.8. Dzień Wulkanu
- Nie – powiedział Doktor. Podniósł się ciężko z obramowania poidła dla koni, rozczochrany jak nieboskie stworzenie, w rozchełstanym ubraniu. Na jego bladej twarzy wyraźniej niż zazwyczaj widać było cętki piegów. – Nie, Donno, nie. TARDIS. To nasz priorytet. Musimy się stąd wydostać.
- Ale ci ludzie... – zaprotestowała. – Ci ludzie w ciemnych ubraniach. Ta cała Kathryn i ten cały Cuthbert. Są z przyszłości! Nie powinno ich tutaj być, mieszają w historii, a to już jest nasza sprawa, prawda?
Popatrzył na nią ciężko. Dopiero co pędził do niej jak wariat wykrzykując jej imię (i odrobinę, taką tycią odrobinę, przypominało jej to sposób, w jaki kiedyś pędził do Rose), a kiedy wreszcie dobiegli do siebie nawzajem, złapał ją w objęcia i zakręcił wokoło, aż zawirowały bielone, kryte strzechą budynki dookoła placu. Ale kiedy opowiedziała mu swoją historię i zażądała, by natychmiast ruszyli Allanowi z odsieczą, spochmurniał i odsunął ją od siebie z wyrazem twarzy, który świadczył o najwyższej gotowości do odparcia wszelkich jej ataków. Dziesiąty stopień uporu.
- Nie. – Ruszył ulicą, wtykając dłonie w kieszenie płaszcza. W jednej chwili oddalił się od niej o dobre dziesięć kroków. W przypadku Donny było to piętnaście kroków, Doktor maszerował tak zamaszyście, jakby zamierzał przed nią uciec. – Chodź, nie ma czasu.
- Sam zobacz, ta obręcz, widzisz, założyli mi tę obręcz, to niby jakiś filtr mikrocząteczkowy – wyrzuciła Donna truchtając obok. – Nie mieli takich w średniowieczu, co? I Simon. Nie możemy tak go zostawić... I ta cholerna obręcz obciera mi szyję.
Doktor wyciągnął z kieszeni soniczny śrubokręt. Zatrzymał się i przez chwilę manipulował przy obręczy, ale wreszcie cofnął się z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Nie mogę jej zdjąć – powiedział. – Pełna blokada.
- Cudnie! – prychnęła. – To co, może dokupię sobie do niej kolczyki i bransoletkę? Biżuteria na całe życie.
- Ochrona na całe życie – odparł Doktor. – Filtr mikrocząsteczkowy. Żadna bakteria i żaden wirus się nie przeciśnie.
- Myślałam, że ochrania nas TARDIS.
- Ja też tak myślałem. TARDIS, do której nie możemy się dostać.
- Ale... Musimy wrócić do tego jak mu tam, opactwa, choćby po to, żeby mi to zdjęli! – Donna nawet nie usłyszała nutki ironii i goryczy w jego głosie. – I chcę im powiedzieć, co o tym wszystkim myślę! O porwaniu, o uwięzieniu, o pobieraniu cholernych próbek, i o środkach nasennych, i o spaniu na sianie...
- Donno, przestań na chwi... – Doktor zakaszlał nagle, głęboko i mokro. Obejrzała się, zaskoczona, ale nie zaniepokojona. Podniósł na nią zdumione spojrzenie. Jego oczy lśniły nienaturalnie. Oparł się plecami o ścianę pod nisko opadającą strzechą i położył dłoń do piersi. Przez chwilę wyglądał jakby coś analizował, niemal jakby zaglądał w głąb siebie.
– Endotoksyny przeniknęły do cytoplazmy moich fagocytów – wyrzucił szybko. – Nawet nie zauważyłem, kiedy. Ooo, nie...
- Co?
Rozkaszlał się znowu, zgięty w pół, jednocześnie pokazując Donnie ruchem ręki, by nie podchodziła bliżej. Zatrzymała się w pół kroku, czując, jak coś przewraca się nieprzyjemnie w jej żołądku. Na ustach Doktora pojawiło się kilka kropelek krwi. Starł je grzbietem dłoni i popatrzył z niedowierzaniem.
- Nie czuję się... nie czuję się najlepiej – wymamrotał. Osunął się po murze i usiadł na błotnistej ziemi. – Gorączka, dreszcze, ból głowy, osłabienie, rozszerzenie naczyń krwionośnych, kaszel, krew. To niemożliwe, ale...
- Jesteś chory! – wykrzyknęła. – Nie! Nie możesz być chory!
Chciała pochylić się nad nim, ale znów ją powstrzymał.
- Nie podchodź, do mnie. Nie.
- Co ci jest? Ty nigdy nie chorujesz, nie możesz być chory, ty nawet nie jesteś człowiekiem!
Odetchnął ciężko.
- Myślałem, że to przeziębienie – powiedział. – Nie, nie jestem człowiekiem, dziękuję za przypomnienie, ale mogę się przeziębić. Tylko, że przy przeziębieniu nie kaszle się krwią. Więc to jednak nie przeziębienie.
- A więc co? – zawołała Donna. – Co? No powiedz wreszcie, co to jest?
- Dżuma – wyszeptał.
Donna zachichotała. Przycisnęła dłoń do ust, ale nie zapanowała nad emocjami i roześmiała się na głos. Odwróciła się do Doktora plecami i śmiała się histerycznie, dopóki nie zabrakło jej tchu.
- Donno, ja nie żartuję – wymamrotał Doktor.
- Wiem! – wrzasnęła, wciąż stojąc do niego plecami. – Wiem, cholera, wiem! Wiem, że nie żartujesz!
Odwróciła się do niego, rozkładając szeroko ramiona.
- Tylko, że to niemożliwe!– powiedziała z naciskiem. – Jesteśmy uodpornieni na dżumę, sam mówiłeś, że TARDIS daje nam odporność. Nie mogłeś się zarazić! To... to głupie, to idiotyczne, to jakiś nonsens!
Rozejrzała się dookoła z oczyma rozszerzonymi paniką.
- To nonsens – powtórzyła słabo.
Doktor przetarł spocone czoło. Pomagając sobie ręką wstał powoli z ziemi i oparł się plecami o mur. Wyglądał na nie mniej przerażonego od Donny, ale wyraźnie próbował zapanować nad strachem.
- Potrafisz pilotować TARDIS – powiedział.
- Co?
- Donno, wiesz, że potrafisz pilotować TARDIS.
- Co? Nie! Nie potrafię, cholera, zapomniałeś, że nie pamiętam niczego z twojej władcoczasowej wiedzy? – wrzasnęła. – I co to w ogóle ma znaczyć? Potrafisz pilotować TARDIS! Co to ma znaczyć?
- Gdybym ja...
- Przestań! Przestań wygadywać głupoty! Powiedz mi, czego potrzebujesz, nie opowiadaj mi o pilotowaniu TARDIS, musimy coś zrobić, powiedz mi, co mam zrobić? Pamiętasz, jak zatrułeś się cyjankiem? Pamiętasz, coś słonego? Piwo imbirowe? "Wieżowiec w płomieniach"? Czego ci potrzeba?
- Antybiotyków. W ciągu dwudziestu czterech godzin – odparł słabo. – Albo sferozonów. Nic, co byłoby dostępne w średniowieczu.
Zakaszlał znowu i odetchnął głęboko. Nawet z odległości dwóch kroków Donna usłyszała, jak coś w jego płucach zarzęziło nieprzyjemnie.
- Gdzie są koty, kiedy ich potrzebujesz? – mruknął.
- Koty? Co mają koty...
- Musisz odzyskać TARDIS – przerwał. – Musisz się stąd wydostać.
- Przecież nie sama! – wykrzyknęła Donna. Nie zważając na protesty Doktora, złapała go za ramiona i potrząsnęła z całych sił, jakby próbowała w ten sposób przywrócić mu zdrowy rozsądek. Nawet przez płaszcz, marynarkę i koszulę czuła gorąco, bijące od jego ciała. – Przestań gadać tak, jakbyś miał zaraz umrzeć! Dżuma jest uleczalna. Prawda?
- Donno... Au! Donno. – Doktor odsunął ją na odległość wyciągniętych rąk. – Posłuchaj, musisz wziąć to pod uwagę. Za kilka godzin możesz nie mieć ze mnie żadnego pożytku. Przepraszam, ale to prawda. Postać dymienicza dżumy jest wyleczalna, owszem. Ja najwyraźniej mam postać płucną. Niemal stuprocentowo śmiertelną. Potrzebuję silnych leków i potrzebuję ich zaraz, a TARDIS jest na zamku, do którego w żaden sposób nie możemy się dostać. Wiem, próbowałem. Proszę, zrozum, być może będziesz musiała radzić sobie sama. Musisz odzyskać TARDIS. Ona zabierze cię do domu; ma taki program – szybki powrót – musisz tylko odszukać przycisk na panelu sterowania, jest zaraz obok...
- Dość! – wrzasnęła Donna. – Przestań...wygadywać...głupoty!
- To nie są głupoty. Donno, ja... nie wiem, co robić.
Przez chwilę patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma, z twarzą ściągniętą wyrazem niemalże furii. Nagle szarpnęła go za rękaw, odrywając od ściany.
- Idziemy! – wrzasnęła. – Chodź, idziemy!
- Dokąd?
- Z powrotem do opactwa! Już! Rusz się! Potrzebujesz leków z przyszłości? Kathryn jest z przyszłości! Ale oczywiście nie skojarzyłeś faktów, co? Jesteś taki zajęty ochranianiem mnie, że przestajesz myśleć logicznie!
Zrozumienie wygładziło rozpaloną twarz Doktora. Niemal jęknął z ulgi. Donna zarzuciła sobie jego rękę na ramiona. Ledwie trzymał się na nogach. Czuła ciężar jego ciała i po raz pierwszy cieszyła się z faktu, że był taki chudy.
- Ty cholerny kosmito! – mówiła gniewnie, holując go przez ulicę. – Co ty byś beze mnie zrobił?
- Nic mądrego – odparł. – Bez ciebie jestem zupełnie do niczego.
Uśmiechnęła się mimo woli.
- Chodź, to niedaleko.
Ruszyli w górę Wine Street, objęci jak kochankowie z zupełnie innej epoki. Mieszkańcy Bristolu oglądali się za wysoką, rudowłosą kobietą i szczupłym mężczyzną, bladym jak sama śmierć, potykającym się i powłóczącym nogami. Niektórzy żegnali się znakiem krzyża. Drzwi domów były zamknięte, nad miastem wisiały nabrzmiałe ulewą chmury i cisza.
