W twarz uderzyło go przyjemne, chłodne powietrze. Syriusz wyszedł na peron i rozejrzał się dokoła. Paliły się tutaj lampy, ale nie było widać co jest dalej, w okół panował mrok:
- Może mi wreszcie pomożesz? - Usłyszał poirytowany głos Raqueli, stojącej w drzwiach pociągu i blokującej wyjście.
- Sama nie potrafisz? - Zapytał sarkastycznie, ale podał jej rękę chcąc uniknąć większego skandalu.
- Nie byłam pewna czy sobie poradzę - oświadczyła dziewczyna, zeskakując z ostatniego stopnia i bezszelestnie lądując na ziemi.
- Ciekawe gdzie jest moja kuzynka - powiedział James, stając obok nich i rozglądając się dokoła.
Przesunęli się na bok i w milczeniu czekali, aż reszta uczniów opuści pociąg, zastanawiając się co będzie dalej. Po chwili dołączyły do nich inne osoby z przedziału. I w końcu:
- PIRSZOROCZNI TUTAJ DO MNIE! PIRSZOROCZNI - rozległ się ciepły, męski głos tuż obok nich.
Odwrócili się. Przed nimi stał olbrzymi, bardzo dziko wyglądający człowiek. Miał brodę, czarną i splątaną i takie same włosy. Spośród nich dobrodusznie pobłyskiwały ciemne oczy. Dłonie miał wielkości talerzy obiadowych (w jednej trzymał największą na świecie pochodnię), a stopy rozmiarów młodych delfinów. Ważył pewnie tyle, co średniej wielkości orka.
- No jak? Są jeszcze jacyś pirszoroczni? Wszyscy? No to idziemy.
Zeszli po poobtłukiwanych, betonowych, porosłych mchem schodkach, skręcili i ogarnęła ich ciemność. Szli milcząc za światłem bijącym z pochodni olbrzyma. Wydeptaną, wąską ścieżkę pokrywały zeschłe igły.
Głuchy łomot przerwał nocną ciszę. Olbrzym natychmiast się odwrócił, wyciągając przed siebie różowy parasol. Światło padające z jego pochodni oświetliło rozciągniętego na ziemi Galvina. Davy i James natychmiast pomogli mu wstać.
- To chyba było drzewo - powiedział chłopak, macając rękami w powietrzu.
- Uważaj, może ich być tutaj więcej - zaśmiał się Syriusz.
- Istotnie - rozległ się za nimi kpiący głos. - Zwłaszcza, że idziemy przez las...
Odwrócili się i zobaczyli tłustowłosego Severusa:
- Och, ty...
- Daj spokój, James - przerwał mu Syriusz. - Będzie jeszcze wiele okazji.
Ruszyli dalej za oddalającym się tłumem. Słyszeli szelest liści, musiało mocno wiać.
- PIRSZOROCZNI - odezwał się olbrzym. - Zara zobaczycie Hogwart!
Ostro zakręcili w prawo. Ich oczom ukazał się ogromny, średniowieczny zamek osadzony na skale wyłaniającej się z ogromnego jeziora. Był ciemny i majestatyczny. W małych okienkach, w licznych wieżyczkach migotały światła. Wokół Syriusza rozległy się głośne ochy i achy, widocznie wyrażające zachwyt.
Zeszli na nadbrzeże. Większość uczniów czekała już przy zacumowanych łodziach.
- O, Syriusz - rozległ się dobrze znany Syriuszowi głos Mortycji McGonagall.
- I już nas nie ma - usłyszał Gudgeonów, którzy czmychnęli natychmiast, gdy wiotka postać dziewczyny ruszyła w ich kierunku.
- I jak? Gotowy na przydział do Slytherinu? - zapytała Mortycja, stając tuż obok.
- Co ty chrzanisz o jakimś Slytherinie? - obruszył się James, natychmiast stając w obronie kolegi. - Ja go tam nie puszczę. Idzie ze mną do Gryffindoru.
- Tiara Przydziału się znalazła - syknęła ironicznie Raquela.
- Przeszkadza ci to? - zapytał James.
- Ani trochę. Trzeba unowocześniać metody, prawda? - zaśmiała się dziewczyna.
- Po czterech do łodzi - rozległ się głos olbrzyma. - A niech będzie więcej to nogi z tyłków powyrywam. - Zaśmiał się serdecznie.
- Akurat jest nas czworo - powiedziała Mortycja, wskazując na najbliższą łódkę.
W tym momencie Syriusz zorientował się, że panny Malfoy, które jeszcze przed chwilą stały za Raquelą, gdzieś zniknęły.
- A co ty taki pewny, że w Gryffindorze będziesz? - Zapytała Mortycja Jamesa, gdy ten szarmancko podał jej rękę, żeby pomóc jej wsiąść do łodzi. - Jak się nazywasz?
- Potter, a co?
- No to możesz być. - Mortycja prawie się uśmiechnęła. - Jestem Mortycja McGonagall - wyciągnęła rękę do wchodzącego do łódki Jamesa.
- Słyszałem dużo... dobrego... - odpowiedział chłopak, siadając obok niej i ściskając jej dłoń.
Mortycja uśmiechnęła się promiennie do Syriusza. Jej spojrzenie padło na Raquelę, którą jak dotąd uprzejmie ignorowała.
- Raquela Lestrange - przedstawiła się przygnieciona badawczym spojrzeniem dziewczyny.
- Przyszła żona Syriusza - dodał kpiąco James i wybuchnął śmiechem. Szybko przyłączyli się do niego także Syriusz i Raquela.
- I Ślizgonka - dodała gorzko Mortycja.
- NAPRZÓD - ponownie rozległ się głos olbrzyma, a łódka lekko szarpnęła i wraz z całą flotyllą ruszyła przez ciemne jezioro w kierunku zamku.
- Co to za gość? - Zapytał James, wskazując na olbrzyma.
- Och, to Hagrid - wyjaśniła natychmiast Mortycja. - Równy z niego gość, choć trochę... gapowaty. Jest gajowym i strażnikiem kluczy w Hogwarcie. Mieszka w chatce obok Zakazanego Lasu...
- Zakazanego Lasu?
- Dokładnie. To las na skraju szkolnych błoni. Uczniom nie wolno do niego wchodzić. Pełno tam fascynujących... to znaczy niebezpiecznych stworzeń...
Oczy Syriusza i Jamesa rozbłysły tym samym blaskiem. Blaskiem, który miał im towarzyszyć przez najbliższe lata, a oznaczającym pożądanie przygody i ryzyka.
Tymczasem w łódce obok, ktoś wyraźnie miał kłopoty.
- HEJ! AURORA! - wydarł się nagle James i zaczął energicznie machać ręką.
Jedna z dziewczynek z sąsiedniej łódki natychmiast się odwróciła i także pomachała, szeroko się uśmiechając.
- To właśnie jest Aurora - wyjaśnił James. - Moja kuzynka.
Syriusz przyjrzał się dziewczynie dokładniej. Choć w mdłym świetle pochodni Hagrida trudno to było stwierdzić na pewno, to włosy chyba miała czarne jak James, kręcone na końcach. Oczy też brązowe, ale dużo ciemniejsze niż jej kuzyn. Dziewczyna dostrzegła jego spojrzenie i szybko się odwróciła, na powrót zajmując się kolegą z łódki, który nie za dobrze się czuł.
- Głowy w dół - rozległ się głos Hagrida, gdy jego łódź dotarła do skalnego urwiska.
Pochylili głowy i zaraz za łódką olbrzyma, przez szeroki, ale niski otwór w skale wpłynęli do wydrążonego tam tunelu. Tunel był tak wąski, że ręką można było dotknąć jego ściany. W końcu dotarli do podziemnej przystani oświetlonej pochodniami przyczepionymi do kamiennych ścian.
Wyszli na skaliste nadbrzeże. Kolejne łódki dobijały do brzegu. Mały chłopiec z łodzi kuzynki Jamesa zaraz po wyjściu na brzeg zgiął się w pół i zwymiotował.. Mortycja natychmiast pośpieszyła na ratunek jego szacie. Hagrid sprawdzał łodzie, z których wyszli pierwszoroczniacy. Syriusz chciał coś powiedzieć do Jamesa, ale uzmysłowił sobie, że chłopak zniknął. Koło niego stała tylko Raquela.
- O, wysiadłaś sama - rzucił w jej stronę.
Raquela zrobiła złośliwą minę. Ruszył więc w stronę grupki, do której przyłączyli się James i Mortycja.
- ... James nie ma innej kuzynki - mówiła Mortycja do Aurory. - Coś niecoś wiem o rodach czystej krwi.
- Jak miło - rzucił sarkastycznie stając za dziewczyną. - Jestem Syriusz Black, a to Raquela Lestrange...
- Tak, jego przyszła...
- Daj spokój - przerwał Jamesowi Syriusz, dobrze wiedząc, co chłopak chce powiedzieć.
- Idziemy - oświadczył Hagrid, wchodząc do skalnego korytarza.
W korytarzu kamienne stopnie prowadziły ostro w górę. Idąc za dalekim światłem pochodni Hagrida bardzo trzeba było uważać, żeby nie powpadać na siebie nawzajem.
Wyszli na gładką murawę w cieniu zamku. Dopiero teraz zobaczyli Hogwart w całej jego okazałości. Ogromny, zbudowany z wielkich, szarych głazów. Do wielkiej, dębowej bramy prowadziły kamienne schody.
- Już wszyscy? - olbrzym ogarnął wzrokiem uczniów i poprowadził ich do bramy. Uniósł dłoń i zapukał trzykrotnie.
Wrota otworzyły się same i weszli do sali wejściowej. Była tak wielka jak stajnie treningowe w hodowli ojca. Marmurowe schody prowadziły na piętro. Tuż przy nich stała wysoka kobieta w karminowej szacie. Miała czarne włosy upięte w ciasny kok i długie, ciemne paznokcie.
- Tylko jej tutaj brakowało - szepnęła Mortycja.
Kobieta chyba tego nie dosłyszała.
- Hagrid, nareszcie - powiedziała, obserwując tłum nowych uczniów. - Już się niepokoiliśmy.
- Przepraszam, pani psor - odpowiedział Hagrid. - Wyjątkowo oryginalni pirszoroczniacy się nam trafili. - Pirszoroczni, profesor McGonagall, nowy zastępca dyrektora - przedstawił kobietę.
- Dziękuję Hagridzie - odparła profesor McGonagall. - Możesz już wejść do Wielkiej Sali. Zaraz ich przyprowadzę.
Odczekała, aż olbrzym zniknie za drzwiami, po czym omiotła uczniów wzrokiem.
- Witajcie w Hogwarcie. Zaraz przekroczycie ten próg by dołączyć do reszty uczniów - powiedziała. - Zanim jednak usiądziecie, przydzielimy was do waszych domów. Zwą się Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Podczas pobytu tutaj każdy dom zastępuje rodzinę. Za osiągnięcia zdobywacie punkty, za przewinienia odejmujemy je. Punkty sumuje się, a dom, który ma ich najwięcej zdobywa Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Ceremonia Przydziału rozpocznie się za chwileczkę.
Wszyscy uczniowie wpatrywali się w milczeniu w profesor McGonagall. Wszyscy poza Mortycją:
- A tak długo układała to przemówienie - mruknęła zrezygnowana.
- Proszę ustawić się w pary - powiedziała profesor McGonagall - i pójść za mną.
Syriusz natychmiast staną obok Jamesa. Niestety, Raquela stanęła tuż za nim, a z nią w parze Mortycja.
- Zaraz zostaniesz Ślizgonem - syknęła mu do ucha, a gdy się odwrócił wyszczerzyła do niego zęby.
Profesor McGonagall poprowadziła ich do Wielkiej Sali. Patrząc na lśniące, czarne włosy kuzynki Jamesa, Syriusz ruszył ku swojemu smętnemu przeznaczeniu.
W każdym bądź razie jestem w Hogwarcie, pocieszał się przez całą drogę między oświetlonymi blaskiem świec stołami. Dwoma po obu stronach wąskiego przejścia, z rzędami nieruchomych twarzy przy każdym z nich. Dotarli do piątego stołu, stojącego na lekkim podwyższeniu przy końcu sali. Siedzieli przy nim profesorowie. Syriusz natychmiast rozpoznał przedstawionego mu na weselu Belli profesora Slughorna. Siedział po lewej stronie dyrektora Hogwartu, Albusa Dumbledore'a, którego podobizna znajdowała się na jednej z kart z czekoladowych żab, którą zdobył James w pociągu. Był to człowiek szczupły i wysoki. W bogatej, granatowej szacie. O siwych, prawie białych, długich włosach i takiej samej brodzie. Znad okularów połówek dobrodusznie spoglądały na uczniów jasnoniebieskie oczy. I biła od niego jakaś dziwna aura. Tak, zdecydowanie był wielkim czarodziejem.
- Spójrz w górę - usłyszał szept Mortycji.
Podniósł głowę, a nad nim rozkwitło całe morze gwiazd. Jakby Wielka Sala znajdowała się pod gołym niebem.
- Zaczarowane - wyjaśniła natychmiast panna McGonagall. - Ma wyglądać jak niebo nad nami. Łatwo będzie można sprawdzać pogodę.
Inni uczniowie już przestali zachwycać się sklepieniem. Zapewne dostrzegli je dużo wcześniej niż Syriusz. Teraz wpatrywali się w jakąś wyświechtaną, zakurzoną tiarę. Chłopiec także na nią spojrzał. Zaledwie to zrobił, szef przy rondzie kapelusza się rozpruł i tiara zaczęła śpiewać:

Nie mówcie o mnie piękność,
Bo wam nie uwierzę,
Gdy na głowę mnie włożysz
Zachęcę do zwierzeń.
Inne jest me zadanie
Niż ozdabianie szkoły:
Od lat blisko tysiąca
Dzielę was na domy.
Odkąd założycieli czterech
Hogwart podzieliło
Na mnie obowiązek
Przykry ten złożyło.
Do domu Gryffindora
Trafiać mają prawi,
Uczciwi i odważni,
Męstwem zawsze sławni.
Piękna Ravenclaw chciała
Mędrców wychowywać,
Więc wiedzę i bystrość
Muszę u niej zachowywać.
Rządny władzy Slytherin
Prędko mi nakazał
Sprytnych oraz ambitnych
W jego ręce dawać.
Huffelpuff delikatna
Wybierać nie chciała,
Więc wiernych i pracowitych
W nagrodzie dostała.
I dziś, po tylu latach
Swą rolę muszę pełnić,
Do domów was przydzielić,
By wolę tamtych spełnić.
Choć błąd popełnić mogę
I wysłać cię w złe progi
Ty w swoim sercu szukaj
Dla ciebie dobrej drogi.
Tak więc dalej, do dzieła,
Na głowę mnie wkładajcie,
Z przyjęciem pewnego
Nigdy nie czekajcie!

Rozbrzmiały oklaski. Profesor McGonagall wystąpiła na środek i rozwinęła długi zwój pergaminu:
-Gdy kogoś wyczytam podchodzi tutaj - wskazała na stołek o trzech nogach. - Ja włożę mu na głowę Tiarę Przydziału.
I ceremonia się rozpoczęła:
- Abbott, Jemma!
Z szeregu wystąpiła nieco przestraszona dziewczynka, o dużych, niebieskich oczach. Gdy usiadła, profesor McGonagall położyła jej na głowie tiarę. Chwila ciszy i:
- HUFFLEPUFF!
Przy środkowym stole po prawej stronie rozległy się oklaski. Uśmiechnięta Jemma ruszyła w tamtym kierunku. Chwilę później dołączył do niej jej brat. Następnie przydzielono jakąś Krukonkę, a "Aubrey, Bertram" jako pierwszy trafił do Slytherinu. Syriusz niechętnie spojrzał w tamtą stronę. Dostrzegł Andromedę i Narcyzę, a także Lucjusza Malfoya z odznaką prefekta na piersi. Nieco dalej siedzieli bracia Lestrange.
- Belcher, Humphrey!
- RAVENCLAW!
- Black, Syriusz!
Syriusz przełknął ślinę. Na tym świat się nie kończy. A może? Wyprostował się i usiadł na stołku. Ledwo profesor McGonagall nałożyła mu tiarę na głowę usłyszał w uszach cichy szept:
- Bardzo dziwne.
A potem tiara krzyknęła:
- GRYFFINDOR!
Nie od razu to do niego dotarło. Nie tylko do niego. Narcyza przy stole Slytherinu, zakrztusiła się pitym właśnie sokiem, a Mortycja wyglądała jakby odwołano Boże Narodzenie. Andromeda kręciła z niedowierzaniem głową, James za to uśmiechał się szeroko.
Czując, że musi wyglądać bardzo głupio, powędrował w stronę stołu Gryfonów, gdzie witano go gromkimi brawami.
- Bones, Amelia! - wywołała znów profesor McGonagall.
- HUFFLEPUFF!
"Catchlove, Greta" także została przydzielona do Hufflepuffu, "Dagworth-Granger, Laila" powędrowała do Ravenclawu, a "Dearborn, Caradoc" znów do Hufflepuffu.
- Evans, Lily! - zawołała McGonagall.
Na trzęsących się nogach wystąpiła do przodu ruda z pociągu. Ledwo tiara dotknęła jej kasztanowych włosów, zawołała:
- GRYFFINDOR!
Syriusz odsunął się nieco na ławce, by zrobić Lily miejsce obok siebie. Spojrzała na niego i od razu go poznała, bo skrzyżowała ręce na piersiach i stanowczo się od niego odwróciła, siadając dokładnie na przeciwległym miejscu, po drugiej stronie stołu.
No to mam już przewalone u jednej z koleżanek, pomyślał Syriusz i zachciało mu się śmiać.
Następnie obaj Gudgeonowie trafili do Hufflepuffu, potem "Knot, Coral" i "Knot Rufus" do Ravenclawu.
- Lestrange, Raquela!
Dumna i spokojna Raquela wystąpiła do przodu. Zanim jednak usiadła na stołku, zdążyła rzucić Syriuszowi mordercze spojrzenie.
- SLYTHERIN! - wykrzyknęła po chwili tiara i Raquela mogła ruszyć w stronę swoich braci.
A zaraz po niej:
- Levieaux, Cassidy!
Cassidy siedziała na krześle bardzo długo. Jak na razie najdłużej ze wszystkich. Był to dość przyjemny widok, ale w końcu:
- SLYTHERIN!
Na twarzy siedzącego wśród Gryfonów brata Cassidy malował się ciężki szok. Sama Cassidy, trzęsąc się cała, niemal ze łzami w oczach, powędrowała ku stołowi Slytherinu, gdzie witano ją aplauzem.
Teraz z tłumu wystąpił Remus Lupin. Na stacji King's Cross Syriusz nie przyjrzał mu się dokładnie, teraz jednak wydało mu się, że chłopak wygląda dużo lepiej niż w dniu meczu Strzał z Chlubami. Usiadł na stołku i:
- GRYFFINDOR!
Szeroko uśmiechnięty usiadł obok Syriusza. Nie mieli jednak czasu, aby porozmawiać, bo "MacFausty, Trevor" został właśnie przydzielony do Ravenclawu, a potem "Macmillian, Alicja", dziewczynka o ślicznej, okrągłej twarzy, do Hufflepuffu. Nieco poddenerwowana Sonya Malfoy bardzo szybko powędrowała do Slytherinu, kilka sekund później dołączyła do niej zupełnie spokojna Sophia i usiadła naprzeciwko swojego brata prefekta.
- McGonagall, Mortycja - zawołała pani profesor.
Mortycja uśmiechnęła się złośliwie i ruszyła przed siebie, aby usiąść na stołku. Jej marzenie bardzo szybko się spełniło.
- GRYFFINDOR!
Dziewczyna podeszła do stołu Gryfonów, ale zamiast usiąść na wolnym miejscu wpakowała się między Syriusza, a Remusa, sycząc do niego "przesuń się".
"Meadows, Dorcas", dziewczynka, którą Syriusz widział w sklepie Ollivandera również została przydzielona do Gryffindoru, natomiast "Mulciber, Malcolm" i "Nott, Celeste" zasilili szeregi uczniów Slytherinu. O dziwo "Pettigrew, Peter", chłopiec, który wymiotował na przystani, po dłuższej chwili przydzielony został do Gryffindoru. Uśmiechnął się, potknął o stopień, ale szczęśliwym trafem udało mu się dotrzeć do właściwego stołu w jednym kawałku. Usiadł obok obrażonej na Syriusza Evansówny. O dziwo dziewczyna uśmiechnęła się do niego promiennie.
Potem "Ponter, Roddy" został Krukonem, a profesor McGonagall wyczytała:
- Potter, James!
Energicznym krokiem, z wiecznie przylepionym do ust szerokim uśmiechem, okularnik podszedł do stołka o trzech nogach. Niemal natychmiast tiara wykrzyknęła:
- GRYFFINDOR!
James szybko podszedł do stołu swojego domu i usiadł na przeciwko Syriusza:
- I co? - szepnął do niego i do Mortycji. - To wcale nie było takie trudne.
Tym czasem "Quirrell, Kwiryniusz" powędrował do Ravenclawu. Potem przydział otrzymali Rosier i Shingleton. Syriusz ziewnął potężnie.
- Sinistra, Aurora!
- Moja kuzynka! - James kopnął Syriusza pod stołem. Chłopak mimowolnie zacisnął kciuki.
- GRYFFINDOR! - wykrzyknęła tiara po krótkiej chwili.
Lekko oniemiała dziewczynka podeszła do ich stołu, a James przesunął się lekko w prawo, aby zrobić jej miejsce koło siebie. Gdy usiadła poklepał ją po plecach:
- No i po wszystkim - powiedział.
Aurora nie wyglądała najlepiej. Uśmiechnęła się dopiero gdy James podsunął jej pod nos puchar z dyniowym sokiem.
- Skeeter, Rita! - potoczył się po sali głos profesor McGonagall, a spośród szóstki nie mających jeszcze przydziału uczniów wystąpiła blondwłosa dziewczynka w okularach, której ojciec pracuje w hodowli skrzydlatych koni Blacków. Trafiła do Ravenclawu.
- Snape, Severus.
Chłopak powlókł się do stołka plątając się w szatę. Długo się na nim nie nasiedział, bo tiara zawołała:
- SLYTHERIN!
Syriusz przyuważył, że zanim ruszył w stronę swojego stołu, rzucił smętne spojrzenie Evansównie.
- Ma czego chciał - podsumował.
- A ja współczuję osobie, która przydzielana będzie po nim. - Usmoli sobie włosy.
- Żeby tylko nie złapała jakiś wszy - dorzucił Syriusz.
Obaj chłopcy wybuchnęli śmiechem, jeśli choć na chwilę pojawił się w nich cień współczucia dla tego dziwoląga, teraz na pewno im przeszło.
Stebbins... Toots... Violontieri..., dziewczynka, która stała na King's Cross razem z Cassidy siedziała na stołku nieprzyzwoicie długo, przydzielona została do Slytherinu, usiadła koło przyjaciółki i położyła jej głowę na ramieniu. Cassidy już od chwili wyzywała na Snape'a, szkoda, że nie dało się dosłyszeć słów.
I w końcu:
- Wilkes, William.
- SLYTHERIN! - wykrzyknęła tiara, a Ceremonia Przydziału dobiegła końca.
McGonagall wyniosła tiarę do sali obok i zajęła miejsce po prawej stronie dyrektora. Albus Dumbledore zamienił z nią kilka słów, po czym powstał:
- Witam w nowym roku szkolnym w Hogwarcie. Pozwólcie, że powiem kilka słów zanim ta wspaniała uczta zamroczy wam mózgownice - oznajmił, a w Wielkiej Sali zaległa cisza. - Mamy kilka zmian w gronie nauczycielskim. Najważniejsza, bardzo miło mi oznajmić, że moim nowym zastępcą została profesor McGonagall. Zastąpiła na stanowisku profesora Herberta Beery'ego, gdyż ten zjawił się u mnie pewnej gwieździstej nocy i oznajmił, że odchodzi z Hogwartu, aby realizować swoje artystyczne aspiracje.
Przez Wielką Salę potoczyły się śmiechy uczniów starszych lat.
- O co im chodzi? - zapytała Aurora.
- Właściwie to o nic - pospieszył z wyjaśnieniem prefekt siedzący na lewo od Jamesa. - Po prostu profesor Beery co roku błagał Dumbledore'a, aby pozwolił mu wyreżyserować w Hogwarcie przedstawienie teatralne. Nigdy nie uzyskał zgody. Wciąż obowiązuje tutaj zakaz grania spektakli wydany jeszcze przez profesora Dippeta, poprzedniego dyrektora. Podobno kiedyś, przy takiej okazji, omal nie spłonął cały zamek.
Syriusz natychmiast wyobraził sobie amatorską dekorację teatralną stającą w płomieniach, nie wiedzieć dlaczego wywołało to u niego napad głupawki. James też się śmiał. Umilkli dopiero gdy napotkali pogardliwe spojrzenie Lily Evans.
- Profesora Beery'ego możecie więc od tego roku spotkać w Czarodziejskiej Akademii Teatralnej, o ile ktoś się tam wybiera - stwierdzenie dyrektora wywołało kolejną salwę śmiechu. - Mnie natomiast bardzo miło powitać wśród nas profesor Pomonę Sprout, która objęła posadę nauczyciela zielarstwa.
Młoda kobieta, o brązowych, kręconych włosach, lekko skinęła głową gdy rozległy się oklaski.
- Opiekunem Hufflepuffu zgodził się zostać profesor Clavius i ...
Głos Dumbledore'a został zagłuszony przez chóralny ryk radości Puchonów. Najwyraźniej byli zachwyceni. Ciekawe czy tak lubią profesora Clavius'a czy też tak nie znosili profesora Beery'ego.
- Wsuwajcie - przebił się przez nich głos dyrektora.
Do tej pory lśniące złotem półmiski napełniły się jedzeniem. Nawet na wydawanych na pokaz przez Blacków przyjęciach nie było takiej rozmaitości potraw. Syriusz z niedowierzaniem przyglądał się roladom, szaszłykom, frytkom, kiełbaskom, sałatkom, serom, bułkom i masie specjałów, których nigdy dotąd nie widział. W końcu sięgnął po misę wypełnioną spaghetti i nałożył sobie pokaźną porcję. James zajadał się tłuczonymi ziemniakami z cebulką i jakąś mięsną potrawką. Spojrzał na Mortycję:
- Czym tyś tak wystraszyła Gudgeonów? - zapytał ją niezbyt elegancko, z pełnymi ustami.
- Gudgeonów? - zapytała uprzejmie, odkładając na chwilę widelec.
- Tak - włączył się Syriusz. - Spotkałaś ich na King's Cross, a na przystani nad jeziorem zwiewali przed tobą tak szybko, że Błędny Rycerz by ich nie dogonił. Na pewno wiesz którzy to.
Mortycja zrobiła tajemniczą minę.
- Podobno opowiedziałaś im cały życiorys - dodał James.
- Życiorys? Jaki życiorys? - obruszyła się dziewczyna, a pamięć najwyraźniej jej wróciła. - Ja im tylko powiedziałam, że skoro mamy być na jednym roku, to mogliby być tak uprzejmi i mi się przedstawić.
James ryknął śmiechem. Syriusz spojrzał na przyjaciela, nie wytrzymał i też wybuchnął.
- Rodzice chyba nie mają z tobą lekko, co? - Wydusił James, zanim Syriusz zdążył go powstrzymać.
- Nie żyją - wyjaśniła szybko Mortycja, tym samym obojętnym tonem, co dwa miesiące temu w księgarni Esy i Floresy.
- No... tego... to kto się tobą zajmuje? - James Potter po raz pierwszy był tak zmieszany.
- Sama się sobą zajmuje - odpowiedziała wyzywająco. - To znaczy po śmierci mamy w Ministerstwie Magii stwierdzili, że mają się mną zaopiekować siostra i brat, ale jak na mój gust to oni sami bardziej potrzebują opieki niż ja.
- Jesteś okropna - podsumował szeroko uśmiechnięty James.
- Samodzielna - poprawiła Mortycja. - W przeciwieństwie do mojego rodzeństwa. Weźmy takiego Maxa. Sam nie ustali gdzie włożył różdżkę, nawet jeśli ma ją we własnych gaciach. Przydałaby mu się żona, ale która z nim wytrzyma. Syriusz widział jak działają na niego czarownice.
- Moim zdaniem jego reakcje były całkiem poprawne - zauważył Syriusz, przełykając to co miał w ustach.
- Skoro mój ojciec się ożenił to i twój brat sobie poradzi - powiedział James, bacznie przyglądając się temu, co robi jego kuzynka i kilku innych pierwszorocznych Gryfonów, w tym ruda. Najwyraźniej starali się nakarmić swojego kolegę od wymiotów.
- Za to mój ojciec nie miał z tym najmniejszych problemów - powiedział Syriusz, odrywając wzrok od tej samej sceny. - Po prostu wybrali mu żonę.
- I serdecznie mu współczuję - oznajmiła Mortycja.
- Mortycja miała w wakacje okazję poznać moją matkę - wyjaśnił Syriusz zdziwionemu Jamesowi. - Przemiła kobieta.
- Chyba jak śpi, albo ma zapalenie gardła.
- Czym zajmują się twoi rodzice? - zagadnął James.
Syriusz wzruszył ramionami:
- Matka nie robi absolutnie nic.
- Chyba, że się wydziera - dodała Mortycja.
Chłopiec przyznał jej rację.
- Ale trudno to nazwać czymś konstruktywnym... A ojciec prowadzi hodowlę skrzydlatych koni. Nic specjalnego. Nie często bywa w domu. I wcale mu się nie dziwię.
- A co robi twój brat? - Zwrócił się James do Mortycji, na razie postanawiając nie drążyć tematu.
- Podróżuje po świecie i...
Urwała, bo przez stół tuż obok niej przeniknęła perłowobiała postać.
- Przepraszamy za spóźnienie - powiedział duch, unosząc się ponad stołem i majestatycznym gestem poprawiając kryzę w okół szyi. - Mieliśmy pilną naradę.
Istotnie, narada musiała być pilna, bo trzy inne duchy już wyjaśniały coś dyrektorowi Hogwartu. Inne polatywały między stołami, wciąż zawzięcie się sprzeczając.
- Pierwszoroczni - odezwał się ponownie prefekt, który do tej pory był zajęty dyskusją ze swoimi kolegami. - Miło mi przedstawić wam sir Nicholasa de Mimsy-Porpingtona, ducha rezydenta wieży Gryffindoru, zwany przez nas Prawie Bezgłowym Nickiem.
- I po co było to dodawać - mruknął Prawie Bezgłowy Nick, patrząc na niego jak na wyjątkowo opasłą bahankę. - Teraz zaczną się niezręczne pytania.
Dobrze wiedział co mówi, bo natychmiast chłopiec, którego karmili Remus, Aurora i ich koleżanki, zapytał:
- Co to "prawie" oznacza?
- Otóż to! - wykrzyknął duch i pociągnął się za prawe ucho.
Głowa opadła mu na ramię, ukazując przeźroczyste wnętrzności i sterczącą kość. Nie można jej było jednak oddzielić od reszty jego postaci, bo była z nią połączona kawałkiem srebrzystej skóry. Widok był tak groteskowy, ze Syriusz, nie wiadomo, który dzisiaj raz, wybuchnął śmiechem. Nigdy, aż tyle się nie śmiał.
- Co roku znajdzie się mądraliński, który o to zapyta. - Nick przymocował głowę z powrotem na jej miejscu podnosząc kryzę. - Przeklęty kat. Mógłby się bardziej przykładać do wykonywanej pracy... Jaka by ona nie była. Czterdzieści pięć uderzeń toporem i co? Głowa wciąż się trzyma... jedno ścięgno i pół cala skóry...
James też trząsł się ze śmiechu.
Mortycja właśnie nakładała sobie trzecią porcję frytek, gdy niebo nad nimi przecięła błyskawica, a deszcz zaczął bębnić w sklepienie Wielkiej Sali. Prawie Bezgłowy Nick już szykował się, aby usiąść obok Syriusza, gdy rozległ się potężny trzask, a w otwartych drzwiach stanęła zakapturzona postać w czarnej, ociekającej wodą pelerynie. Prowadziła na smyczy najprawdziwszego, przykulonego do ziemi wilka. Po figurze poznali, że to kobieta. Otrzepała się z wody i dłonią o długich, błyszczących czarnych paznokciach zsunęła z głowy kaptur. Wszystkim uczniom ukazała się twarz o żółtych oczach jastrzębia i krótkich, rudych, prawie czerwonych włosach. Obrzuciła wszystkich uczniów ostrym spojrzeniem i ruszyła ku przodowi Wielkiej Sali. W ciszy, która zapadła po jej nagłym pojawieniu się słychać było tylko odgłos obcasów na kamiennej posadzce i coraz mocniej padający deszcz. Gdy kobieta weszła na podwyższenie, na którym znajdował się stół nauczycielski powstał Dumbledore.
- Przeklęty deszcz - powiedziała czarownica, nie dbając o to by przyciszyć głos. - Zaczęło padać gdy byłam już u wrót Hogwartu. Jakby nie mogło jeszcze chwilę zaczekać.
Przejechała po swojej szacie różdżką, aby ją osuszyć, wszyscy obserwowali każdy jej gest, później znów spojrzała na dyrektora.
- Nie przedstawisz mnie? - zapytała, udając mocne zdumienie.
- Moi drodzy - powiedział Dumbledore, szeroko się uśmiechając - przedstawiam wam profesor Flavię Lanpori, która łaskawie zgodziła się objąć stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią.
Nie było oklasków jak przy przedstawianiu profesor Sprout. Dyrektorowi odpowiedziała głucha cisza.
- No cóż, na razie musi nam to wystarczyć - powiedział po chwili oczekiwania na jakąś reakcję. - A teraz czas na deser. Może to przywróci wam zdolność komunikowania się z otoczeniem.
Dyrektor klasnął w dłonie, a resztki kolacji zniknęły. Ich miejsce zajęły bryły nugatu, dzbany gorącej czekolady, misy bezów w śmietanie, lodów, sorbetów, owocowych galaretek. Pojawiły się talerze po brzegi wypełnione ciastkami, ciasteczkami, plackami i tortami. Aż trudno było się na coś zdecydować. Syriusz zaczął żałować, że tyle zjadł na kolację. Wpakował do ust leżącą w pobliżu miętówkę i nałożył sobie na talerz ogromny kawałek tarty z owocami. Uczniom pomału mijał szok wywołany nagłym pojawieniem się profesor Lanpori. Głosy wokół narastały. Syriusz spokojny, że już nikt ich nie usłyszy, zagadnął do swoich kolegów:
- Ciekawe ile ta kobitka ma lat. - Wskazał na siedzącą przy dyrektorze Flavię Lanpori.
- Jakieś czterdzieści trzy - odpowiedział natychmiast James. - Prawda, Aurora?
Jego kuzynka najwyraźniej nie była w nastroju do dyskusji, bo wzruszyła tylko ramionami. Natomiast wszystko wiedząca Mortycja puściła do niej oko i szybko przytaknęła:
- Tak, czterdzieści trzy. Widziałam w jej papierach - dodała i postanowiła rzecz wyjaśnić. - Czasami moja siostra nie odkłada rzeczy na miejsce, a wtedy akurat Max...
Wybuchnęła głośnym śmiechem i przez dłuższą chwilę nie dało się zrozumieć co mówi. Syriusz i James wpatrywali się w nią w niemym osłupieniu. W końcu otarła łzy rozbawienia i wydusiła z siebie pierwszą zrozumiałą kwestię:
- W każdym bądź razie porządnie mu się dostało.
- Wiedziałem, że nie jesteś normalna - podsumował Syriusz.
Mortycja rozejrzała się wokół:
- Mogliby pomału kończyć ten cyrk - powiedziała. - Chyba nie sądzą, że po całym dniu w pociągu mamy ochotę siedzieć tutaj i dotrzymywać im towarzystwa.
- Zupełnie nie pasujesz do Gryffindoru. - Pozwolił sobie zauważyć Syriusz. - Na pewno o wiele lepiej czułabyś się w Slytherinie.
- Nie pora płakać nad rozlanym wywarem - odcięła się dziewczyna. - Poza tym to, że Godryk Gryffindor był mężny i odważny nie oznacza, że nie miał innych cech.
Syriusz spojrzał na nią zaskoczony. Że też on nigdy nie pomyślał o założycielach Hogwartu jak o normalnych ludziach.
- Co masz na myśli? - zapytał.
- Słyszałam na przykład, że bardzo lubił kobiety - odparła Mortycja z tajemniczym uśmieszkiem. - Oczywiście, nie przeczytasz o tym w "Historii Hogwartu", ale jest wiele innych publikacji na temat założycieli szkoły. Niektóre bardzo trudne do zdobycia, ale niezwykle ciekawe.
- Tak, a ty na pewno czytałaś je wszystkie - wtrącił ironicznie James.
- Nie wszystkie, ale większość - odparła spokojnie dziewczyna. - Każdy kto zna mnie chociaż pięć minut, wie, że interesuje mnie historia rodów czarodziejów.
Nastąpiła chwila niezręcznego milczenia. Kuzynka Jamesa zawzięcie dyskutowała o czymś z rudą z przedziału, ale w gwarze wypełniającym Wielką Salę trudno było ustalić o czym rozmawiają.
- Oczywiście, najmniej informacji można uzyskać o Rowenie Ravenclaw - oznajmiła Mortycja ni z tego ni z owego, nalewając sobie soku dyniowego. - Już za życia była niezwykle tajemniczą osobą, więc tym bardziej, tysiąc lat po jej śmierci, trudno się czegokolwiek dowiedzieć. Wiadomo jednak, że była pierwszym samodzielnym dyrektorem Hogwartu. Chyba najbardziej znienawidzonym. Jeśli nie liczyć Fineasa Nigellusa Blacka.
Spojrzała wymownie na Syriusza.
- Czego ty nie powiesz - mruknął.
- Jamesa przynajmniej nie będą z nim kojarzyć, ma inne nazwisko - dodała niby przypadkiem dziewczyna. - Ale ty masz zdrowo przewalone.
- Sugerujesz, że ja mam coś wspólnego z Blackami - obruszył się James. - Słyszałem co to za rodzina. Bez urazy stary - dodał, patrząc na Syriusza.
- Ani myślę się obrażać - uśmiechnął się Syriusz. - Też wiem co to za typy.
Mortycja wzruszyła ramionami:
- Prawdziwi z was ignoranci.
- Nie rozumiem w jaki sposób Rowena Ravenclaw mogła być dyrektorem Hogwartu - włączył się do rozmowy prefekt siedzący obok Jamesa. - Czytałem, że czworo założycieli dzieliło się władzą w szkole.
- Czytałeś? - obruszyła się Mortycja. - A czytałeś też może, że w pewnym momencie Slytherin opuścił szkołę.
Prefekt skinął głową.
- No więc właśnie. Gryffindor zginął, a Hufflepuff spalili na stosie. Tak więc w wieku około pięćdziesięciu lat Ravenclaw została w Hogwarcie sama.
- Gryffidnor zginął?! - wykrzyknął James. - Jak to? Przecież był mistrzem pojedynków - dodał nieco ciszej, bo siedzący w pobliżu uczniowie zwrócili na niego uwagę.
Oboje z Syriuszem wbili w Mortycję tryumfalne spojrzenie. Tym razem nie mogła mieć racji.
- Zgubiła go zasada fair-play - odparła najspokojniej na świecie. - Był mistrzem pojedynków, ale na różdżkę. Z mieczem radził sobie nieco gorzej.
Tryumf spełzł im z twarzy.
- Ludzie, z których ręki zginął byli mugolami. Gryffindor zapewne uważał, że miotanie w nich zaklęciami nie byłoby w porządku, nawet w sytuacji zagrożenia życia. Wyciągnął więc miecz, no i się przeliczył. Zginął on i Hufflepuff.
- Chwileczkę - odezwała się spokojnie Aurora, a Syriusz aż podskoczył. Nie miał pojęcia, że dziewczyna przysłuchuje się ich rozmowie. - Przed chwilą powiedziałaś, że Hufflepuff spłonęła na stosie.
- Bo tak było, aczkolwiek jedno nie wyklucza drugiego - powiedziała tajemniczo Mortycja. - Hufflepuff i Gryffindor, w któreś wakacje podróżowali w poszukiwaniu nowych uczniów. W okolicach Abergavenny Hufflepuff została otoczona przez mugoli, którzy widzieli jak czaruje i uznali ją za jedną z waldensów, o których w tamtych czasach było głośno i nie cieszyli się dobrą sławą. Pozbawili ją różdżki. Widział to Gryffindor i rzucił się jej na ratunek. Niestety, jak już mówiłam, chciał walczyć uczciwie, przy pomocy miecza. Zmarł od poniesionych ran, a Hufflepuff została uwięziona. Jakiś miesiąc później spalono ją.
Na początku stołu Gryfonów zapadła cisza. Do tej pory nikt nie słyszał takiej historii założycieli Hogwartu, ale może nie byli wystarczająco dociekliwi. W końcu Mortycja, jako siostra profesorki ze szkoły, na pewno miała dostęp do książek, o których Syriuszowi się nawet nie śniło. A może trzeba było jednak zainteresować się tą przeklętą biblioteką, w domu przy Grimmauld Place. W tych wszystkich omszałych tomiskach na pewno było dość informacji o wszystkich rodach czarodziejów. Nadrobi to, gdy będzie zmuszony tam wrócić, ale na razie nie chciał o tym myśleć. W końcu ma przed sobą dziesięć miesięcy wymarzonej wolności.
- Czegoś tutaj nie rozumiem - przerwała milczenie Aurora. - Hufflepuff była uwięziona przez miesiąc. Jak to możliwe, że przez ten czas Ravenclaw się o tym nie dowiedziała i nie pośpieszyła przyjaciółce na ratunek.
Mortycja zmierzyła ją badawczym spojrzeniem. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem, a potem powiedziała rzeczowym tonem:
- Mówiłam już, że w "Historii Hogwartu" jest więcej bajek niż faktów. Jest bardziej przesłodzona niż te ciasteczka truskawkowe - odsunęła od siebie talerz z deserem. - A opisy przyjaźni Ravenclaw i Hufflepuff są mocno przesadzone. Owszem, na początku się przyjaźniły, ale od... pewnych wydarzeń... ich stosunki były nie najlepsze, wręcz wrogie... I wcale nie chodziło tutaj o to, kogo należy nauczać magii. Ale to już zupełnie inna historia.
Wskazała brodą na stół nauczycielski. Syriusz zajęty opowieścią Mortycji nawet nie zauważył, że dyrektor powstał i z wyrazem uprzejmej cierpliwości na twarzy czeka, aż pierwszoroczni Gryfoni łaskawie zwrócą na niego uwagę. Gdy w końcu to się stało uśmiechnął się szeroko i zwrócił do uczniów:
- Licząc na to, że ogrom tych wspaniałych potraw i zmęczenie nadmiarem wrażeń w dniu dzisiejszym nie odebrały wam jeszcze zdolności trzeźwego myślenia, pozwolę sobie powiedzieć jeszcze kilka słów. Profesor McGonagall nalegała, abym przypomniał, że wstęp do lasu na skraju szkolnych błoni jest absolutnie zakazany. W związku z tym prosiłbym, abyście nie utrudniali życia naszemu gajowemu Hagridowi, który w tym roku i bez wyganiania was z lasu ma dość obowiązków. - Nie wiedzieć dlaczego tutaj spojrzał na Mortycję. - Nasz kochany dozorca, pan Filch i jego kotka, wymogli na mnie poinformowanie was, że od pewnego czasu w szkole obowiązuje zakaz używania czarów na korytarzu między lekcjami. Zaklęcia należy więc ćwiczyć w Pokoju Wspólnym lub dormitorium w odpowiednio wcześniejszym czasie. Choć z autopsji wiem, że to czasami bywa niemożliwe. Miałem również przeczytać wam pełną listę przedmiotów użytku młodzieżowego zabronionych w Hogwarcie.
Przez Wielką Salę przetoczył się jęk rozpaczy, co wywołało jeszcze większe rozbawienie dyrektora.
- Jednakże ze względu na późną porę zaniecham tego niedorzecznego pomysłu. - Rozległy się wiwaty. - Mimo to, muszę was prosić o poświecenie jednego, góra dwóch wolnych weekendów na zapoznanie się z owym spisem, wywieszonym na drzwiach gabinetu pana Filcha, w tym roku znów został powiększony o kilka pozycji. Treningi quidditcha rozpoczną się dopiero w trzecim tygodniu września, więc macie trochę czasu. Każdy kto chce grać w barwach swojej drużyny proszony jest o zgłoszenie się do opiekuna swojego domu, nie jak w latach poprzednich do nauczyciela latania. A teraz, skoro już wszyscy się najedli i napili, najprzyjemniejsza część wieczoru, zaśpiewajmy nasz szkolny hymn i uciekajmy do ciepłych, miękkich łóżek.
- Brzmi to jak reklama pięciogwiazdkowego hotelu. - Syriusz dosłyszał dziewczęcy głos i ze zdumieniem stwierdził, że te słowa wydobyły się z ust Aurory. Dziewczyna zmieszała się i zrobiła przepraszającą minę.
- Co najmniej pięciogwiazdkowego - dodał Syriusz. Wcześniej nawet mu do głowy nie przyszło, że ze spokojną kuzynką Jamesa też można rozmawiać normalnie.
- No proszę - mruknęła Mortycja.
Tymczasem w powietrzu nad stołem nauczycielskim unosiła się już złota szarfa, układająca się w słowa szkolnego hymnu.
- Każdy wybiera ulubioną melodię i zaczyna śpiewać - zakomenderował Dumbledore.
Profesor McGonagall pokręciła głową i ukryła twarz w dłoniach. A cała sala zawyła:

Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!

Śpiewy zakończyły się wyciśnięciem przez profesora Slughorna wysokiego "c", zwykle kończącego pijacką pieśń o mężnym czarodzieju Ogdenie.
- Cudownie, cudownie - powiedział wzruszony dyrektor. - A teraz do łóżek, biegiem.
Syriusz pomyślał, że określenie "cudownie" to jednak przesada, choć zabawa była pierwszorzędna. Dołączył do grupki nowych Gryfonów, która już zebrała się w okół prefekta.
- Jestem Caspian Burbage, prefekt Gryffindoru - przedstawił się i wskazał na swoją błyszczącą odznakę. - Pokażę wam drogę do naszego Pokoju Wspólnego. Postarajcie się ją dobrze zapamiętać, nie chcielibyśmy jutro szukać was po całym zamku.
Przeciskając się przez tłum uczniów zbierających się do wyjścia ruszyli za Caspianem do drzwi prowadzących do Sali Wejściowej. Tam spotkali się z grupką pierwszorocznych Krukonów, którzy nieco wcześniej opuścili Wielką Salę. Mortycja go nie okłamywała, Krukoniki na prawdę były ładne, zwłaszcza prowadząca je pani prefekt. Caspian zamienił z nią parę słów o razem ruszyli po marmurowych schodach prowadzących na piętro. Wśród Krukonów Syriusz wypatrzył małą Ritę Skeeter i uśmiechnął się do niej prezentując wszystkie zęby. Rita nerwowo odwzajemniła uśmiech, po czym o mały włos nie przewróciła się o przydługą szatę koleżanki. Syriusz postanowił dać jej spokój.
Przeszli jakimś korytarzem witani przez ludzi z portretów, a potem przez jakieś drzwi, które wcale na drzwi nie wyglądały, poza tym były zasłonięte jakimiś arrasami w bardzo złym guście. Za nimi było kilka kolejnych szeregów schodów prowadzących na wyższe piętra w różnych częściach zamku. Tutaj Krukoni pomachali im na pożegnanie udając się za swoją prefektką, która wybrała schody najbardziej po prawej stronie. Już mieli wejść na te po lewej, gdy nagle rozległ się zgrzyt i schody zaczęły zmieniać swoje położenie.
- Te schody się ruszają - rozległ się zdumiony głos Evansówny.
- No, tak. Zdarza się - wyjąkał Caspian Burbage. - No cóż, tędy dzisiaj nie przejdziemy. Najwyraźniej właśnie wybiła północ, a te schody w środy prowadzą gdzie indziej, niż w pozostałe dni tygodnia. Innym też zdarzają się podobne przypadki. Myślę, że w okolicach czwartego roku opanujecie to wszystko. A teraz pójdziemy inną drogą. Powoli i bez narzekania. Nie ja budowałem ten zamek. Tędy Gryfoni.
Wskazał na korytarz po lewej stronie. Przeszli nim, wspięli się na kilka kolejnych par schodów, skręcili ostro w prawo i znów kolejne schody. Gdy Syriusz już myślał, że zaśnie idąc, nagle zatrzymali się na końcu kolejnego korytarza. Rozległ się odgłos jakby ktoś na kogoś wpadł, ale Syriusz nie miał już siły, aby odwrócić się i zobaczyć komu przytrafił się wypadek. Z portretu, ledwo zachowując powagę patrzyła na nich otyła, starsza kobieta w różowej sukni:
- Już myślałam, że nie dotrzecie - zwróciła się do prefekta. - Hasło?
- Veritaserum - odparł Caspian, a portret odsłonił okrągłe przejście w ścianie.
- Panie przodem - powiedział James, uprzejmie kłaniając się dziewczynom i przepuszczając je przed sobą.
Zaraz po nim przeszedł Syriusz, ciesząc się w duchu, że Raquela trafiła do Slytherinu i zapewne jest teraz kilka pięter niżej i nie musi jej w niczym pomagać. Znaleźli się w przytulnym Pokoju Wspólnym Gryffindoru, pełnym drewnianych stolików i krzeseł oraz wysiedzianych foteli i kanap. W ogromnym kominku wesoło trzaskał ogień. Niemal wszystko było tutaj w kolorze czerwonym i złotym. No tak, barwy Gryffindoru, o wiele cieplejsze od srebra i zieleni.
- Dormitoria dziewcząt są po prawej stronie, chłopców są po lewej. Myślę, że wasze kufry już zostały tam dostarczone - oznajmił prefekt, gdy Remus Lupin dołączył do nich jako ostatni. - W tym roku sypialnie pierwszorocznych uczniów są na czwartym piętrze. Wstańcie jutro wcześniej, aby nie spóźnić się na śniadanie i pierwsze lekcje. Jutro rano w Wielkiej Sali otrzymacie plany zajęć. Dobrej nocy.
To mówiąc ruszył w stronę spiralnych schodów i już nawet na nich nie spojrzał. Syriusz postanowił iść w jego ślady.
- Do jutra - rzucił do rozglądających się po pokoju dziewczyn i pomaszerował w ślad za prefektem.
Ledwo wspiął się po schodach i odczytał rozmazujący się mu przed oczami napis na drzwiach na czwartym piętrze: Pierwszy rok. Pchnął je i znalazł się w kolejnym okrągłym pomieszczeniu. Stały tutaj cztery ogromne łóżka z kolumienkami w rogu i atłasową pościelą. Na każdej czerwonej kołdrze widniało godło Gryffindoru, a dwie wielkie poduszki na każdym łóżku były w złoto-czerwoną kratę. Karmazynowe zasłony otaczały każde z pięciu półokrągłych okien. Tutaj w nieco mniejszym kominku także huczał ogień.
- Nie wiem czy wiesz, ale tarasujesz przejście - usłyszał rozbawiony głos Jamesa.
Ruszył więc w stronę łóżka przy którym został ustawiony jego kufer, umożliwiając innym kolegom wejście do dormitorium. Ku jemu ogromnemu zadowoleniu łóżko obok zajął James. Na stoliczkach obok łóżek stały kubki z parującym napojem (okazało się, że było w nich kakao) i płonące lampy naftowe. Na oknie koło kominka ktoś ustawił dzbanek z sokiem dyniowym i cztery szklanki.
Nie dbając nawet o to by pójść do łazienki, Syriusz przebrał się w piżamę i położył do łóżka. James jeszcze grzebał w swoim kufrze.
- A ciebie co tak na savoir vivre na dole wzięło? "Panie przodem" - zacytował, patrząc na młodego Pottera.
- Kto tutaj mówi o savoir vivre? - zapytał James, byle jak rozrzucając po dormitorium elementy swojego szkolnego mundurku i zabierając się do zakładania piżamy. - Miałem tylko nadzieję, ze uda mi się zobaczyć ich majtki. Niestety, te cholerne szaty wszystko zasłaniają.
Zaśmiewając się do rozpuku położył się do łóżka i zgasił lampę. Syriusz przewrócił się na drugi bok, powieki miał ciężkie...
- Że też musiałem na nią wpaść. I to już pierwszego dnia - żalił się Peter ze swojego łóżka.
- Nie przejmuj się - uspakajał go Remus. - Lily jest taka sympatyczna, na pewno nie będzie się na ciebie złościć.
Więc tak, przemknęło przez myśli Syriusza, ten mały Peter jest kolejną poznaną dzisiaj ciapą, wpakował się na korytarzu na rudą z pociągu, ruda z pociągu jest sympatyczna... Niech będzie i tak...
I zasnął. Po raz pierwszy spokojny. Zaczynał nowe życie, z dala od matki, której wybuchy wściekłości groziły nagłą śmiercią, z bliżej nieokreślonego powodu.