Swojego czasu żyłam tą historią. Kiedy tylko wymyśliłam główny wątek tego opowiadania, a było to w wakacje 2011 roku, a więc już prawie 3 lata temu, nie było dnia i nocy, abym ciągle czegoś nie dodawała. Teraz, jak z wielkimi oporami dodaję Wam kolejne rozdziały, widzę wszystko. Całe opowiadanie wydaje mi się prymitywne, pomysł do bani, a postaci kompletnie płytkie i nierealne. Myślę, że jestem gotowa napisać coś dojrzalszego, nie tyle bardziej poważnego ile po prostu bardziej realistycznego.

Dlatego teraz zależy tylko od Was czy przełamać się i postarać zamknąć kilka wątków w ostatnich rozdziałach opowiadania (tylko tego mi brakuje, cała historia i jej zakończenie mam opisane od jakiegoś roku), po czym wszystko do końca opublikować. Czy jednak zgodzicie się by ta historia przepadła w eter, a za kilka miesięcy została zastąpiona czymś ambitniejszym? :) Proszę o werdykt.


Zagrzebana pod stertą książek, zaplątana w pościel, leżała Hermiona Granger. Od kilkunastu minut rozmyślała, w jaki sposób odebrać Harry'emu klucz. Gdy Gillian powiedziała jej, że Czarny Pan zbiera dzieci dla Sophie, zamiast się zmartwić, to ją zmotywowało do pracy. Musiała jak najszybciej znaleźć ten przeklęty klucz i udowodnić czarnoksiężnikowi, że dziewczynka będzie bezpieczna z matką. Mógł gromadzić te biedne dzieciaki, mógł atakować kolejne placówki, ale to nie wystarczy, by w pełni zadowolić Sophie. Dziecko, nawet tak osobliwe jak ona, potrzebuje matki. Jednak wytłumaczenie czegoś takiego Riddle'owi graniczy z cudem. Cudem, którego ona dokona.

Z nieziemską cierpliwością wyswobodziła się z prześcieradeł, poprawiła ubranie i wyszła z pomieszczenia. Nim zeszła do Pokoju Wspólnego, uświadomiła sobie, że nie chce tam być. Nie ma ochoty siedzieć wśród rozradowanej, głośnej młodzieży, która ma problemy równie błahe jak ona sama jeszcze rok wcześniej. Przeszła przez portret Grubej Damy, po czym skierowała kroki do biblioteki. Na miejscu, ku własnemu zdziwieniu, zastała Ginny siedzącą nad jakąś grubą książką. Zagryzając końcówkę ołówka z zaangażowaniem czytała tekst, co chwilę poprawiała spadający kosmyk rudych włosów i notowała na pergaminie. Hermiona podeszła do niej i usiadła naprzeciw.

- Co czytasz?

- „Zaklęcia rozbrajające w zastosowaniu" - odpowiedziała automatycznie, skończyła notować, po czym podniosła wzrok. Gdy ujrzała szatynkę przed sobą, przez jej twarz przebiegł zdezorientowany grymas. - Czego chcesz?

- Niczego. Zajęłaś moje miejsce.

- Nie widzę podpisu. O co ci chodzi?

- Ginny… - westchnęła - Czy ty nie widzisz, co się dzieje? Dlaczego nie możesz zapomnieć, albo przynajmniej nie rozpamiętywać przeszłości? Czy to tak wiele? Jesteś... - Hermiona zająknęła się. - Byłaś moją przyjaciółką, najlepszą. Co się z nami stało?

W sercu najmłodszej z Weasleyów coś pękło. Od dawna chciała rozejmu z Hermioną, jednak nie potrafiła wybaczyć. Ot, tak miała puścić w niepamięć czyny panny Granger? Przecież ona zabiła i dotkliwie zraniła wiele osób. Wciąż przed oczami miała wykrzywioną w pośmiertnym grymasie twarz Kingsleya, a kiedy patrzyła na niezgrabny chód i lekkie powłóczenie prawej nogi profesor McGonagall, wściekłość budziła się na nowo. Jeszcze to, co zrobiła jej. Nigdy nie zapomni, to niewykonalne...

- Jak ty to sobie wyobrażasz? Że będzie tak jak dawniej? - Warknęła nieco za głośno, ponieważ pani Pince odchrząknęła znacząco.

- Inni potrafili mi wybaczyć.

- Tak, wybaczyli Ci, co nie znaczy, że zapomnieli. Widzę, co się z tobą dzieje i nie pozwolę, abyś znowu kogoś zraniła. Nie przejmuj się mną, tylko lepiej uważaj na swoją kontrolę.

Hermiona westchnęła zrezygnowana. Przez chwilę, gdy ujrzała Ginny w bibliotece, miała nadzieję, że się pogodzą. Nadzieja prysła jak bańka mydlana, a w jej miejsce wskoczyło rozgoryczenie.

- Dlaczego nie możesz przynajmniej udawać, że jest w porządku? Nie uważasz, że nasza niezgoda może być przez kogoś wykorzystana?

- Wykorzystana? Słyszysz, co ty mówisz? Przecież tu chodzi o Sophie! Nie o Harry'ego, nie o ciebie, już nawet nie o Voldemorta. Tylko o twoją pieprzoną córkę! Zmieniłam zdanie; mogłabym ci wybaczyć, ale tylko gdyby to dziecko nie istniało. W tej sytuacji musisz obejść się smakiem.

Ginny gwałtownie wstała, zamknęła wielki tom, zgarnęła swoje rzeczy do torby i pospiesznie opuściła bibliotekę. Nie chciała, by Hermiona ujrzała jej łzy.


Luna stała w lesie pośród testrali, które karmiła, kiedy naszyjnik na jej szyi rozświetlił się zielonym blaskiem odstraszając zwierzęta. Ułożyła resztę pożywienia przy drzewie - wiedziała, że testrale wrócą po nie - i odeszła w stronę jeziora. Tam zdjęła biżuterię, złapała za łańcuszek, po czym zanurzyła go w wodzie. Medalion przestał świecić, a ona wyciągnęła go i złapała. Po kontakcie z wodą przedmiot stał się świstoklikiem, bardzo skomplikowane, wymyślone przez nią zaklęcie to powodowało. Jednak było tak trudne, że po pierwszym użyciu zapomniała formuły. Niemniej naszyjnik był jedyny w swoim rodzaju. Przeniosła się w znajome miejsce, do przytulnego domu gdzieś w Irlandii. W korytarzu czekała pokojówka, starsza kobieta o twarzy wiecznie wykrzywionej w zabawnym grymasie.

- Witam, panienko. Pan już czeka w swoim pokoju. - Dłonią wskazała na drzwi i uśmiechnęła się ciepło. Wbrew pozorom była miłą, opiekuńczą osobą w podeszłym wieku, która opiekowała się całym domem pod nieobecność właściciela.

Blondynka odpowiedziała szerokim uśmiechem i weszła do danego pomieszczenia. Tam czekał na nią pan domu.

- Witaj, Luno.

Nie czekając na zgodę, dziewczyna przytuliła mężczyznę siedzącego na dywanie przed kominkiem.

- Spokojnie, kochanie. Udusisz mnie - roześmiał się szczerze.

- Och, nie! - Luna zwolniła uścisk. - Nie mam takiego zamiaru.

- Jeszcze - poruszył brwiami, na co ona zachichotała.

- Augustusie, co się dzieje? - Usiadła obok Śmierciożercy i zwróciła wzrok na ogień w kominku. - Czy Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać naprawdę znalazł Sophie?

Rookwood westchnął. Chciał z nią o tym porozmawiać, jednak nie od razu. Miał nadzieję, że na początku zajmą się, cóż... Przyjemniejszymi rzeczami.

- Nie. Hermiona ci nie mówiła? Zakon ma dziewczynkę.

- Zakon? Ale... Jak to? Nie twierdzisz chyba, że ukryli ją specjalnie. - Zamyśliła się. - Och, Hermiona! Ona o wszystkim wie! - Złapała się za usta.

- Owszem. Czarny Pan powiadomił Granger, że Dumbledore ma jej córkę, a Potter ukrywa klucz-mapę - objął dziewczynę delikatnie i zanurzył twarz w blond falach.

- Więc... Hermiona musi być naprawdę silna. Nic po niej nie widać. - Zastanowiła się głębiej. - Nie może być nic widać. Ona chce się zemścić! Augustusie, ona chce ukraść klucz i oddać Sam-Wiesz-Komu!

To w niej lubił. Dziwaczne zachowanie i wygląd kryły niesamowicie inteligentny umysł, a ta oszałamiająca zdolność dedukcji zadziwiała go za każdym razem na nowo. Pocałował ją w czubek głowy, po czym mocniej przycisnął do siebie.

- Nie może tego zrobić! Przecież Sophie w rękach tego czarnoksiężnika to...

- Skarbie, ona musi to zrobić. Właśnie z Czarnym Panem ma największą możliwość pozostania z córką, a w końcu o to chodzi. Dumbledore ukrywa dziewczynkę twierdząc, że robi to dla dobra Hermiony i całego świata, a Czarny Pan wręcz przeciwnie. Chce wykorzystać dziecko przeciwko Hermionie. Córka to najsłabszy punkt Granger i wszyscy o tym wiedzą. A z pomocą matki, Czarny Pan może osiągnąć swój cel.

- Co on wymyślił?

- Nie martw się tym. Jak na razie, póki Sophie jest w rękach Zakonu, nic nikomu nie grozi. Najważniejsze żeby Hermiona się uspokoiła.

Luna wstała i, przechadzając się po pokoju, intensywnie myślała. Hermiona i Sophie, to dwie największe zagadki świata magicznego. Nikt nigdy nie wie, co może się z nimi stać, co wymyślą, zrobią. Odepchnęła te nieprzyjemne myśli od siebie. Przecież widuje się ze swoim mężczyzną tak rzadko, że nieskorzystanie z okazji byłoby grzechem. Podeszła do Augustusa, złapała go za brzeg błękitnej koszuli i pociągnęła w stronę łóżka.

- Jak miło, że czasami, jednak, potrafisz być egoistką.

- Czasem sytuacja tego wymaga - złączyła swoje usta z jego.

- Tak... Nasza sytuacja jest rozpaczliwa...