Co to za miejsce?

Rozejrzałem się ostrożnie. Długi, pusty, słabo oświetlony korytarz. Nie pamiętałem, jak się tutaj znalazłem, ale przecież w Hogwarcie znajdowało się wiele tajemnych przejść, które otwierały się w dziwnych, kompletnie niespodziewanych momentach. Czasem wystarczyło zamknąć na kilka sekund oczy, by ocknąć się w kompletnie innej części zamku. Musiałem się zamyślić i nawet nie zauważyć, jak wszedłem… w coś. Obejrzałem się za siebie; powinienem zawrócić, ale koniec korytarza tonął w nieprzeniknionej czerni. Pójście w nieznane może było mniej rozsądnym pomysłem, ale wolałem już to, niż cofnąć się w ten mrok.

Po kilku kolejnych krokach coś błysnęło pod moimi stopami. Schyliłem się, by podnieść czarne pióro; zmarszczyłem brwi na jego widok. Teraz wydawało się całkowicie matowe, a jednak sekundę temu wyraźnie zalśniło.

Schowałem je do kieszeni. Kilka metrów dalej znalazłem kolejne, tym razem trochę większe.

– To nie jest zabawne – powiedziałem cicho, ale nikt mi nie odpowiedział. Zaczynałem odczuwać coraz silniejszy niepokój.

Podczas dalszej wędrówki napotykałem się na coraz więcej piór, aż w końcu cała podłoga była pokryta kilkucentymetrową warstwą pierza. Już dawno przestało przypominać to gęsie – większość z nich wyglądała jak lotki dużych, drapieżnych ptaków, inne miały tak fantazyjne kształty, że prawdziwe wyzwanie stanowiło wyobrażenie sobie zwierzęcia noszącego coś podobnego na sobie.

Przystanąłem, dostrzegając w oddali jakiś kształt. Przez chwilę próbowałem go zidentyfikować, ale nie przypominał niczego mi znanego, podszedłem więc do niego i z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że to zwykłe, przewrócone krzesło.

– Dziwne – mruknąłem, wyciągając rękę w stronę mebla; zaraz jednak cofnąłem ją i rozejrzałem się dookoła. – Ktoś tu jest? – dodałem głośniej. – Gęś…? Morrigan…? Ktokolwiek…?

Cisza.

Nabrałem powietrza w płuca i wypuściłem je powoli drżącym strumieniem. Nie wiedziałem, co tu się działo i coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie chciałem w to brnąć głębiej.

Obejrzałem się przez ramię. Ciemność wydawała się jeszcze bardziej przerażająca niż wcześniej i jakby… bliższa. Objąłem się ramionami i zacząłem powoli iść do przodu.

Krzesło okazało się niejedynym meblem w dotychczas pustym korytarzu. Im dalej się zapuszczałem, tym więcej ich spotykałem. Naszła mnie absurdalna myśl, że wkrótce zginę, przygnieciony ciężarem piór, komód, szafek, foteli i stolików, ale nie wydawało mi się to możliwe. Kolejne przedmioty nie pojawiały się magicznie przed moimi oczami, po prostu w każdym kolejnym odcinku korytarza znajdowało się ich więcej.

Było to na swój sposób pocieszające. Coraz bardziej zagracona podłoga oznaczała zapewne, że zbliżałem się do końca pomieszczenia – a przynajmniej taką miałem nadzieję.

– Co ty robisz?

Zamrugałem. Na jednej z komód stała Morrigan – ręce założyła na klatce piersiowej, patrząc na mnie z mieszaniną niezrozumienia i złości.

– Nie wolno po nich chodzić! – zawołała. Pomyliłem się, uznając ją za zwyczajnie złą; teraz wydawała mi się wręcz wściekła.

Zrozumiałem, że mówiła o piórach. Szybko wskoczyłem na jedno z krzeseł.

– Przepraszam, nie wiedziałem – usprawiedliwiłem się, sam będąc tylko trochę zdenerwowanym. Obecność Morrigan, choć urażonej, mimo wszystko dodawała mi otuchy. – Nie wiem, jak to się stało, po prostu…

– Już za późno – przerwała mi dziewczynka.

– Za pó… – urwałem, czując dziwne ciepło rozlewające się od kieszeni marynarki. Wyciągnąłem z niej pióro; promieniowało gorącem, a jednocześnie w dotyku zdawało się miękkie, wręcz plastyczne.

Krzyknąłem z bólu i zaskoczenia, gdy zmieniło we wrzącą, czarną maź. W pierwszym odruchu strzepnąłem energicznie dłonią, chcąc pozbyć się substancji, ale ta powoli spływała z mojej skóry gęstymi kroplami, zostawiając bolesne ślady oparzeń.

– Morrigan! – zawołałem, ściskając zdrową ręką nadgarstek.

Dziewczynka patrzyła na mnie z wyrzutem i smutkiem. Odwróciła się i skoczyła zgrabnie na stolik do kawy.

Warstwa piór poruszała się leniwie.

Byłem przerażony.

– Morrigan!

Próbowałem ją doścignąć, ale nie potrafiłem jak ona skakać bez namysłu i lęku na kolejne meble. Z każdym następnym skokiem chwiałem się i miałem wrażenie, że spadnę.

– Morrigan!

Zatrzymała się dopiero, kiedy dystans między nami urósł tak bardzo, że lada chwila straciłbym ją z oczu. Dywan z piór zmienił się już całkowicie w bezkresny ocean czarnej brei.

Bałem się coraz mocniej i chciałem uciec jak najdalej od bijącego gorącem podłoża, spróbowałem więc uczepić się najwyższego mebla, jaki pozostawał w moim zasięgu. Ledwo zdołałem wspiąć się na szczyt wiekowej szafy – mimo starań, by oszczędzić oparzoną dłoń, pod powiekami i tak czułem łzy bólu.

Z góry widziałem już, że nie zdołam uciec. Ta dziwna, pochodząca z piór substancja pochłonęła wszystko wokół – z wyjątkiem stojącej spokojnie na blacie Morrigan.

Hej, Maurice.

Wyszeptałem bezgłośnie prośbę na pomoc. Wpatrywała się we mnie milcząco, aż wreszcie odwróciła wzrok.

Dlaczego to oglądasz?

– Nie mogę – powiedziała. Znowu spojrzała na mnie. – Maurice – wypowiedziała moje imię dziwnie miękko – wiesz przecież.

Wiesz, że możesz...

– Wiem – zgodziłem się drżącym głosem.

...po prostu...

– Nie jesteś… dość dobry. – Skrzywiła się lekko, wypowiadając te słowa.

...obudzić się?

Szafa przechyliła się raptownie. Nie zdążyłem w porę niczego się przytrzymać, ale spadając nie czułem już lęku.

...otworzyłem oczy.

Podniosłem się ostrożnie do pozycji półsiedzącej. Odetchnąłem głośno i schowałem twarz za dłońmi. Przez chwilę pocierałem skórę wokół oczu; naprawdę nie pamiętałem, kiedy ostatnio miałem tak paskudny sen. Pomimo jego absurdalnej natury trudno mi było potraktować go jako zwykły, pozbawiony głębszego sensu koszmar.

Kiedy odjąłem ręce od twarzy, zobaczyłem Morrigan.

Cofnąłem się raptownie, uderzając plecami o wezgłowie łóżka. Ze wstrzymanym oddechem i dłonią na sercu, wpatrywałem się w dziewczynkę.

Filius zachrapał głośno, a Conleth wymamrotał coś niewyraźnie przez sen. Odczekałem kilka chwil, a kiedy upewniłem się, że żadnego nie zdołałem obudzić, odetchnąłem cicho.

– Co ty tu robisz? – Podniosłem wzrok na dziewczynkę.

– Miałeś takie Linie, jakbyś miał zaraz umrzeć.

– Och. Tak. Tak… – Potarłem nerwowo czoło. – Tak myślę.

– Czasem tak jest przy bardzo złych snach – stwierdziła ponurym tonem. – Nawet one mogą kłamać.

– Nie jesteś chyba zawiedziona? – zażartowałem bez przekonania.

– Nie. Niektórzy są ciekawsi, kiedy są żywi.

Bez słowa wygrzebałem się spod kołdry. Czułem się fatalnie. Dopiero po wyjściu z łóżka zauważyłem stojącą obok Morrigan Gęś. Poruszyła się, szeleszcząc piórami.

– Ciszej… – szepnąłem.

– Nie usłyszą nas. – Morrigan położyła dłonie na biodrach. – Ty bądź ciszej.

Wyszedłem na korytarz; było na nim przyjemnie chłodno. Dziewczynka i Gęś poszły za mną.

– Często masz koszmary? – zapytała Morrigan, zamykając drzwi.

– Czasem.

– Myślę, że mogę zrobić tak, żeby twoje ciało spało, ale głowa nie – stwierdziła po namyśle. – Wtedy nie będziesz mógł śnić.

Milczałem przez chwilę. Wstydziłem się, że w ogóle rozważałem tę propozycję.

– Nie… to chyba nie jest dobry pomysł.

Spokojnym krokiem przeszedłem do pokoju wspólnego. Spojrzałem w górę; w przeciwieństwie do sufitu z Wielkiej Sali, ten nasz nie był dokładną mapą nieba nad szkołą; namalowane na nim gwiazdy, choć lśniły jak prawdziwe, tkwiły nieprzerwanie w tym samym miejscu. Legenda głosiła, że Rowena Ravenclaw zleciła wykonanie gwieździstego fresku w dniu, kiedy „runęło dla niej niebo".

Wyciągnąłem rękę do sufitu, choć przecież nie miałem najmniejszej szansy, by go dosięgnąć. Ciekawe, jaka siła zdołała rozłamać nieboskłon.

– Finley powiedział, że kiedyś wzruszyłeś się do łez na astronomii – odezwała się nagle Morrigan, tonem, jakby właśnie sobie o tym przypomniała.

– Hm? – Drgnąłem, wyrwany z zamyślenia. – Co za bzdura – mruknąłem z zażenowaniem. – Nie z wzruszenia, tylko przypomniałem sobie coś… kolosalnie smutnego.

– My nie lubimy gwiazd. Mi się nie podobają, a dla Gęsi są za daleko, by je zjeść.

Uśmiechnąłem się lekko.

– Gwiazdy same w sobie nie są aż tak interesujące… ale tyle w nich historii. – Popatrzyłem na chwilę w okno, na prawdziwe niebo, by zaraz znów spojrzeć na dziewczynkę. – Jak tu weszłyście? Rozwiązałaś zagadkę?

– Prawie. Gęś podpowiedziała.

– Gęś? – zdziwiłem się. Ptak uniósł łebek trochę wyżej. – Jak brzmiała ta zagadka?

Gdy tylko przybywam, czegoś ubywa. Choć bezsprzeczne me istnienie, sama jestem mniej niż cieniem – wyrecytowała Morrigan.

Zamrugałem i pełen złych przeczuć podszedłem do drzwi. Ziała w nich dziura dość spora, by przecisnęły się przez nią obie.

Przechyliłem tylko głowę, patrząc na ten akt dewastacji z pewnym zrezygnowaniem. Jak niby miałem to wytłumaczyć? Nawet gdybym chciał, by Gęś za to odpowiedziała, wskazanie jej jako winnej ośmieszyłoby mnie przed profesor Merrythought. Nasza opiekunka domu z góry odrzucała każdy wniosek czy pomysł nie dość dla niej rozsądny, a oskarżanie o włamanie ptaka gospodarczego mijało się całkowicie z rozsądkiem.

Ukucnąłem przed dziurą i dotknąłem jej krawędzi.

– Nie wiem, jak udało jej się to zrobić, nie budząc nikogo – westchnąłem.

– Gęsi udaje się wiele rzeczy – odpowiedziała Morrigan.

Pokręciłem głową i wstałem, by zawrócić do sypialni. W progu pokoju wspólnego przystanąłem na moment.

– Nie zobaczą was? – zapytałem, odwracając się przez ramię do dziewczynki.

– Nie.

Miałem nadzieję, że tym razem nie żartowała – Morrigan nie była jednak głupia i zapewne domyślała się, że dla wielu nauczycieli niszczenie mienia szkoły stanowiło poważne pogwałcenie regulaminu. Poszedłem więc dalej i, wahając się tylko trochę, stanąłem nad łóżkiem Filiusa.

– Hej, Filiusie… śpisz? – To zapewne zabrzmiało całkiem głupio, zważywszy, że przed chwilą smacznie chrapał.

Nieco skrzywiony uchylił jedną powiekę, po czym potarł oczy.

– Teraz już nie. – Zasłonił dłonią usta, nim ziewnął. – O co chodzi?

– Wybacz, że cię obudziłem, ale zdarzył się pewien… wypadek…

Filius wyglądał na zdziwionego.

– A-ale wypadek jakiej natury? – bąknął.

– Może lepiej sam to zobacz. W każdym razie byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś usunął jego… – Odchrząknąłem – konsekwencje.

Posłał mi podejrzliwe spojrzenie i wyskoczył z łóżka, zgarnąwszy z szafki nocnej różdżkę. Zaprowadziłem go do pokoju wspólnego. Z początku rozglądał się, wciąż trochę zaspany, a nie napotkawszy spojrzeniem niczego, co mogłoby być rezultatem straszliwego wypadku, otworzył usta, by zapewne mnie o to zapytać – ale w tej samej chwili jego wzrok spoczął na dziurze w drzwiach.

Wpatrywał się w nią przez kilka sekund. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio widziałem na jego twarzy wyraz tak czystego zdumienia.

– Na Rowenę, jakżeś to zrobił? – wydusił z siebie w końcu, podchodząc do drzwi.

Przygryzłem dolną wargę i wzruszyłem ramionami.

– Przecież one są zaklęte – kontynuował wyraźnie przejęty Filius. – Nic nie powinno z taką łatwością ich uszkodzić… – Dotknął różdżką krawędzi dziury, marszcząc przy tym brwi. – To… jesteś pewien, że ty to zrobiłeś? – Obejrzał się na mnie przez ramię.

– Testowałem… coś – bąknąłem.

– Coś…?

– Zaklęcie.

– Jakie?

– Hawwāmtī mumtil'ah bi'anqalaysūn – powiedziałem bez zastanowienia.

– No tak… nawet nie próbuję tego powtórzyć – mruknął Filius. – Zaklęcia ochronne niekoniecznie musiały być tak wszechstronne, by działały na arabskie klątwy. – Stuknął różdżką w drzwi, mamrocząc coś pod nosem. Brakujący fragment drewna odrósł nagle; Filius odwrócił się, patrząc na mnie ze sceptycznym wyrazem twarzy. – Dziwne. Nie zachowało się jak uszkodzenie natury magicznej. Takie nie dałoby się zreperować tak prostym czarem.

– Nie mam pojęcia, to ty lepiej znasz się na zaklęciach. – Rozłożyłem bezradnie ramiona. – Może źle przepisałem tę formułę – dodałem po namyśle.

– Słowotwórstwo w zaklęciach przynosi czasem zaskakujące skutki – zgodził się Filius, choć bez specjalnego przekonania w głosie. – Jak miało działać to zaklęcie?

– Miało rozprowadzić delikatną woń jaśminu…? – zaproponowałem niepewnie.

– Tak… pewnie. – Filius uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Przyjmijmy taką wersję.

– Przyjmijmy – zgodziłem się natychmiast.

Wydawał się rozbawiony i jakaś część mnie chciała dowiedzieć się, jakie działanie zaklęcia on zakładał, ale z drugiej strony nie byłem pewien, czy to naprawdę dobry pomysł.

– Wracam do łóżka – poinformował mnie. – Dobranoc. – Nucąc coś cichutko pod nosem, wyszedł na korytarz.

Wypuściłem głośno powietrze z płuc i popatrzyłem na Morrigan. Dziewczynka stała wciąż w tym samym miejscu, Gęś natomiast poczłapała w stronę wyjścia. Profilaktycznie ją dogoniłem i otworzyłem drzwi, zanim uznałaby za stosowne znowu zrobić w nich dziurę.

– Dobranoc, Maurice – powiedziała Morrigan.

– Dobranoc.

Odprowadziłem je wzrokiem, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Przymknąłem powieki; byłem zmęczony, ale jednocześnie na tyle rozbudzony, by wiedzieć, że próba zaśnięcia nie miała szans na powodzenie. W końcu usiadłem na fotelu i zawiesiłem wzrok na oknie.

xxx

Obudziło mnie pełne dezaprobaty odchrząknięcie. Uchyliłem powieki, by zauważyć stojącą nad fotelem Wilhelminę.

Nie miałem pojęcia, jak to robiła, ale ze wszystkich Krukonów zawsze była najwcześniej gotowa do zajęć. Obojętnie, o której godzinie bym nie wstał, mogłem być pewien, że ona już zdążyła obudzić się, ubrać i zaczesać włosy w ciasny kok.

– Och – skomentowałem moje niezbyt przystające dżentelmenowi zaśnięcie w fotelu.

– Och – zgodziła się ze mną Wilhelmina, kręcąc głową. – Do łazienki i biegiem na śniadanie, Dummond.

– Przepraszam. – Wstałem pospiesznie, nawet nie kryjąc zażenowania. – To się już nie powtórzy.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Oddaliłem się szybkim krokiem, czując na sobie jej palące spojrzenie.

Nie pamiętałem, kiedy ostatnio zdarzyło mi się tak wcześnie być już na nogach. Zapinając guziki koszuli, myślałem o tym, że miałem do spożytkowania naprawdę długi dzień. Mógłbym poćwiczyć transmutację, albo chociaż wczytać się w kompozycję profesora Beery'ego – sam nie wiedziałem, która opcja była bardziej bolesna.

Odrobinę zaskoczyło mnie, że Wilhelmina najwidoczniej czekała na mnie w pokoju wspólnym. Siedziała w fotelu, ze wczorajszym numerem Proroka Codziennego rozłożonym przed twarzą. Na mój widok odłożyła gazetę na stolik i wstała.

Przeszliśmy razem przez przejście i maszerowaliśmy ramię w ramię w dół schodów. Wilhelmina milczała, ale nigdy nie należała do rozmownych dziewcząt. Wręcz przeciwnie; odzywała się tylko wtedy, kiedy uznawała, że ma coś ważnego do powiedzenia. Czasem mnie to w niej przerażało, choć oczywiście nie uważałem jej za złą osobę. Po prostu nie rozumiałem jej skrajnie pragmatycznego podejścia – potrzeba mówienia i zostania wysłuchanym wydawała mi się naturalna dla każdego człowieka.

Drzwi do Wielkiej Sali były otwarte na oścież i pomimo wczesnej pory, dało się dojrzeć kilkunastu uczniów w środku. W drodze do stołu Ravenclawu ktoś zagrodził mi drogę.

Priscilla Rosier.

Zatrzymałem się, zdumiony; Wilhelmina również przystanęła, unosząc lekko brwi.

– Cześć – przywitała się Priscilla, uśmiechając się nieśmiało.

– Cześć – odpowiedziałem, również wysiliwszy się na uśmiech, choć podejrzewałem, że wyszedł dość nerwowo.

Na jej widok nie mogłem powstrzymać gonitwy myśli. Mama napisała w liście, że pobyt w Maroku miał być dla mnie niespodzianką, zapewne powiadomiła mnie o nim bez konsultacji z ojcem. Czy przed dziećmi państwa Rosierów również trzymano wyjazd w sekrecie? Jeśli nie, czy Priscilla wiedziała, że rodzice postanowili mi o nim nie mówić? A jeśli tak, czy w jakiś sposób doniesiono jej, że mama nie dotrzymała tajemnicy?

– Piękna dziś pogoda – stwierdziła trochę niezręcznie Priscilla.

Zerknąłem szybko za okno; wyglądało na to, że słońce faktycznie wyjątkowo dziś dopisywało.

– To prawda.

Priscilla splotła ręce z tyłu i przygryzła dolną wargę, patrząc gdzieś w bok. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oczekiwała czegoś ode mnie, ale nie miałem pojęcia, co powinienem powiedzieć.

Tak naprawdę nie znałem Priscilli Rosier. Uczęszczaliśmy czasem na zajęcia i czasem zdarzało nam się zamienić kilka słów, jednak nigdy nie nawiązaliśmy głębszej relacji. Skłamałbym mówiąc, że nie lubiłem jej wcale; po prostu do tej pory należeliśmy do zupełnie innych światów i ta niespodziewana kolizja wcale nie była mi na rękę.

Wilhelmina rzuciła krótkie spojrzenie na Priscillę, by zawiesić na mnie wzrok. Uniosłem minimalnie ramiona w odpowiedzi na niezadane pytanie.

Dopiero teraz, kiedy obie znajdowały się tak blisko, uderzył mnie wizualny kontrast między nimi. Surowe lico Wilhelminy i jej ascetyczne uczesanie dziwnie prezentowały się przy Priscilli, której jasne loki i delikatne rysy twarzy kojarzyły się z porcelanową laleczką.

– Profesor Slughorn powiedział, że szykuje dziś dla nas niespodziankę – odezwała się Rosierówna.

Uśmiechnąłem się lekko.

– W przypadku profesora Slughorna „niespodzianka" może oznaczać wiele rzeczy. Nie zdradził, co miał na myśli?

– Nie, zrobił z tego wielką tajemnicę. Mam nadzieję, że oszczędzi nam prezentacji albumu ze zdjęciami genialnych absolwentów.

– Tak, to byłoby dość rozczarowujące – zgodziłem się z odrobinę szerszym uśmiechem. Przechwałki na temat sukcesów dawnych uczniów nieodmiennie stanowiły jego główną rozrywkę.

– Zostawię was samych – stwierdziła Wilhelmina, nim minęła Priscillę.

Popatrzyłem za nią zdziwiony.

– Pomyślałam, że jeśli profesor przewidywałby pracę w parach, moglibyśmy działać razem – odezwała się bardzo szybko Priscilla, robiąc mały krok w bok, zasłaniając tym samym sylwetkę Wilhelminy. – Eliksiry to mój konik. To znaczy, nie sugeruję, że ty byś sobie nie poradził. – Uśmiechnęła się lekko. – Po prostu moglibyśmy być dobrą parą.

Ta niespodziewana propozycja wydawała mi się trochę dziwną.

– Nie wiem, czy profesor zezwoliłby na parę złożoną z członków dwóch różnych domów… – powiedziałem ostrożnie, ale dostrzegając rozczarowanie na twarzy Priscilli dodałem szybko: – Jeśli nie miałby nic przeciwko temu, też nie widzę przeciwwskazań.

Skinęła głową.

– Do zobaczenia na lekcji – pożegnała się jeszcze z nieśmiałym uśmiechem, zanim odwróciła się i przeszła do stołu Ślizgonów.

Poczułem niewyjaśnioną ulgę, gdy dziewczyna się oddaliła. Coś podpowiadało mi jednak, że czegokolwiek oczekiwała, nie udało mi się jej usatysfakcjonować. Cóż, skoro zaproponowała współpracę, nie mogła darzyć mnie antypatią.

Spochmurniałem, gdy uzmysłowiłem sobie, że samą Priscillę też zapewne spotkała presja ze strony rodziców, by w ciągu tego roku szkolnego zbliżyła się do mnie. Nie chciałem, by ktokolwiek uważał za swój obowiązek zaprzyjaźnienie się ze mną, ani tym bardziej… wychodzenie za mnie.

Może powinienem być wdzięczny losowi? Z własnej woli nigdy nie ożeniłbym się z Priscillą, ale musiałem przyznać, że wielu młodych mężczyzn trafiało na dużo bardziej męczące czy odpychające narzeczone. Panna Rosier była całkiem przyjemna z wyglądu, a co ważniejsze, wydawała się miła.

Nieco zamyślony, dopiero po chwili zorientowałem się, że coś skubało nogawkę moich spodni. Odwróciłem się i bez zdziwienia jako sprawczynię zidentyfikowałem Gęś. Obok niej stała Morrigan; na jej zazwyczaj poważnej twarzy widniał grymas niezadowolenia.

– Nie będziecie dobrą parą – orzekła chłodnym głosem.

Zmarszczyłem lekko brwi, zaskoczony jej zachowaniem.

– Miała na myśli, że pójdzie nam dobrze, jeśli będziemy pracować razem – sprostowałem.

– Wcale nie to miała na myśli.

– Morrigan – upomniałem ją – rozmawiałem z nią. Zresztą, dlaczego to cię interesuje? – dodałem obronnym tonem.

Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, po czym spojrzała na Gęś. Przez chwilę obie patrzyły na siebie w skupieniu.

Odchrząknąłem, zwracając na siebie ich uwagę.

– Możesz już sobie iść – orzekła lekceważąco dziewczynka.

Nabrałem gwałtownie powietrza w płuca, a Morrigan i Gęś, korzystając z mojego zdumienia, przeszły obojętnie obok. Odwróciłem się za nimi, ale zatrzymywanie ich nie miało najmniejszego sensu. Nie chciałem wzbudzać sensacji sprzeczką toczącą się na oczach wszystkich zgromadzonych w Wielkiej Sali.

Pokręciłem głową i ruszyłem w stronę stołu Krukonów. Przysiadłem się do Wilhelminy; dziewczyna ze spokojnym wyrazem twarzy obierała jabłko.

– Znalazłeś się, że tak to ujmę – odezwała się – między młotem a kowadłem.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – mruknąłem, choć doskonale wiedziałem, co miała na myśli.

– Słyszałam plotki, ale ciężko było mi wziąć je na poważnie – kontynuowała Wilhelmina.

– Plotki?

– O tobie i Priscilli.

Uniosłem brwi. Nie miałem pojęcia, kto rozpuszczał jakieś pogłoski na nasz temat i jak dokładnie brzmiały, ani dlaczego krótka pogawędka między mną a Priscillą miałaby cokolwiek potwierdzać. Nim zdążyłem zadać pytanie, usłyszałem łopot skrzydeł i syczenie Gęsi.

Pełen najgorszych obaw wstałem i odwróciłem się do stołu Ślizgonów. Priscilla, widocznie wzburzona, tłumaczyła coś Morrigan, żywo gestykulując.

Dziewczynka nawet nie zamierzała wysłuchać jej do końca; odwróciła się na pięcie, a Gęś podreptała za nią, wciąż jednak oglądając się na Priscillę i sycząc ostrzegawczo. Sama Priscilla stała w bezruchu – wydawała się jednocześnie zdumiona i smutna.

Przez chwilę biłem się z myślami, nie wiedząc, do kogo powinienem podejść. Wielka Sala zaludniała się coraz bardziej, przez co nie mogłem liczyć na spokojną rozmowę z Priscillą. Zdecydowałem się w końcu dogonić Morrigan, która niestrudzenie szła wraz z Gęsią w stronę wyjścia. Wyrównałem z nią krok i razem przeszliśmy na korytarz.

– Coś ty jej powiedziała? – zapytałem, zdenerwowany.

Morrigan popatrzyła na mnie obojętnie.

– To samo, co tobie. Że nie będziecie dobrą parą.

– To wszystko? – Nie chciało mi się wierzyć, że taka awantura wynikła z powodu nieporozumienia

– Nie. Powiedziałam, że ma cię zostawić w spokoju, bo należysz. Masz opowiadać.

Zatrzymałem się. Morrigan przeszła beze mnie kilka kroków, nim również stanęła w miejscu; spojrzała na mnie z niewielkim zaskoczeniem, jakby nie rozumiała, dlaczego jej słowa zrobiły na mnie takie wrażenie.

Pomyślałem, że popełniłem błąd, zbliżając się do Morrigan Mard. Drobne przejawy sympatii czy troski z jej strony, które brałem za swoje małe sukcesy, nagle zdały mi się zupełnie nieważne wobec jednego faktu; dziewczynka była przekonana, że w jakiś sposób stałem się jej własnością.

Mimowolnie przypomniałem sobie, że kiedyś porównała stratę pierścionka z utratą przyjaciela i poczułem złość na siebie. Powinienem szybciej się zorientować.

– Maurice? – ponagliła mnie do reakcji Morrigan.

– To zaszło za daleko – stwierdziłem cicho. – Nie należę do ciebie, Gęsi ani do kogokolwiek innego.

Założyła ręce na klatce piersiowej i chociaż nie powiedziała tego głośno, byłem przekonany, że nie zgodziła się ze mną w myślach.

– Pójdę przeprosić Priscillę – poinformowałem chłodnym tonem. – Jeśli zależy ci na naszej znajomości, powinnaś liczyć na to, że nie zdołałaś jej mocno urazić.

– Nie możesz przeprosić za coś, co powiedziałam!

Przez moment przyglądałem jej się w milczeniu.

– Nie – zgodziłem się. – Mogę przeprosić Priscillę za to, że moje decyzje doprowadziły do przykrej dla niej sytuacji.

Odwróciłem się i wróciłem do Wielkiej Sali. Nie wiedziałem, czy zachowałem się we właściwy sposób, prawdę powiedziawszy, miałem co do tego wiele wątpliwości. Byłem pewien jednego; w takiej formie moja znajomość z Morrigan Mard zwyczajnie nie mogła trwać dalej.

xxx

Okazję, by bez osób trzecich porozmawiać z Priscillą, złapałem dopiero przed eliksirami. Dziewczyna stała samotnie kilka metrów obok drzwi do sali lekcyjnej; wydawała się zamyślona. Po krótkiej chwili wahania stanąłem obok niej – podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się lekko.

– Chciałbym cię przeprosić za to, co stało się w Wielkiej Sali – odezwałem się, może odrobinę zbyt ponurym głosem. – Naprawdę nie sądziłem, że Morrigan mogłaby… zachować się w ten sposób.

Potrząsnęła głową, a jej uśmiech stał się odrobinę szerszy.

– Nie przejmuj się tym. Teraz nawet myślę, że to całkiem urocze – stwierdziła lekkim tonem.

Zamrugałem.

– U...rocze? – powtórzyłem, nie rozumiejąc, co rozkosznego mogła znaleźć w tej sytuacji.

Popatrzyła na mnie z pewnym politowaniem.

– Nie zauważyłeś? Ona się w tobie ewidentnie zadurzyła.

– Morrigan? – upewniłem się, co najmniej zszokowany taką możliwością. – Myślę, że za mało ją znasz – dodałem po chwili, uśmiechając się słabo.

– Wiesz, możesz być jedynym mężczyzną spoza rodziny, z którym ma bliższy kontakt. Tak czy inaczej, bycie pierwszą miłością młodej dziewczyny to duża odpowiedzialność.

Szczerze wątpiłem, by Priscilla chociażby zbliżyła się do prawdy. Nie byłem ekspertem od zakochanych dziewczynek, ale Morrigan z całą pewnością nie marzyła o tym, że któregoś dnia staniemy razem na ślubnym kobiercu. Perspektywa mojego związku z Priscillą mogła ją zdenerwować z innego powodu; chociażby tego, że zajęty nowym związkiem, całkiem zapomniałbym o niej i Gęsi.

Nie chciałem jednak dyskutować o tym z kimś całkowicie obcym dla Morrigan, skinąłem więc tylko głową na słowa Priscilli.

Tak naprawdę bardziej od tego, dlaczego dziewczynka dała popis zazdrości, zastanawiało mnie, jak rozwiązać ten problem. Z jednej strony czułem, że zrobiłem ogromny postęp w sprawie Morrigan, z drugiej nie mogłem jej pozwolić tkwić w deluzyjnym przekonaniu, że ludźmi może rozporządzać jak własnym majątkiem.

Chwilami miałem przecież wrażenie, że udało mi się zobaczyć jej bardziej ludzką, wrażliwszą stronę. Gdybym ją porzucił, mógłbym uczynić ją gorszą, niż była, gdy trafiła do Hogwartu.

Dopiero po niezręcznie długiej chwili zorientowałem się, że w zamyśleniu wpatrywałem się w punkt ponad ramieniem Priscilli, nie mówiąc ani słowa. Poruszyłem się nerwowo.

– Przepraszam – mruknąłem, speszony.

– Nie, nie szkodzi. – Dziewczyna pokręciła głową, uśmiechając się trochę melancholijnie. – Uznanie mnie za nudną rozmówczynię zdarza mi się całkiem często.

Otworzyłem szerzej oczy.

– Nie, skąd, ja wcale… – Przerwało mi bicie szkolnego dzwonu.

– Naprawdę nie masz czym się przejmować – oświadczyła i podeszła do drzwi.

Ruszyłem za nią, nie mogąc jednak odgonić wyrzutów sumienia. Chyba ostatnio faktycznie zbyt często zdarzało mi się tracić kontakt z rzeczywistością; co prawda nie robiłem tego umyślnie, nie zmieniało to jednak faktu, że nikt nie lubił czuć się ignorowanym.

Profesor Slughorn otworzył klasę od wewnątrz i gestem zaprosił nas do środka. Lubiłem eliksiry z dwóch powodów; przede wszystkim, do sukcesu wystarczało uważne postępowanie zgodnie z instrukcją, czego nie można było powiedzieć o zaklęciach czy transmutacji, które potrafiły przynosić różne rezultaty w zależności od stanu umysłu czy wrodzonych zdolności magicznych. Po drugie, na moim roczniku eliksiry kontynuowała ledwie garstka uczniów – profesor czasem żartował, że w tym toku cierpi przez nas na nadmiar wolnego czasu. Miało to dużą zaletę; na zajęciach panowała luźniejsza atmosfera i każdy uczestnik lekcji mógł liczyć na pomoc ze strony nauczyciela.

Brak Avery'ego w zasięgu wzroku to też miła odmiana. Nigdy nie przyznałbym się głośno, ale odczułem pewną satysfakcję, gdy okazało się, że niski wynik z SUMów nie pozwolił mu na kontynuowanie nauki eliksirów.

Priscilla bez słowa usiadła obok mnie; Conleth, który zwykle zajmował to miejsce, po krótkiej chwili konsternacji, wycofał się.

Dziwne zainteresowanie, jakie nagle zaczęła żywić względem mnie Priscilla Rosier, stawało się dla mnie coraz bardziej krępujące. Kompletnie nie wiedziałem, jak i czy powinienem odwzajemnić jej uwagę; zaczynałem myśleć, że może zwyczajnie zapomniano mi donieść o drobnostce w stylu oficjalnego ogłoszenia naszych zaręczyn, ale przecież taki scenariusz byłby zupełnie absurdalny.

Coś jednak najwyraźniej wydarzyło się za moimi plecami.

Profesor stanął przed katedrą, uśmiechając się tajemniczo.

– Moi drodzy, nasze dzisiejsze spotkanie będzie wyjątkowe z dwóch powodów. Po pierwsze; spróbujemy rozbudzić w sobie ducha rywalizacji i przeprowadzimy zajęcia w formie konkursu. Za zwycięzcę uznajemy tego ucznia, który do końca lekcji najbardziej zbliży się do oczekiwanego rezultatu.

– A drugi powód? – zapytał Conleth, gdy profesor umilknął, obserwując tylko nasze reakcje.

– Ach, tak. – Pan Slughorn, wyraźnie zadowolony, że to nie on poruszył ten temat, obszedł katedrę i z szufladki biurka wyjął niewielki flakonik wypełniony cieczą o złotym połysku. – To. Czy ktoś z was potrafi mi powiedzieć, jak brzmi nazwa tego eliksiru?

– Felix Felicis – powiedziała bez wahania Priscilla.

Zerknąłem na nią z zaciekawieniem; czytałem kiedyś o człowieku uzależnionym od płynnego szczęścia – zginął, skacząc z wysokości, przekonany, że potrafi latać bez pomocy żadnych zaklęć. Nigdy jednak nie wiedziałem tego eliksiru i nie potrafiłbym go rozpoznać na pierwszy rzut oka.

– Zgadza się, panno Rosier. Znasz zapewne jego ciekawe właściwości?

– Przynosi szczęście każdemu, kto go wypije. – Priscilla zerknęła na niewielki kawałek pergaminu, schowany za okładką podręcznika.

– Tak, doskonale, panno Rosier. – Profesor odłożył buteleczkę na biurko. – To jeden z najtrudniejszych do uwarzenia, najrzadszych i najdroższych eliksirów. Sam sprawiłem sobie przyjemność wypicia go tylko raz, choć, rzecz jasna, jestem w stanie sprawić sobie dożywotni zapas.

Ponownie umilknął tajemniczo, najwyraźniej znów oczekując naszej reakcji.

– Skoro mógłby go pan pić codziennie, profesorze, dlaczego pan tego nie robi? – zapytałem, choć przecież doskonale wiedziałem, dlaczego. Znałem jednak nauczyciela eliksirów na tyle długo, by przewidzieć, że sam nie pociągnie tematu, dopóki nie uświadczy minimalnego zainteresowania z naszej strony.

– Cieszę się, że zapytałeś, drogi chłopcze. Widzicie, Felix Felicis ma silne działanie uzależniające, a co więcej, często zażywany, zupełnie zaburza postrzeganie rzeczywistości. Kilka dawek zażytych w zbyt rzadkich odstępach sprawia, że granica między możliwym a niemożliwym zupełnie zanika; biedacy, którzy znaleźli się w takim stanie, niestety kończyli w bardzo smutny sposób. Pamiętajcie również, że istnieje bezwzględny zakaz stosowania tego specyfiku podczas egzaminów i zawodów sportowych. – Zrobił krótką przerwę. – Niemniej pomimo wszelkich związanych z nim niebezpieczeństw, myślę, że każda dość odpowiedzialna i rozsądna osoba powinna móc przeżyć jeden niezwykły dzień. Dlatego ta porcja eliksiru będzie nagrodą za wasze dzisiejsze starania.

Większość uczniów wychyliła się z ławek, jakby to w jakiś sposób mogło przybliżyć ich do zdobycia płynnego szczęścia. Profesor zaczął objaśniać szczegóły przyrządzenia mikstury, nad którą mieliśmy dzisiaj pracować, ale prawdę powiedziawszy, na tym etapie straciłem już zainteresowanie. Czy chciałbym zdobyć Felix Felicis? Oczywiście, zapewne jak każdy w klasie. Szczerze wątpiłem, że to właśnie mi się uda wykazać talentem i wiedzą. Radziłem sobie w eliksirach, ale nie należałem do ścisłej czołówki najlepszych uczniów profesora Slughorna; niemal zawsze komuś udawało się uwarzyć dany wywar lepiej i szybciej ode mnie, a biorąc pod uwagę fakt, że tym razem cała klasa była zmotywowana, by wypaść jak najlepiej, szanse na zwycięstwo oceniałem na wyjątkowo marne.

Dyskretnie popatrzyłem na Priscillę – zdawała się w ogóle nie słuchać profesora. Notowała tylko coś na kawałku pergaminu, by po chwili zrobić krótką przerwę i po paru sekundach wpatrywania się w zapiski, ponownie przystąpiła do pisania.

Widząc, że część uczniów zabrała się już za warzenie eliksiru, sam otworzyłem podręcznik na odpowiedniej stronie. Profesor zlecił nam wykonanie Wywaru Czuwania; u osoby, która go zażyje, usuwa wszelkie uczucie zmęczenia. Nie eliminuje jednak zupełnie potrzeby snu, tylko odczuwalne symptomy znużenia. Opisano kilka przypadków, kiedy ludzie pod długotrwałym wpływem tego eliksiru umierali nagle z wyczerpania, mimo że pozornie tryskali energią i wydawali się w doskonałej kondycji.

Przejrzałem wzrokiem listę ingrediencji – szczęśliwie nie zawierała niczego, co uważałem za szczególnie obrzydliwe. Wywar składał się głównie z ziół.

Wkrótce pracownię wypełnił charakterystyczny zapach mięty, stanowiącej jeden ze składników bazy mikstury. Chętnie przedłużyłbym ten etap warzenia, niestety, z każdym kolejnym pękiem liści czy korzeniem wrzucanym do kociołka, wydobywająca się z niego woń stawała się coraz cięższa i mniej przyjemna. Po wsypaniu do wywaru szczypty sproszkowanego rogu jednorożca i zamieszaniu w nim chochlą wiedziałem już, że zapewne gdzieś popełniłem błąd; według instrukcji zapach mięty nie powinien być już wyraźny, wciąż jednak wyczuwałem ją w swoim eliksirze. Cóż, przynajmniej kolor i gęstość cieczy zgadzały się z tymi opisanymi w podręczniku.

Zerknąłem na Priscillę – ani razu jeszcze nie zajrzała do instrukcji, za to niemal bez przerwy notowała coś na kawałku pergaminu, by po chwili przyglądać się kartce w namyśleniu. Zaczynało mnie zastanawiać, jakim cudem nie zapełniła jeszcze tak niewielkiej powierzchni, odpowiedź przyszła jednak szybciej, niż się spodziewałem.

Napisane przez Priscillę zdanie zniknęło, by po kilku sekundach na pergaminie pojawiło się nowe, napisane zupełnie innym pismem.

Uniosłem brwi ze zdziwienia, dalej obserwując dziewczynę. Ta przeczytała wiadomość i przez chwilę zastanawiała się nad czymś, po czym w otwartym kufrze z ingrediencjami wyszukała płócienny woreczek. Bez wahania wysypała z niego kilka nasion na dłoń, by wrzucić je do swojego kociołka.

Żadne nasiona z pewnością nie znajdowały się na liście; jakaś część mnie chciała powstrzymać Priscillę przed potencjalnie niebezpiecznym mieszaniu w przepisie, ale przeważyła ciekawość tego, co się stanie. Niezbyt zgodna z podręcznikowym opisem maź gotująca się w kociołku dziewczyny zabulgotała żywo, rozrzedziła się i zmieniła kolor na beżowy. Zerknąłem na własny eliksir; teraz wydawał się gęściejszy i ciemniejszy niż ten Priscilli.

Znałem tylko jedną osobę dość utalentowaną i pewną siebie, by wypróbowywać własne receptury zamiast tych podręcznikowych. Uśmiechnąłem się krzywo, gdy kolejna wiadomość od rozmówcy Priscilli upewniła mnie co do jego tożsamości. Znałem przecież pismo Toma Riddle'a.

Nie miałem pojęcia, dlaczego pomagał właśnie pannie Rosier, tym bardziej, że było to co najmniej niesprawiedliwe wobec reszty jego szkolnych znajomych. Pokręciłem tylko głową i zająłem się krojeniem korzenia rachłystki czarnej. Skupiwszy swoją uwagę na poczynaniach Priscilli, zaniedbałem trochę swój eliksir – większość klasy znajdowała się już na dalszym etapie niż ja.

Pod koniec wywar wydzielał nieprzyjemną, ostrą woń. Powinien nabrać korzennego aromatu, w tym dziwnym zapachu nie wyczuwałem jednak żadnego dominującego składnika.

– No, kochani – Profesor Slughorn wyciągnął zegarek z kieszonki kamizelki – wygląda na to, że czas właśnie minął. – Jakby na zawołanie rozległ się dźwięk szkolnego dzwonu.

Zwykle na sygnał końca lekcji uczniowie jak najszybciej pakowali się i wychodzili na korytarz – w końcu pracownia pełna dusznych zapachów niekoniecznie była miejscem, w którym chciałoby się długo przebywać. Tym razem jednak wszyscy cierpliwie poczekali, aż profesor dokładnie zrecenzuje zawartość ich kociołków.

– Panno Grubbly-Plank, podręcznikowa konsystencja, ale w aromacie wyraźnie brakuje mocy, panie Hogan, zdaje się, że, hm, szczęście panu wyjątkowo dziś nie dopisało. Panie Dummond, nieźle, ale wygląda na to, że pozwolił pan na odparowanie zbyt dużej ilości wody w późnej fazie warzenia, prawda? I… panno Rosier, niebywałe. – Zatrzymał się przy naszej ławce, widocznie zdumiony. – Kochani, spójrzcie, jak wygląda doskonale uwarzony Wywar Czuwania.

Część uczniów zgromadziła się przy kociołku Priscilli, zaglądając do środka. Nauczyciel natomiast podszedł do swojego biurka i uroczyście uniósł fiolkę z płynnym szczęściem.

– Nie mamy chyba wątpliwości, kto zasłużył na nagrodę dnia? Proszę, moja droga. Mam nadzieję, że zrobisz z niej dobry użytek.

– Na pewno. – Rozpromieniona Priscilla odebrała od profesora fiolkę.

Poczułem się odrobinę zniesmaczony jej niezasłużonym zwycięstwem, ale brak wyraźnego poszkodowanego nie pozwolił mi większe oburzenie – po pobieżnym zapoznaniu się z efektem pracy pozostałych uczniów nie potrafiłem rozstrzygnąć, komu należałby się eliksir, gdyby Priscilla nie oszukiwała.

Wyraźnie podekscytowana zwyciężczyni niemal wyfrunęła z klasy; obejrzałem się tylko na nią ze zdziwieniem, po czym sam niespiesznie zacząłem się pakować.

Tknęła mnie nagła myśl i z jakiegoś powodu bardzo mnie zdenerwowała, jednak nie potrafiłem z niej zrezygnować. Staranniej niż zwykle posegregowałem niezużyte składniki, czekając aż reszta uczniów wyjdzie – Conleth, który najwyraźniej miał kilka pytań do profesora, zajął go rozmową, co również było mi na rękę. Lekko drżącą dłonią ostrożnie nabrałem trochę wywaru Priscilli do pustej fiolki i dyskretnie schowałem ją do szkolnej torby.

Popatrzyłem na profesora i Conletha, wyglądało jednak na to, że żaden niczego nie zauważył. Odetchnąłem cicho i wyszedłem na korytarz.

Ku mojemu zdumieniu czekała tam na mnie dziwnie radosna Priscilla.

– Zamknij oczy – poprosiła. – I wyciągnij rękę przed siebie.

Zamrugałem, cokolwiek zdziwiony, zaraz uśmiechnąłem się wymuszenie.

– Niespodzianka? Dobrze. – Przymknąłem powieki i zaraz poczułem w dłoni chłód szkła.

Domyśliłem się, czym jest tajemniczy prezent, nim go zobaczyłem.

Fiolka z płynnym szczęściem.

Przez chwilę wpatrywałem się w nią, nie rozumiejąc, dlaczego wręczyła mi tak drogi prezent.

– Nie mogę tego przyjąć – stwierdziłem w końcu.

Priscilla pokręciła z przejęciem głową.

– Musisz, Maurice. Przecież wygrałam go dla ciebie.

Spiąłem się mimowolnie na te słowa. Może powinienem uznać jej zachowanie za miłe, ale nie potrafiłem spojrzeć na nie inaczej, niż na coś dziwnego i podejrzanego.

– Dla mnie? – powtórzyłem cicho.

Uśmiechnęła się smutno.

– Pomyślałam, że możesz potrzebować trochę szczęścia, skoro… – zmieszała się wyraźnie.

Domyśliłem się, że miała na myśli Aspen. Zacisnąłem palce na fiolce.

– Dziękuję – rzuciłem tylko sucho i schowałem buteleczkę do kieszeni.

Priscilla patrzyła na mnie zdumiona; najwyraźniej nie przewidziała takiej reakcji z mojej strony.

– Do zobaczenia – dodałem ciszej, odwracając się od niej i szybkim krokiem odszedłem w głąb korytarza.

xxx

Poprosiłem jakiegoś pierwszorocznego Ślizgona o wywołanie Riddle'a z Pokoju Wspólnego. Chłopiec z niezwykle poważną miną oznajmił, że muszę oddalić się o kilka metrów od wejścia, bym przypadkiem nie usłyszał tajnego hasła; czekałem więc na Toma w wyznaczonym przez malca miejscu, oparty plecami o ścianę.

Gdy tylko wyszedł, sięgnąłem do kieszeni marynarki.

– Mam coś dla ciebie – oznajmiłem, wyciągając fiolkę.

Na jej widok źrenice Toma rozszerzyły się lekko. Wydawał się zaskoczony.

– Wygrałeś? – zapytał cicho.

Uśmiechnąłem się ponuro.

– Skąd. Ty wygrałeś. Priscilla z bliżej nieznanego powodu oddała mi eliksir.

Na milisekundę znieruchomiał, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk. A może tylko mi się wydawało? Po całej godzinie wdychania oparów z eliksirów dość często zdarzały się drobne przywidzenia.

– Oddała ci go – powtórzył spokojnym tonem Tom. – Cóż – dodał po chwili, uśmiechając się samymi kącikami ust – tego nie przewidziałem.

Wręczyłem mu fiolkę z poważnym wyrazem twarzy.

– Dlaczego jej pomagałeś? Wiesz, że gdyby Slughorn ją przyłapał, też miałbyś problemy.

– Obiecała podzielić się nagrodą, gdybym zapewnił jej sukces – przyznał Tom. – Widzisz, Maurice, profesor wyznał mi kiedyś, że swoim ulubionym rocznikom urządza taką rywalizację. W szóstej lub siódmej klasie, w zależności od poziomu. Nigdy wcześniej. W zależności od tego, jak radziłaby sobie reszta mojego rocznika, pierwszą porcję Felix Felicis zdobyłbym za rok lub dopiero za dwa.

– Zależało ci tak bardzo, by ryzykować?

– Może to głupie, ale tak. – Przyjrzał się fiolce zamyślony.

– Dlaczego?

– Nie wiem, czy zrozumiesz. – Podniósł na mnie wzrok. – Moja matka umarła przy porodzie. Ojciec prawdopodobnie żyje, nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę z mojego istnienia. Chciałbym go odnaleźć, a nie mam żadnego punktu zaczepienia… ale z tym eliksirem… moje szanse znacznie wzrosły.

Milczałem przez chwilę.

– Rozumiem – powiedziałem w końcu.

– Mogę liczyć na twoją dyskrecję, Maurice?

– Masz moje słowo.

Uśmiechnął się nieznacznie i schował fiolkę do kieszeni.

– Dziękuję. – Przyglądał mi się przez chwilę, widocznie nad czymś się zastanawiając. – Priscilla okazała się niesłowna, ale… przynajmniej dzięki tej całej sytuacji wiem, kto jest bardziej pewny.

Zaskoczyło mnie użyte przez niego słowo. Tom tylko uśmiechnął się odrobinę szerzej.

– Do zobaczenia, Maurice. Zapamiętam to. – Dotknął wybrzuszenia w kieszeni i zawrócił w stronę wejścia do dormitorium Slytherinu.

Dziwne. Byłem całkowicie pewien, że naprawdę tego nie zapomni.