Rozdział 8
Sherlock?
Próbował nie pamiętać, jak wiele razy wystukiwał to imię w czasie pierwszych, niezrozumiałych tygodni po śmierci Sherlocka i wysyłał je na numer, który po wybraniu informował radosnym, bardzo nie-sherlockowym głosem, że "Abonent jest niedostępny, prosimy sprawdzić numer". Dzwonił na niego wielokrotnie, gdy budził się ze snów, w których Sherlock prosił go o kontakt, bo "to tylko magiczna sztuczka, John". Próbował nie pamiętać, z jakim trudem patrzył ciężkimi, suchymi, szczypiącymi oczami na imię, na znak zapytania, wysyłając je w przepaść nicości, nie otrzymując w zamian nawet echa, tylko statykę głębokiego, mrocznego snu śmierci.
Ale wiele się zmieniło.
W porządku. SH
A potem, nieco bardziej konkretne:
Niedorzeczna sprawa. SH
Z ulgą wypuścił z płuc powietrze. Nawet nie wiedział, że je wstrzymywał.
Przepraszam za to, co powiedziałem. Będę jak najszybciej w domu.
Sherlock nie odpisał, ale supeł poczucia winy (a raczej splątanych ze sobą poczuć winy - Sherlocka, Mary, jego samego) i tak się rozluźnił.
A potem się wkurzył. Na Sherlocka, na Mary, na siebie. Najbardziej na Sherlocka.
Boże, dlaczego nie mógł po prostu na niego nawrzeszczeć, tak jak wcześniej? Czemu dzieliła ich ta nieprzekraczalna otchłań?
xxx
Już, już miał wsunąć klucz w zamek do mieszkania 221B, ale powstrzymał się i pospiesznie przebadał się w myślach – czaszka żebra ramiona biodra kolana palce u nóg mózg serce wątroba krew skóra blizna kulenie. Zaskakujące, że, wiodąc takie życie, wciąż był w jednym kawałku. Zdał sobie sprawę, że ma ochotę się rozpłakać.
Szybko przekręcił klucz i wślizgnął się do środka, bardzo potrzebując uciec od otwartego pola bitwy na ulicach w domowy azyl, nawet jeśli azyl ten sam stanowił dziwny rodzaj strefy wojennej. To było w porządku, bo te konkretne niebezpieczeństwa kochał.
Sherlock komponował. W korytarzu w stronę Johna popłynęła muzyka. Ten sam układ dźwięków – jeden, dwa, trzy – i od nowa, pauza i znowu – jeden, dwa, trzy – glissando, nowa nuta, kolejna pauza. Następnie bardziej uporządkowana sekwencja – coś z odrobiną melancholii, kończące się szczyptą dysonansu, piękne i nieco bolesne. John skrzywił się. Komponowanie zazwyczaj oznaczało dystans emocjonalny i ekstremalną niedotykalność.
Wspiął się po schodach, próbując opanować niepokój.
Sherlock stał wyprostowany na kanapie, ubrany w spodnie od piżamy i niezawiązany szlafrok, który odsłaniał jego pierś i srebrne blizny. Miał zamknięte oczy. Przemknął smyczkiem po strunach, zanucił w rytm melodii, kształtując ją tak, jak sobie tego życzył. Do połowy zapisany papier nutowy leżał na podłodze. Detektyw nie zareagował na wejście Johna i zaczął od nowa – nuty, jeden, dwa, trzy, cztery, improwizacja, nowy dźwięk posłuszny jego głosowi, który, co mało zaskakujące, był czysty, głęboki i ciepły. Śpiewający Sherlock. Kolejna rzecz, którą można dopisać do listy: „Rzeczy, które nie wydarzały się aż do teraz".
John z ulgą stwierdził jednak, że jego przyjaciel nie wygląda na nieszczęśliwego. Wiedział, jak głęboko Sherlock mógł pogrążyć się w muzyce, jeśli trafił na właściwy moment, więc zakopał rosnącą potrzebę emocjonalnej otuchy – której ciężko było oczekiwać od detektywa nawet w jego najlepszych chwilach – i nie powiedział nic, co mogłoby go wyrwać z jego świata. Powiesił kurtkę na wieszaku. Stał przez chwilę, patrząc, jak jej rękawy dotykają rękawów płaszcza Sherlocka, próbując wymyślić, co zrobić. Coś rzeczywistego, coś, co zajęłoby wystarczająco dużo czasu, żeby pojął uczucia i myśli przepływające mu przez głowę. Zmywanie naczyń było jakąś opcją. Zapewne przerażająco pracochłonną.
Poszedł do kuchni i odkręcił kurek z gorącą wodą, przygotowując się psychicznie na to, co mogło się rozwinąć między leżącymi od kilku ładnych dni talerzami i kubkami po herbacie.
Już prawie kończył – dziwne, eteryczne piękno kompozycji Sherlocka coraz bardziej go poruszało, a jednocześnie nie przestawał mężnie walczyć z jakimś grzybem, którego Sherlock hołubił w kilku szalkach Petriego, a następnie bez ceremonii porzucił w zlewie, kiedy okazał się rozwijać bardzo zwyczajnie i nudno – John odnosił idiotyczne wrażenie, że doczyszczenie tego oznaczałoby jakąś ważną zmianę w jego życiu – gdy pani Hudson zapukała we framugę otwartych drzwi.
- Juu-huu! - ogłosiła wesoło.
Sherlock natychmiast przestał grać – a więc jednak nie był tak głęboko pogrążony w muzyce. Przynajmniej nie tak głęboko, jak wtedy, gdy John zastał go grającego w środku nocy, w kabinie prysznicowej – nie tak dawno temu, a przecież jakby w innym życiu (w sumie: w poprzednim życiu Sherlocka). John bał się wtedy przez moment, że detektyw przedawkował coś nie do zidentyfikowania, bo aż trząsł się w absurdalnej manii i nie odpowiadał, mógł tylko grać, jaśniejąc jakimś rodzajem pozaziemskiego światła. I jednak nie chodziło wtedy o narkotyki, a o muzykę, tylko o muzykę. Sherlock próbował to wyjaśnić następnego dnia, nietypowo skrępowany: muzyka przejęła wszystkie jego procesy myślowe, stała się tak silna, że przez rzadki, ulotny, magiczny moment przejęła absolutnie wszystko. Była to chwila wyjątkowego, przerażającego piękna. John widział, jak to się zdarza, tylko ten jeden, jedyny raz.
- Dzień dobry! - zawołał i raczej się ucieszył, że obok jest ktoś, z kim można się porozumieć prościej, bardziej normalnie niż z tym dupkiem, Sherlockiem. Już jakiś czas nie rozmawiał z panią Hudson i nagle zdał sobie sprawę, że teraz nie zaglądała do nich tak często, jak wcześniej. Może i ona jeszcze nie do końca mogła uwierzyć w to, co dzieje się w 221B, może i ona nie do końca umiała stawić czoła duchom minionych żyć. Zajrzała do kuchni i uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Przesyłka do ciebie, Sherlock, kochanie. – Odwracając się do Sherlocka zamachała wspomnianą paczką: małym, poobijanym przedmiotem, nieumiejętnie zapakowanym w karton i ściśniętym mocno sznurkiem. Na wierzchu widniało kilka znaczków i pieczęci, jakby przesyłka przewinęła się przez wiele rąk i wiele granic.
Sherlock zeskoczył lekko z kanapy, odebrał paczkę z przesadnym ukłonem i pocałował kobietę w dłoń, by wywołać oburzony chichot, który uwielbiał. John uśmiechnął się mimowolnie, szczęśliwy, że znowu widzi ten rodzaj wygłupów, który Sherlock miał zarezerwowany dla pani Hudson. Jednak w następnej chwili detektyw spojrzał na przesyłkę, John zobaczył, jak jego twarz się ściąga, a on sam bez słowa idzie do sypialni. Patrzył za nim, potrząsając głową.
- Herbaty, pani Hudson? - zapytał, wciąż szorując szczególnie upartą plamę grzyba.
- Chętnie, dziękuję, mój drogi – powiedziała, a potem, tak naturalnie jak zwykle, sama zabrała się do jej przygotowywania. John uśmiechnął się.
- Wie pani, sam mogę to zrobić – zauważył, ale ona machnęła ręką i powiedziała „cii", jakby powiedział coś oburzającego. Nagle, w krótkiej chwili histerycznego, wewnętrznego rozbawienia, zdał sobie sprawę, że tak samo by zareagowała, gdyby powiedział: „Sherlock i ja odkryliśmy radości seksu i wreszcie oddaliśmy się temu, co, według opinii publicznej, już dawno powinniśmy byli zrobić". Boże, miał wrażenie, że niedługo naprawdę będzie zmuszony komuś to powiedzieć, choćby po to, by stało się rzeczywistością, a nie jakimś dziwnym miksem fantazji, który w każdej chwili mógł okazać się wymyślony.
- Nonsens, kochanie – powiedziała. - Jesteś zajęty sprzątaniem po Sherlocku, więc ja mogę przygotować herbatę.
Spojrzał na nią, czując rosnącą wdzięczność za to, że ktoś docenia to, co robi. Odwzajemniła spojrzenie z dobrocią. Porzucił próby wygrania z grzybem – i, broń Boże, nie pomyślał, że to kolejna adekwatna metafora jego życia – usiadł przy stole i odsunął część chemicznego sprzętu Sherlocka.
- Jak się pani ma? - spytał.
- Och, jak zwykle – zawołała radośnie. - Nic, co by was mogło podekscytować.
- No nie wiem, czasem mi się wydaje, że przydałoby nam się trochę mniej ekscytacji.
Pani Hudson podała mu kubek herbaty i uniosła brwi, jakby mówiąc: „Może tobie, ale raczej nie drugiej osobie zamieszkującej te pokoje". To była prawda, więc się uśmiechnął.
- Ale było tu ostatnio dość cicho, prawda? - spytała, słodząc swoją herbatę.
- Tak... chyba tak – powiedział, pozwalając sobie zerknąć na barierę zamkniętych drzwi sypialni Sherlocka. Było spokojnie, nieziemsko spokojnie. „Może pomijając te chwile, kiedy wywrzaskiwałem na Sherlocka obelgi i kiedy uprawialiśmy seks na kanapie" - pomyślał sucho.
- Tak się cieszę, że przekonał cię, żebyś wrócił, mój drogi – powiedziała bardziej poważnym tonem, gdy znów skupił na niej uwagę. - Te pierwsze dwa dni bez ciebie... nigdy nie widziałam go w gorszym stanie.
- Och?
- O, tak – powiedziała i jakby otrząsnęła się lekko. - Wrzaski przez całą noc. Niekończące się walenie w ściany. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Trochę się bałam tu przyjść pierwszego ranka.
Zamrugał.
- Ale przeprosił – dodała, a jej twarz wyraźnie mówiła: „Co było jeszcze bardziej przerażające". - Wspomniał coś o koszmarach sennych. - Potrząsnęła głową. - Kto może wiedzieć, co się naprawdę z nim działo. - Popatrzył na nią. Podczas nieobecności Sherlocka nie bardzo się ze sobą kontaktowali – zadzwoniła do niego kilka razy i przyszła się z nim spotkać (bo on zupełnie nie był w stanie iść zobaczyć się z nią – nie miał najmniejszej ochoty dowiedzieć się, jak wygląda Baker Street bez Sherlocka Holmesa), zawsze przynosząc ze sobą pocieszenie w formie ciasta. Bardzo ostrożnie podzielił się z nią małym kawałeczkiem własnej żałoby, a ona intuicyjnie zrozumiała, że w rzeczywistości było jej dużo więcej, ale nie naciskała. Teraz przypomniał sobie że i ona straciła Sherlocka, i ona go odzyskała. Najprawdopodobniej i ona wciąż szukała sposobu, by na nowo stał się żywą, istniejącą częścią jej życia. Napiła się herbaty, a potem dostrzegła jego wzrok – jak przypuszczał – pełen rosnącego zrozumienia. - Nie martw się, to się nie powtórzyło. Zawsze go uspokajałeś.
Bawił się kubkiem. Naprawdę? Sherlock w ciągu tych ostatnich kilku tygodni był najspokojniejszy w historii ich znajomości, a od tego pierwszego ranka, gdy John wyszedł z sypialni i natknął się na detektywa siedzącego przy drzwiach, jego rytm snu był normalniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wydarzyło się nic, co by przywodziło na myśl jej opis, a jeśli się wydarzyło, to dużo ciszej. Sherlock nawet za bardzo nie marudził, kiedy John przygotowywał mu jedzenie. Więc może i tak. Ale nie mógł się pozbyć wrażenia, że ten spokój był oszukańczy, że Sherlock chował się za nim przed siłami, z którymi sobie jeszcze nie radził – ale ta tarcza musiała się w końcu połamać. Nie do końca wiedział, co zrobić z tymi informacjami. Jakie koszmary senne mogły doprowadzić Sherlocka nie do pokrzykiwania, lecz do wrzeszczenia, walenia w ściany – i to nie raz, co się zdarzało, kiedy był znudzony lub zirytowany, ale wielokrotnie? Jak John mógł w ogóle pomóc, jeśli nie wiedział, co się dzieje w tej cudownej, genialnej, tak straszliwie zamkniętej głowie Sherlocka? Boże, co się z nim działo??
Zauważyła jego zaabsorbowanie i poklepała lekko jego dłoń.
- Wspaniale sobie radzisz – powiedziała, a on poczuł do niej taką falę miłości, że musiał na moment zamknąć oczy.
- Dziękuję – wydusił w końcu.
- Nie ma za co, mój drogi. - I to było tak szczere, że chwycił jej kruchą dłoń starej kobiety i uścisnął w sposób, który nie mógł być przyjemny.
Dopili herbatę w przyjemnej ciszy. Kiedy w końcu wstała, by pójść do siebie, powiedział:
- Proszę przychodzić, kiedy tylko pani chce. - Przypuszczał, że w jej wzroku zobaczył ulgę, gdy kiwnęła głową.
xxx
Sherlock wrócił do salonu krótko po wyjściu pani Hudson, ale posłał Johnowi tylko cień uśmiechu, który absolutnie nic nie wyrażał. Złapał skrzypce i laptopa, i poszedł z powrotem do swojej sypialni, zamykając za sobą drzwi z czymś, co wydawało się zamierzoną delikatnością. John zdał sobie sprawę, że, odkąd wrócił do domu, nie usłyszał od przyjaciela ani jednego słowa.
xxx
Sherlock nie wyszedł z sypialni cały wieczór, a to było coś, co w historii jego znajomości z Johnem nigdy nie miało miejsca. Nieznajoma cisza w sypialni była czasem przerywana kaskadą muzyki – niektóre utwory John rozpoznawał, inne były nowymi, niedokończonymi kłębkami dźwięku, wciąż komponowanymi. W końcu nie mógł już tego znieść i zapukał do drzwi. Przyjaciel odpowiedział spokojnie:
- Jestem zajęty, John.
No i tyle.
Wściekł się, ale nic nie zrobił, poza ciśnięciem telefonem w drzwi Sherlocka, co w ogóle nie pomogło i nie wywołało żadnej reakcji. Sklął sam siebie, że brakuje mu odwagi, by naciskać bardziej, by powiedzieć: „Cześć, dupku, jestem twoim przyjacielem i właśnie cię potrzebuję" czy też: „Pieprz się i przyjdź ze mną pogadać, właśnie zerwałem dla ciebie ze swoją dziewczyną". Przedtem by tak zrobił, przed... przed wszystkim, przed skokiem Sherlocka, przed tym, jak spędził dwa lata, opadając na samo życiowe dno, i był zmuszony obłaskawić tyle różnych prądów, by znów wypłynąć na powierzchnię. Przed tym, jak Sherlock zmienił niebo w ziemię, jak wywrócił wszystko do góry nogami i powrócił, przed tym, jak przyciągnął go do siebie, podzielił się z nim ustami i ciałem w sposób, który w ogóle nie wydawał się być dzieleniem.
John włączył telewizor i gapił się w niego niewidzącym spojrzeniem przez jakieś pół godziny. Wzrok przysłaniało mu coś czerwonego. W końcu stwierdził, że nie wytrzyma dłużej zamknięcia w tych ścianach i poszedł na spacer.
Zaczął się bać. Gdy obok nie było Sherlocka, jego gniew wyparował. Nie do końca wiedział, czego się boi. Sherlocka, który tak dosłownie i tak skutecznie zamknął mu drzwi przed nosem? Siebie samego, bo nie miał jaj, żeby te drzwi wyważyć? Siebie samego, bo miał wrażenie, że naprawdę pozwolił, by wydarzyło się coś, co mogło go zniszczyć, znów połamać na drobne kawałki, po tym, jak tyle czasu spędził, by wziąć się w garść i znów stać człowiekiem? Siebie samego, bo zerwał z Mary bez najmniejszej pewności, że to, co wydarzyło się między nim a Sherlockiem było prawdziwe, że znów się wydarzy, że urośnie i ewoluuje? Wydawało się, że minęła masa czasu, od kiedy Sherlock spojrzał na niego, powiedział: „Nic z tego nie rozumiem" i nie było między nimi żadnych barier poza łatwo przekraczalnym strumieniem wody.
Poszedł na długi spacer, mijał znajome ulice i budynki. Tak długo ich unikał, a one tylko cementowały poczucie, że wraca do przeszłości.
Poczuł dezorientujące, pełne poczucia winy pragnienie, by wysłać SMS-a do Mary. Ale, oczywiście, nie zrobił tego, na dziś już wyczerpał swój limit chujostwa. Pewnie na dłużej niż tylko na dzisiaj. Na dużo dłużej.
Westchnął i zamiast tego wysłał SMS-a Ianowi.
Cieszę się na to piwo jutro. Chyba naprawdę tego potrzebuję. J
Gdy odebrał szybką odpowiedź, niemal usłyszał suchy głos Iana:
Ja też, panie doktorze. Ja też. Ian
Kiedy wrócił do domu, kręcił się dłuższą chwilę pod sypialnią Sherlocka. Mimo wszystko namacalność miasta trochę go otrzeźwiła. Próbował zmiażdżyć w zarodku beznadziejne pragnienie, by wejść i spytać, czy mogą znów spać razem. Sherlock w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że życzyłby sobie tego, a pustka drzwi sama w sobie była milczącym oświadczeniem. A przynajmniej tak się wydawało.
Podreptał po schodach do swojej sypialni i znów czuł się rozciągnięty. Czuł się Johnem Watsonem bez historii, jedynie pustym imieniem w głupim romansie. Był trochę zły, trochę zraniony, a przede wszystkim – bardzo szczerze smutny. A do tego martwił go fakt, że jest szczerze smutny, skoro jeszcze niedawno byłby urażony, zirytowany, wkurzony, że Sherlock jest takim denerwującym draniem. A już z całą pewnością nie doświadczałby tego głębokiego, paskudnego uczucia niedopasowania.
xxx
A ponieważ Sherlock nie wstał, kiedy John pojawił się przy stole na śniadanie, ponieważ całą jego zmianę w przychodni zakłócała nieustanna, gorączkowa i nieco spóźniona myśl: „Johnie Watsonie, uprawiałeś seks z Sherlockiem Holmesem", wreszcie się poddał i wysłał SMS-a do Grega. Ze wszystkich jego przyjaciół to Greg najwięcej rozumiał – przebywał z nim najczęściej po śmierci Sherlocka, widział jego najgorsze chwile, kiedy był najgłębiej odsłonięty, kiedy „Greg ja po prostu go kocham kocham go kocham go a on odszedł och kurwa Greg co ja mam zrobić cojamamterazzrobić" po prostu się powiedziało bez żadnej kontroli z jego strony.
Nie uwierzysz (albo może uwierzysz), ale przespałem się z Sherlockiem. Nie do końca wiem, co się dzieje. J
Przed wysłaniem gapił się długo na tę wiadomość, próbując dojść do wniosku, czy to nie było zupełne przekroczenie granic między nim a Gregiem. Z całą pewnością „Przeleciałem go" nie było tak szokujące jak „Kochałem go", ale, z drugiej strony, ludzie mieli bardzo różne podejście do seksu.
Ale chodziło o Grega, który był wspaniały, więc odpowiedź brzmiała:
Jestem w biurze. Wpadaj, kiedy chcesz, reszta zespołu może sama ogarnąć to, czym się teraz zajmuje. Greg
Powiedział Sarah, że to nagły wypadek i, no cóż, nie miał tak naprawdę wrażenia, że skłamał. I tak niewiele się działo, więc wypuściła go właściwie bez protestów.
Nie do końca wiedział, co może Gregowi tak naprawdę powiedzieć, może poza: „Co się, kurwa, dzieje", ale miał wrażenie, że dzięki rozmowie z nim będzie w stanie doświadczyć chwili ciszy w ulotności kilku ostatnich dni.
xxx
- No więc? - przywitał go Greg, wyciągając się w krześle, z nogami ułożonymi na papierach na biurku.
John ciężko opadł na krzesło naprzeciwko.
- Nawet nie wiem.
Greg zmierzył go spojrzeniem i uniósł jedną brew.
- Nie jesteś szczęśliwy.
- Ja... nie. - John potrząsnął głową.
Greg zdjął nogi z biurka i pochylił się do przodu, opierając podbródek na dłoniach.
- Dlaczego nie? - Jak zawsze, pytanie było zupełnie niewinne, a kryło się za nim mnóstwo rzeczy. W tym przypadku: „Myślałem, że wpadniesz w ekstazę po całym tym nieszczęściu, nieodwzajemnionej miłości i strasznym żalu, że umarł, zanim miałeś szansę mu powiedzieć, że go kochałeś i cały czas chciałeś go przelecieć. No więc, co się stało?"
- Bo on zachowuje się jak kompletny dupek - powiedział John. No nareszcie, znajoma i dość uspokajająca irytacja na Sherlocka, która najwyraźniej gdzieś mu się zapodziała w tym chaosie panującym w jego mózgu.
Greg zamrugał.
- Przeleciał cię, a potem wykopał z łóżka, czy jak?
John potrząsnął głową, bo ostatecznie sprawy przybrały nieco inny obrót.
Na twarzy Grega pojawił się ból.
- Tylko nie mów, że wylazł z niego romantyk, przynosi ci śniadanie do łóżka czy coś.
John znów potrząsnął głową. Nie mógł opanować chichotu.
- Nie. Nie, Bogu dzięki. Chyba tylko to mogłoby być gorsze.
- No to co jest?
- Po prostu... Nie rozmawia.
Greg zmierzył go wzrokiem.
- A to jakaś nowość?
- No tak, bo nigdy jeszcze nie nie rozmawiał po tym, jak uprawiał ze mną seks - zauważył John gwałtownie.
Rozbawiona mina Grega zniknęła, zastąpiona czymś poważniejszym, jakby dopiero teraz do niego dotarło, co John właściwie mówi.
- Ja... No tak. To może być przykre.
John westchnął.
- I chodzi o to, że... że w sumie ze mną rozmawiał. Wczoraj rano odbyliśmy całą pogawędkę, a on powiedział, że... no, że to coś, czego chce. - Zdecydował się pominąć: "I zrobił mi laskę w ramach bonusu". - A potem mieliśmy taką drobną, głupią sprawę, która go wkurzyła, musiałem sobie pójść, a on zupełnie się w sobie zamknął. Po prostu... nie mam pojęcia, jak do niego dotrzeć.
Greg popatrzył na niego ze znajomym, spokojnym, bystrym wyrazem twarzy.
- Nie wiesz, na czym stoisz.
- Tak - przyznał John. - Normalnie bym mu powiedział, że jest dupkiem, on by to przyjął do wiadomości i pokrzyczelibyśmy na siebie albo byśmy porozmawiali, albo i nie porozmawiali, albo poszli na chińszczyznę, albo coś innego i wszystko by się ułożyło, ale teraz... nie wiem.
- Stawka jest wyższa - dokończył Greg.
- Właśnie - zgodził się cicho John.
- Walnij go - powiedział detektyw inspektor po chwili.
John zamrugał.
- Serio. Walnij go. Musisz to z siebie wyrzucić. Walnij go i zobacz, co zrobi.
John oblizał wargi.
- Greg, nie dam mu w mordę tylko dlatego, że ze mną nie rozmawia. Z tego, co wiem, naprawdę przechodzi przez coś przykrego.
- Tym bardziej powinieneś mu przypomnieć, że nadal jesteś obok. - Greg wydawał się zupełnie poważny. - Mówię ci. Walnij go. To pomaga.
- Mówisz z doświadczenia? - John uniósł brew.
- Ano. Nie wiem, czy wiesz, ale poznałem go na jakiejś scenie zbrodni. Łaził dookoła, był na kokainie, w życiu nie widziałem takiego haju. Nigdy potem nie widziałem też, żeby był taki towarzyski. - Uśmiechnął się krzywo. - Zaaresztowali go, rzecz jasna, za przeszkadzanie policji w pracy i obrażanie wszystkich dookoła. A potem okazało się, że miał rację co do mordercy i przetrząsnąłem cały pieprzony Londyn, żeby go znaleźć. Niemal mu odwaliło, właśnie skończył mu się kolejny haj, na nic nie reagował... wiec go walnąłem. To zwróciło jego uwagę. - Greg wydawał się zadowolony z siebie.
John potrzebował chwili, by to przetrawić. Nie, żeby to go zaskoczyło, na podstawie skrawków informacji od Mycrofta i Grega już dawno ułożył sobie w głowie informacje o uzależnieniu Sherlocka, ale nadal nie umiał sobie wyobrazić detektywa pozbawionego kontroli, oddającego się prądowi czegoś, co nie było po prostu nim samym. Gdy próbował to zobaczyć, żołądek skręcił mu się nieprzyjemnie. Potrząsnął głową.
- To trochę inna sytuacja, nie uważasz?
- Jasne. Ale zrobiłem tak jeszcze kilkakrotnie, kiedy był trzeźwy, gdy wpadał w ten swój obłąkany stan, w którym naprawdę, uczciwie nie pamięta, że inni też są ludźmi. - Przez chwilę w milczeniu patrzył na Johna. - W takich chwilach zwykle sam jest najbardziej bezbronny i lubi zapominać, że inni też mogą być, żeby jakoś usprawiedliwić własne koszmarne zachowanie. A inni nie są w stanie go rozgryźć.
Brzmiało to dość rozsądnie, więc John zastanawiał przez chwilę.
- No nie wiem.
- To tylko rada. - Greg brzmiał obojętnie, ale wcale tak nie wyglądał. Pochylił się i zmierzył Johna stalowym spojrzeniem. - No więc, jak to się stało? Tylko błagam, żadnych szczegółów. – Brzmiało to tak, jakby w gruncie rzeczy chętnie by jakieś szczegóły usłyszał.
- Hm - powiedział John, a potem pomyślał: "Pieprzyć to, pieprzyć to wszystko". - Obaj byliśmy nieźle napruci.
Greg zamrugał.
- Boże, wiedziałem. Wiedziałem, że coś się wydarzy tamtej nocy.
- Ty też byłeś pijany, Greg - odpalił John, czując, że się rumieni. Chciał dodać: "I nawet powiedziałeś, że obu nas kochasz, pamiętasz" ale nie powiedział, bo to było tak w porządku, że nie wymagało powtórzenia, było takie prawdziwe, no i chodziło o Grega, cichą, spokojną siłę, która tak długo utrzymywała Sherlocka przy zdrowych zmysłach, a potem dokładnie tak samo pomogła Johnowi, kiedy Sherlock umarł, i naprawdę nie było potrzeby się z tego nabijać.
- Nie tak pijany, by nie wyczuć napięcia między wami. Buzowało bardziej niż zwykle. A to już coś. - Uśmiechnął się szeroko. - Boże, wiedziałem. Seks po pijaku? Nigdy bym nie pomyślał, że Sherlock robi takie rzeczy.
John skrzywił się lekko.
- Ja też nie. A jednak.
- I to on... no wiesz?
- Tak. - W głosie Johna było coś, co sprawiło, że Greg tylko uśmiechnął się szerzej. Może w jego twarzy odbiła się gorączkowość wspomnienia Sherlocka, który przyciąga go do siebie.
Po chwili uśmiech Grega zniknął.
- Przykro mi, że nie jest tak, jakbyś chciał - powiedział szczerze.
- Sam się prosiłem. - John wzruszył ramionami.
- A zrezygnowałbyś, gdybyś wiedział, co się wydarzy? - Greg znów wyciągnął się w krześle i położył nogi na biurku.
- Nie - odparł John natychmiast.
- Dobrze. To dobrze.
- Po prostu... nie wiem, czego on oczekuje - powiedział John po chwili. Nagle miał wrażenie, że to wielkie wyznanie.
Greg westchnął.
- A kto, do cholery, może wiedzieć, czego on oczekuje od czegokolwiek. Ale jedno ci powiem, John. - Rzucił znaczące spojrzenie spod rzęs. - Obchodzisz go zajebiście bardziej niż ktokolwiek inny.
To była prawda. John wiedział, że to prawda. Odrobinę pomogła. Siedzieli jeszcze chwilę w zupełnej ciszy, a potem powiedział:
- W sumie się cieszę, że komuś o tym powiedziałem. Teraz czuję się tak, jakby to naprawdę miało miejsce.
Greg pokiwał głową ze współczuciem.
- Jeśli to ci pomoże, wy dwaj jesteście najbardziej pojebaną, dziwną i niezrozumiałą parą, o jakiej mogę pomyśleć, ale i najbardziej sobie przeznaczoną. Moim zdaniem.
John prychnął.
- Ja i Sherlock jesteśmy sobie przeznaczeni? Boże.
- A wiesz, że tak - powiedział Greg dość poważnie. - Podczas tej pierwszej sprawy, z pomylonym taksówkarzem-seryjnym mordercą, pamiętasz? Zrobiliśmy wam nalot narkotykowy w mieszkaniu, on jechał po nas jak po łysej kobyle, a ciebie znał, co, jeden dzień? I poprosiłeś o wyjaśnienia, a on naprawdę wyjaśnił, i to bez komentarza. Pomyślałem wtedy: "Ci goście powinni się pobrać".
John nie mógł powstrzymać śmiechu.
- I myślałem to jeszcze wiele razy przez te wszystkie lata. - Usta Grega drgnęły, gdy usłyszał śmiech Johna. - Ostatnio, kiedy nazwał cię mikroskopem. To chyba najmilsza rzecz, jaką kiedykolwiek komukolwiek powiedział.
John zamilkł i przemyśliwał to przez chwilę.
- Taaak, w sumie pewnie tak.
Rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju weszła Donovan i posłała Johnowi ostrożny uśmiech. John też się do niej uśmiechnął, bez przekonania, bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby.
- Trup w południowym Londynie - powiedziała. - Najprawdopodobniej zbrodnia z namiętności. Chcą, żebyś to sprawdził.
- No dobra – Greg zdjął nogi z biurka. John wstał.
Zanim wyszedł, Greg poklepał go po ramieniu i z naciskiem powiedział:
- Walnij go.
Donovan uniosła brwi, najprawdopodobniej świadoma, że rozmawiają o Sherlocku, ale nic nie powiedziała.
A John, czując się trochę malutki, trochę wielki, a trochę wszystko, uśmiechnął się słabo i zostawił ich samych. Dopiero w pół drogi zdał sobie sprawę, że Greg nie spytał o Mary, i był mu za to wdzięczny w pełen poczucia winy sposób, bo przypomniał sobie, jak żona Grega zdradzała go, zanim się rozstali. Kurwa mać, Greg naprawdę był dobrym przyjacielem.
xxx
Ian wszedł do pubu nieco spóźniony. John już zamówił mu piwo.
- Cześć, panie doktorze - powiedział ciepło.
John uśmiechnął się.
- Cześć, Ian. Tym razem mniej przypominasz jednego z moich pacjentów.
Ian wzruszył ramionami.
- Trochę mi lepiej.
John uśmiechnął się ponownie, naprawdę szczęśliwy, że to słyszy.
- Billa nie będzie?
- Nie, ma coś z córką... przedstawienie w szkole, czy coś.
- Dobrze - powiedział John, bo Bill im kiedyś wyznał, że jeśli czemuś czuje się winny, to temu, że tak ciężko musi walczyć, by zachować szczere zainteresowanie dziećmi mimo apatii wywołanej swoją depresją. Był samotnym ojcem i najwyraźniej to był dla niego najtrudniejszy aspekt sytuacji, może poza ewidentnie niesamowicie napiętą relacją z byłą żoną i, rzecz jasna, pustką pozostałą po prawdziwym najlepszym przyjacielu - to ostatnie John akurat rozumiał z doświadczenia. I tylko to.
- Mam nadzieję, że się powstrzyma i w trakcie przedstawienia nie zacznie udzielać rad, jak poprawić dialogi - stwierdził Ian. Obaj uśmiechnęli się odrobinę gorzko.
- Hej. - Ian napił się piwa. - Chcę wiedzieć, jak się masz. Ostatnio absolutnie pozbawiłem wszystkich ich niezbywalnych praw do łzawych, egocentrycznych monologów.
- Nawet nie próbuj - ostrzegł go John stanowczo. - Nie ma czegoś takiego jak ściśle określony czas na łzy, a ty bardzo tego potrzebowałeś.
- To prawda. - Ian skinął głową. - Co jeszcze nie oznacza, że nikt inny go nie potrzebował.
John wbił wzrok w piwo. A potem wbił wzrok w Iana, zastanawiając się, ile może powiedzieć. To wydawało się niewłaściwe, bo zawsze mógł powiedzieć mu niemal wszystko. Jemu i Sharon, i Billowi, bo wszyscy siedzieli w tej samej, niestabilnej, zniszczonej łódce, tonącej w otchłaniach, istnienia których nawet nie podejrzewali. Ale teraz nie było już tak łatwo.
- Jest zajebiście dziwnie i zajebiście strasznie - wybrał w końcu jedną część prawdy, zamiast części: "Jest tak cholernie trudno, ale jestem taki szczęśliwy, że dostałem nową szansę", lub części: "Przespałem się z nim w końcu i to takie straszne, że musiał umrzeć, byśmy zrobili ten krok".
- Jak znalezienie się w środku zombie-apokalipsy? - zaproponował Ian lekko. Faktycznie, wydawało się, ze jest w lepszym stanie niż ostatnio.
John roześmiał się.
- Tak sądzę... i na pewno nieustannie muszę uważać, co mi się czai za plecami.
Ian patrzył na niego przez chwilę.
- Pokłóciłeś się z nim już?
- Tak - przyznał John po chwili wahania. - Jeszcze nie o wszystko. Jeszcze nie o ułamek tego, o co by się chciało. Ale o część. Mieliście rację, on może to przyjąć.
- Mówienie dobrze albo wcale o żywych jest bez sensu. - Ian znów łyknął piwa.
- W sumie mówienie dobrze albo wcale o zmarłych też.
- No wiesz - zauważył Ian miękko. - Nie mogą się już bronić, więc to trochę co innego.
John zamyślił się na chwilę.
- Właśnie to uwielbiam w naszej małej grupce. Tego brakuje dużej grupie. Szorstkości. My możemy powiedzieć: "Boże, ci ludzie, których straciliśmy, byli czasem zajebistymi dupkami". I będziemy wiedzieć, że to nie znaczy, że nie kochaliśmy ich z całej siły.
- Ellen była czasem koszmarna - podpowiedział Ian usłużnie. - Zaprzeczanie temu ubliża innym wspomnieniom, kiedy była cudowna.
John popatrzył na niego. Tak, czuł się lepiej, ale nie wrócił jeszcze do dawnego, błyskotliwego siebie.
- Wszystko dobrze?
- Powiedziałem ci, dzisiaj chcę rozmawiać o tobie. Ale tak, panie doktorze. Wszystko dobrze, po prostu, no wiesz, chciałbym, żeby tu była, aby wciąż być moim koszmarem.
- I to nie tylko sennym – dodał mimowolnie John, myśląc o Sherlocku, o tym, jak rzeczywistość okręca się wokół fantazji, jak je pożera, jak wprowadza je w życie w sposób, którego nikt nigdy nie zdołałby przewidzieć, więc co naprawdę było prawdą, czy prawda w ogóle istniała poza zmienną, wirującą przestrzenią języka...? Ludzie w snach robili rzeczy nie do pojęcia, ale na jawie robili rzeczy jeszcze dziwniejsze. Myślał też, że czasem w ogóle nie słyszał, co Sherlock przekazuje mu swoim ciałem, swoją nowo odkrytą fizycznością, życiem buzującym w jego wnętrzu, i o tym, że Johnowi wyraźnie brakowało umiejętności, by odczytać ślady i milczące słowa.
- No właśnie – powiedział cicho Ian. Serce Johna drgnęło. Zastanawiał się, czy był jedyną osobą na tej planecie, która wiedziała, jak to jest, gdy ktoś powraca ze sfery, która powinna być zupełnie, zupełnie zamknięta – nie po prostu: „Nie miałem od niego wieści od trzydziestu lat" ani „Obiło mi się o uszy, że mieszka we Francji", ani „Kiedyś wspominała, że w tym wieku będzie miała dzieci, ale w sumie nie wiem", ale naprawdę, zupełnie, nieodwołalnie: „Patrzyłem, jak umiera. Poczułem, jak jego skóra przylega do mojej w zupełnie nowy sposób, bo już nie miała nic do oddania. Przyjąłem w siebie jego ostatnie słowa". Ten rodzaj granicy, ten rodzaj bariery – nawet, jeśli w pół śnie, pół jawie powracał gorączkowy głos: „To sztuczka, magiczna sztuczka"... Czy istniał ktoś jeszcze, kto wiedział, jak to zmienia ruch wiatru i kąt padania słońca? To, że jednak można ją przekroczyć?
Naprawdę, nie miał Ianowi nic do powiedzenia, może poza:
- Wszystko jest pojebane.
Ian roześmiał się, bo był Ianem. Stuknęli się szklankami w ponurym porozumieniu.
Ostatecznie nie powiedział przyjacielowi, co naprawdę się działo między nim a Sherlockiem, ale to było w porządku – w przeciwieństwie do wielu innych rzeczy – bo cudownie było spędzić wieczór na złośliwych uwagach dotyczących beznadziejnego serialu albo położonego meczu rugby wyświetlanego na telewizorze za barem, na rzucaniu w siebie nawzajem orzeszkami i, od czasu do czasu, na rozmawianiu o uczuciach - „Dobra, jasne, to powiedz, jak się masz tak naprawdę" albo „Nie chrzań, opowiedz mi o nocach, o godzinach bez światła, o przepaści, która otwiera się pod tobą, gdy przechodzisz przez ulicę, opowiedz mi o snach, opowiedz mi o koszmarach, w których ona nie jest już koszmarna, opowiedz mi o sobie, opowiedz mi o tym, że nie wiesz, czy masz ciało, skoro nie możesz dotknąć nim jej ciała".
- Twoim zdaniem, alkohol sprawia, że ludzie są bardziej czy mniej szczerzy? - spytał Ian z charakteryzującym go niekiedy smutkiem. Bywał bardzo introspektywny, jeśli akurat nie był złośliwy. Teraz przypatrywał się swojej szklance wzrokiem, w którym była raczej melancholia niż smutek.
- Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że bardziej – odparł John, bo pomyślał o „Kocham cię" w pubie, o „John, nie rób tego, nie teraz", no i znowu wrócił do swojej mitologii, swoich banałów, bo co innego mu zostało? In vino veritas, serio? Sherlock śmiałby się i śmiał, i śmiał z niego, tyle że już nawet nie wiedział, czy naprawdę tak by było. I do tego mógł odczytać, co mówi mu drgnięcie prawego kącika ust Iana („Nie jestem pewien, czy mogę znowu kochać, wiesz?"), ale nie mógł odczytać, co oznacza: „ty".
Bo kim niby był?
Ale Ian powiedział:
- Hej, panie doktorze, chciałem, żebyś gadał ze mną o sobie, a nie tylko gapił się w przestrzeń. - I rzucił w Johna orzeszkiem. „Osolonym naszymi łzami".
Boże, miał takiego farta, że ci ludzie byli w jego życiu. Fart. Miał tak zajebistego farta pod tak wieloma względami.
xxx
Kiedy John wrócił do domu, Sherlocka nie było. Otwarte drzwi do sypialni detektywa wydawały się przepraszać tak, jak Sherlock nigdy nie byłby w stanie. Poczekał chwilę, a potem wysłał SMS-a:
Gdzie się podziałeś?
Odpowiedź jednocześnie mu ulżyła i go wkurzyła:
Poszedłem na spacer. SH
Sherlock nie odpowiedział za to na jego:
Dobra, to ja idę spać.
I dokładnie to zrobił, odnosząc wrażenie, że stanowczo ma zbyt wiele osobowości. A potem doświadczył momentu czystej paniki, gdy obudził się w środku nocy i ktoś był z nim w łóżku, i to odrobinę za bardzo przypominało wojnę. Ale potem pojawiło się tak intensywne, wszechogarniające uczucie szczęścia, gdy zdał sobie sprawę, że tym kimś jest Sherlock, że musiał sprawdzić sobie puls, by znów odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości.
Miał tylko nadzieję, że nie śni. Po chwili ostrożnie przesunął się w tył, bliżej do detektywa, który, wciąż obudzony, zareagował natychmiast, wtulając twarz w kark Johna i obejmując go ramieniem. Przycisnął nagi tors do osłoniętych koszulką pleców Johna.
- Dobrze? - wymamrotał, najwyraźniej już przysypiając.
A John stwierdził, że skoro leżą tak objęci, ma prawo znów pożyczyć język przyjaciela, więc szepnął:
- Ty idioto, czy to nie oczywiste, że tak?
Sherlock objął go mocniej, a John poczuł na karku, jak jego usta unoszą się w uśmiechu, gdy pogładził nosem to miejsce, w którym szyja Johna przechodziła w jego czaszkę.
xxx
I w ten sposób było dobrze przynajmniej na tę chwilę, bo Sherlock po dłuższej chwili zaczął mówić do szyi Johna (i trochę też milczał). Urwane zdania po angielsku i hiszpańsku i czasem po innemu, może to były słowa w innych językach, a może tylko dźwięki, które wyrzucał z siebie jego mózg we śnie, a John sądził, że czasem słyszał własne imię, co trochę pomagało rozluźnić ten węzeł w środku, o którym nawet nie wiedział, że jest tak mocno zaciśnięty. Bo jeśli Sherlock o nim śnił, to to - to - mogło być tylko rzeczywistością. Tak nierzeczywistą, jak to tylko możliwe.
I przynajmniej na tę chwilę było dobrze, rozmowy, które będą musieli odbyć - no więc, hm, co to jest to, co się między nami wydarzyło i no więc, hm, zerwałem z Mary i w sumie zrobiłem to dla ciebie i no więc, hm, planujesz znów uprawiać ze mną seks i no więc, hm, naprawdę chcę znów uprawiać z tobą seks i no więc, hm, czy to jest związek i no więc, hm, możesz nie być więcej dupkiem, ładnie proszę, po prostu czasem ze mną porozmawiaj i no więc, hm, czy wszystko z tobą w porządku i no więc, hm, co się stało w Peru i więcej, jeszcze więcej no więc, hm, sadzę, że mogę być w tobie zakochany i no więc, hm, czy jesteś we mnie zakochany w jakikolwiek sposób - rozpłynęły się w mroku nocy, w materii życia, która rozciągnęła się i otuliła ich w rzadkiej chwili spokoju.
