Narrator

-Alister, zarządziłem bitwę Gryfów z Feniksami- oznajmił Reven Merine, chodząc nerwowo po gabinecie. Czarnooki był zdezorientowany postawą ojca.

-O której?

-Za godzinę. Będziecie walczyć ramię w ramię z Bazyliszkami- Alister skrzywił się lekko. Bazyliszki byli bardzo groźnymi przeciwnikami, wykorzystującymi kamienie w swoich hełmach do zmuszania żołnierzy przeciwnej armii, by atakowali swoich przyjaciół, lub też, co zdarzało się tylko w ekstremalnych przypadkach, petryfikowali ich. W przypadku bitwy przeciwko nim należało zawsze sprawdzać drogę krzywym zwierciadłem.

-Rozumiem. Coś jeszcze, ojcze?

Reven zastanowił się chwilę.

-Tylko jedno: masz wygrać. Zrozumiano? Inaczej nie ręczę za siebie.

Alister ukłonił się i wyszedł bez słowa. Gdy jednak ruszył w stronę koszar zamyślił się. Dlaczego on musi być wiecznie skupiony na władzy? Nie mógłby chociaż raz ustąpić? zastanawiał się. Arena to jedyne miejsce, gdzie mogę się wyżyć, a on chce się jeszcze tam mieszać? O nie... Po moim trupie!

Wszedł do szatni swojej armii. Gryfy nie zapomniały jeszcze swojej porażki z Feniksami, ale pomimo tego wygrywali wszystkie inne bitwy. Żołnierze powitali swojego dowódcę.

-Widzę, że już jesteście gotowi. Czy omawialiście już taktykę z Bazyliszkami?

-Czekaliśmy na ciebie- odpowiedział jego pierwszy oficer, Evereth.- Co robimy? Ten sam plan, co wcześniej?

-Nie!- krzyknął wbrew sobie Alister. Jego żołnierze popatrzyli się na niego ze zdumieniem. -Wyjdziemy wcześniej przez bramę, ale żadnych sztuczek, rozumiemy się?

Armia rozeszła się ostrzyć broń. Merine usiadł na ławce i, gdy nikt nie patrzył, westchnął ciężko. Popełniał błędy, ale to co zrobił ostatnio w czasie bitwy z Feniksami przeraziło i jego. Nikt wcześniej nie odważył się przełamać zaklęcia ochronnego; on niestety był pierwszy. Tylko dlaczego to zrobił?...

W końcu usłyszał dzwonek oznajmiający możliwość wejścia na arenę. Przybrał swoją codzienną maskę obojętności i przeszedł przez bramę.


Irma

Powoli wstałam z łóżka, przeciągając się. Pomimo naszego późnego powrotu z akcji nie byłam zmęczona i Daniel musiał mnie przekupić, żebym poszła spać. Nie żebym narzekała... Gdy po dobrych kilkunastu minutach zdecydowałam się, co nałożyć, usłyszałam dzwonek do drzwi.

-Zaraz!- krzyknęłam, sięgając błyskawicznie po szczotkę, by choć trochę uporządkować swoje rozczochrane włosy. Udało mi się zapleść je w prosty warkocz akurat w chwili kiedy drzwi się otworzyły, ukazując moim oczom czarnowłosego chłopaka, który podszedł do mnie i ukłonił głęboko.

-Witaj, jaśnie pani- powiedział z uśmiechem. Trzepnęłam go lekko w ramię.

-A mi się waż tak mówić- zagroziłam, na co on się tylko roześmiał.

-Daj mi tę przyjemność, proszę. Poza tym, kiedy wszystko się ujawni, wszyscy będą i tak mówić do ciebie w ten sposób- odparł, przytulając.

-Ale póki co, mości panie, daj mi się ubrać. Przez ciebie nie zdążyłam tego zrobić- jednym susem skoczyłam z ubraniami do łazienki.

Ubrałam się szybko i wyszłam razem z Danielem na miasto. Znając nieco zasady szkoły następna bitwa powinna się odbyć za jakieś dwa, trzy dni, nie wcześniej. Niestety, jak zawsze ktoś musiał nam przerwać.

Zobaczyłam jak Mike biegnie w naszą stronę w niewiarygodnie szybkim tempie. W ostatniej chwili powstrzymaliśmy go przed wpadnięciem do fontanny.

-Co się stało?- spytał Dan, podtrzymując go.

-Gryfy i Bazyliszki. Za trzy minuty- wysapał, biegnąc w drugą stronę. Pobiegliśmy za nim, docierając do koszar w tej samej chwili co pozostali. Bez rozmów wciągnęliśmy na siebie zbroje, nie dbając o to, czy są dokładnie zapięte. Sprawdziliśmy to dopiero przed bramą.


Daniel

Wyciągnąłem miecze, obserwując uważnie otoczenie. Brama była otwarta.

James wyciągnął zwierciadło, sprawdzając czy w pobliżu są Bazyliszki. Po tym, jak pokiwał głową na nie wyjrzałem za bramę, aby upewnić się. Jedyne, co wtedy dostrzegłem to bariery poustawiane wzdłuż ścian areny. Widocznie Gryfy i Bazyliszki się za nimi chowają.

Irma pociągnęła mnie do reszty.

-Wszyscy mają tarcze?- spytała. Większość z nas pokazała swoje, ale kilka osób, między innymi ja, nie miało ich.

Dziewczyna zastanowiła się chwilę.

-Zrobimy tak: wszyscy, którzy mają tarcze ustawią się w trzech rzędach, środkowy rząd będzie trzymać tarcze w górze na wypadek ostrzału z powietrza, natomiast łucznicy, kusznicy i oddział specjalny będą poruszać się pomiędzy osłonami, starając się trafić przeciwników. I pod żadnym pozorem nie patrzcie się na głowy Bazyliszków, jasne?

-Tak jest!

Popatrzyłem na czarodziejkę. Skupiony wyraz twarzy nie zdradzał żadnych emocji, jednak wyczuwałem, że martwi się o całą drużynę. Czy kiedy zostanie koronowana, zawsze tak będzie?

Poczułem jak ktoś trącił mnie delikatnie w ramię.

-Widzę, że jesteś zdenerwowany, ale nie musisz się martwić. To tylko kolejna bitwa, którą wygramy.

-Wiem to, ale...- nie dokończyłem, ponieważ Irma skutecznie zamknęła moje usta delikatnym pocałunkiem.

-Żadnych ale. A teraz skup się i zwycięż- powiedziała, nakazując żołnierzom ustawić się na pozycje. Dołączyłem do pozostałych.

Przygotowana formacja ruszyła powoli do przodu, przysuwając się na tyle blisko by móc atakować najbliżej stojących wojowników. Przebiegłem między Jamesem i Mikiem w poszukiwaniu luk w obronie przeciwników, zamiast tego dostrzegłem jednak Alistera. Nieźle. Może uda mi się odpłacić mu za to, jak wywalił mnie z gry.

Przeskoczyłem nad tarczami i skoczyłem w jego stronę. Nasze miecze zderzyły się, tworząc istną fontannę iskier.

-Co, chcesz się zemścić? Proszę bardzo!- krzyknął, szarżując swoim sejmitarem w moją pierś. Uskoczyłem w bok, jednocześnie celując czubkami mieczy w jego ramiona. Żadnemu z nas nie udało się trafić drugiego.

Uśmiechnąłem się pod nosem widząc, że Alister nie ma żadnego wsparcia z zewnątrz.

-Nareszcie wyrównana walka- mruknąłem szykując się obrony przed kolejnym atakiem.

Nagle zobaczyłem, że oczy blondyna rozszerzają się w przerażeniu. Odwróciłem się by ujrzeć Bazyliszki atakujące zarówno Feniksy jak i Gryfy. O co tu chodzi?! Bazyliszki atakują swoich sprzymierzeńców?

W tej samej chwili usłyszałem szczęk żelaza i głuchy jęk. Alister pokonał Bazyliszka, który...

-Raczyłbyś może uważać? Nie będę robił tego za każdym razem- warknął Alister, biegnąc w stronę swoich żołnierzy. Otrząsnąłem się szybko i pobiegłem za nim w stronę zatłoczonego centrum areny.

Ze zgrozą spostrzegłem, że część Feniksów i Gryfów została spetryfikowana, a pozostali walczyli między sobą, raz po raz eliminowani przez Bazyliszki. Nie widziałem nigdzie Irmy. Czyżby leżała gdzieś na arenie zmieniona w kamień lub ranna? Odrzuciłem te myśli. Ona jest niezniszczalna. Nic jej nie będzie.

Zaatakowałem stojącego najbliżej Bazyliszka i strąciłem mu z głowy hełm. Jego twarz zastygła.

-Co, nie jesteś już taki cwany bez swojego kamienia?- rzuciłem, uderzając go rękojeścią w potylicę. Wojownik runął jak długi na ziemię. Merine pokiwał głową.

-Po raz pierwszy widzę u ciebie takie zachowanie. Coś się stało?- wyczułem sarkazm w jego głosie.

-Nie, po prostu postanowiłem wziąć przykład mistrza w tej dziedzinie- odpowiedziałem.

Razem z Alisterem chwyciłem nieprzytomnego żołnierza za nogi i wyrzuciłem w powietrze, strącając siedzącego wyżej kusznika. Rozejrzałem się szybko i jęknąłem bezgłośnie. Bazyliszki miały nad obiema armiami miażdżącą przewagę i wyglądało na to, że wygrają bez problemu tę bitwę, trafiając na pierwsze miejsce w tabeli. Kątem oka spostrzegłem, że dowódca Gryfów złapał się za głowę, myśląc dokładnie to samo, co ja. Niedobrze.

Niespodziewanie zobaczyłem potężny wybuch światła. Zasłoniłem oczy, by nie oślepnąć. Wtedy przez arenę przetoczyła się potężna fala energii, która w jednej chwili odczarowała wszystkich zmienionych w kamień. Zahipnotyzowani wojownicy również otrząsnęli się z transu, w jednym momencie rzucając się na swoich prawdziwych w tym momencie przeciwników.

Bazyliszki znów spróbowały zahipnotyzować wojowników innych armii, ale światło rozchodzące się po arenie uniemożliwiało im to. Gdy Bazyliszki to zrozumiały, rzuciły się do ucieczki. Niestety na próżno: w ciągu kilku minut zostali wyłapani co do jednego. Ramię w ramię z Alisterem pozbyłem się kilku z nich.

Gdy skończyliśmy wyłapywać wojowników armii Bazyliszka świetlista energia zniknęła, ukazując lekko chwiejącą się Irmę. Podtrzymałem ją.

-Muszę przyznać, że jesteś potężna, i nie bez powodu ojciec się ciebie boi- powiedział po chwili Alister, chowając swój sejmitar.- Dziękuję wam za pomoc w pokonaniu Bazyliszków. Wiedziałem, że są przebiegli, ale jeszcze nigdy czegoś takiego nie zrobili.

-Cóż, mając dwie nienawidzące się armie w czasie jednej bitwy postanowili pozbyć się obu- odrzekła Irma, rozciągając się.

Przez chwilę milczeliśmy, aż do chwili gdy niespodziewanie Alister podszedł do mnie i wyciągnął dłoń.

-Chciałbym cię szczerze przeprosić za ostatnią bitwę. To, co zrobiłem, było nierozsądne.

Bez wahania uścisnąłem ją. W końcu pomógł mi dzisiaj.

-To prawda, ale gdyby nie ty być może byłbym zahipnotyzowany- roześmialiśmy się.

-Następnym razem ci nie pomogę- powiedział.

-Ja również- odpowiedziałem i już mieliśmy się rozejść, gdy Irma zatrzymała nas.

-Alister, czemu nam pomogłeś?

Chłopak westchnął, przez chwilę mogłem dostrzec coś, co można byłoby nazwać zmęczeniem na jego twarzy.

-Dotychczas pomagałem ojcu, bo uważałem to za słuszne. Gdy jednak dzisiaj ułożył tę bitwę, a wiem już, że to on kazał Bazyliszkom nas zdradzić, postanowiłem przestać go słuchać. Nie mogę pozwolić by ktokolwiek zakłócał moje ulubione zajęcie, nawet własny ojciec. Jeżeli nie będziesz wtrącać się w planowanie bitew z góry jak mój ojciec, to jestem z tobą.

-Dziękuję. Nie mam zamiaru psuć wam zabawy- uśmiechnęła się. - Jest tylko jeden problem...

-Irma musi zostać ogłoszona następczynią tronu przed radą, ale nie bardzo wiemy, jak to zrobić- dokończyłem. Alister popatrzył na nas z zaciekawieniem.

-Jeżeli chcecie to załatwić jeszcze dzisiaj, to chodźcie ze mną. Rada ma za chwilę posiedzenie.


Narrator

-Pani Larenne, ktoś chce dołączyć do posiedzenia- usłyszała przewodnicząca rady. Zaintrygowana skinęła głową.

-Wpuść ich.

Drzwi do sali powoli otworzyły się, a wtedy do pomieszczenia wkroczyło około osiemdziesiąt osób w pełnym uzbrojeniu. Kobieta znała ich jako uczniów Szkoły Wojowników. Na ich czele szły trzy osoby, dwóch chłopców i dziewczyna. Larenne wstrzymała oddech, rozpoznając ją ze zdjęć.

Wszyscy ukłonili się.

-Szanowna pani, członkowie rady- zaczął Alister, rozglądając się po sali. Jego ojciec, Reven, zamarł na krześle.- Chciałbym wam przedstawić pewną osobę, która z pewnością was zainteresuje. Irma Lair, córka Ziemianina Toma Laira i królowej Mariny.

Wielu radnych zaczęło szeptać między sobą. Przewodnicząca rady uciszyła ich dłonią.

-Czy to prawda? To ty jesteś jej córką?- zapytała otwarcie.

W ramach odpowiedzi kasztanowłosa dziewczyna wyciągnęła dłoń i wezwała magię. Uformowana w jej rękach wodna kula po kilku sekundach zaczęła skrzyć się setkami kolorowych iskier, roztaczając łagodną aurę wokół siebie. Do czarodziejki podszedł sekretarz stanu i zaczął ją oglądać.

-Oczy te same, włosy trochę jaśniejsze, ale podobnie się układają ... wzrost nieco wyższy... rysy twarzy niemalże identyczne... Powiedz mi jeszcze, dziecko, kiedy twoja matka zmarła?

-Trzynaście lat temu, pod koniec maja. Miałam cztery lata- odpowiedziała szczerze.

Larenne wstała i podeszła do niej. Wtedy, niespodziewanie dla wszystkich, przyciągnęła ją do siebie i przytuliła.

-Myślałam, że jedyne, co po niej zostało, to zdjęcia. A tu proszę - okazuje się, że moja najlepsza przyjaciółka miała córkę- szepnęła. Dziewczyna odwzajemniła uścisk.

W końcu kobieta wypuściła z ramion czarodziejkę. Odwróciła się do wszystkich zgromadzonych.

-Szanowni państwo! Wyznaczony termin na odnalezienie następcy tronu właśnie minął.

Czarnowłosy chłopak zaczął coś krzyczeć. Pozostali uczniowie dołączyli do niego, wznosząc wspólnie harmonijny okrzyk, który wkrótce zaczęli skandować również i radni.

-Niech żyje królowa!

Nagle Reven Merine podniósł się z krzesła i wrzasnął na całą salę:

-Protestuję!

Zgromadzeni popatrzyli się na niego ze zdumieniem.

-Co się stało, Revenie, nie cieszysz się?- spytała Larenne.

-Ta dziewczyna nie powinna tu być! Miałem być królem! Nie zgadzam się!- krzyczał, dopóki strażnicy nie złapali go. Pomimo tego miotał się jak węgorz.

-Zabrać go stąd- rozkazała przewodnicząca, odwracając się znów do rady.- Kto jest za jak najszybszą koronacją Irmy Lair?

Wszyscy podnieśli dłonie do góry.