Sevethilla: Cieszę się, że akcja nie rozczarowuje :) Jest jej tu faktycznie więcej, niż w WW, a zapewniam, że będzie tylko coraz lepiej. Severusa również przybędzie ;) Dziękuję!

Mahakao: Dzięki wielkie! Zamierzam się nie dać złym ludziom ;P Spojlerować nie chcę, ale Dragonowi warto się bliżej przyglądać ;)

Jamie Grant: Uff! Czyli jednak emocje zostały dobrze oddane! Szczerze mówiąc ten siódmy rozdział niezbyt mi się podobał, kiedy go publikowałam, więc cieszę się, że jednak nie był taki zły, jak mi się wydawało :) Dziękuję ^^ Opowiadania absolutnie nie zamierzam porzucać – wciągnęłam się w życiu w zbyt wiele niedokończonych fanfików, by robić takie świństwo własnym czytelnikom! Poza tym już wiem, że zabieram laptopa na szkolenie, więc na pewno znajdę odrobinę czasu, by popracować nad tłumaczeniem :)

Hogsmeade

- Auć! George, jak daję słowo, patrz, gdzie stawiasz nogi!

- A ty patrz, w co wbijasz swoją różdżkę!

- Widzę, że twoje ręce znalazły się podejrzanie blisko pośladków George'a, Hermiono - zauważył Fred z diabelskim uśmiechem. - Czy chcesz nam może o czymś powiedzieć?

- Zamknij się, Fred! - odparli chórem Hermiona i George.

- Jeśli wszyscy się zaraz nie uciszycie, będziemy mogli po prostu powiedzieć Śmierciożercom, że nadchodzimy - warknął Harry. On i jego przyjaciele przez ostatnie dziesięć minut szli przez pogrążony w ciemności tunel, który rozjaśniały jedynie światła na czubkach ich różdżek.

- Wydawało mi się, że jest szerszy... - mruknął Harry.

- W takim razie chyba czas ograniczyć dyniowe paszteciki, co? - zaśmiał się Fred. Chłopiec zignorował go i wyszeptał kolejne zaklęcie Lumos; koniec jego różdżki zamigotał blado.

- Rany... ta różdżka jest do niczego - jęknął.

- A czyja w ogóle jest? - zapytał Fred.

- Nie wiem; Remus ją znalazł i dał mi po tym, jak Greyback złamał moją. Nie miałem jeszcze okazji, żeby kupić sobie nową.

- Bezużyteczna różdżka i ciało, które absolutnie nie jest w stanie nadającym się do walki - mruknęła Hermiona. - Nie przyszło ci do głowy, że to może być znak, Harry?

- Sama powiedziałaś, że chcesz tam być, Hermiono - odpowiedział jej chłopiec. - Masz jeszcze czas, żeby wrócić do zamku - dodał i usłyszał, jak dziewczyna wypuszcza powietrze z płuc z pełnym napięcia świstem.

- Wiem – przepraszam. Po prostu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że robimy niewłaściwą rzecz.

- To nieprawda - odezwał się głos z tyłu grupy. - Zginęło już zbyt wielu ludzi – najwyższy czas z tym skończyć; nie chcę bać się do końca życia.

- No właśnie! - zgodził się George. - Masz rację, Neville.

- Chociaż może to nie najlepszy moment, żeby przyznawać się do strachu, stary - mruknął Fred. - Właśnie zamierzamy włączyć się do walki na śmierć i życie!

- Tak, strach wręcz unosi się w powietrzu - fuknęła Ginny ze złością, popychając Neville'a do przodu. - Możesz trochę przyspieszyć?

- Jesteśmy już prawie na miejscu - poinformował Harry dostrzegając nieco przed sobą światła Miodowego Królestwa padające w głąb tunelu przez prześwity między deskami podłogi.

- To jak – mamy jakiś plan? - spytał Fred. Harry zawahał się; korytarz wypełniła cisza.

- Nie sądzę, by ktokolwiek miał plan - stwierdziła Luna obojętnym tonem.

- Harry, przecież walczyłeś z nimi już wcześniej... - zauważyła Ginny. Harry poczuł w żołądku dziwny skurcz, kiedy się odezwała.

- Ty też, Gin - odparł ignorując motyle trzepoczące w jego piersi. - Wszyscy już z nimi walczyliśmy. Pamiętacie, co działo się w Departamencie Tajemnic? Byli wszędzie. Jestem prawie pewien, że kiedy tylko mnie zauważą, ruszą za mną w pościg. Może uda mi się ich wyciągnąć z kryjówek, jeśli zwabię ich w odpowiedni sposób?

- Naprawdę uważasz, że to zadziała? - zapytał George. - Przecież członków Zakonu Feniksa też na pewno będą się chcieli pozbyć!

- Jestem ich głównym celem - zauważył Harry gorzko. - Zaufajcie mi – każdy z nich będzie chciał okryć się chwałą zabójcy Harry'ego Pottera.

- Może i masz rację - uznał Fred. - W takim razie może ruszymy dalej? Bo ja też zaczynam już czuć strach Neville'a...

Kiedy dotarli do klapy prowadzącej do Miodowego Królestwa, Harry zatrzymał się i kucnął, po czym odwrócił się do przyjaciół i gestem nakazał im trzymać różdżki w gotowości, a sam uchylił nieco klapę i zerknął do wnętrza sklepu. Odgłosy zaciętej walki natychmiast wypełniły tunel. Chłopiec opuścił klapę.

- Ilu? - szepnął Fred.

- Wielu - mruknął Harry. - Dwóch jest w sklepie, reszta na zewnątrz.

Przez kilka chwil patrzyli na siebie z niepokojem w oczach.

- Masz rację - Fred przełknął głośno ślinę.

- Gotowi? - spytał Harry swoich towarzyszy; w odpowiedzi usłyszał nerwowe potaknięcia. Przygotował swoją różdżkę i znów odchylił nieco klapę. Dwóch Śmierciożerców ukrytych w Miodowym Królestwie rzucało klątwy przez pozbawione już szyb okna. Nagle zaklęcie kogoś z zewnątrz przeleciało przez sklep i trafiło w półkę, na której stały Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta, która z hukiem rozleciała się na drzazgi. Gdyby Ron był z nimi w tej chwili, pewnie zalałby się łzami.

Harry wyszeptał zaklęcie oszałamiające celując w mężczyznę, który stał bliżej niego; nie trafił, ale klątwa odbiła się od półki z czekoladowymi żabami i trafiła drugiego Śmierciożercę prosto w pierś.

Co za szczęście!, pomyślał chłopiec, po czym szybko wyskoczył z przejścia na podłogę. Pierwszy Śmierciożerca już zauważył, że jego kompana ktoś zaatakował, i – odwracając się – automatycznie rzucił w kierunku Harry'ego zaklęcie zabijające. Chłopiec rzucił się w bok w momencie, gdy Fred ryknął Incarcerous! Po podłodze śmignęła cienka, brązowa lina, która w mgnieniu oka oplotła mężczyznę tak mocno, że bezwładnie padł na ziemię i tylko rzucał się na niej z wściekłością. Kiedy reszta grupy wydostawała się z tunelu, Harry rzucił Drętwotę na wijącego się Śmierciożercę – a przy okazji doprowadził do wybuchu tacy pełnej Musów Świstusów.

- Ta różdżka jest beznadziejna - powiedziała Hermiona podnosząc z podłogi inną. - Wypróbuj tę.

Harry wycelował ją w Neville'a.

- Accio różdżka.

W jego stronę natychmiast poleciał cały rząd czekoladowych różdżek, które celnie chlasnęły go w twarz.

- No, mniej więcej o to chodziło - uznała Hermiona. Harry rzucił jej krzywe spojrzenie i już miał zapytać, co zrobić z dwoma obezwładnionymi przed chwilą Śmierciożercami, kiedy w pobliżu rozległ się przeszywający krzyk kobiety.

- INCENDIO!

Cały sklep niemal w jednej chwili stanął w płomieniach. Temperatura w pomieszczeniu wzrosła prawie nie do wytrzymania, a powietrze zrobiło się czarne od gęstego, duszącego dymu. Gorący, rozpalony do czerwoności popiół parzył skórę Harry'ego i wypalał dziury w jego swetrze, więc chłopiec szybko go z siebie zrzucił i ruszył przez salę starając się dostrzec cokolwiek w otaczającym chaosie. W pewnej chwili pozostałe w oknach szyby eksplodowały z ogłuszającym hukiem. Harry poczuł, że ktoś przygniata go do ziemi, i o włos uniknął przecięcia na pół przez wielki kawał szkła. Odwrócił się na bok i zauważył obok siebie Ginny, której twarz już zaczynał mu przesłaniać otaczający ich dym.

- Dzięki! - wrzasnął ponad rykiem płomieni. Chwycił ją za rękę i szybko pociągnął na nogi. Jego samego tylko adrenalina utrzymywała jeszcze w pionie; wcześniejszy sprint przez korytarz i przeprawa przez tunel odebrały mu resztki sił. Jego serce biło jednak mocno i pewnie, a cudza różdżka drżała w dłoni. Był gotowy do walki, nawet jeśli jego ciało nie było.

- Harry! - krzyknęła głośno Hermiona.

- Uciekaj na zewnątrz! - odkrzyknął jej chłopiec; w płucach z powodu dymu i popiołu czuł bolesne kłucie. - Nic nie widzę!

- W porządku, mamy ją! - uspokoił go Fred. Albo George, ciężko było stwierdzić.

Harry zaciągnął Ginny do jednego z okien z przodu sklepu i ostrożnie uniósł ją tak, by mogła wyskoczyć na zewnątrz. Ciemny dym wciąż wirował wokół nich i prawie uniemożliwiał dostrzeżenie odłamków szkła wciąż tkwiących we framudze i na parapecie. Ginny zahaczyła nogą o coś ostrego, co pozostawiło na jej udzie dużą, głęboką ranę. Dziewczyna zaklęła głośno i niezgrabnie skoczyła na dużą kupę śniegu. Po chwili Harry wylądował obok niej.

Kiedy unieśli głowy, ujrzeli przed sobą sceny najprawdziwszego chaosu.

Powietrze przecinał nieprzerwany strumień różnorakich zaklęć i klątw; nieco dalej widać było w połowie zdemolowany sklep Zonka i Świński Łeb, gdzie pożar dotarł już do fundamentów, które drżały i w każdej chwili groziły zawaleniem budynku. Śmierciożercy w czarnych szatach i aurorzy w krwistej czerwieni zaciekle walczyli ze sobą na całej długości ulicy. Harry zauważył, jak jeden z aurorów eliminuje z bitwy cały szereg Śmierciożerców za pomocą imponującego zaklęcia Impedimenta, po czym sam pada, trafiony od tyłu jakąś klątwą.

- Co robimy, Harry? - spytała cicho Ginny u jego boku. - Mają nad nami taką przewagę liczebną, że...

- Jakim cudem jest ich aż tylu? - spytał Harry, zdumiony.

- Widocznie znów miała miejsce masowa ucieczka z Azkabanu - uznała dziewczyna. - Ministerstwo musiało ją wyciszyć... Albo ci, którzy pozostali na wolności po bitwie w Zakazanym Lesie, spisali się na medal, jeśli chodzi o rekrutację.

- Potter?

Pełen zdziwienia głos rozległ się nieopodal przerywając ich rozmowę. Dwóch mężczyzn – jeden krępy, drugi groteskowo wysoki – zauważyło ich z drugiej strony ulicy. Obaj natychmiast unieśli różdżki.

- Powiedz pozostałym! - ryknął jeden z nich. Harry mocno ścisnął własną różdżkę. Podczas gdy w jego kierunku poleciało ciemne światło klątwy, w kierunku wioski ruszył inny, srebrny błysk, który zniknął za rogiem pobliskiego budynku, by poinformować Śmierciożerców o jego obecności tutaj; Harry dostrzegł go kątem oka.

Teraz albo nigdy, pomyślał.

- Protego! - wrzasnął szybko, zanim klątwa zdążyła go dosięgnąć, i odbił ją w kierunku przeciwnika.

- Nieźle, młody - warknął wyższy mężczyzna. - Avada...

- DRĘTWOTA! - krzyknęła Ginny zatrzymując zaskoczonego Śmierciożercę w połowie ruchu, unieruchamiając go i przewracając na towarzysza.

- Immobilus! - krępy Śmierciożerca, przygnieciony ciałem kompana, również znieruchomiał; tylko jego oczy poruszały się bezustannie w prawo i w lewo mrugając raz po raz.

- Potter jest w Hogsmeade! - rozległ się krzyk gdzieś ze środka tumultu panującego na ulicy. Harry rozpaczliwie przeczesał spojrzeniem tłum w poszukiwaniu właściciela tego głosu, ale dopiero po chwili zorientował się, że głos rozległ się jednocześnie w całej pokrytej śniegiem wiosce; Śmierciożercy otrzymali wiadomość przesłaną przez ich towarzysza.

Nie minęło nawet pięć sekund, gdy ziemią pod ich stopami wstrząsnął potężny wybuch gdzieś niedaleko. Wrzeszcząca Chata zawaliła się wśród tumanów pyłu i drewnianych drzazg, a po chwili nie można już było rozpoznać miejsca, w którym stała przez tyle czasu.

Nagle Harry ujrzał niedaleko burzę różowych włosów przedzierającą się zawzięcie przed gromadę walczących; obok niej wielkimi susami biegł znajomy patronus-wilk, a za nią – czterech Smierciożerców sypiących jak z rękawa całą gamą klątw. Chłopiec odwrócił się do Ginny.

- Pomogę Tonks; ty musisz znaleźć pozostałych. Pokażcie, na co was stać!