8.
Śmierciożerca prowadził więźnia, bezlitośnie szarpiąc go za włosy. Brudna, poraniona twarz wyrażała już tylko ból i rezygnację. Wielkie, dębowe drzwi do komnat Czarnego Pana otworzyły się bezgłośnie, jakby na przekór swojej masie.
— Lucjuszu. To jest ta niespodzianka?
Zapytany bezceremonialnie pchnął pojmanego mężczyznę na ziemię. Ten skulił się, skamląc cicho. Jego błękitne oczy wywróciły się, a krople śliny powoli zaczęły kapać z uchylonych ust. Objął rękami kolana i zaczął kołysać się jak dziecko.
— Mam nadzieję, że cię ucieszy, mój panie. — Malfoy, czując dumę, nieznacznie uniósł głowę. Nie doczekał się pochwały.
— Twoje podarki zawsze mnie cieszą. — Voldemort uśmiechnął się zimno, poddając tym samym w wątpliwość szczerość swoich słów. — Jest w stanie mówić? Dowiedziałeś się czegoś?
— Nie przesłuchiwałem pojmanego, zostawiłem to tobie, panie. Moi ludzie chcieli go tylko zachęcić do współpracy. Pokazać mu, co go może czekać. Złamać.
— Udało im się? — Lucjusz zawahał się. Czarny Pan, nie czekając na jego odpowiedź, wstał z krzesła i podszedł do kulącej się postaci. Schylił się nad nią, delikatnie ujął brodę palcami i uniósł jej głowę. Jego uśmiech był prawie łagodny, gdy patrzył w szkliste oczy. — Ronie Weasley, widzę, iż moja wiadomość do ciebie dotarła. Nie umiem wyrazić, jaką przyjemność mi sprawiłeś, przyjmując zaproszenie.
— Spierdalaj — wycharczał rudzielec słabo.
Czarnoksiężnik cmoknął niezadowolony.
— Och, jakie braki w etykiecie. Ale w sumie... czego innego można spodziewać się po Weasleyach?
— Zabij mnie.
— Wszystko w swoim czasie, drogi chłopcze. Deser serwuje się zazwyczaj po daniu głównym. Ale być może tego również nie wiesz? — Pchnął ciało nogą, by przetoczyło się na plecy i stopą nacisnął mocno klatę piersiową. — Wiesz, Weasley, żadna klątwa nie przerazi czarodzieja tak bardzo, jak zwykła mugolska agresja — zrobił pauzę. — Gdy zwiększę nacisk, poczujesz, że twoim płucom brakuje miejsca, by się rozszerzać. Oczywiście będziesz mógł oddychać, ale każdy gram tlenu będzie cię palił jak ogień. I będzie go mało, zbyt mało, więc po chwili zobaczysz czarne plamy przed oczami — mówił wolno, tonem przeznaczonym dla przewodników wycieczek. — Zaczniesz się zastanawiać, czy wolisz oddychać, wijąc się z bólu, czy przegrać ze śmiercią. — Voldemort nieznacznie zwiększył nacisk. Twarz Rona zrobiła się purpurowa, a z ust wydobyło się rzężenie. W końcu Czarny Pan zdjął ciężar, a chłopak zakrztusił się, chwytając oddech. — To tylko jeden ze sposobów, żeby cię zabić. Pytanie: jaki jest ten, który sprawi, że będziesz chciał mówić.
— Nic ci nie powiem, skurwielu.
— Więc zastanowię się, czy naprawdę jesteś mi potrzebny — odparł Riddle. — Frango! — wysyczał wskazując różdżką rękę leżącego. Krzyk rozdarł ciszę panującą w komacie. Zamieniony na magię zapewne przebiłby kamienny sufit, roztrzaskał dach, ale pozostał tylko krzykiem, który ledwie zatrząsł cząsteczkami obojętnego, wilgotnego powietrza.
— Nic mu nie będzie. Jest tylko osłabiony.
— Wiedziałam, że powinnam iść z wami. W trójkę…
— Niech pani nie będzie śmieszna, panno Granger. Jeszcze trzy dni temu była pani chora i nieprzytomna. To nie była trudna misja. Lupin, chwyć go, sam nie dam rady.
— Harry? Harry? — Zaczął docierać do niego głos Remusa. Powoli otworzył oczy. Światło raziło go, więc zmrużył powieki. Trzy postacie stały nad nim, każda z innym wyrazem twarzy. Jednak on natychmiast odnalazł wzrokiem Snape'a. Nie wiedział, czego szukał w jego spojrzeniu, jaką chciał uzyskać odpowiedź. Wydarzenia z ostatniej nocy wracały do niego, nasączając umysł kolejnymi obrazami.
Severus wytrzymał spojrzenie chłopaka. Zmarszczył brwi, żeby ukryć niepokój. Odsunął się od pochylonej nad Wybrańcem Granger i zatroskanego wilkołaka. Jakkolwiek było to absurdalne, miał ochotę wyjść szybko z pokoju, z tego domu, zamknąć za sobą drzwi lub roztrzaskać je w diabły i ruszyć ulicą w górę do miasta, by wtopić się w tłum i zapomnieć w kakofonii dźwięków. Potrafił stanąć przed Czarnym Panem i kłamać, narażając swoje marne życie, a przestraszył się niemego pytania w zielonych oczach.
No cóż, każdy ma swojego bogina, pomyślał.
— Pan Potter jeszcze nie umiera, musicie uzbroić się w cierpliwość. — Sięgnął do uszczypliwości, która była najlepszym antidotum na wiele niechcianych uczuć i niezręcznych sytuacji. Hermiona rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie, na które odpowiedział charakterystycznym grymasem. Wyprostował się i wyszedł z pokoju, jednocześnie czując ulgę i stratę.
Nie myśl o tym, skarcił sam siebie, nie trudząc się, by precyzować, co właściwie oznaczały te uczucia.
— Malfoy coś podejrzewa. — Lupin spojrzał wymownie na Snape'a podczas wieczornego posiłku. Harry spał napojony wzmacniającymi wywarami. Hermiona nerwowo rwała kanapkę, zostawiając mało apetyczny stos okruszków na swoim talerzu.
— Nie jest głupcem. Jeśli podejrzewa ciebie, to mnie również.
— Jak daleko posunąłeś się w badaniach?
— Ledwie zacząłem. Znalazłem spis eliksirów Alfa. Teraz trzeba je uwarzyć i zacząć próby.
— Muszę dostać się do Hogwartu — wtrąciła Hermiona.
Mężczyźni spojrzeli na nią w milczeniu. Było coś bardzo twardego w tej młodej Gryfonce, co przypominało trochę Molly Weasley, Lily Potter i Minerwę — jakkolwiek wszystkie cztery różniły się od siebie.
Nieustępliwość i odwaga podszyta honorem, łatwość do poświęceń. Severus smutno potrząsnął głową, przypominając sobie, że to właśnie te cechy pchnęły jego przyjaciółkę w ramiona śmierci. Choć w głównej mierze była to jego wina, o czym nie należało zapominać.
— Dobrze, spróbujemy zrobić to razem. — Jasnobrązowe oczy Remusa skupiły się na twarzy młodej czarownicy. — Minerwa dała mi hasło do swojej prywatnej sieci Fiuu. Musimy tylko znaleźć w miarę bezpieczny kominek, co wbrew pozorom nie będzie łatwe. Wyruszymy jutro rano.
Granger skinęła głową i spojrzała na talerz.
— Dziś chyba nie będzie kolacji — stwierdziła, uśmiechając się połową ust.
— Ron nie pojawił się w Norze — Lupin w końcu zaczął temat omijany od dwóch dni. Wiedział, że dziewczyna cierpi, ale uparte udawanie, że nic się nie stało, było niedojrzałe. Broda Hermiony zaczęła drżeć. Odwróciła głowę, jakby chcąc się ukryć. — Bliźniacy obiecali rozejrzeć się po magicznym Londynie, popytać kogo trzeba. Ron... — zająknął się — Ron dużo wie.
Gryfonka gwałtownie wstała z krzesła.
— Ja... — zaczęła — wiem. Nie mogę uwierzyć, że… — Łzy niekontrolowanie potoczyły się po bladych policzkach.
Snape spojrzał na nią spod spuszczonej głowy i zdecydował się nie zabierać głosu. To, co myślał o zachowaniu Weasleya było raczej oczywiste, choć gdzieś w głębi swojej duszy rozumiał, co pchnęło chłopaka do ucieczki. Dziewczyna starannie zasunęła za sobą krzesło.
— Pójdę już spać. Dobranoc. — Wyszła z kuchni.
Remus spojrzał na Snape'a, który wzruszył ramionami. Westchnął i podniósł się.
— Porozmawiam z nią — zaoferował się i podążył za czarownicą.
Severus siedział jeszcze chwilę, ponuro wpatrując się brudną, dawno nieodświeżaną ścianę. Pewnie kilka czarów załatwiłoby sprawę, lecz tego nie robił. Założył, że dom na to nie zasługuje, a raczej zasługuje, ale na karę zaniedbania. Najchętniej sam dołożyłby kilku plam i wgnieceń. Przez moment rozważał, czy nie cisnąć o ścianę filiżanką, którą trzymał w dłoniach. Zostałby piękny, brązowy zaciek po zimnej już herbacie. Możliwe też, że porcelana odłupałaby kolejny fragment farby, może nawet zostawiła w gipsie dziurę. Zdecydował się jednak ocalić serwis i dopił resztkę bursztynowego płynu. Skrzywił się, czując jego haniebną temperaturę. Wstał i odłożył naczynie do zlewu.
Leniwie wszedł po schodach, słysząc z salonu ciche głosy wilkołaka i Gryfonki. Kiedy był u ich szczytu, chciał od razu skręcić do swojej sypialni, ale nieposłuszne ciało oczywiście skierowało go do pokoju, gdzie spał Potter. Stanął w drzwiach i przypatrywał się ciału owiniętemu w koce. Siła, której źródła nie znał, kazała mu patrzeć na chłopaka, dotykać. Ostatkiem woli powstrzymał swoją rękę. Nie miał do tego żadnego prawa. Nie po tym, co zrobił.
Drgnął, gdy spostrzegł uchylone powieki młodzieńca. Chciał się szybko wycofać, ale Harry najwyraźniej to wyczuł, bo wyszeptał pośpiesznie:
— Zostań.
Severus zawahał się, ale w końcu coś w nim wygrało i powoli podszedł do łóżka, przyglądając się uważnie zaspanej twarzy. Poczuł się dziwnie skrępowany, jak gdyby dopiero teraz pozwolił sobie naprawdę spojrzeć na chłopca, którego chronił tyle lat. No cóż, już nie chłopca. Spiął się jeszcze bardziej i założył przed sobą ręce tylko po to, żeby coś z nimi zrobić.
— Jak się czujesz? — To pytanie wyrwało się z ust bez jego zgody. Obiecał sobie, że następnym razem mocniej przygryzie język.
— Nic mi nie jest.
— Śpij więc. — Chciał się odwrócić, ale coś chwyciło go za róg szaty. Ręka. Mniejsza niż jego, opalona, z obgryzionymi w nerwach paznokciami. Spojrzał na nią, jakby była czymś obcym w jego świecie.
— Zostań — powtórzył chłopak i przymknął oczy.
— Melodramatyczny głupiec — warknął pod nosem Snape i wyrwał ubranie z uścisku. Chwycił stojące w rogu krzesło, przysunął je do łóżka i usiadł. Dostrzegł, że jeden kącik gryfońskich ust unosi się lekko. — Pięć minut — ostrzegł groźnie. Harry zaśmiał się cicho.
— Dobrze, że tam z tobą poszedłem. Mówiłem ci, że beze mnie nie dasz sobie rady.
— Racja, panie Potter. Zastanawiam się, jak udawało mi się przeżyć te wszystkie lata bez twojego wsparcia — zakpił.
— Zwykłe szczęście, nic więcej. — Harry zamknął oczy na dobre i odwrócił głowę. Już po chwili jego pierś unosiła się spokojnie i miarowo, a usta rozwarły lekko, odprężone. Ręka Severusa zaczęła drżeć i siłą powstrzymał ją, by nie uniosła się do rozczochranej czupryny. Klął na czym świat stoi i zaciskał zęby. Po co katuje się, siedząc tak blisko? Jednak nie potrafił odejść. Coś wzbierało w jego piersiach, coś jak ból, szloch czy żal — uczucia nikomu niepotrzebne i już dawno zepchnięte na samo dno duszy. Kiedy był pewien, że chłopak mocno śpi, cicho wstał i poszedł do siebie.
— Co mam zrobić z Weasleyem, mój panie?
— Zamknij go gdzieś, na razie nie jest mi do niczego potrzebny. Ma żyć. Musi być przynajmniej przytomny, by spełnić swoją rolę w odpowiednim czasie. — Voldemort splótł długie palce i zapatrzył się przed siebie. Lucjusz przyglądał mu się z boku trochę ze strachem, trochę ze wstrętem, a trochę z nabożną czcią. — Ci ludzie, którzy go pojmali… kto to?
— Kelzer, Fowles i McPherson. Szczeniak siedział w parku na przedmieściach Manchesteru. To też podsunęło mi wątpliwości, co do…
— Upewnij się — przerwał mu Czarny Pan — że nie powiedzieli nikomu innemu, potem wyczyść im pamięć. Tych, którym się pochwalili, zabij. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że tu jest.
— Oczywiście, zajmę się tym natychmiast. — Mimo deklaracji Lucjusz stał nadal w tym samym miejscu i patrzył wyczekująco na czarnoksiężnika.
— Coś jeszcze?
— Mój panie. Znaleźliśmy Weasleya jakieś dwa kilometry od zatęchłej dziury, którą Snape nazywa swoim domem. Czy nie wydaje ci się to trochę… osobliwe? — Oczy Malfoya zmrużyły się, a na twarz wypłynął pełen wyższości uśmieszek. — Chciałem jedynie przypomnieć, że Severus już kiedyś cię zdradził.
— Będziemy wiedzieć, czy zdradził, jeśli ustalimy, czy kiedykolwiek mi służył, Lucjuszu. — odpowiedział spokojnie Riddle. — Ale tak, pamiętam o tym, co zrobił nasz utalentowany mistrz eliksirów. Widzisz, jedyną osobą, której lojalności mogę być pewien — Voldemort spojrzał wymownie na arystokratę — to Bellatriks.
— Mój panie, ja zawsze… — oburzył się mężczyzna, a w szarych oczach błysnął strach.
— Och, nie powiedziałem, że kiedykolwiek mnie zdradziłeś. Jednak to nie to samo, co lojalność. Nie mam żadnego dowodu na zdradę Snape'a. Wydaje się mi służyć, a ja nie wiem, dlaczego nie miałbym wykorzystać jego umiejętności, skoro są mi potrzebne — przerwał na chwilę. — Severus jest tylko pionkiem, Lucjuszu, nigdy nie był nikim więcej ani dla mnie, ani dla Dumbledore'a. Za to Harry Potter… tak, Harry Potter jest królem na tej szachownicy. Królem, którego nie chroni już siwobroda królowa. To będzie czysta przyjemność spotkać go po raz kolejny. — Usta Czarnego Pana rozwarły się w uśmiechu, ukazując zęby.
— Mam wycisnąć jakieś informacje z Weasleya, mój panie?
— Nie, to nie jest konieczne. Potter sam się tutaj pofatyguje, by uratować przyjaciela. Na Gryfonów można w tej kwestii zawsze liczyć. Ale to później. Jak tam pertraktacje z ministrem magii? — Czarnoksiężnik spojrzał znów na bladą twarz Malfoya.
W komnacie obok, zwinięty na starych kocach, leżał Ron, którego złamana ręka właśnie się zrastała, dzięki zaaplikowanemu Szkiele-Wzro. Zdrowa dłoń obejmowała tę chorą, a błękitne oczy liczyły włoski na przedramieniu. Oddech był płytki i słaby, ale chłopak był przytomny. Wyczerpany bólem, zrezygnowany, powoli odpływał w te rejony umysłu, skąd coraz ciężej było mu wrócić do rzeczywistości.
Może w końcu zwariuję? — zastanawiał się, lecz nie wysilał na tyle, by znaleźć odpowiedź. Wiedział tylko, że nie może zdradzić Harry'ego, że w końcu umrze i że najbardziej na świecie brakuje mu brązowych, miękkich włosów Hermiony, łaskoczących go w twarz.
