawył Olbrzym. – Co ty gówniarzu robisz?! – bez przeciągania wyrzucił z siebie. – Lodem w ognistego?! To podstęp! Ty wstrętny, paskudny, ohydny kurduplu! To tak chcecie się ze mną zaprzyjaźniać?! Ja do was na dłoni swe gorejące, ogromne serce wyciągam, a ten gnojek we mnie lodem?! Śmierć kurduplom!

Harry stał z przerażoną miną, przewracał oczyma i machał przed sobą rękami.

- Wujku… Wujku… Ja przepraszam… To mnie się nie udało, ja jeszcze raz pokażę, bo tam zamiast „Mortis", to powinno być „Mortus", jak mi wujek pozwoli, to ja szybciutko jeszcze raz rzucę tego czara!

- Ja ci rzucę czara! Ty elfi pomiocie! Chcecie walki, to ją macie! A ja mam na całe życie nauczkę: nigdy nie wierzyć w rankingi drukowane przez tego szmatławca!

Nabuchodonozor wyrwał sobie „Lodowy Sztylet" z nogi, odrzucił na bok i z furią zaatakował swoim młotem poszukiwaczy przygód.

- Wreszcie się zaczęłooooo! – zawył z radością Liluś.

- Myślałam, że już zanudzę się, patrząc na tego elfiego półgłówka, udającego maga! – odkrzyknęła Carissa.

- Z niego taki mag, jak ze mnie miecz półtoraręczny! – zaśmiał się Everard.

Jak zawsze, wojownicy stanęli w pierwszym szeregu. Naru, maniaczka zwojów, natychmiast wyjęła dwa pergaminy i rzuciła „Tarczę" oraz „Lodową Nawałnicę".

- Naru! – krzyknęła Mazzy. – Nie rzucaj tak blisko tej „Lodowej Nawałnicy"! Oczy mi zaprószyło!

- Przepraszam! To tak z rozpędu, chciałam szybko, żeby go zaskoczyć!

Jan nerwowo zaczął przeszukiwać swój plecak, w poszukiwaniu odpowiednich bełtów.

- Gdzie, kurde, zapodziały się te „Bełty Mrozu"?! – mamrotał pod nosem.

Kiedy prawie cały jego ekwipunek znalazł się na podłodze, a Jan prawie cały wszedł do plecaka, „Bełty Mrozu" znalazły się.

- Ach, mało ich! – niezadowolony Jan wziął pęk bełtów. – Z piętnaście ich tu tylko! A ja mam tę szybkostrzelną kuszę! No, ale może one będą skuteczne! Jak nie wystarczą, dołożę mu jeszcze kwasowe!

Madae, zamiast zajmować się tym, czym powinien zajmować się w czasie bitwy kapłan, pocieszała zrozpaczonego Harry'ego.

- Ciociu Madae, jaki ten wujek jest niedobry! Każdy się może pomylić! Przecież ciocia wie, że ja chciałem jak najlepiej, naprawdę chciałem wujka nauczyć tego czara! – wypłakiwał się Harry.

- Harryś, ja wiem, ty jesteś taki dobry, to wszyscy oni są niedobrzy! Oni ciebie nie rozumieją! Ale nie przejmuj się, oni są głupki, ty jesteś wielki mózg! Przerastasz ich wszystkich i oni ciebie nigdy nie zrozumieją! To zawsze tak jest; współcześni nigdy nie rozumieją geniuszy!

- Och, ciociu, ja nie chcę być geeeeniuszem! Ja chcę, żeby mnie lubili! Ja nie chcę tyle siusiać, bo się ze mnie śmieją! – płakał dalej Harry.

- Mój drogi, ciocia Naru miała rację; jak skończymy naszą misję w Twierdzy Mroku, pójdziemy do doktora. I on ci na pewno pomoże! – zapewniała go Madae.

- A jak nie pomoże?!

- Już ciocia go zmusi, żeby pomógł! Nie będzie sobie byle doktor robił żartów z cioci! Ciocia wie, jak sobie poradzić z krnąbrnymi doktorami! Już nie jeden doktor próbował zadrzeć z ciocią!

- Ciociu, tak się cieszę, że ciocia jest przy mnie! Co ja bym zrobił bez cioci?

- Harry, mój drogi, zawsze będę z tobą! Tyś mi przeznaczony, a ja przeznaczona tobie!

- Madae! Przywołuję cię do porządku! – krzyknęła zdenerwowana Naru. – Czy ty nie widzisz że Mazzy jest na skraju śmierci?!

- Już się zajmuję tą głupią suką! Choć nie wiem, po co – odburknęła Madae. – Harry jest w gorszym stanie i mnie potrzebuje!

Madae niechętnie oderwała się od Harry'ego, spojrzała na umierającą Mazzy i, z grymasem obrzydzenia, rzuciła „Uzdrowienie".

- A żyj sobie, ty kurduplico – splunęła w jej stronę.

Nabuchodonozor niewiele sobie robił z „Bełtów Mrozu" Jana, jego ogólny stan można było ocenić na „Lekkie Rany". Machał swoim młotem bez ustanku, co chwilę trafiając w któregoś z poszukiwaczy przygód.

- Isairze! – Naru, nie przerywając wymachiwania Lilusiem, zwróciła się do walczącego obok niej Isaira. – Musimy coś wymyślić; w ten sposób go nie pokonamy! Tylko cios w plecy i to krytyczny, może przechylić szalę zwycięstw na naszą korzyść! Zajmij ognistego, ja w tym czasie spróbuję obejść go i wdrapię się na ten pojemnik za nim.

- Dobrze – odpowiedział Isair. – Mazzy też mi pomoże, a Jan niech zwiększy częstotliwość ostrzału: wszystko jedno, jakimi bełtami. Na Madae, tę moją brzydką siostrę, i tego głupiego młodego elfa, nie mamy co liczyć.

Isair i Mazzy rozpoczęli szaleńczy atak na Nabuchodonozora, Jan przekręcił przełącznik na swojej kuszy na maksymalne położenie. Naru, stosując wszystkie znane sobie i doskonale opanowane umiejętności („Skradanie się", „Krycie się w cieniu") przedostała się za ognistego olbrzyma, zwinnym kocim ruchem wspięła się na pojemnik i, wykorzystując całą swoją siłę, zadała śmiertelny cios w plecy. Nabuchodonozor zastygł w bezruchu na moment, jego twarz wykrzywił przeraźliwy grymas bólu, wykrzyknął:

- Tego… się nie spodziewałem! Czas umierać!

I, majestatycznie, powoli, osunął się na podłogę, zajmując swoim martwym ciałem pół Laboratorium. Naru zeskoczyła z pojemnika i zaczęła się rozglądać wokół.

- Gdzieś tu powinno być Berło Ognia. Mam tylko nadzieję, że nie przygniótł go tym swoim wielkim cielskiem! Bo jak my go przesuniemy? O, widzę, kawałek: wystaje mu spod brzucha – Naru podbiegła do Berła, złapała za nie i pociągnęła. Berło ani drgnęło. – Mamy problem. Isairze, tu jest potrzebna męska dłoń. Czy mógłbyś to Berło wyszarpnąć spod tego cielska?
- Oczywiście, Naru. Już się robi. Wzmocnię się tylko czarami i miksturami – Isair wypił parę mikstur, szybko rzucił odpowiednie czary, podszedł do Berła, złapał je w dłoń, szarpnął. Ognisty olbrzym aż uniósł się do góry, a Berło, już uwolnione, znalazło się w posiadaniu Isaira. – Proszę cię, moja miła; oto czwarte Berło.

[Drużyna zdobyła przedmiot]

- Och, Isairze, jakiś ty silny, jaki męski. Imponujesz mi swoją mocą; wiem, że tak silny mężczyzna jest mi przeznaczony. Zawsze będę czuła się pewnie i bezpiecznie w twoich ramionach – z podziwem wpatrywała się maślanym wzorkiem w Isaira Naru.

Isair odwzajemnił spojrzenie, uśmiechnął się i powiedział:

- Dla ciebie wszystko, moja droga. Zawsze możesz na mnie liczyć.

Harry, już uspokojony, ocierając ostatnie łzy, podszedł do reszty drużyny, ciągnąc za sobą Madae.

- To była wspaniała walka! – powiedział.

- Jak się do niej nie mieszasz, to zawsze jest wspaniała – odpowiedział Isair.

- Ciekawe, czy w tej sadzawce są jakieś gadżety – szybko zmienił temat Harry. – To ja szybciutko polecę i zobaczę!

- Ostatni do walki, pierwszy do gadżetów – zauważył Jan. – Ile on ma lat? – spytał Madae.

- No, już sporo – odpowiedziała. – Chyba… Chyba… 19!

- Rok temu, przyjęłam go do drużyny – odpowiedziała Naru. – Miał wtedy piętnaście lat. Jak nietrudno policzyć, a działanie jest naprawdę bardzo proste, piętnaście dodać jeden, nijak nie daje 19, a 16. Poza tym, jest rok młodszy ode mnie, a ja nie mam 20, a 17.

- Taki gówniarz? I wałęsa się po Twierdzy Mroku? Będzie miał zwichrowane całe życie! To na pewno się odbije na jego psychice – martwił się Jan. – Tyle potworności na raz!

- Ja nie pozwolę na to, żeby Harry miał zwichrowane życie! Zrobię wszystko, *absolutnie wszystko*, a nawet więcej, żeby był szczęśliwy, bogaty, miał władzę i wspaniałą partnerkę życiową - czyli mnie! – dumnie wygłosiła Madae.

- Ciociu Madae, ciociu Naru, wujku Janku! Ale tu gadżetów! I jakie fajowe! O, i drugi naszyjnik dla cioci Mazzy! I jakie kozackie kozaki! – zachwycał się Harry.

- Harry, *natychmiast* zostaw te kozackie kozaki! – rozkazała Naru. - Nawet nie waż się ich dotknąć! Wystarczy, że *raz* mieliśmy z kozackimi kozakami problem.

- Ale te są, ciociu, jeszcze fajniejsze! – ekscytował się dalej Harry.

- Natychmiast. Je. Zostaw – robiąc przerwę po każdym słowie, zarządziła Naru.

- Oj, dobrze, nigdy mi nie pozwolicie wziąć tego, co chcę – obraził się Harry. – I nie powiem wam, co tu jeszcze jest.

- Sami zobaczymy. Nawet będzie wskazane, jak odejdziesz i zrobisz nam miejsce.

- Nie to nie. Ciociu, znowu mnie nie lubią! – Harry rzucił się z płaczem w objęcia Madae.

Jan podszedł do sadzawki. Rozejrzał się wśród gadżetów i zaczął po kolei je wyjmować.

- Są tu karwasze – wziął je do ręki, zważył, przyjrzał się uważnie. – „Karwasze Lodowej Perły", dają premię +4 do klasy pancerze i mogą raz dziennie rzucać „Stożek zimna" i „Plugawy uwiąd".

- Chcesz je, Madae? – spytała Naru. – Mogą ci się przydać. Twój pancerz jest słaby.

- Mogę wziąć – odpowiedziała Madae, nadal głaszcząc Harry'ego po główce.

Jan wyjął kolejny przedmiot.

- Jaki piękny naszyjnik! Z nefrytami chyba… tak, na pewno. Naru, pozwól, że dam go Mazzy

- poprosił Jan.

- Nie przesadzasz? – odpowiedziała Naru. – Dwa będzie nosić? Na dodatek, taki bez żadnych bonusów? Chętnie sama go ponoszę.

Naru wzięła z rąk Jana naszyjnik i założyła.

- Pięć wodnych opali… - wymieniał dalej Jan. – O, i „Zimowy Pierścień". Dodaje +7 do odporności na zimno!

- Weź go, Janie. Jako jedyny nie masz w ogóle żadnych odporności, także przyda ci się na pewno.

Jan założył pierścień na palec i dalej przeglądał gadżety.

- Widzę jeszcze jakieś rękawice – Jan wyjął z sadzawki parę rękawic. – Niezłe nawet. To „Szyte rękawice elfów". Dają +10 do odporności na ogień.

- Kto ma najmniejszą odporność na ogień? – spytała Naru. – Może dajmy je Harry'emu. On ma najniższą odporność na ogień, poza tym rękawice szyte są przez jego pobratymców.

Jan rzucił rękawice w stronę Harry'ego, który złapał je i założył. Wyciągnął dłoń uzbrojoną w rękawicę.

- Wujku… A nie ma tam jakiś rękawic, które dają odporność na wypróżnienia? Jakby były, to nie musiałbym tak często szukać latryny!

- Wezmę to pod rozwagę – zgryźliwie odparował Jan. – Ale mam, dla ciebie, młody elfie, jeszcze jeden prezencik – dodał po chwili. – Masz, przyozdób swoją szyjkę.

Harry wziął od Jana naszyjnik.

- Jaki ładniutki! Czy ma jakieś właściwości?

- Oczywiście, że tak. Dodaje +1 do tak ważnego współczynnika, jakim jest Inteligencja.

- Ja nie muszę nosić takich naszyjników – obruszył się Harry. – Ja mam bardzo dużą wrodzoną inteligencję! Nie potrzebuję dopingu.

- Harry – wtrąciła Naru. – Weź go jednak. Mimo twojego ogromnego wrodzonego intelektu, na pewno ten jeden punkcik ci się przyda. Czy jest coś tam jeszcze? – spytała Jana.

- Oczywiście. Te niby kozaki. Z drugiej strony to ciekawe, że Harry w każdych butach widzi kozaki. Chyba ma jakiś uraz psychiczny – zastanawiał się głośno Jan. – To nie są kozaki. To są „Buty Uników", które dają +10 przeciwko pociskom i +4 do rzutów obronnych na refleks.

- Isairze, weź je; wzmocnią twój rzut obronny na refleks. Z tego, co pamiętam, powinieneś poprawiać ten parametr – zarządziła Naru. – Poza tym, twoja odporność na pociski jest prawie zerowa.

Isair wziął od Jana buty i przymierzył.

- Wiesz co, Janie? One są za niskie w podbiciu! Chyba nie będę ich nosił. Poza tym, nie pozbędę się „Butów Szybkości". Nie chcę się wlec na szarym końcu. Może niech Naru je weźmie i schowa do plecaka.

Naru wzięła od Isaira buty i wrzuciła do plecaka.

- Janku, spiesz się. Jest tam coś jeszcze? Nie będziemy stać nad tą sadzawką, Bogowie wiedzą, ile czasu! Mamy już cztery Berła, musimy iść uwolnić Pafciurka, który aktywuje portal na następny poziom. A, jak wiesz Janku, tam jest Urząd. Specjalny Urząd – rozmarzyła się Naru.

- Widzę jeszcze różdżkę i sztylecik – Jan rozglądał się w koło w poszukiwaniu ostatnich gadżetów. Podniósł różdżkę. – To jest różdżka… Hmmm… „Różdżka Umarłych". Ma 25 ładunków „Animacji Martwego".

- Madae, weź tę różdżkę – poleciła Naru. – Może ci się przyda. Czy jest coś tam jeszcze?

- No tak, jeszcze został sztylecik – Jan pokazał Naru sztylet. – To jest „Sztylet Odporności +5", zadaje 1k4+5 obrażeń, daje +15 do odporności na magię i +10 do odporności na zaklęcia. To chyba damy Harry'emu?

- Dobrze. Niech weźmie. Przecież nie będzie nim machał Isair, a Madae ma szczotkę – zgodziła się Naru.

- No, chodźmy wreszcie uwolnić tego demona! – zdenerwował się Isair. – Ile można grzebać się w jakiś kompletnie nieprzydatnych gadżetach?

Poszukiwacze przygód upchnęli w plecakach nowo zdobyte gadżety, pozamykali je i przeszli do głównej komnaty poziomu. Ścierwojad Pawełek smacznie chrapał w rogu klatki.

- Hej! Ścierwojad! Jesteśmy! – krzyknęła do niego Naru. – Mamy Berła.

- Co…? – przebudził się demon. – Kto mnie budzi? Czego znowu? Macie Berła?

- Przecież mówię, że mamy! – zdenerwowała się Naru.

- To nie mów, tylko je włóż tam, gdzie trzeba! Z mówienia nic nie wynika! – wkurzył się demon. – Ile mam jeszcze siedzieć w tym zamknięciu?! Tysiąc lat wystarczy!

Naru wyjęła z plecaka Berła i kolejno włożyła je we właściwe miejsca. Po umieszczeniu ostatniego usłyszeli głuchy trzask i wejście do klatki otworzyło się.

- Tak więc, my naszą część umowy wykonaliśmy – Naru zwróciła się do demona, który przybrał postać Pawello. – Teraz twoja kolej. Aktywuj portal.

- Nareszcie wolny! Dzięki wam, frajerzy! – zawołał uradowany demon.

- *Aktywuj portal* – zażądała Naru.

- Jaki portal? Jakie aktywuj? – zdziwił się Pawello.

- Umówiliśmy się: my cię uwalniamy, ty aktywujesz portal – przypomniała Naru.

- Z kim się umawialiście? – zapytał Pawello – Ze mną nikt nie zawierał żadnych umów.

- Jak to? To z kim rozmawialiśmy? – zdziwił się Jan

- Ze mną. I z Pafciurkiem. I z Pafciem. I z Pawełkiem… – wymieniał demon. – A umawialiście się chyba z Pafciurkiem, nie ze mną.

- Ale jesteś zmiennobarwnym demonem. Przybierasz różne postaci, ale to zawsze ty – próbowała wyjaśnić Naru.

- Nie. O nie. Pafciurek to Pafciurek. Pafcio to Pafcio. Pawełek to Pawełek. A ja to Pawello – odparł demon.

- Ciociu Naru. Ten pan demon, to chyba jakiś oszust? – zauważył Harry.

- Na to wygląda. Oszust i kłamca z tego Pawello – potwierdziła bardzo już wkurzona Naru.

W tym momencie demon przyjął kolejną postać – zamienił się w ogromnego potwora przypominającego smoka.

- Jak śmiesz nazywać mnie oszustem… I KŁAMCĄ! – zawył. – I nie jestem Pawello. Me imię Penta Nera. Zginiesz, marna istoto. Wszyscy zginiecie. Stańcie do walki, nędzne robaki. Wasz czas się skończył. Czas umierać.

Demon nagle zmienił się w Pafcia i z furią zaatakował. Poszukiwacze przygód zdążyli w porę uskoczyć i schronić się za klatką, gdzie ogromny Pafcio nie mógł ich dosięgnąć.

- Mamy nauczkę – chłodno zauważył Isair – Nigdy nie należy zawierać umów z demonami.

- Szybko. Musimy się przygotować do walki. Kompletnie nas zaskoczył. – rozkazała Naru.

Wydobyła Lilusia, ujęła go mocnym chwytem.

- Będziemy walczyć! – ucieszył się Liluś – Dawaj! Na tego tam! Na tę niesłowną pokrakę.

Isair i Mazzy też po chwili trzymali w dłoniach swoje miecze. Jan chwilę się zastanawiał; walczyć z dystansu, kuszą czy nie. Po chwili zdecydował się na kuszę. Z tak ogromnym potworem trudno mu by było walczyć wręcz. Wybrał bełty własnej roboty. Uważał, że nikt nie robi lepszych. Madae rzuciła czary kapłańskie: ochronne i umacniające jedność drużyny. Harry stał i nic nie robił. Minę miał pełną boleści i cierpienia.

- Ciociu Madae – cicho zaskomlił – Ja muszę do latryny. Ja nie dam rady walczyć, jak nie…

- Harry, musisz wytrzymać. Teraz nie czas na szukanie latryny – próbowała wytłumaczyć mu Madae – Usiądź tu sobie i poczekaj. Na pewno szybko pokonamy tego oszusta.

- Oj… nie wiem. Nie dam chyba rady… Ale spróbuję…

Zwarci i gotowi, poszukiwacze przygód ustawili się w szyku bojowym. Przed klatką miotał się Pafcio.

- Wychodzić tchórze! Stańcie do walki, obłe robaki! – nawoływał.

Naru i Isair pobiegli z lewej strony klatki. Mazzy, Madae i Jan z prawej. Jan postanowił przedostać się za potwora, tak, żeby móc atakować go z dalszej odległości. W momencie, kiedy wojownicy dopadli demona, Jan przedostał się za niego i pobiegł w stronę Komnaty Powietrza. Stanął w wejściu do Komnaty, tak, że był w miarę bezpieczny, a jednocześnie mógł swobodnie prowadzić ostrzał Pafcia. Naru podbiegła do demona. Raz po raz zaczęła uderzać Lilusiem. Z drugiej strony z pasją zaatakował Isair. Carissa i Everard śmigali w powietrzu, co chwila tnąc Pafcia. Mazzy dzielnie się uwijała próbując, mimo niewielkiego wzrostu, dosięgnąć demona i choć trochę go osłabić. Nagle demon stał się jeszcze większy. Zmienił się w Penta Nera, smokopodobnego, olbrzymiego potwora. Machnął skrzydłami i cała trójka wojowników poleciała na ściany, łamiąc kości i raniąc się potwornie. Madae, widząc, co się dzieje, podbiegła do trójki wojowników. Najpierw zajęła się bratem. Ten miał najmniejsze obrażenia, wystarczył czar „Leczenie Poważnych Ran". Potem rzuciła „Leczenie Krytycznych Ran" na Naru. Odwróciła się w stronę Mazzy. Z niziołką było bardzo źle. Wymagała prawie „Wskrzeszenia". Madae wykrzywiła się. „Że też muszę zajmować się uzdrawianiem tej suki. To okrutne" – pomyślała. Ale cóż. Kapłaństwo zobowiązuje. Ociągając się, rzuciła „Uzdrowienie". Mazzy podniosła się z zimnej posadzki, skrzyżowała nienawistne spojrzenie Madae i pobiegła za Naru i Isairem w stronę demona.

Smok zniknął. Na jego miejscu pojawił się ścierwojad – Pawełek. Spojrzał na wojowników i w mgnieniu oka strzelił w ich stronę trucizną. Naru poczuła na sobie obrzydliwy śluz, który przenikał do jej ciała. Wszystko ją paliło. „Wyjątkowe ścierwo" – pomyślała. Sięgnęła do plecaka, żeby wyjąć antidotum. Jej ręka w połowie drogi zamarła. Przypomniała sobie, że zużyła wszystkie flaszki z miksturą. Przestraszyła się nie na żarty. To ścierwo było wyjątkowo silne. Czuła jak życie z niej uchodzi. „Gdzie znowu ta Madae? Chyba skończy się tym, że będę musiała ubierać od początku cały ekwipunek. Mam tylko nadzieję, że kapłanka szybko i bezboleśnie mnie wskrzesi" – myśli przebiegały jej głowę.

- Naru! ŁAP! – usłyszała wołanie Isaira i jednocześnie zobaczyła lecącą w jej stronę miksturę.

Zręcznie ją złapała i łapczywie wypiła. Obrzydliwa mikstura smakowała jak najsłodszy nektar. Po pierwsze – był to już chyba ostatni moment na jej wypicie, a po drugie, chyba nawet ważniejsze, była od Isaira. Naru wzruszyła się. „To znaczy, że zwraca na mnie uwagę. Że dostrzega, co się ze mną dzieje. Że mu na mnie zależy" – myślała wzruszona.

- Dzięki, ukochany – krzyknęła do Isaira i ze zdwojoną siłą, uskrzydlona, zaatakowała Pafcia.

W czasie, gdy wojownicy uwijali się jak w ukropie tnąc tym, co kto miał, powietrze i, znacznie rzadziej, potwora, Jan spokojnie ładował seriami kuszę. Używał swoich najlepszych bełtów i był pewien, że w końcu któryś zrani demona śmiertelnie. Celował między oczy potwora, ale nie było łatwo mu trafić. Nie dość, że zmiennobarwny ciągle zmieniał postać, to był wyjątkowo ruchliwy. „Gdyby udało się go unieruchomić" – pomyślał – „Na Harry'ego nie ma co liczyć. Pewnie znowu wyjadł mi rzepę i męczy go niestrawność. Jak wujcia Kłapciucha… Może Isair?"

- Isairze! – zawołał Jan – przestań na moment machać bliźniakami. Rzuć „Unieruchomienie potwora". Jak się uda – trzasnę go między oczy.

Isair od razu zrozumiał, o co chodzi Janowi. Odbiegł kawałek od demona.

- Insertas Volchor Imperior – szybko wypowiedział inkantację. Poczuł jak energia biegnie w stronę potwora. Pafcio zorientował się, co mu grozi. Szybko spróbował wykonać rzut obronny, prawie mu się udało, ale coś go rozproszyło. Poczuł przeszywający ból w największym palcu u nogi. Od lat miał tam odcisk. Piekielnie bolący, kiedy się go podrażni. I akurat teraz ta wstrętna niziołka musiała przeciąć narośl swoim malutkim mieczykiem.

Demon zawył i, w jednej chwili, zamarł bez ruchu. Jan na to czekał. Miał już załadowaną serię bełtów. Uniósł kusze, wymierzył. Chwilę upewniał się, czy stoi pewnie i czy ręce ma spokojne. Na moment przed tym, kiedy czar unieruchomienia miał przestać działać, z kuszy Jana wystrzeliło, jeden po drugim, sześć bełtów by za ułamek sekundy precyzyjnie wbić się w cielsko demona. Idealnie między oczy, w najczulszy punkt.

Demon powoli osunął się na posadzkę. Nastała cisza, w której rozbrzmiewał tylko dźwięk toczącego się po kamieniach klucza. Klucza aktywującego portal na poziom siódmy Twierdzy Mroku.