Rozdział VIII
Zwrócone ku niemu głowy, zupełnie jak w jego własnych czasach. Wykręcający się na ławkach ludzie, by móc gapić się na niego, gdy zmierzał w kierunku stołu Ślizgonów z rękami głęboko wbitymi w kieszenie i wzrokiem utkwionych w kamiennej posadzce. Jednak tym razem było nieco inaczej. Jego obecna sława nie wzięła się z tego, że był Chłopcem, Który Przeżył, a Chłopcem, Który Przypadkowo Wysadził Pół Ściany W Wielkiej Sali.
Cóż za wspaniały tytuł.
Chociaż przybył na śniadanie dość wcześnie — była ósma rano — sala była prawie pełna. Uczniowie snuli się po kątach, albo żuli kanapki i gawędzili z przyjaciółmi. No i oczywiście w centralnym miejscu nakrytego zielonym obrusem stołu siedział Riddle, otoczony swoją małą świtą.
Harry poczuł, jak żołądek ścisnął mu się ze strachu. A mógł wziąć oferowane przez madam Glade płatki i trzymać się jak najdalej od Wielkiej Sali. Co mu szkodziło przycupnąć na szczycie Wieży Astronomicznej, albo zaszyć się gdzieś głęboko w Zakazanym Lesie? Ale umowa to umowa, bez względu na to, jak nieczysto Riddle zagrał swoimi kartami.
Jednak im bardziej zbliżał się do Riddle'a, obserwującego z zadowolonym wyrazem twarzy znad parującej filiżanki herbaty, tym gorsza wydawała mu się ta decyzja.
Biorąc głęboki wdech, by dodać sobie otuchy, Harry wsunął się pomiędzy Mariusa Lestrange a Alpharda Blacka, zajmując miejsce dokładnie naprzeciwko starszego Ślizgona.
szmer najświeższych plotek rozprzestrzenił się po sali niczym pożar.
A jakże by inaczej, pomyślał zirytowany Harry, wpatrując się w pusty talerz. W małej grupie, do której się dosiadł, nagle zapadła wymowna cisza. Harold Luxtor właśnie dołączył podczas śniadania do Toma Riddle'a, genialnego prefekta, z którym jeszcze wczoraj zaciekle pojedynkował się…
Och. Och…
— Ty draniu — warknął Harry, podnosząc gwałtownie głowę, by spiorunować wzrokiem nastoletniego Czarnego Pana, który wciąż popijał swoją cholerną herbatę. Jak mógł być taki głupi? Plan Riddle'a: pokonać go — nowego chłopca, który miał czelność w pojedynkę rzucić wyzwanie stworzonemu przez niego imperium — na oczach całej szkoły, tylko po to, by następnego dnia wszyscy widzieli, jak ów chłopiec dołącza do niego podczas śniadania, „podporządkowując się" mu. Genialna zagrywka. Gdyby tylko jeszcze nie była tak wkurzająca… — Ty cholerny draniu…
— Bekonu? —zaproponował Riddle. Odłożył filiżankę i z niewinną miną popchnął w jego stronę złoty talerz wypełniony po brzegi przepysznym mięskiem.
Harry zamrugał.
— Nie jestem głodny — odparł bez zastanowienia, wzięty z zaskoczenia przez tę gwałtowną zmianę tematu, chociaż dość szybko domyślił się, co Riddlechciał mu przez to przekazać: „nie teraz".
— Bzdura — skontrował Riddle, a jego oczy zalśniły od skrywanego rozbawienia. — Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia.
— Taa… — odburknął Harry, starając się ignorować grupkę przyszłych śmierciożerców, którzy przeskakiwali wzrokiem od niego do swojego pana, jakby śledzili mecz tenisa. — Może nie lubię bekonu. Może jestem wegetarianinem, a ty tego nie wiesz.
— Nie jesteś.
— Skąd wiesz?
Riddle odchylił się, a jego postawa aż ociekała pewnością siebie.
— W piątek na kolację zjadłeś coq au vin — odparł, utrzymując z Harrym kontakt wzrokowy.
— To nie znaczy, że lubię bekon.
— Bekon jest jednym ze składników — oznajmił Riddle, wyginając usta w uśmiechu, który jedynie się poszerzył na widok jadowitej miny Harry'ego. — Och, przepraszam, nie wiedziałeś? Myślałem, że tak, sądząc po sposobie, w jaki spałaszowałeś swoją porcję. Jadłeś tak szybko, jakbyś nie miał nic w ustach od tygodnia. Niemniej przepraszam, jeśli rozwiałem twoje złudzenia i zmąciłem spokój anty-bekonowego reżimu. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Takim to sposobem Harry odmówił sobie bekonu.
Udając, że żółtko jajka było twarzą Riddle'a, markotnie dźgał je widelcem. Zmarszczył czoło, kiedy rozlało się po talerzu. Kiedy stało się jasne, że słowna utarczka między nim a Riddle'em dobiegła końca,przyszli śmierciożercy powoli zaczęli wybudzać się z odrętwienia i brać za swoje śniadania,.
— Co mamy dzisiaj w planach? — spytał Marius, przeczesując dłonią czarne, kręcone włosy. Drugą ręką, w której trzymał nóż,zaczął kroić kiełbaskę. Może i starał się sprawiać wrażenie beztroskiego, ale w jego głosie wyraźnie pobrzmiewało zmieszanie. Ciekawe, czy przyszli śmierciożercy zawsze zachowywali się tak w otoczeniu swojego „pana", czy tylko dzisiaj, z powodu jego obecności?
— Ja mam zamiar skończyć wypracowanie na eliksiry — oparł Lycoris, smarując kromkę masłem. — A Alphard musi przeczytać rozdział na Historię Magii.
— Nie muszę! — zaprotestował Black z pełnymi ustami.
Twarz Abraxasa wykrzywiła się w odpowiedzi na ten wzorcowy pokaz braku manier.
— A myślałem, że Blackowie są uczeni, jak zachowywać się przy stole — westchnął cierpko, unosząc idealną brew w wyrazie skrajnego zdegustowania.
— A ja myślałem, że Malfoyowie są uczeni, jak zachowywać się z nienaganną uprzejmością — odparował Black, gromiąc go swoimi szarymi oczami.
Abraxas odchylił się, zwiększając dystans pomiędzy nimi.
— Jak ktoś może zachowywać się uprzejmie, gdy jest zmuszony siedzieć obok kogoś takiego jak ty podczas posiłków. I to codziennie.
— To odpłata za smród tych wszystkich twoich mazideł do włosów, który rozchodzi się po łazience…
— Przymknijcie się, obaj — zajęczał Lycoris. — Nie mogę dorobić się bólu głowy jeszcze nim siadłem do odrabiania zadania!
— Dobrze, proszę pana — zaszydził Alphard pod nosem, podczas gdy Abraxas porzucił swoją ofensywną postawę. Zamiast niej na jego twarzy pojawiło się rozczarowanie, które zniknęło niemal natychmiast, gdy pochwycił zaciekawione spojrzenie Harry'ego.
Reszta śniadania upłynęła w podobnej atmosferze. Śmierciożercy wymieniali się przyjaznymi docinkami, Harry dłubał w jajku, a Riddle popijał swoją herbatę i ani na chwilę nie spuszczał z niego wzroku.
— Masz zamiar w końcu zjeść to jajko czy będziesz się tak długo nad nim znęcał, aż nie zrobisz z niego papki?
O dziwo tym razem werbalny atak nie nadszedł od strony Riddle'a, a Mariusa. Harry uniósł głowę w samą porę, by zauważyć ostre spojrzenie, które w kierunku Lestrange'a posłał Lycoris.
— Nie lubię jeść jajek, gdy ktoś się na mnie gapi — odfuknął, wymownie spoglądając na Riddle'a.
Jeden z kącików ust nastoletniego Czarnego Pana uniósł się nieznacznie w górę, nim Riddle w końcu oderwał od Harry'ego wzrok i wziął do rąk nóż oraz widelec.
Ignorując protesty żołądka, Harry włożył do ust malutki kawałeczek jajka.
Natychmiast tego pożałował.
Zabić…
Jajko stanęło mu w gardle. Rozkaszlał się i wypluł je.
Pozwól mi rozerwać… rozszarpać…
Znał ten głos. To był ten sam mrożący krew w żyłach, morderczy głos, który prześladował go przez prawie cały drugi rok. Głos bazyliszka. Oddech uwiązł mu w gardle, podczas gdy umysł działał na pełnych obrotach. 1992. 1942. Pięćdziesiąt lat różnicy. Pamiętnik Riddle. Chole…
— Harold?
Riddle oraz przyszli śmierciożercy wpatrywali się w niego.
— Przepraszam — wychrypiał. Tylko krok dzielił go od ataku paniki. Komnata Tajemnic. Nie, nie, nie, nie! Tylko nie to! — Zakrztusiłem się, ale już mi lepiej.
— Jesteś pewien? —Riddle podejrzliwie zmrużył oczy. — Jesteś dość blady…
Wężomowa. Słyszał bazyliszka. No żeż! Riddle nigdy nie może się dowiedzieć, że dzielą ten dar. Nastoletni Czarny Pan był przecież przekonany, że tylko potomkowie Salazara Slytherina zostali nim pobłogosławieni. Gdyby się dowiedział, że Harry również nią włada, z pewnością wywołałoby to lawinę niemile widzianych pytań.
— Nie musisz się martwić, naprawdę nic mi nie jest—wymamrotał, naprędce pozbywając się resztek jajka z ust i zrywając się na nogi.
— Gdzie idziesz? — rzucił ostro Riddle.
— Do biblioteki — odparł Harry, zarzucając sobie na ramię torbę. — Skończyłem śniadanie.
— Ledwo co je tknąłeś.
— I dobrze. — Odwrócił się na pięcie. — Cieszę się, że tak bardzo dbasz o nawyki żywieniowe — dodał jeszcze. Nie oglądając się za siebie, zaczął maszerować w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. Ignorował przy tym otaczające go szepty, efekt uboczny jego nowo nabytej sławy. Och, naprawdę za tym nie tęsknił.
Ledwo dotarł do drzwi, gdy wpadł w kolejną zasadzkę. Jednak tym razem zastawiła ją na niego o wiele milej widziana osoba.
— Harold! Hej, Harold!
Harry obrócił się i zobaczył Ralpha. Jasny bob podskakiwał, gdy Puchon biegł w jego kierunku z uśmiechem na twarzy.
— Cześć — oparł Harry. Szybkie zerknięcie przez ramię upewniło go, że Riddle wciąż bacznie mu się przyglądał.
— Miałbyś coś przeciwko, gdybyśmy z powrotem zamienili się różdżkami?— spytał chłopak. — Muszę poćwiczyć parę zaklęć na transmutację, a źle mi się je rzuca twoją różdżką.
Harry wciąż czuł na sobie wzrok Riddle'a, od którego włoski na szyi stanęły mu dęba, a wzdłuż kręgosłupa przeszedł zimny prąd. Skinął jednak głową, wyciągając różdżkę Ralpha z kieszeni. Z radością odzyskał własną. Chociaż nastoletni Czarny Pan właśnie dowiedział się, od kogo ją pożyczył, to fakt, że w końcu miał różdżkę, za pomocą której mógł się bronić, działał na niego uspokajająco.
— Dzięki — powiedział Ralph i wyszczerzył się. — Poza tym gratuluję pojedynku. Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak długo dawał radę Riddle'owi. A to zaklęcie, którym zrobiłeś ogromną dziurę w ścianę… To był kawał naprawdę imponującej ma…
— Myślę, że wszyscy jesteśmy pod wrażeniem ukrytych talentów Harolda.
Harry zacisnął zęby, walcząc z poirytowaniem. Riddle chyba musiał znaleźć jakiś sposób na aportowanie się w obrębie Hogwartu, bo miał tendencję do pojawiania się znikąd w najbardziej niepożądanych momentach.
—Uch… No… — wydukał Puchon. Jego oczy rozszerzyły się komicznie, a uśmiech zamarł na ustach. Wyglądało na to, że „król Riddle" nieczęsto rozmawiał z plebsem. — Uch… Harold, zobaczymy się później, okej? —Ralph przesłał Harry'emu ostatni, niepewny uśmiech, po czym czmychnął w stronę stołu, przy którym jego przyjaciele wciąż pałaszowali swoje śniadania.
Harry odwrócił się na pięcie i błyskawicznie wymknął z Wielkiej Sali. Serce zaczęło mu szybciej bić, kiedy usłyszał, jak do odgłosu jego kroków dołącza następny.
— Więc w taki sposób załatwiłeś sobie różdżkę. — Riddle dogonił go, robiąc kilka dużych susów. — Zastanawiałem się…
— Został Ralpha w spokoju — wycedził przez zęby. Dłonie same zwinęły mu się w pięści.
Riddle roześmiał się, szczerze i głęboko. Jego śmiech potoczył się echem po korytarzu, gdy skręcili w przejście prowadzące do biblioteki, zostawiając za sobą Główny Hol.
— Nie panikuj, Harold. On mnie nie interesuje. — Potrząsnął głową. — To ciebie chcę.
Harry mocniej zacisnął ręce.
— Bo ty przecież nigdy nie skrzywdziłbyś innych ludzi, tylko po to, by mnie dorwać.
— Być może w skrajnym przypadku — zgodził się Riddle, nonszalancko wzruszając ramieniem. —Ale więcej zabawy jest wtedy, gdy wybiera się trudniejszy sposób.
— Zabawy? — powtórzył Harry, a jego głos drżał od ledwo poskramianego gniewu. — To wszystko jest dla ciebie jakąś chorą zabawą?
Riddle spojrzał na niego z ukosa, ale wyraz jego twarzy pozostał nieodgadniony. Nie żeby było w tym coś dziwnego, twarz nastoletniego czarnego Pana zazwyczaj nie wyrażała niczego, no chyba, że ten chciał inaczej.
— Jestem po prostu ciekaw— odparł. — Wszystko, co jest z tobą związane, jest jedną wielką tajemnicą. Zagadką. I nic nie poradzę, że chcę ją rozwiązać. —Riddle na chwilę urwał. Wsunął ręce do kieszeni i zapatrzył się przez siebie. — Znamy się. A raczej ty mnie znasz. Bo ja jestem pewien, że nigdy się nie spotkaliśmy, co nie ma w ogóle sensu, biorąc pod uwagę osobistą nienawiść, którą do mnie czujesz. Może miałem jakąś scysję z twoimi krewnymi albo bliskimi przyjaciółmi? To mogłoby wyjaśnić większość z twojego dziwnego zachowania, ale to jedynie moja teoria. No chyba, że będziesz tak miły i mnie oświecisz?
— Dlaczego miałbym to zrobić? — spytał Harry. Ból w przedramionach zmusił go do rozluźnienia zaciśniętych pięści. — Sam powiedziałeś, że wolisz trudniejszy sposób.
Pełen rozbawienia uśmiech ozdobił przystojną twarz Riddle'a, a jego oczy rozbłysły.
— Gdybyś był kimkolwiek innym, właśnie szczerze żałowałbyś tych słów.
Harry warknął cicho.
— A nie jestem kimkolwiek?
— Nie, Haroldzie, nie jesteś — powiedział Riddle, z powrotem obracając w jego stronę głowę. — Widzisz, wydaje mi się, że cię lubię.
— Och, to takie słodkie — odparł sucho Harry. — Gdybym i ja cię lubił, moglibyśmy zostać najlepszymi przyjaciółmi. Szkoda, że nigdy to się nie wydarzy.
— Nie próbuj przewidywać przyszłości— ostrzegł go Riddle ze złośliwym uśmieszkiem. —Wróżbiarstwo to jedynie zgadywanki i melodramatyczne gesty. Do niczego w życiu cię to nie doprowadzi.
Tym razem Harry nie odpowiedział, i to nie tylko dlatego, że w głębi duszy zgadzał się z ostatnim stwierdzeniem Riddle'a. Pozwolił, by rozmowa między nimi umarła śmiercią naturalną. Wkrótce zastąpiła ją cisza. Ostatnie słowa Riddle'a o przyszłości przywołały na myśl wspomnienie jedynej posiadanej przez niego wskazówki dotyczącej powrotu do własnych czasów. Bo to nie tak, że przepowiednia, którą usłyszał w noc, kiedy Riddle wypytywał go o Syriusza, w jakimkolwiek stopniu go obchodziła. Tyle że ta linijka o ocalonym przez miłość brzmiała zbyt znajomo…
Nagłe ustanie odgłosu drugich kroków sprawiło, że Harry powrócił do rzeczywistości. Zamrugał, gdy zdał sobie sprawę, że właśnie dotarli do biblioteki. Teraz tylko masywne, drewniane drzwi powstrzymywały ich od wejścia do środka.
— Nie wchodzisz? — spytał Riddle. Skrzyżował ramiona na piersi, oparł się o kamienną ścianę i wskazał głową w kierunku wejścia.
— A ty?
— Nie, ja już odrobiłem pracę domową— odparł Riddle, uśmiechając się z wyższością. — Wybrałem się jedynie na spacer.
Harry wzruszył ramionami, chociaż w środku skakał z radości na wieść, że jego osobisty prześladowca nie będzie dyszał mu 'nad głową podczas pracy. Bez słowa popchnął drzwi, a kiedy je puścił, te zatrzasnęły się tuż przed zarozumiałą twarzą Riddle'a. Przekroczył prób, nawet się nie pożegnawszy. I bardzo dobrze, ktoś taki jak Riddle nie zasługiwał na żadne uprzejmości. Drań.
~o.O.o~
Gdy tylko drzwi zamknęły się, fałszywy uśmiech przyklejony do twarzy Riddle'a przepadł jak kamień w wodę.
Minęło pięć dni odkąd Harold Luxtor po raz pierwszy zaszczycił ich swoją obecnością i jedyne, co miał do zaoferowania to niekończący się ciąg pytań i żadnych odpowiedzi. Nic związanego z tym chłopcem nie miało sensu. Nic. A teraz, przez jedną pochopną decyzję podjętą pod wpływem chwili, po szkole biegał bazyliszek. Moment, na który Riddle z zapartym tchem czekał od sześciu lat, został zrujnowany dzięki uprzejmości Luxtora.
Tom odwrócił się plecami do biblioteki i odmaszerował w kierunku czwartego piętra. Poczuł delikatną satysfakcję na widok młodszych uczniów, uskakujących mu z drogi. Bo choć Tom Riddle we wcieleniu wzorowego ucznia nie budził powszechnego przerażenia (jeśli nie było potrzebne), to wciąż z jego postawy biło coś, co sprawiało, ze inni odnosili się do niego z odpowiednim szacunkiem.
W korytarzu, który był celem jego wędrówki, nie było nic szczególnego. Ot, kamienna ściana ciągnąca się po jednej stronie i długi rząd okien z widokiem na jezioro po drugiej. Jedyną wyróżniającą ten punkt spotkań cechą był brak obrazów wiszących na ścianach. Nie licząc kilku sekretnych przejść, był jedynym tego typu korytarzem w całym zamku, więc jeżeli ktoś chciał się znaleźć w miejscu, w którym nikt inny go nie zobaczy, nie mógł trafić lepiej.
Tom czekał jakieś pięć minut, nim u jego boku, zupełnie znikąd, pojawił się blondwłosy Ślizgon. Usta Riddle'a wykrzywił pełen zadowolenia uśmieszek.
— Zrobiłem to — oznajmił niecierpliwie Abraxas, podnoszą do góry ręce, tak, by Tom ujrzał trzymane przez niego trzy martwe koguty.
— Wspaniale — Pochwała sprawiła, że Abraxas jeszcze bardziej się rozpromienił. — Mogę wiedzieć jak?
— Mordercze zaklęcie rzucone z dystansu połączone z czarem przyzywającym — odparł młody Malfoy z nonszalanckim wzruszeniem ramion.
— I nikt cię nie widział?
Abraxas uniósł brew.
— Masz mnie za Mariusa?
— Dobra robota — ocenił Tom, wyciągając z kieszeni długą, cisową różdżkę. Machnął nią w swoim i Abraxasa kierunku, i sekundę później obaj zniknęli. Z zasięgu wzroku oczywiście. Abraxas może i całkiem nieźle radził sobie z zaklęciem niewidzialności — trzeba było wiedzieć, czego szukać, by dostrzec rozmazany zarys postaci — ale to rzucane przez Toma działało niemal tak samo dobrze jak peleryna-niewidka.
Stąpając cicho, by nikt ich nie usłyszał, obaj chłopcy dotarli do pustego korytarza na drugim piętrze. Większa część uczniów jadła jeszcze śniadanie, dlatego w sąsiedztwie cieszącej się złą sławą łazienki dla dziewcząt nie było nikogo poza nimi.
— Nie powinniśmy, no wiesz, odpuścić sobie robienia tego w środku niedzieli? — wyszeptał niepewnie Abraxas.
— My tak. — Gdzieś z lewej strony dobiegł bezcielesny głos Toma.— Zrobię to sam dzisiejszego wieczoru. Potrzebowałem jedynie martwych kogutów, nim zajmę się moim bazyliszkiem. Powinienem przygotować je wcześniej, ale coś mnie rozproszy… Tutaj.
Cisowa różdżka Toma sprawiła, że drzwi schowka na miotły rozjarzyły się, białe linie rozlały po drewnianej powierzchni, przecinając się i krzyżując, aż ściemniały, co było sygnałem, że czar prywatności zaczął działać. Drzwi otworzyła bezcielesna ręka, a w następnej chwili rozległo się ciche tąpnięcie, kiedy trzy martwe koguty, które pojawiły się jakby znikąd, zostały zdeponowane tuż obok szmat i mioteł.
Chłopcy zaczekali, aż znajdą się w okolicach lochów prowadzących do pokoju wspólnego Ślizgonów, nim pozwolili, by ich twarze znowu stały się widoczne.
— Jeśli chodzi o Luxtora… — podjął Abraxas, gdy tylko znaleźli się w zatęchłych podziemiach. Bezwiednie miętosił rąbek szaty. — Podchodzi do nas z niesamowitą podejrzliwością, prawda? Więc… uch… ty…
— Wyduś to z siebie.
Abraxas wziął głęboki wdech.
— Myślisz, że możne nas podejrzewać? — zapytał jednych tchem.
Riddle z roztargnieniem przygryzł dolną wargę, niezbyt skory do przyznania, że podobne wątpliwości męczyły go przez całą noc.
— Może — przyznał z wystudiowaną nonszalancją w głosie.
Abraxas przytaknął. Choć na jego obliczu wciąż malowała się troska, to jego głos brzmiał niezwykle biznesowo. To właśnie ta konkretność dziedzica Malfoyów sprawiała, że jego towarzystwo Tom preferował najbardziej. Abraxas zawsze potrafił dobrze ukrywać swoje emocje.
— Co z nim zrobimy? — dopytywał. — Petryfikacja zawsze jest jakąś opcją…
— Nie jest — przerwał mu Tom, dużo ostrzej niż planował. — Dopóki nie wydobędę z niego odpowiedzi na swoje pytania, jest pod moją ochroną. Zrozumiano?
— Oczywiście — przytaknął natychmiast Abraxas. Następne słowa same wyrwały mu się z ust: — Chodzi mi o to, że jeśli nie będzie innej opcji…
— Zawsze jest inna opcja — oznajmił twardo Tom. — Poza tym, to on jest nowym chłopcem w mieście. Komu Dippet da wiarę, jemu czy mnie? Zaufaj mi, Abraxas, nikt nie uwierzy w ani jedno jego słowo. — Nikt poza Dumbledore'em, profesorem, który zupełnie jak Luxtor, był w stanie przejrzeć maski Toma. Ale to zdanie pozostało niewypowiedziane, bo nawet Abraxas się na to nie odważył.
Gdy przychodziło co do czego, to osąd Dippeta się liczył i na szczęście Tom miał go owiniętego wokół palca. Nie było mowy, by Harold mógł zrobić coś, co zrujnowałoby jego plany. Nie było mowy.
Gdyby tylko jeszcze Tom nie próbował sam siebie o tym przekonać…
Tekst do porządku doprowadziła niezmordowana Snow.
T/N
Zacznę od pozdrowień, które przesyła autorka, Trusted Trouble. Prosiła, bym przekazała Wam, że jesteście kochani. Każdy nowy czytelnik niesamowicie ją cieszy. Tak jak i mnie.
Prawdziwe życie daje w kość, ale wciąż jesteśmy trzy rozdziały za oryginałem, więc nie ma źle. Oczywiście znowu obiecuję, że kolejny rozdział pojawi się wkrótce, ale ostatnio przekonałam się, że „wkrótce" to u mnie bardzo względne pojecie. Bardzo, bardzo.
Tak więc do następnego!
